Ładuję...

kolumber.pl


46 +
2010-01-10 - 2010-03-22

Ekwador - impresje fotograficzne

Typ: Album z opisami

Ladujac w listopadzie ub. roku w Quito zastanawialem sie najbardziej, jak organizm moj odczuje zmiane wysokosci i jaki klimat bedzie tu panowal.
Quito lezy w koncu prawie na rowniku, w rozleglej dolinie otoczonej wierzcholkami Andow, na wysokosci ok. 2700-2800 m. Po stolicy Boliwii jest to druga
najwyzej polozona stolica na swiecie. Na wysokosci takiej jeszcze nigdy nie bylem.

Zmiana wysokosci byla co prawda na poczatku odczuwalna, ale nie tak bardzo, jak sie obawialem. Organizm szybko sie zaaklimatyzowal. A i temperatury byly tu wiosennie przyjemne. Trafilismy nawet na stosunkowo dobra pogode - obylo sie bez deszczu a i nierzadko swiecilo slonce.
Stare miasto Quito jest wpisane na liste dziedzictwa kulturowego UNESCO i jest tu co ogladac. Wnetrze najbogatszego z kosciolow - kosciola Jezuitow - kapie wrecz zlotem. Uchodzi on za najpiekniejszy kosciol Nowego Swiata. Niestety we wnetrzu nie wolno fotografowac.

Troche poza starym centrum - na jednym ze wzgorz - polozona jest ogromna, stosunkowo nowa bazylika. Pod nia znajduje sie cmentarz - setki nisz w scianach podziemi, zakonczonych ozdobna plyta.

W centrum Quito natknalem sie tez na pierwsze kolibry. Na glownym placu miasta - Plaza de la Independencia - bylo ich calkiem sporo w koronach kwitnacych drzew.
Zaskoczylo mnie, ze zgielk i halas miasta nie odstrasza ich. W sumie w miastach Ekwadoru widzialem czesciej kolibry, niz w naturalnym otoczeniu.

Na jednym ze wzgorz - Panecillo - kroluje nad miastem olbrzymi posag Dziewicy Maryi (ze skrzydlami aniola), bardzo typowy widok dla wielu polodniowoamerykanskich miast.
Z podnoza posagu roztacza sie wspanialy widok na miasto.

Jeszcze lepszy widok na to rozlegle i wcisniete w waska doline miasto Quito (ok. 24 km dlugosci i ok. 4 km szerokosci) roztacza sie z wierzcholka gory Teleferico, nieopodal czynnego wulkanu Rucu Pichincha. Mozna wjechac tutaj kolejka linowa. Nasza jazda trwala ponad 40 minut - dwa razy dluzej, niz zwykle, bo Ekwador mial w tym czasie duze problemy energetyczne, i w wielu miastach wieczorami wylaczano prad na 2-3 godziny, a i wyciag jezdzil czasem wolniej w celu oszczednosci pradu.
Podczas jazdy zebraly sie nad szczytem bardzo ciemne chmury, i jak juz bylismy prawie u gory, calkiem blisko nas huknal piorun. Na szczescie cala burza skonczyla sie na tym jednym piorunie. Na gorze Teleferico mozna troche powedrowac podziwiajac z roznych perspektyw panorame miasta, ale na tej wysokosci - 4100 m, jest juz dotkliwie zimno, co wzmcnione bylo jeszcze wiejacym tu przenikliwym wiatrem. Poubieralismy na siebie wszystko co mielismy - polary, cieple kurtki, kapuce na glowe, ale i tak porzadnie wymarzlismy. A i wysokosc dawala sie odczuc.
Wspolczulem niektorym turystom, ktorzy wjechali tu w samych T-Shirtach i krotkich spodenkach :-)

  • Quito
  • Ecuador 0010
  • Ecuador 0011
  • Ecuador 0013
  • Ecuador 0025
  • Ecuador 0030
  • Ecuador 0038
  • Ecuador 0059
  • Ecuador 0062
  • Ecuador 0063
  • Ecuador 0064
  • Ecuador 0068
  • Ecuador 0081
  • Ecuador 0084
  • Ecuador 0090
  • Ecuador 0105
  • Ecuador 0110
  • Ecuador 0118
  • Ecuador 0120
  • Ecuador 0135
  • Ecuador 0145
  • Ecuador 0146
  • Ecuador 0154
  • Ecuador 0159
  • Ecuador 0173
  • Ecuador 0251
  • Ecuador 0269
  • Ecuador 0278
  • Ecuador 0280
  • Ecuador 0302
  • Ecuador 0305
  • Ecuador 0307
  • Ecuador 0310
  • Ecuador 0313
  • Ecuador 0323
  • Ecuador 0330
  • Ecuador 0334
  • Ecuador 0346
  • Ecuador 0354
  • Ecuador 0357
  • Ecuador 0404
  • Ecuador 0407

Ok. 20 km na polnoc od Quito przebiega rownik i znajduje sie tu wielki pomnik, ktory chcialem koniecznie zobaczyc.    Miejsce to, zwane Mitad del Mundo, znajduje sie w malej wiosce San Antonio de Pichincha. Pomnik wzniesiono na czesc ekspedycji wyslanej w 1735 roku przez paryska Akademie Nauk w celu dokonania pomiarow dlugosci poludnika majacych udowodnic teze o splaszczeniu ziemi. W 1736 roku ekspedycja pod przewodnictwem Louisa Godina i Charlesa Maria de la Condamine dokonala w tym miejscu pomiarow wyznaczajacych polozenie rownika. Wokol pomnika, do ktorego prowadzi dluga aleja z popiersiami uczestnikow ekspedycji,  powstalo cale miasteczko turystyczne (sklepy z pamiatkami itp) w stylu dawnej zabudowy kolonialnej. W samym pomniku miesci sie muzeum etnograficzne.

Dzisiaj wiadomo, ze rownik przebiega ok. 200 m od tego miejsca. Poniewaz jest to prywatna parcela, powstalo tu niedawno male prywatne, ale bardzo ciekawe muzeum Museo de Sitio Intiñan. Obor roznych totemow indianskich i chat obrazujacych zycie i tradycje indianskie, mozna tu na linii rownika zobaczyc kilka eksperymentow fizycznych, ktore sa podobno mozliwe tylko na rowniku. Nie do konca mozna wszystkiemu wierzyc, co sie tu widzi - np. wplywowi sily Coriolisa, demonstrowanej w ten sposob, ze po wyciagnieciu korka z wanienki woda na samym rowniku leci pionowo w dol, podczas gdy po obu stronach rownika, w odleglosci ok. 2 metrow od tej linii kreci sie przy wylewaniu w przeciwne strony. Przypuszczam, ze za tym eksperymentem kryje sie pewien prosty trick, bo wplyw sily Coriolisa nie jest tak silny, aby to bylo widoczne juz tak blisko rownika. No ale robi to wrazenie i kto chce wierzyc, to niech wierzy ;-)

Ale inny eksperyment sie udal - udalo mi sie postawic na glowce gwozdzia jajko na czubku - i dostalem za to dyplom :-)
 
Najwiekszym przezyciem dla mnie bylo jednak tutaj zdjecie, ktore chcialem zrobic kwitnacej w parku opuncji. Gdy juz mialem aparat przy oku, pojawil mi sie w obiektywie koliber pijacy nektar z kwiatka. Zaczalem wiec pstrykac jak opetany... ;-)

Nieopodal rownika znajduje sie jeszcze inne warte odwiedzenia miejsce - krater dawnego wulkanu Pululahua, najwiekszy krater w calej Ameryce Poludniowej o srednicy ok. 4 km. Spojrzenie z krawedzi na dno jest rzeczywiscie bardzo ciekawe. Obecnie sciany krateru pokryte sa bogata wegetacja a na jego dnie znajduja sie pola uprawne. 

  • Ecuador 0409
  • Ecuador 0427
  • Ecuador 0430
  • Ecuador 0433
  • Ecuador 0436
  • Ecuador 0438
  • Ecuador 0442
  • Ecuador 0449
  • Ecuador 0453
  • Ecuador 0456
  • Ecuador 0463
  • Ekwador-Pichincha
  • Ekwador-Pichincha
  • Ekwador-Pichincha
  • Ekwador-Pichincha
  • Ecuador 0468
  • Ecuador 0472
  • Ecuador 0488
  • Ecuador 0492
  • Ecuador 0498
  • Ecuador 0504

Po dwoch dniach spedzonych w stolicy wyjezdzamy z Quito na polnoc, do miasteczka Otavalo. Odczuwam zaraz tez ulge, bo w Quito mialem dosyc podraznione oczy. Dopiero teraz zauwazam, ze przyczyna byly chyba spaliny i smog lezacy nad miastem.
Poniewaz pogoda dopisuje - jest slonecznie i nad nami rozposciera sie niebieskie bezchmurne niebo - zatrzymujemy sie po drodze kilkakrotnie aby obejrzec lsniace w oddali osniezone szczyty wulkanow Cotopaxi, Antisana i Cayambe oraz mijane gorskie krajobrazy.
Niedaleko Laguny San Pedro znajduje sie ladny punkt widokowy umozliwiajacy spojrzenie na lezace ponizej jezioro oraz u jego brzegu malowniczy wulkan Imbabura.

W Otavalo polozonym na wysokosci ok 2500 m odbywa sie w soboty najwiekszy w Ekwadorze targ indianski, ktory jest tez celem calych rzeszy turystow, przybywajacych tu z oddalonej ok. 110 km stolicy, podobnie zreszta jak i my.
Targ jest rzeczywiscie rozlegly, mozna spedzic na nim wiele godzin. W centrum duzego placu znajduja sie zwlaszcza stragany z tkaninami, bizuteria i niezliczonymi pamiatkami dla turystow, a takze czesc ze sprzedaza miesa, ryzu, kukurydzy itp. a takze cieplych potraw przygotowywanych na poczekaniu. Ja wlocze sie jednak chetniej po bocznych uliczkach, gdie sprzedawane sa glownie warzywa i owoce. Tutaj siedza ludzie czesto na ziemi rozkladajac wokol siebie swoje towary. Targ jest bardzo barwny, zwlaszcza dzieki kolorowym i ozdobnie haftowanym strojom indianek  Otavalos, jak nazywa sie zyjacych tu w okolicy indian z plemienia Quechua (nazwa ta wywodzi sie od jezyka, jakim mowia). Jak stwierdze pozniej, stroje ich roznia sie zasadniczo od strojow bardziej na poludniu Ekwadoru zyjacych indian.
Otavalos zaliczaja sie dzieki ich targowi i produktom tekstylnym sprzedawanym nie tylko tutaj, lecz na calym swiecie, do najbardziej zamoznych plemion indianskich w calej Ameryce Lacinskiej.

Barwy swoje zawdziecza targ w Otavalo jednak nie tylko ludnosci indianskiej lecz tez wielu roznym sprzedawanym tutaj owocom, ktore nie sa mi do tej pory znane. Moge tu po raz pierwszy zobaczyc, jak wygladaja niektore owoce, ktorych soki kosztowalem juz w Quito - np. tamarillo (pomidory rosnace na drzewach), babaco, guayaba, guanabana, naranjilla.    W ogole Ekwador pozostanie mi w pamieci jako kraj niezwykle smacznych sokow. Nigdzie indziej na swiecie nie pilem jeszcze tyle i tak roznych sokow owocowych, jak wlasnie tutaj w Ekwadorze.

Po pobycie na targu w Otavalo udajemy sie na obiad do wioski Cotocachi, slynacej z rzemiosla skorzanego. Po objedzie wedruje przez ta uspiona miejscowosc obfitujaca faktycznie w mnostwo sklepikow z wyrobami ze skory. Bardziej interesuja mnie jednak domy i kosciol na glownym placu ze znajdujaca sie na wiezy duza statua Chrystusa.

Nocleg mamy dzisiaj i jutro w dawnej hacjendzie i klasztorze jezuitow kolo miasta Ibarra, obecnie przeksztalconym w objekt hotelowy. Bardzo mi sie tu podoba. Niskie zabudowania przypominaja jeszcze dawne funkcje objektu - zwlaszcza stare meble i kominki w obszernych pokojach, stary wystroj i obrazy w czesci restauracyjnej i innych wspolnych pomieszczeniach, domowa kaplica, stara dzwonnica... A wokol duzy park z egzotyczna roslinnoscia i przeplywajacy srodkiem potok.

Wieczorem delektuje sie widokiem z pobliza naszego hostelu na wulkan Imbabura w swietle zachodzacego slonca...

  • Ecuador 0512
  • Ecuador 0531
  • Ecuador 0542
  • Ecuador 0543
  • Ecuador 0547
  • Ecuador 0552
  • Ecuador 0553
  • Ecuador 0559
  • Ecuador 0562
  • Ecuador 0566
  • Ecuador 0570
  • Ecuador 0571
  • Ecuador 0572
  • Ecuador 0574
  • Ecuador 0578
  • Ecuador 0579
  • Ecuador 0585
  • Ecuador 0588
  • Ecuador 0590
  • Ecuador 0591
  • Ecuador 0594
  • Ecuador 0595
  • Ecuador 0596
  • Ecuador 0598
  • Ecuador 0599
  • Ecuador 0603
  • Ecuador 0605
  • Ecuador 0607
  • Ecuador 0610
  • Ecuador 0612
  • Ecuador 0614
  • Ecuador 0616
  • Ecuador 0618
  • Ecuador 0622
  • Ecuador 0624
  • Ecuador 0629
  • Ecuador 0631
  • Ecuador 0638
  • Ecuador 0642
  • Ecuador 0649
  • Ecuador 0650
  • Ecuador 0651
  • Ecuador 0652
  • Ecuador 0654
  • Ecuador 0656
  • Ecuador 0660
  • Ecuador 0664
  • Ecuador 0666
  • Ecuador 0669
  • Ecuador 0671
  • Ecuador 0674
  • Ecuador 0675
  • Ecuador 0677
  • Ecuador 0679
  • Ecuador 0682
  • Ecuador 0683
  • Ecuador 0685
  • Ecuador 0690
  • Ecuador 0694
  • Ecuador 0696
  • Ecuador 0699
  • Ecuador 0702
  • Ecuador 0703
  • Ecuador 0704
  • Ecuador 0705
  • Ecuador 0710
  • Ecuador 0712
  • Ecuador 0714
  • Ecuador 0718
  • Ecuador 0725

Niewiarygodne, ale pogoda nadal nam dopisuje i prawie bezchmurne niebo umozliwia wspanialy widok na okolice - przed nami Laguna Cuicocha z dwoma malowniczo polozonymi w niej wysepkami, z boku szczyt Cotacachi a w oddali za rozlegla dolina szczyty wulkanow Imbabura i osniezonego Cayambe. Fantastyczna panorama.
Nasza ok. 5-6 godzinna wedrowka wokol laguny prowadzi przez piekne krajobrazy - ciagle jakas nowa perspektywa na lagune i wysepki lub na skalisty szczyt wulkanu. I do tego bardzo interesujaca i specyficzna roslinnosc typu paramo, do tego wiele kwitnacych krzewow i innych roslin, m.in. rozne gatunki orchidei.

Po tej wspanialej i intensywnej ale tez troche meczacej wedrowce na do tej pory nieznanych mi wysokosciach ciesze sie z powrotu do naszego uroczego hotelu.

W kolejny poranek wita nas znowu piekna pogoda. Dzisiaj udajemy sie najpierw nad Lagune San Pedro, kolo ktorej juz wczoraj przejezdzalismy, i wedrujemy wzdluz jej brzegu porosnietego tym samym gatunkiem trzciny, jak nad jeziorem Titicaca. Pozniej trasa nasza wiedzie przez "wioski, pola i laki" gdzie obserwujemy zycie codzienne mieszkancow doliny Otavalo.  Kolo poludnia docieramy do malej wioski Peguche slynacej z wyrobow tkackich. Tutaj wykupujemy bilet wstepu do wodospadu Cascada de Peguche i wedrujemy w jego kierunku. Ma on u indian rytualne znaczenie i w szczegolnych dniach odbywaja sie tu rytualne ceremonie.

Po poludniu rozpoczyna sie nasza podroz na poludnie i pozniej na poludniowy wschod w kierunku dzungli amazonskiej. W miare przemierzanej drogi nadciaga coraz wiecej chmur i pogoda pogarsza sie. Gdy ponownie przekraczamy rownik kolo Cayambe, zaczyna padac deszcz. Wiec tylko na chwile zatrzymujemy sie kolo malego pomnika honorujacego to miejsce. Podobnie jak w Mitad del Mundo kolo San Antonio znajduja sie tu dwa rozne miejsca, gdzie przebiega rzekomo rownik, oddalone od siebie o kilkadziesiat metrow.
 

  • Ecuador 0731
  • Ecuador 0736
  • Ecuador 0744
  • Ecuador 0746
  • Ecuador 0754
  • Ecuador 0762
  • Ecuador 0776
  • Ecuador 0780
  • Ecuador 0781
  • Ecuador 0782
  • Ecuador 0788
  • Ecuador 0794
  • Ecuador 0796
  • Ecuador 0803
  • Ecuador 0805
  • Ecuador 0810
  • Ecuador 0822
  • Ecuador 0827
  • Ecuador 0831
  • Ecuador 0832
  • Ecuador 0836
  • Ecuador 0839
  • Ecuador 0845
  • Ecuador 0852
  • Ecuador 0864
  • Ecuador 0866
  • Ecuador 0868
  • Ecuador 0876
  • Ecuador 0881
  • Ecuador 0884
  • Ecuador 0886
  • Ecuador 0888
  • Ecuador 0889
  • Ecuador 0893
  • Ecuador 0898
  • Ecuador 0902
  • Ecuador 0903
  • Ecuador 0906
  • Ecuador 0907
  • Ecuador 0911
  • Ecuador 0912
  • Ecuador 0913
  • Ecuador 0926
  • Ecuador 0927
  • Ecuador 0928
  • Ecuador 0929
  • Ecuador 0932
  • Ecuador 0938
  • Ecuador 0944

Podczas dalszej naszej podrózy na poludniowy-wschód pogoda stale sie pogarsza. Na horyzoncie widzimy czarne chmury, w zasieg których juz wkrótce sami wjezdzamy. Droga prowadzi serpentynami pod góre, i w pewnym momencie dziwie sie, czemu pobocza sa nagle takie biale. Po prostu spadl tu przed chwilka snieg. Okolo godz. 16 przejezdzamy przez przelecz na wysokosci ok. 4060 m.
Dwie godziny pózniej skrecamy z glównej drogi na pólnoc i podjezdzamy w góre do Papallacta. Tu nocujemy w hotelu Termas de Papallacta, polozonym w malej kotlinie na wysokosci ok. 3300 m. Objekt ten podoba mi sie - liczne chatki (bungalowy), a wsród nich male, otoczone zielenia baseniki z woda z goracych zródel. Tylko wyjsc z bungalowu i juz sie jest w cieplej wodzie. Sprawia to duza przyjemnosc, zwlaszcza po zachodzie slonca (ktory w Ekwadorze jest juz o godz. 18),gdy na zewnatrz jest juz zimno, a w wodzie temperatura ok. 35-40°C i nad nami unosza sie geste opary.

Nastepnego poranka jest niebieskie bezchmurne niebo, i wyraznie widac osniezony szczyt wulkanu Antisana. Ale juz po sniadaniu znika on w nadciagajacych chmurach. Nasza droga do dzungli amazonskiej prowadzi teraz serpentynami w dól, i wiedzie poprzez lasy mgliste. Okolo godz. 11 zatrzymujemy sie na przeleczy na punkcie widokowym  Mirador de la Virgen. Stad mozna zobaczyc juz lezaca ponizej bezkresna przestrzen dzungli. Ale jedyne co widzimy, to mgla. No, w koncu znajdujemy sie w strefie lasow mglistych, z duza iloscia charakterystycznych drzew polylepis. Wkrótce osiagamy równine i dzungle amazonska. Zielono jest teraz wokól nas - calkiem zielono. Ale wszystko to nie jest juz pierwotna dzungla lecz lasy wtórne, niemniej równie imponujace. Nad nami ciemne i jasne sklebione chmury, przez które przedziera sie slonce i miejscami tez niebieskie niebo.
Wczesnym popoludniem docieramy do naszego Jungle Camp kolo Misahualli. Zajmuje on bardzo rozlegly teren, chatki rozrzucone sa wsród zieleni duzego parku-ogrodu. Zyje tu kilka papug i malp, a stale przylatuja tez rózne inne kolorowe ptaszki. Po obiedzie i krótkim odpoczynku udajemy sie na pierwsza wedrowke do dzungli. Dostajemy na droge gumowce i towarzyszy nam mlody przewodnik-indianin, który udziela po drodze wiele informacji o otaczajacej nas florze i faunie. Ogladamy rózne gatunki kwitnacych helikonii. Po drodze mozemy skosztowac tez prosto spod liscia malutkie cytrynowe mrówki :-) Pogoda sie znacznie poprawila, jest slonecznie - ale tu w gestej dzungli jest niesamowicie goraco, wilgotno i parno. Pot leje sie ze mnie strumieniami, wszystko sie kleji. Pózniej przedzieramy sie przez taki maly wawozik miedzy ciemnymi i wilgotnymi skalami. Miejscami jest tak wasko, ze trzeba zdjac plecak i isc bokiem. Dobrze, ze nie widac, co tam wszystko chodzi i pelza w ciemnosci :-) Po powrocie do lodge slychac w oddali burze, ale u nas pozostaje bez deszczu.

Ok. godz. 1 w nocy budzi mnie potezny huk pioruna i halas lejacego sie strumieniami deszczu - prawdziwe oberwanie chmury. W domku nie ma szyb, tylko siatka w oknach, wiec wszystko slychac, jakby bylo sie na zewnatrz. Pioruny uderzaja raz po raz, za chwile gasnie wszedzie swiatlo. Po pewnym czasie burza sie oddala, ale deszcz leje dalej jak z cebra. Rano, gdy sie znowu budze, jest bez zmian. No ladnie, mamy przeciez dzis w planie splyw na Rio Napo i wedrówke po dzungli. Przy sniadaniu na wolnym powietrzu pod zadaszeniem ciagle spogladam, czy opady sa mniej intensywnie. I rzeczywiscie podczas naszego sniadania deszcz stopniowo ustaje. Gdy odjezdzamy do Misahualli, jest juz tylko mrzawka, a gdy tu przesiadamy sie na lodzie, jest juz sucho. Dzien pozostaje jednak pochmurny. Moze to i dobrze, bo dzieki temu nie ma takiego upalu w powietrzu.
Po okolo godzinnym splywie doplywamy do dosyc stromego brzegu i rozpoczynamy nasza wedrowke po dzungli. Tutaj znajduje sie jeszcze pierwotny las amazonski. Idziemy waskimi sciezkami przez gaszcz, przewodnik z plemienia Quechua toruje miejscami droge. Dobrze ze mamy nasze gumowce i ze dostalismy na poczatku wedrowki drewnianne kijki do podpierania sie, bo po nocnej ulewie jest duzo blota i miejscami bardzo slisko, zwlaszcza na stromych odcinkach trasy. Bez takiego wyposazenia nie przeszlibysmy tutaj. Na wszelki wypadek chowam moj aparat do torby, bo o upadek do blota latwo, a  aparatu byloby szkoda. Podobnie jak wczoraj, przewodnik objasnia rózne napotkane po drodze rosliny. Zwierzeta jest trudniej spotkac, chowaja sie glebiej w dzungli, lub ich nie widzimy. Wkladamy jednak glowy do duzej dziupli w drzewie, bo nasz guide wie, ze sa tam zawsze nietoperze. Po okolo dwoch godzinach docieramy znowu do brzegu Rio Napo.


Nastepnie plyniemy kilka kilometrów w dól jednej z odnóg Rio Napo - Rio Arajuno, do znajdujacej sie w dzungli na brzegu rzeki stacji opieki i pielegnacji zagrozonych zwierzat - AmaZOOnico. Nie jest to - jak moze sugerowac nazwa - klasyczne ZOO, lecz od kilkunastu lat prowadzony prywatnie objekt w ramach miedzynarodowego projektu ochrony lasow deszczowych - Selva Viva (nalezy do tego rowniez prywatna szkola dla indian, chroniony obszar pierwotnej dzungli itp). W osrodku tym przebywaja przede wszystkim rózne zwierzeta i ptaki, które zostaly skonfiskowane przez policje z nielegalnego posiadania lub oddane tu przez osoby prywatne. Niektore z tych zwierzat sa przygotowywane w stacji na wysiedlenie ich na wolnosc, u innych nie da sie juz tego zrobic, bo stracily swoje instynkty (widzimy np. mala malpke, ktora przyzwyczajona byla do picia kawy i sluchania muzyki do snu - dzien po naszym pobycie ma byc podjeta pierwsza proba wypuszczenia jej na wolnosc, ale rangersi musza ja ciagle obserwowac, bo tutaj czai sie wiele niebezpieczenstw, których ona nie zna). Czesc z nich znajduje sie wiec w klatkach (nie nalezy do nich zbyt blisko podchodzic, aby odzwyczajac te zwierzeta od kontaktow z ludzmi) lub odgrodzonych czesciach dzungli. Inne poruszaja sie juz na wolnosci, ale wracaja chetnie do stacji, bo tu dostaja tez pokarm.
Po stacji oprowadza nas mlody i bardzo zaangazowany szwajcarski zoolog, który ze swoja zona kieruje tym AmaZOOnico. Na poczatku ostrzega nas, aby uwazac, gdzie chodzimy, bo po dlugim okresie suszy i dzisiejszych nocnych obfitych opadach moze byc duzo zmij itp. Ja mysle sobie w tym momencie, ze niedawno wedrowalismy przeciez po gestej dzungli, a nie jak tu - po wyznaczonych sciezkach, i nikt nas tam nie ostrzegal :-) Ale kto wie, ile wezy i zmij mijalismy, nic nie dostrzegajac w gaszczu zieleni. Ostrzega tez przed wedrujacymi tu wszedzie duzymi mrówkami, ktorych ukaszenie wywoluje natychmiast niesamowity ból. Oprocz licznych papug, tukanow i malp widzimy m.in. kapibary, kajmany, pekari. Na chwile wylania sie z gaszczu (oczywiscie za ogrodzeniem :-) tez ocelot. Po drodze sluchamy wielu historyjek i informacji o losach znajdujacych sie tu okazów.
Nastepnie wsiadamy do naszych lodzi i udajemy sie w droge powrotna do Misahualli i do naszej lodge. Po drodze robimy jeszcze piknik na brzegu Rio Arajuno. Jak smakuje nam tu podana w menazkach potrawa z ryzu, fasoli i miesa.
Sama miejscowosc Misahualli nie posiada niczego szczególnego, taka mala wioska, która zawdziecza swój byt chyba tylko przystani i korzystajacym z niej turystom. Po glownym placu biega tu duzo malp i trzeba uwazac, bo sa one barzo smiale i chetnie porywaja ludziom rózne rzeczy. Po powrocie do lodge udaje sie jeszcze przed zapadnieciem zmroku do rozleglego ogrodu/parku na dalsze "polowania" z aparatem w rece.
 

  • Ecuador 0956
  • Ecuador 0984
  • Ecuador 0985
  • Ecuador 0988
  • Ecuador 0991
  • Ecuador 1001
  • Ecuador 1004
  • Ecuador 1008
  • Ecuador 1020
  • Ecuador 1021
  • Ecuador 1024
  • Ecuador 1025
  • Ecuador 1034
  • Ecuador 1038
  • Ecuador 1039
  • Ecuador 1041
  • Ecuador 1043
  • Ecuador 1050
  • Ecuador 1055
  • Ecuador 1059
  • Ecuador 1063
  • Ecuador 1077
  • Ecuador 1078
  • Ecuador 1082
  • Ecuador 1086
  • Ecuador 1089
  • Ecuador 1091
  • Ecuador 1097
  • Ecuador 1109
  • Ecuador 1122
  • Ecuador 1126
  • Ecuador 1127
  • Ecuador 1128
  • Ecuador 1129
  • Ecuador 1146
  • Ecuador 1142
  • Ecuador 1162
  • Ecuador 1170

Po niecalych dwoch dniach spedzonych na skraju dzungli amazonskiej opuszczamy dzis region Oriente i udajemy sie znowu na zachod w kierunku Andow. Rano jest dosyc pochmurno, ale dzieki temu panuje przyjemna temperatura. Po okolo 2 godzinach wjezdzamy ponownie w niskie gory, ale nadal jest tu bardzo zielony krajobraz, podobnie jak w Oriente. Po drodze mijamy kilka plantacji trzciny cukrowej. Okolo poludnia zatrzymujemy sie na przerwe obiadowa w prowincjonalnym miasteczku Puya. Nie ma tu wlasciwie nic ciekawego - mala hala targowa, szereg kioskow wzdluz glownej ulicy, ktore sprzedaja soki z trzciny cukrowej i inne kolorowo zabarwione napoje. Oprocz tego duzy sklep z kiczowatymi pamiatkami, w ktorym akurat dzieci z jakiejs szkolnej wycieczki kupuja na wyscigi.
W dalszej drodze na poludniowy-zachod przejezdzamy przez miasteczko Shell, zalozone w 1937 roku przez firme o tej samej nazwie, ktora miala tu baze podczas poszukiwan zloz ropy naftowej w puszczy amazonskiej. Posiada ono nawet male lotnisko.
Troche pozniej zatrzymujemy sie w ladnym punkcie widokowym nad przelomem rzeki Rio Pastaza, która jest jednym z doplywów Amazonki. Niestety nadal jest pochmurno. Od tego miejsca zaczyna sie jazda serpentynami pod gore. Po jakims czasie osiagamy glowna atrakcje dzisiejszego dnia: wysoki wodospad Pailon del Diablo. Sciezka do wodospadu prowadzi malowniczo wsrod bujnej wegetacji lasu mglistego. Po drodze widzimy rozne kwitnace rosliny (m.in. orchidee) oraz kolibry. Po jakims czasie docieramy do trzech tarasow widokowych polozonych na roznych wysokosciach, z ktorych mozna obserwowac spadajace z hukiem masy wodne. W drodze powrotnej skrecamy jeszcze do wiszacego mostu, z ktorego jest roztacza sie inna perspektywa na wodospad. Pomimo tablicy informujacej, ze na moscie moze znajdowac sie rownoczesnie maksymalnie 5 osob, przechodza nim cale grupki turystow. No ale jakos szczesliwie tez przechodze mostem w obie strony, kolyszac sie w rytm krokow innych ludzi :-)
W miedzyczasie zrobila sie ladna pogoda, nad nami jest znowu niebieskie niebo, i przyjemnie sie tu siedzi i patrzy. Ale pora w dalsza droge. Znad wodospadu jest juz niedaleko do Banos, celu naszej dzisiejszej podrozy. Okolo godz. 15.30 docieramy do miasteczka, wysiadamy kolo termalnych kapielisk i odbywamy pierwszy spacer po miescie. Banos de Agua Santa, jak brzmi pelna nazwa, to typowo turystyczne miasteczko - wazne centrum turystyczne tego regionu, polozone na wysokosci ok. 1800 m w malej kotlinie, otoczonej zielonymi zboczami. W bliskim sasiedztwie znajduje sie ostatnio bardzo aktywny wulkan Tungurahua, ktorego ostatni - bardzo silny - wybuch byl w sierpniu 2009 r. Doszlo wtedy do powaznych zniszczen. Teraz jednak, podczas naszego pobytu w listopadzie, jego aktywnosc oslabla, i nie widac nawet noca wyplywajacej z krateru lawy. (Po powrocie do domu dowiaduje sie, ze na poczatku stycznia 2010 doszlo do kolejnej silnej erupcji.) Gorace zrodla wyplywajace ze zboczy wulkanu zasilaja wlasnie te slawne baseny termalne.
Glowna atrakcja architektoniczna miasta jest bazylika z ciemnego kamienia wulkanicznego. Banos jest jednym z najwiekszych osrodków pielgrzymkowych w Ekwadorze. Czczona jest tu dziewica Maria z Banos - Nuestra Senora de Agua Santa - ktorej przypisywanych jest wiele cudów. Uratowala ona ludzi np. podczas wielkiego pozaru w Guayaquil, czy podroznikow przechodzacych zawalajacym sie akurat mostem nad Rio Pastaza. Na scianach katedry znajduje wiele obrazow przedstawiajacych te wlasnie wydarzenia i cudy.

Spacerujac po centrum widze wreszcie swinki morskie smazace sie na grilu, z ktorych slynie Ekwador (i Peru tez). Bede musial je w Banos w koncu sprobowac :-) W innym miejscu jest szereg sklepikow ze slodyczami, ktorych wlasciciele stojac na chodniku naciagaja specjalna mase cukrowa zabarwiona roznymi kolorami - nieraz na odleglosc kilku metrow - i odpowiednio ja zawijaja. Gdy ten "sznur" jest juz odpowiednio cienki, jest on ciety w kilkucentymetrowe kawalki, owijany w folie i sprzedawany jak pewnego rodzaju lizak. W innym miejscu stoi caly szereg kioskow a przed nimi maszyn do wyciskania soku z trzciny sukrowej.
Nasz maly hotelik, a wlasciwie willa, jest polozony dosyc centralnie (zreszta cale miasteczko jest male), tylko kilka minut od glownej ulicy handlowej. Jest ona nastawiona calkiem na turystow - prawie same tylko sklepiki z pamiatkami, t-shortami, itp.
Przed oknem mojego pokoju hotelowego znajduje sie drzewo pieknie kwitnace na czerwono. Pojawiaja sie tu oprocz niebieskich ptaszkow tez zielone kolibry. Bardzo dobre miejsce do fotografowania. Niestety wiekszosc czasu spedzam poza hotelem. A jak wracam do hotelu zapada juz zmierzch i warunki do fotografowania sa juz bardzo trudne.

Po kolacji przewodnik nasz namawia kilka osob na odwiedziny glownej ulicy rozrywkowej w Banos. Jest tu duzo malych knajpek, dyskotek itp. Decydujemy sie na jedna z nich, taki disco-bar, kilka stolikow tylko. Zamawiamy koktaile, potem tanczymy troche - w miedzyczasie robi sie bardzo ciasno - muzyka dyskotekowa i tanczacy ludzie zwabiaja innych przechodniow szukajacych rozrywki. Bawia sie tu oprocz nas sami ekwadorczycy i jest fajnie.

Caly nastepny dzien spedzamy rowniez w Banos. Rano jest bardzo mglisto i pochmurno. Od czasu do czasu pada tez troche. Planowalismy wprawdzie zrobic sobie rano wedrowke w otaczajace miasto gory, ale przy takiej pogodzie nie ma to najmniejszego sensu, szybko zniknelibysmy w nisko wiszacych chmurach. Czas wykorzystuje wiec na pisanie widokowek do krewnych i znajomych. Pozniej chodzimy troche po centrum miasta, po uliczkach i butikach. Pogoda troche poprawia sie, zbocza wokol miasta wylaniaja sie pomalu z chmur. Po malym obiedzie zjedzonym u  "Mama Inez" decydujemy sie na wedrowke do punktu widokowego Buenavista polozonego przy duzym krzyzu górujacym nad miastem.
Sciezka prowadzi zboczem i umozliwia stale coraz to inny widok na lezace ponizej miasto. Po ponad godzinie docieramy do krzyza na wysokosci ok. 2100 m. Stad widac  pieknie nie tylko miasto, ktore rozposciera sie pod nami jak na talerzu, ale i pokryty ciemna lawa szczyt wulkanu Tungurahua. Sciezka prowadzi dalej do innego punktu widokowego, z ktorego widac jeszcze lepiej wulkan. Idziemy wiec troche w tym kierunku, ale do celu jest jeszcze ponad godzina drogi. Nie zdazylibysmy tam wiec dojsc i wrocic przed zmrokiem. Dlatego postanawiamy pomalu wracac do Banos, robiac po drodze dalsze zdjecia.

Wieczorem zamawiam w restauracji na kolacje pieczona swinke morska. Trzeba w koncu kiedys sprobowac. Sa one dosyc duze (nie takie, jakie znamy u nas) i dosyc drogie, wiec zamawia sie po polowce. Ale specjalnie mnie nie zachwycaja - miesa jest na nich bardzo malo - tylko spieczona skora i kosci - i nielatwo jest wydobyc spomiedzy tego jakis jadalny kawalek. Smakiem przypomina ona cos pomiedzy kurczakiem i krolikiem. Mysle wiec, ze to byla juz ostatnia taka swinka morska w moim zyciu :-)
 

  • Ecuador 1176
  • Ecuador 1179
  • Ecuador 1184
  • Ecuador 1189
  • Ecuador 1193
  • Ecuador 1200
  • Ecuador 1201
  • Ecuador 1203
  • Ecuador 1207
  • Ecuador 1209
  • Ecuador 1214
  • Ecuador 1216
  • Ecuador 1222
  • Ecuador 1223
  • Ecuador 1226
  • Ecuador 1227
  • Ecuador 1232
  • Ecuador 1233
  • Ecuador 1239
  • Ecuador 1242
  • Ecuador 1250
  • Ecuador 1256
  • Ecuador 1260
  • Ecuador 1261
  • Ecuador 1264
  • Ecuador 1264a
  • Ecuador 1265
  • Ecuador 1272
  • Ecuador 1275
  • Ecuador 1280
  • Ecuador 1283
  • Ecuador 1284
  • Ecuador 1285
  • Ekwador-Banos
  • Ekwador-Banos
  • Ecuador p 320
  • Ecuador 1293
  • Ecuador 1294
  • Ecuador 1295
  • Ecuador 1301
  • Ecuador 1308
  • Ecuador 1311
  • Ecuador 1315
  • Ecuador 1317
  • Ecuador 1322
  • Ecuador 1325
  • Ecuador 1327
  • Ecuador 1328
  • Ecuador 1337
  • Ecuador 1344
  • Ecuador 1346
  • Ecuador 1351
  • Ecuador 1352
  • Ecuador 1355
  • Ecuador 1357
  • Ecuador 1359
  • Ecuador 1367
  • Ecuador 1378
  • Ecuador 1380
  • Ecuador 1385
  • Ecuador 1387

Gdy nastepnym porankiem opuszczamy Banos, pogoda jest podobna, jak wczoraj i wulkan Tungurahua chowa sie calkowicie w chmurach. Dzisiaj udajemy sie w kierunku zachodnim do podnoza wulkanu Chimborazo, ktory posiadajac 6310 m jest najwyzszym szczytem Ekwadoru i jako jeden z symboli narodowych zdobi rowniez godlo kraju.
Droga wiedzie serpentynami wzdluz kolejnych dolin. Tereny sa dosyc gesto zasiedlone i rolniczo zagospodarowane; czesto widzimy ludnosc indianska w ich tradycyjnych ponczach i kapeluszach. Mijamy tez duze miasto Ambato, bedace stolica prowincji. Po okolo dwoch godzinach jazdy osiagamy wysokosc ok. 3500 m; wszedzie widac ludzi i pola uprawne. Pogoda zmienia sie stale, od doliny do doliny  - albo mamy chmury i mgle nad nami, albo jedziemy przez nie albo zostaja one ponizej, a u gory przeswituje niebiesklie niebo. Okolo godz. 10.30 ukazuje nam sie po raz pierwszy szczyt Chimborazo, osniezony i owiany chmurami, ktore z duza predkoscia plyna wokol niego lub zostaja dluzej wisiec na wierzcholku. Robimy krotki postoj na zdjecia. Ale trzeba miec szczescie, aby wierzcholek wylonil sie na ulamek sekundy spoza chmur. Tutaj, na wysokosci okolo 4100 m nie ma juz zadnych drzew, tylko trawy i skromna inna wegetacja andyjska. Jest za to bardzo wietrznie i chlodno.
Na tych wysokosciach zyja lamy. Po chwili widzimy wieksze stadko i zatrzymujemy sie. Probuje zrobic im zdjecia z Choimborazo w tle i chce je w tym celu odpowiedzio okrazyc, aby miec odpowiednia perspektywe. Pozornie poruszaja sie one bardzo powoli, ale sa ploche i pomimo mojego szybkiego kroku oddalaja sie coraz bardziej.
Pozniej napotykamy wikunie, ktore sa drobniejsze i bardziej smukle niz lamy. Ale mam wrazenie, ze sa one jeszcze bardziej ploche.

Przed poludniem osiagamy schronisko Carell polozone na wysokosci 4800 m na zboczu wulkanu Chimborazo. W ten sposob pokonalismy w ciagu niecalych czterech godzin 3000 m roznice wysokosci, wyjezdzajac rano z polozonego na wysokosci 1800 m Banos. Poniewaz wczesniej bylismy w Amazonii, jeszcze duzo nizej, to utracilismy nasza czesciowa aklimatyzacje wysokosciowa, jaka wyrobilismy sobie w pierwszych dniach pobytu w Ekwadorze przebywajac na wysokosciach okolo 3000 m. A celem naszej dzisiejszej wycieczki jest wlasciwie schronisko Whymper polozone na wysokosci 5000 m, na poludniowo-zachodnim zboczu Chimborazo, troche ponizej lodowca.
Te ostatnie 200 m wysokosci mozemy teraz pokonac pieszo.

Przed wyjazdem z domu konsultowalem sie jak zwykle przed podrozami z moim lekarzem - specjalista m.in. od "medycyny podroznej". Ostrzegal mnie on przed ta wysokoscia, przed niebezpieczenstwami szybko pojawiajacej sie choroby wysokosciowej i zdecydowanie odradzal od tej wedrowki. Troche strachu wiec mi narobil, ale teraz stoje tu, czuje sie w miare dobrze, widze ile osob idzie w gore i decyduje, ze pojde tez tak daleko, jak sie bede czul na silach.
Na poczatku korzystam jeszcze w schronisku z toalety - i tu pierwsze male przezycie. W pewnym momencie mam wrazenie, ze swiat wokol mnie zaczyna sie krecic i musze podeprzec sie o sciany. Chwiejnym krokiem wychodze na zewnatrz i tu wracam do rownowagi :-)
 
Tutaj, na tej wysokosci jest dosyc zimno, na szczescie nie ma zbytnio wiatru. Przed wyjsciem wypijam jeszcze w schronisku na rozgrzewke goraca herbate z koki. Podobno pomaga ona tez przeciwko chorobie wysokosciowej. Droga nie jest dosyc stroma, po chwili widac juz w oddali maly punkcik - to schronisko Whymper, do ktorego chcemy dotrzec. Na poczatku szlaku mijamy kilkanascie tablic pamiatkowych i malych pomnikow lub tez tylko duzych kamieni z wypisanymi nazwiskami i datami, niektore bardzo swieze. Dopiero po chwili uswiadamiam sobie, ze to nazwiska ofiar tej gory - wspinaczy, ktorzy chcieli zdobyc szczyt....
Juzt po kilku krokach zauwazam, co to znaczy poruszac sie na tej wysokosci - tak wysoko jeszcze nigdy w zyciu nie bylem, i nie mam tez odpowiedniej aklimatyzacji wysokosciowej. Niby nie odczuwam braku powietrza, ale kazdy ruch jest jednak pewnym wysilkiem. Aby to zminimalizowac, ide moim wlasnym rytmem, a wlasciwie "pelzam" kroczek za kroczkiem, jak w zwolnionym filmie. Moje kroki sa nie dluzsze niz na odleglosc stopy i staram sie regularnie po dwoch takich krokach dokonac swiadomie glebokiego wdechu. Po pewnym czasie wchodze w taki rownomierny rytm, ze ide jak w transie. W ten sposob dobrze sie idzie. Ale widze, ze kazda utrata koncentracji - obrot do tylu, wyjecie aparatu, aby zrobic zdjecie itp kosztuja jednak wiele sil. Po okolo godzinie i 10 minutach dochodze wreszcie do schroniska, przy ktorym lezy juz snieg. Ostatni odcinek byl jeszcze dosyc stromy, wiec zasluzylem teraz na krotki odpoczynek :-) Ale zamiast siedziec w schronisku wole stac na zewnatrz i mimo mroznej temperatury  patrzec na ta imponujaca gore-wulkan. Niestety jest znowu duzo chmur i samego szczytu nie widac. Ale widac na wyciagniecie reki osniezone zbocza. Gdzies w oddali slychac spadajaca lawine i przez objektyw aparatu widze toczace sie ze zbocza w dol kamienie.
Schronisko Whymper jest punktem wyjsciowym ekspedycji na szczyt wulkanu, ktore wychodza stad w nocy, ok. godz. 3, aby dojsc do szczytu jeszcze przed najbardziej slonecznymi godzinami poludniowymi i uniknac w ten sposob niebezpiecznych lawin sniegowych. Szczyt Chimborazo jest ze wzgledu na splaszczenie ziemi i polozenie w poblizu rownika najbardziej odleglym od srodka ziemi punktem na swiecie. Biorac jako punkt odniesienia srodek ziemi wysokosc Chimborazo (6384,6 km) przekracza o ponad 2000 m wysokosc Mont Everestu (6382,4 km). Tym samym stojac tutaj na wysokosci 5000 m znajduje sie o okolo 900 m dalej od srodka ziemi niz na szczycie Everestu :-)
 
 Powrot wydaje sie juz bardzo latwy, bo schodzi sie przeciez w dol. Ale pomimo to trzeba uwazac i hamowac sie, aby nie isc za szybko, i nie dopuscic do nadmiernego niedotlenienia organizmu, bo i takie szybkie zejscie moze sie zle skonczyc. Pomimo to droga w dol trwa juz wiele krocej. Ale pojawiaja sie i umnie lekkie bole glowy.
 Szczesliwy z osiagniecia tej wysokosci wsiadam jednak tez z ulga do naszego autobusiku. Z kazdym metrem wysokosci, jaki pokonujemy w dol poprawia sie tez samopoczucie. Piekne widoki na bezkresne przestrzenie pokryte tylko piachem i kamieniami wulkanicznymi oraz trawami, oraz na gorujacy nad nimi osniezony szczyt Chimborazo wprowadzaja mnie w zachwyt. Zwlaszcza, ze teraz od strony poludniowej jest lepsza pogoda i szczyt pokazuje sie tez na dluzej spoza chmur. Robimy wiec  znowu maly postoj aby podziwiac ten widok.

Teraz jedziemy do Riobamba, stolicy prowincji Chimborazo, polozonej ok. 30 km na poludniowy wschod od szczytu. Miasto to jest otoczone jeszcze szczytami kilku innych wulkanow. Po drodze zatrzymujemy sie jeszcze w malej wiosce przy drodze, bo widzimy, ze odbywa sie tu akurat jakas impreza. W wybudowanej z drewna na ta okazje prowizorycznej arenie jest duzo ludzi, gra muzyka i czesc z nich tanczy, niektorzy przebrani w kolorowe kostiumy. Niektorzy mezczyzni sa juz tez mocno podpici.
Jest to cos w rodzaju naszego odpustu, ku czci jakiejs lokalnej dziewicy (podobno kazda wioska ma jakas taka patronke). Jutro maja sie tu odbywac walki bykow.
Riobambe, gdzie spedzimy jedna noc, osiagamy przed zmrokiem. Przejezdzajac przez miasto widzimy na wschodzie osniezony wulkan El Altar. W miedzyczasie zbiera sie znowu wiecej chmur na niebie.  

  • Ecuador 1401
  • Ecuador 1407
  • Ecuador 1409
  • Ecuador 1410
  • Ecuador 1411
  • Ecuador 1412
  • Ecuador 1416
  • Ecuador 1421
  • Ecuador 1424
  • Ecuador 1425
  • Ecuador 1429
  • Ecuador 1430
  • Ecuador 1434
  • Ecuador 1440
  • Ecuador 1444
  • Ecuador 1446
  • Ecuador 1447
  • Ecuador 1449
  • Ecuador 1450
  • Ecuador 1467
  • Ecuador 1474
  • Ecuador 1488
  • Ecuador 1490
  • Ecuador 1494
  • Ecuador 1495
  • Ecuador 1510
  • Ecuador 1520
  • Ekwador 1527
  • Ecuador 1528
  • Ecuador 1534
  • Ecuador 1543
  • Ecuador 1548
  • Ecuador 1549
  • Ecuador 1554
  • Ecuador 1555
  • Ecuador 1564
  • Ecuador 1567
  • Ecuador 1568
  • Ecuador 1572
  • Ecuador 1576
  • Ecuador 1577
  • Ecuador 1578
  • Ecuador 1579

Rano jedziemy do centrum Riobamby poloznej na wysoklosci ok. 2750 m, gdzie odbywamy maly spacer po miescie. Dzisaj jest niedziela, jest pochmurno, i miasto jest opustoszale i uspione. Zwiedzanie rozpoczynamy od glownego placu w miescie, Parque Maldonado, na ktorym stoi pomnik tego slawnego ekwadorskiego geografa. Przy placu tym znajduje sie rowniez katedra z ciekawa fasada w stylu Españada ("metyski barok"). Dalej idziemy przez puste uliczki z pieknymi kamienicami w kierunku Sucre Park, przy ktorym znajduje sie okazaly budynek Colegio Nacional Pedro Vincente Maldonado mieszczacy w swoich wnetrzach muzeum przyrodnicze.
Tutaj nareszcie widac troche wiecej ludzi. Siedza oni lub stoja przy okolicznych budynkach, tworzac niemal niekonczaca sie kolejke. Potem dowiaduje sie, ze czekaja oni na wyplate zasilkow w pobliskim banku. Stara architektura w centrum stwarza tu atmosfere XVIII-wiecznego miasteczka. Idziemy dalej przez miasto zatrzymujac sie krotko na dziedzincu i we wnetrzach budynku, w ktorym mieszkal kiedys Simon Bolivar. Obecnie znajduje sie tutaj restauracja. Na scianach pomieszczen wisi mnostwo starych interesujacych zdjec i rozne stare przedmioty. Dalej wedrujemy kolo dworca i glowna, szeroka promenada miasta z roznymi reprezentacyjnymi budynkami, dochodzac do duzej nowoczesnej areny, w ktorej odbywaja sie walki bykow.
Okolo godz. 10.30 konczymy spacer po miescie i udajemy sie jeszcze do supermarketu aby uzupelnic nasze zapasy wody i zywnosci. Nastepnie opuszczamy Riobambe i kierujemy sie do miejscowosci San Pedro de Alausi, ktora osiagniemy za okolo 2 godziny. Po okolo 10 kilometrach jazdy wjezdzamy znowu na Panamericane. Kilka kilometrow dalej zatrzymujemy sie przy malym niepozornym kosciolku bezposrednio przy drodze. Jest to kosciol Balbanera, wybudowany w 1524 roku przez hiszpanskich konkwistadorow i uchodzi za najstarszy kosciol w Ekwadorze.
Droga do Alausi prowadzi przez raczej lagodne wzgorza - na poludnie od Chimborazo nie znajduja sie juz zadne wysokie szczyty andyjskie w Ekwadorze. Teren ten to tzw. pustynia Palmira. A wiec i krajobrazy sa prawie polpustynne - wiele traw, od czasu do czasu jakies kaktusy, czasem tez male lasy piniowe.  Pogoda jest raczej pochmurna, od czasu do czasu pojawia sie tez slonce, miejscami wisi mgla - nieraz bardzo nisko w dolinach ponizej poziomu drogi.

  • Ecuador 1592
  • Ecuador 1597
  • Ecuador 1602
  • Ecuador 1603
  • Ecuador 1609
  • Ecuador 1614
  • Ecuador 1615
  • Ecuador 1616
  • Ecuador 1617
  • Ecuador 1618
  • Ecuador 1621
  • Ecuador 1622
  • Ecuador 1624
  • Ekwador-Riobamba
  • Ecuador 1638
  • Ecuador 1644
  • Ecuador 1647

 Gdy dojezdzamy do malego miasteczka San Pedro de Alausi, widac juz z daleka stojacy na wzgorzu na skraju miasta kilkunastometrowy posag sw. Piotra. Takie figury swietych dominujace nad miastami sa typowe dla calej Ameryki Poludniowej.
Po co jedzie sie wlasciwie do Alausi? Znajduje sie tu dworzec kolejowy, z ktorego mozna odbyc spektakularna wycieczke kolejowa do Nariz del Diablo ("Diabelski nos") przez waski i stromy wawoz. Ale o tym pozniej. Teraz  powiem tylko tyle, ze niedawno panstwo przejelo od prywatnej firmy obsluge tej turystycznej linii, i od tego czasu bardzo trudno jest wczesniej zarezerwowac i dostac bilety na przejazd, organizacja podobno nie funkcjonuje sprawnie, zwlaszcza ze zamiast pociagu z kilkoma wagonami jezdzi teraz tylko taki autobusik szynowy. My dostalismy rezerwacje przejazdu dopiero na godzine 15:30, ale udajemy sie zaraz po przyjezdzie do dworca, aby odebrac nasze zarezerwowane bilety. Jest to taka gratka, ze lepiej jest miec je juz wczesniej w rece ;-)
Jest dopiero poludnie, wiec co robic w tym malym miasteczku przez nastepne 3 godziny? Dowiadujemy sie na szczescie, ze dzisiaj odbywa sie w Alausi cotygodniowy targ. Po krotkim pikniku w poblizu dworca idziemy wiec w kierunku placu targowego. I im bardziej zblizamy sie do tego placu, tym wiecej widzimy indianskich kobiet, mezczyzn i dzieci w tradycyjnych  strojach. Targ zajmuje duzy teren bezposrednio ponizej posagu sw. Piotra i rozciaga sie tez na sasiednie uliczki. Jest tu calkiem inaczej, niz na targu w Otavalo, ktory byl w duzej czesci nastawiony na turystow i oferowal mnostwo pamiatek. Tutaj nie ma zadnych pamiatek, lecz sprzedawane sa warzywa, owoce, zywnosc, artykuly gospodarstwa domowego, ale i np. handluje sie lamami, swiniami itp. Po prostu wszystko, w co musza zaopatrzyc sie indianskie rodziny przyjezdzajace tu raz w tygodniu na zakupy z okolicznych andyjskich wiosek.
Jestem oczarowany autentyczna atmosfera tego targu, a zwlaszcza niesamowicie kolorowymi strojami ludnosci indianskiej. Odziez ich jest na ogol jednokolorowa, ale poszczegolne czesci sa bardzo kontrastowo zestawione - niesamowity dla oczu raj kolorow. Te stroje sa tez calkowicie inne, duzo grubsze i cieplejsze, niz te noszone przez otavalskich indian. Widac, ze tu w Andach bardzo czesto panuja niskie temperatury. Trudno jest mi opisac ta dla nas tak egzotyczna atmosfere targowa, wiec zapraszam do ogladniecia zdjec, ktore - mam nadzieje - choc troszke przekazuja ten nastroj.
Wedrujemy po targu i po okolicznych uliczkach tam i spowrotem, robie mnostwo zdjec i w ten sposob niezauwazalnie mijaja prawie trzy godziny oczekiwania na nasz przejazd koleja. Przed godz. 15.30 wstepujemy jeszcze w kawiarence kolo dworca na kolejny smaczny sok owocowy po czym udajemy sie na maly peron.
Punktualnie podjezdza maly wagonik (taki autobusik szynowy), ktorym teraz bedziemy podrozowali. Miejsc jest tak malo, ze miejscowi przewodnicy grupek turystycznych musza zostac na miejscu, jechac moga tylko turysci.
Przejazd do Nariz del Diablo jest od lat wielka atrakcja turystyczna. Dawniej na ogol jechalo sie pociagiem z Riobamby, lecz najbardziej spektakularna czesc trasy zaczyna sie za Alausi. Szczegolna atrakcja byla mozliwosc jazdy na dachu pociagu. Jednak kilka lat temu zwisajace nad linia kolejowa kable telekomunikacyjne obciely glowy dwom japonskim turystom, jadacym na dachu. Od tego czasu jazda na dachu zostala zabroniona. A calkiem niedawno, jak juz wspominalem, przejela firma panstwowa ta linie kolejowa, i odtad pociagi nie jezdza juz w ogole.
Tloczymy sie wiec w malym wagoniku i jestesmy ciekawi na widoki z okna. Nistety pogoda jest niezbyt dobra - jest bardzo pochmurno i coraz bardziej sciemnia sie, zwlaszcza, ze pomalu zbliza sie juz zmrok (zachod slonca jest tu okolo godz. 18).
 Sam Nariz del Diablo to okolo 100 m wysoka charakterystyczna skala nad przelecza Rio Chanchán na trasie lini kolejowej prowadzacej przez Andy z Riobamby do Sibambe, ktora byla budowana w latach 1899-1908. Szczegolnie wlasnie ten niezwykle trudny odcinek wokol Diabelskiego Nosa uchodzil za dzielo mistrzowskie sztuki inzynieryjnej i zaliczany jest do najbardziej spektakularnych na swiecie.
Aby przedostac sie wzdluz tej prawie pionowej skaly polozono tory w formie zygzaka prawie ponad soba. Jadacy pociag musi wiec w pewnym momencie wycofywac w dol po rownolegle lezacych ponizej torach aby po kilkuset metrach jechac znowu do przodu na kolejnym nizszym poziomie. W ten sposob na odleglosci 2 km zostaje pokonana roznica wysokosci ok. 500 m. Przydomek "diabelska" zawdziecza ta skala faktowi, ze przy budowie trasy w tak ciezkich warunkach zmarlo bardzo duzo osob.
Jadac na tym odcinku w wagoniku wygladam z okna i widze pionowo pod nami dalszy ciag torow i jeszcze glebiej maly dworzec kolejowy. Po drodze robimy przystanek w wawozie i wtedy widac dobrze jak  przebiegaja tory po wykutej waskiej rampie na krawedzi skaly. Kolejny postoj robimy calkiem na dole pod Diabelskim nosem, a pozniej wracamy ta sama trasa do Alausi. Jeszcze jeden postoj jest na dworcu u podnoza skaly. W sumie przejazd ten jest ciekawy ala naturalnie jazda na dachu bylaby bardziej spektakularna i mozliwe bylyby duzo ciekawsze widoki na otaczajacy krajobraz.
Do Alausi wracamy okolo  godz. 17.15 i przesiadamy sie do naszego autobusiku. Teraz czeka nas jeszcze dluga jazda na poludnie do Ingapirca. Droga prowadzi caly czas zawilymi serpentynami przez Andy. Ponizej nas znajduja sie czesto strome i glebokie przepascie. Pogoda jest nadal kiepska i do tego dochodzi jeszcze miejscami bardzo silna mgla, ktora nieraz jak mleko wypelnia calkowicie lezace pod nami doliny,  a czesciowo spowija tez nasza droge w gesta biel. Miejscami widocznosc nie przekracza nawet 5 metrow. Dobrze, ze nie widzimy we mgle, jak glebokie sa te przepascie za krawedzia drogi. Po godz. 18.30 dochodzi do tego jeszcze ciemnosc oraz wyjatkowo kiepska nawierzchnia drogi. Taka zla droga nie jechalismy jeszcze w Ekwadorze. Podziwiam zdolnosci naszego kierowcy i modle sie tez po cichu, aby przy kolejnej serpentynie nie pomylil sie i dobrze wyczul, w ktora strone jest zakret. Bo widziec ich sie prawie nie da :-)
Kolo godz. 20 mgla znika calkiem niespodziewanie - nagle jest nad nami absolutnie bezchmurnie, widac wyraznie gwiazdziste niebo, a w tyle za nami odznacza sie ostra granica gestej mgly.
Krotki czas pozniej dojezdzamy do naszego hotelu - pieknej starej hacjendy polozonej wsrod lagodnych wzgorz. Na dworze jest dosyc chlodno i z przyjemnoscia zjadamy ciepla kolacje przy trzaskajacym wesolo ogniu kominkowym w starych zabudowaniach hacjendy.

  • Ekwador
  • Ekwador-Alausi
  • Ecuador 1805
  • Ecuador 1658
  • Ecuador 1655
  • Ecuador 1664
  • Ecuador 1674
  • Ecuador 1675
  • Ecuador 1680
  • Ecuador 1685
  • Ecuador 1686
  • Ecuador 1687
  • Ecuador 1690
  • Ecuador 1691
  • Ecuador 1693
  • Ecuador 1695
  • Ecuador 1698
  • Ecuador 1700
  • Ecuador 1678
  • Ecuador 1696
  • Ecuador 1702
  • Ecuador 1703
  • Ecuador 1707
  • Ecuador 1708
  • Ecuador 1711
  • Ecuador 1715
  • Ecuador 1717
  • Ecuador 1719
  • Ecuador 1723
  • Ecuador 1726
  • Ecuador 1730
  • Ecuador 1706
  • Ecuador 1733
  • Ecuador 1735
  • Ecuador 1736
  • Ecuador 1737
  • Ecuador 1741
  • Ecuador 1746
  • Ecuador 1750
  • Ecuador 1755
  • Ecuador 1759
  • Ecuador 1761
  • Ecuador 1743
  • Ecuador 1745
  • Ecuador 1758
  • Ecuador 1760
  • Ecuador 1762
  • Ecuador 1764
  • Ecuador 1767
  • Ecuador 1771
  • Ecuador 1777
  • Ecuador 1774
  • Ecuador 1775
  • Ecuador 1778
  • Ecuador 1769
  • Ecuador 1772
  • Ecuador 1780
  • Ecuador 1765
  • Ecuador 1787
  • Ecuador 1789
  • Ecuador 1794
  • Ecuador 1807
  • Ecuador 1809
  • Ecuador 1813
  • Ecuador 1783
  • Ecuador 1785
  • Ecuador 1790
  • Ecuador 1796
  • Ecuador 1801
  • Ecuador 1687a
  • Ecuador 1818
  • Ecuador 1825
  • Ecuador 1826
  • Ecuador 1830
  • Ecuador 1832
  • Ecuador 1837
  • Ecuador 1839
  • Ecuador 1845
  • Ecuador 1850
  • Ecuador 1856

Hacjenda, w ktorej nocujemy, polozona jest na wzgorzu powyzej terenu wykopalisk archeologicznych w Ingapirca. Idac na sniadanie widze wiec niedaleko w dole ruiny piekne oswietlone swiatlem poranego slonca. Pogoda jednak bardzo szybko sie zmienia. Gdy po sniadaniu docieramy do wejscia na teren ruin nie widac juz prawie niebieskiego nieba - w miedzyczasie nadciagnely chmury i mgla i zaslonily calkowicie slonce. Szkoda.
Przy ruinach Ingapirca (= "kamienny mur Inkow") spedzamy niecale 1,5 godziny. Teren ten nie jest zbyt rozlegly, ale sa to najbardziej znaczace w Ekwadorze slady cywilizacji Canari, rozbudowane pozniej przez Inkow. Dokladne przeznaczenie budowli nie jest jeszcze calkowicie rozszyfrowane. Przypuszcza sie, ze byla to nie tylko twierdza lecz i miejsce kultu. Najlepiej zachowana a raczej odrestaurowana budowla to  owalna swiatynia slonca.

Po zwiedzeniu Ingapirca udajemy sie w dalsza droge na poludnie w kierunku slynnego miasta Cuenca. Trasa prowadzi przez interesujace krajobrazowo gorzyste tereny, ktore w duzej czesci sa rolniczo zagospodarowane. Pozniej przejezdzamy przez malowniczo na zboczach polozone miasto Biblian (nazwane tak od slowa biblia) a chwile po tym przez stolice prowincji - Azogues. W miedzyczasie chmury staja sie rzadsze i od czasu do czasu przeswituje slonce.
Okolo poludnia docieramy do Cuenca. Tutaj zatrzymujemy sie najpierw na przedmiesciach i zwiedzamy znana fabryke kapeluszy panamskich Homero Ortega. Kapelusze te - wbrew nazwie - wywodza sie wlasnie z Ekwadoru, szczegolnie z prowincji Azuay, ktorej prowincja jest Cuenca. Tutaj wlasnie znajdowaly sie i znajduja najslynniejsze manufaktury. Poczatki tych kapeluszy wywodza sie z 1630 roku. Nazwe swoja zawdzieczaja podobno faktowi, ze podczas budowy kanalu panamskiego robotnicy uzywali tych kapeluszy do ochrony przed sloncem i w ten sposob dotarly one tez do Europy i rozpowszechnily sie na swiecie. Wielu prominentow nosilo te wlasnie kapelusze. Kapelusze panamskie plecione sa z pewnego gatunku rosliny palmopodobnej (toquilla) przez kobiety na wsi, a w fabryce, ktora zwiedzamy ,poddawane sa nastepnie dalszej obrobce i uszlachetnieniu. Ceny ich siegaja w zaleznosci od stopnia delikatnosci i precyzji wykonania od kilkunastu do wielu tysiecy dolarow.

Po ogladnieciu manufaktury, muzeum i wystawy najrozniejszych kapeluszy panamskich udajemy sie do naszego hotelu polozonego w starym miescie. Hotel La Posada del Angel znajdujacy sie w starym przytulnym budynku nie na darmo nosi taka nazwe. Wszedzie znajduje sie mnostwo roznych kiczowatych dekoracji przedstawiajacych aniolki - figurki, rozne obrazki itp. Ustawiona niedaleko recepcji choinka bozonarodzeniowa tez jest odpowiednio udekorowana. W sumie wygloda to calkiem przyjemnie.

Po poludniu udajemy sie pieszo do centum miasta, wpisanego ze wzgledu na swoja historyczna zabudowe na liste dziedzictwa kulturowego UNESCO. I faktycznie jest tu wiele starych i ciekawych budowli, sporo kosciolow, wsrod ktorych dominuje jednak bezsprzecznie nowa katedra z jej licznymi kopulami, bedaca symbolem poludnia Ekwadoru. Przy ladnej pogodzie chodzimy uliczkami miasta i przygladamy sie zyciu jego mieszkancow.  Interesujace jest, ze w centrum miasta wszystkie ulice przebiegaja rownolegle i prostopadle do siebie i ze panuje na wszystkich ruch jednokierunkowy. Chcac wiec dojechac pod jakis wskazany adres trzeba dokladnie wiedziec, jak tam dotrzec, mogac jechac zawsze tylko w jednym kierunku. Po zapadnieciu zmroku wracamy do naszego hotelu. Mamy szczescie, bo chwile pozniej zaczyna lac, jak z cebra.

  • Ecuador 1869
  • Ecuador 1873
  • Ecuador 1877
  • Ecuador 1878
  • Ecuador 1881
  • Ecuador 1883
  • Ecuador 1886
  • Ecuador 1896
  • Ecuador 1899
  • Ecuador 1902
  • Ecuador 1907
  • Ecuador 1909
  • Ecuador 1912
  • Ecuador 1915
  • Ecuador 1922
  • Ecuador 1923
  • Ecuador 1927
  • Ecuador 1932
  • Ecuador 1935
  • Ecuador 1938
  • Ecuador 1943
  • Ecuador 1948
  • Ecuador 1954
  • Ecuador 1962
  • Ecuador 1968
  • Ecuador 1975
  • Ecuador 1981
  • Ecuador 1985
  • Ecuador 1987
  • Ecuador 1988
  • Ecuador 1990
  • Ecuador 1994
  • Ecuador 1996
  • Ecuador 1998
  • Ecuador 2003
  • Ecuador 2010
  • Ecuador 2012
  • Ecuador 2017
  • Ecuador 2021

Dzisiaj mamy w planie wedrowke po ok. 30 km na polnocny-zachod od Cuenca polozonym Parku Narodowym El Cajas. Rano jest znowu pochmurno, a w drodze do El Cajas zaczyna padac deszcz. Jedziemy stale pod gore i coraz czesciej mgla spowija nasza droge i okoliczne wzgorza. Zaluje, ze pogoda jest taka niezbyt zachecajaca do wedrowek, a przede wszystkim zla do fotografowania. Tak cieszylem sie na zdjecia pieknych krajobrazow parkowych. Ale taka pogoda jest tu chyba dosyc typowa, jak widze na malej wystawie zdjec w schronisku, od ktorego bedziemy rozpoczynac nasza wedrowke.
Park Narodowy obejmuje obszar okolo 30.000 hektarow i na jego terenie znajduje sie wiele interesujacych szlakow turystycznych, wiodacych wsrod skapo porosnietych gor i okolo 270 znajdujacych sie tu jeziorek i lagun.
Okolo godz. 10, gdy rozpoczynamy nasza wedrowke, deszcz troche ustaje, ale jest jeszcze lekka mrzawka i otaczajace nas zbocza traca sie czesciowo w nisko lezacej mgle. Teren jest lekko bagienny, miejscami grzaski, porosniety trawami, pewnym rodzajem roslin podobnych do agaw i inny niska wegetacja charakterystyczna dla strefy paramo. Wedrujemy przez tereny plozone na wysokosci okolo 3800-4000 m. Cala otaczajaca nas sceneria - roslinnosc i pogoda - nadaje temu krajobrazowi niesamowita i bardzo ciekawa atmosfere. Mysle w drodze, ze taki nastroj lepiej tu nawet pasuje, niz sloneczna pogoda. Szlak wiedzie raz w gore, raz w dol, brzegami roznych jeziorek i stawow. Ciagle ukazuja sie naszym oczom nowe widoki i inne perspektywy tego tak niezwyklego krajobrazu. W pewnym momencie wchodzimy w ciemny las splatanych ze soba pni i galezi charakterystycznych drzew polylepis, posiadajacych lsniaca czerwonawo-brazowa kore. Jest to prawdziwy czarodziejski las :-)
W innym malym lasku robimy sobie kolo poludnia piknik. Pogoda o tyle sie poprawila, ze nie pada juz deszcz - najwyzej tylko od czasu do czasu troche pokapie - a i mgla tez juz sie w duzym stopniu rozeszla. Ale jest nadal bardzo zimno, momentami tez wietrznie. Jestem zapakowany w polara, ciepla kurtke, kapuze na glowie. Pozniej pokazuje sie chwilami slonce, ale szybko znowu znika za chmurami.
Okolo godz. 15 docieramy do szosy prowadzacej przez park, gdzie czeka juz na parkingu nasz autobus. Wedrowka dzisiejsza dosyc mnie wyczerpala - to chyba ta wysokosc, ale i deszcz i wiatr no i te obledne widoki :-) Godzine pozniej wracamy do naszego hotelu. Po krotkim tylko odpoczynku udajemy sie znowu do centrum Cuenca. Wedrujemy podobnie jak wczoraj po starych uliczkach, robimy male zakupy na jutro, odwiedzamy kilka sklepow z pamiatkami. W centrum miasta odbywa sie jakas demonstracja. W miedzyczasie zapada zmrok. Wlasnie wylaczono tez prad w calej dzielnicy. Jest to ostatnio bardzo czeste zjawisko w Ekwadorze - przezylismy juz to tez kilkakrotnie w Quito. Poniewaz juz od dlugiego czasu panuje susza w Ekwadorze (dziwne, ze ostatnio przezylismy tyle opadow ;-) ), sa braki energii i w miastach wylaczany jest w godzinach wieczornych prad, tak na 2-3 godziny.
Wchodzimy do katedry, ktora jest tez calkowicie ciemna. Tylko nieliczne swiece daja troche bladego swiatla - na tyle aby nie zderzyc sie z innymi osobami.
Zwlaszcza, ze zbliza sie nabozenstwo i do kosciola wchodzi coraz wiecej ludzi.
Czekamy kiedy wlacza znowu prad, bo chcemy pojsc na kolacje do jakiejs restauracji, ale nadal jest ciemno. W koncu decydujemy sie na polecana nam typowa ekwadorska restauracje bezposrednio obok katedry, ktora jest licznie odwiedzana przez miejscowych. Glosno pracujacy generator daje wprawdzie troche swiatla, ale prawie uniemozliwia rozmowe. W restauracji wisi na scianach wiele starych, wyblaklych zdjec, caly wystroj jest zreszta ciekawy - siedzimy na takim balkoniku na pierwszym pietrze - przed naszymi oczami wisi zyrandol zrobiony ze skorup rozbitych talerzy, powyginanych widelcow, lyzek i nozy.
Jedzenie jest smaczne, i rowniez soki, ktore naleza juz do naszego stalego repertuaru w Ekwadorze. Siedzi sie tu bardzo fajnie, szkoda tylko, ze te generatory robia tyle halasu. Po smacznej kolacji kierujemy sie ciemnymi uliczkami w kierunku naszego hotelu. Nagle generatory cichna i pojawiaja sie znowu swiatla na ulicy i w sklepikach. Ale jednoczesnie widze, jak gasna swiatla przed nami. No tak, a wiec nasz hotel lezy teraz w ciemnosciach i tak bedzie tez przez nastepne 2 godziny. Na szczescie tam tez maja glosne generatory, a w pokoju sa na ta ewentualnosc lampy zasilane akumulatorami.

 

  • Ecuador 2094
  • Ecuador 2144
  • Ecuador 2098
  • Ecuador 2024
  • Ecuador 2027
  • Ecuador 2028
  • Ecuador 2031
  • Ecuador 2033
  • Ecuador 2038
  • Ecuador 2043
  • Ecuador 2045
  • Ecuador 2050
  • Ecuador 2053
  • Ecuador 2056
  • Ecuador 2066
  • Ecuador 2070
  • Ecuador 2073
  • Ecuador 2074
  • Ecuador 2082
  • Ecuador 2084
  • Ecuador 2095
  • Ecuador 2103
  • Ecuador 2113
  • Ecuador 2114
  • Ecuador 2116
  • Ecuador 2119
  • Ecuador 2127
  • Ecuador 2128
  • Ecuador 2130
  • Ecuador 2136
  • Ecuador 2141
  • Ecuador 2145
  • Ecuador 2146
  • Ecuador 2147
  • Ecuador 2150
  • Ecuador 2153
  • Ecuador 2154
  • Ecuador 2155
  • Ecuador 2159
  • Ecuador 2160
  • Ecuador 2176
  • Ecuador 2177
  • Ecuador 2178
  • Ecuador 2180
  • Ecuador 2182
  • Ecuador 2184
  • Ecuador 2185
  • Ecuador 2187
  • Ecuador 2188
  • Ecuador 2190
  • Ecuador 2191
  • Ecuador 2192
  • Ecuador 2195
  • Ecuador 2196
  • Ecuador 2200
  • Ecuador 2206
  • Ecuador 2209
  • Ecuador 2210
  • Ecuador 2212
  • Ecuador 2213
  • Ecuador 2214
  • Ecuador 2220
  • Ecuador 2221
  • Ecuador 2223
  • Ecuador 2225

Dzisiaj udajemy sie na ostatni etap naszej podrozy po kontynentalnej czesci kraju - do lezacej na skrajnym poludniu Ekwadoru miejscowosci Vilcabamba.
Wyjezdzajac z Cuenca zatrzymujemy sie jeszcze na punkcie widokowym ponad miastem, skad przy pieknej pogodzie podziwiamy lezaca ponizej nas panorame miasta.
Po okolo godzinie jazdy innymi drogami osiagamy znowu Panamericane. Krajobrazy przypominaja mi tutaj polskie Beskidy. Na zboczach znajduje sie duzo pastwisk oraz zabudowan - nieraz bardzo okazale wille. Pozniej krajobraz staje sie jeszcze bardziej gorzysty i mniej zaludniony. Wjezdzamy znowu na wysokosc ponad 3000 metrow nad poziomem morza. Serpentyny, lasy piniowe, drobne zarosla i krzewy towarzysza nam w dalszej drodze. Znowu zebralo sie tez wiecej chmur na niebie i miejscami pada deszcz. Z biegiem czasu krajobraz staje sie bardziej suchy - wyschniete i ledwo porosniete zbocza gor, pojedyncze agawy, opuncje i inne kaktusy, drzewa karobowe i wysokie trawy to krajobraz na wysokosci ok. 1800 m w okolicy Rio Leo. Ale znajduja sie tutaj tez plantacje owocow. Za chwile pniemy sie serpentynami znowu pod gore. Im dalej udajemy sie na poludnie tym bardziej suchy jest klimat i nizsze gory w Ekwadorze. Dalej na pludniu - w Peru - krajobraz ten  przechodzi w pustynie.
Okolo poludnia dojezdzamy do malej miejscowosci Saraguro (ok. 3000 mieszkancow), gdzie robimy godzinna przerwe. Zamieszkujacy tutaj i w okolicy indianie uchodza za bardzo zamoznych - zyja z rolnictwa i hodowli bydla. Wedlug wlasnej legendy wywodza sie oni z okolic jeziora Titicaca w Peru. Rowniez poziom ich wyksztalcenia jest ponadprzecietny. W Saraguro posiadaja wlasna ponadpodstawowa szkole, a wielu z nich studiuje w Cuenca lub Quito. Najbardziej ciekawe dla mnie sa jednak ich charakterystyczne stroje z czarnej lub granatowej welny, wg. legendy jako znak wiecznej zaloby po zamordowaniu ostatniego Inki przez Hiszpanow w 1533 roku. Oprocz kapeluszy, ktore nosza kobiety, mezczyzni i dzieci, bardzo charakterystyczne sa u mezczyzn spodnie siegajace tylko troche ponizej kolan. U kobiet szczegolnie charakterystyczne sa duze srebrne igly z ozdobnym zakonczeniem, sluzace do spinania zalozonych na ramiona chust. 
Teraz, w porze poludniowej miasteczko jest prawie calkowicie wyludnione. Duzy park przed znajdujacym sie w remoncie kosciolem stanowi centrum miejscowosci. Wokol niego niskie domki czesciowo z arkadami, pod ktorymi indianki sprzedaja m.in. bizuterie wlasnej roboty. Wloczymy sie troche po miescie i po hali targowej i obserwujemy spokojnie toczace sie tu zycie.
Okolo godz. 13.30 udajemy sie w dalsza droge na poludnie. Krajobrazy sa podobne - gory pokryte skapa roslinnoscia, czesto tylko trawami, raz bardziej zielone, raz bardziej wyschniete. Czesto ukazuja sie naszym oczom piekne panoramiczne widoki na polozone wsrod wzgorz doliny; szkoda tylko, ze jest dosyc pochmurno. Po okolo dwoch godzinach jazdy docieramy do miasta Loja, polozonego na wysokosci okolo 2100 m w dolinie malowniczo otoczonej gorami. Tutaj wita nas prawie bezchmurne niebo i slonce mocno przygrzewa. W Loja, stolicy prowincji o tej samej nazwie, odbywamy okolo dwogodzinny spacer po miescie. Sprawia ono prowincjonalne wrazenie. Kilka starych kosciolow, glowny plac miejski z katedra, ulice handlowe ze stara zabudowa to miejsca, ktore odwiedzamy.

  • Ecuador 2232
  • Ecuador 2243
  • Ecuador 2247
  • Ecuador 2251
  • Ecuador 2262
  • Ecuador 2310
  • Ecuador 2257
  • Ecuador 2259
  • Ecuador 2260
  • Ecuador 2264
  • Ecuador 2267
  • Ecuador 2273
  • Ecuador 2274
  • Ecuador 2275
  • Ecuador 2284
  • Ecuador 2286
  • Ecuador 2291
  • Ecuador 2292
  • Ecuador 2296
  • Ecuador 2301
  • Ecuador 2304
  • Ecuador 2305
  • Ecuador 2307
  • Ecuador 2315
  • Ecuador 2324
  • Ecuador 2325
  • Ecuador 2326
  • Ecuador 2328
  • Ecuador 2329
  • Ecuador 2330
  • Ecuador 2335
  • Ecuador 2339
  • Ecuador 2341
  • Ecuador 2350
  • Ecuador 2353
  • Ecuador 2363
  • Ecuador 2370
  • Ecuador 2374

Z Loja do Vilcabamba, celu naszej dzisiejszej podrozy, mamy jeszcze ok. 40 km. Po drodze mijamy kilka wiekszych plantacji trzciny cukrowej. W okolicy znajduja sie rowniez uprawy kawy. Na miejsce docieramy po godz. 18. Nasza hosteria, zalozona i prowadziona przez dwoch mlodych niemieckich braci, jest polozona malowniczo na zboczu jednej z gor, z przepieknym widokiem na lezace w dolinie miasteczko i otaczajace gory. Mieszkamy tutaj w bungalowach, polozonych w rozleglym, ladnym parku. Jadalnia znajduje sie na wolnym powietrzu, pod zadaszeniem, i z pieknym panoramicznym widokiem na okolice. Hosteria ta jest miejscem spotkan backpacker-ów z calego swiata. Bracia-wlasciciele hotelu stworzyli tez w okolicznych gorach siec oznakowanych szlakow do wedrowania.
Nastepnego dnia po sniadaniu wyruszamy jednym z tych szlakow na wedrowke po okolicy. Pogoda dopisuje i slonce mocno przypala. Niby lekka wedrowka po gorach, ale jednak pot leje sie z czola. Dobrze, ze od czasu do czasu pojedyncze chmury przyslaniaja slonce. Poczatkowo idziemy wsrod przydomowych ogrodkow i malych poletek uprawnych. Widzimy tu m.in. trzcine cukrowa, tyton, kawe, banany. Dziko rosna maracuje, po drodze mijamy wiele opuncji, olbrzymich agaw, drzewa jukowe. Z wyzej polozonych zboczy roztacza sie piekny widok panoramiczny na otaczajace nas gorskie krajobrazy i na polozona w dolinie pod nami Vilcabambe. Nasza wedrowka konczy sie w miasteczku, a wlasciwie raczej wiosce Vilcabamba, ktora osiagamy wczesnym popoludniem. Wies robi wrazenie calkowicie wymarlej, puste ulice, cisza. Dochodzimy do centrum, gdzie przy glownym placu stoi kosciol. Tutaj siedzi kilka osob na laweczkach w cieniu wysokich drzew. Wokol placu znajduje sie pod arkadami kilka sklepow i restauracji. Decydujemy sie na jedna z nich i zamawiamy zupe. Siedzac w cieniu arkad, w lekko powiewajacym wietrzyku, obserwujemy wolno toczace sie zycie w tej ospalej miescinie. Pozniej przenosimy sie na druga strone placu, gdzie w ulicznej kafejce dalej leniuchujemy przy kawie. Do naszych kwater wracamy na platformie pick-upa, ktore sluza tutaj jako taksowki. Reszte popoludnia i wieczoru spedzamy w parku naszej hosterii, m.in. popijajac smaczne soczki i fotografujac motyle i ciekawe rosliny.

Nastepny dzien rozpoczynamy bardzo wczesnym sniadaniem juz o godz. 7, bo czeka nas dzisiaj najdluzszy etap podrozy - do Guayaquil na wybrzezu Ekwadoru, skad jutro polecimy na wyspy Galapagos. Pogoda jest dzisiaj bardzo brzydka - pochmurno, mgliscie i deszczowo. Jedziemy znowu w kierunku Loja, pozniej na zachod a nastepnie na polnoc. Najpierw przekraczamy Andy, tutaj niewysokie wprawdzie, ale droga wiedzie niekonczacymi sie serpentynami. Droga jest czesciowo z bardzo zlym stanie (najgorsza, jaka widzialem w Ekwadorze), czesciowo znajduje sie w remoncie (dlugie postoje z powodu budów i zwiazanego z tym ruchu jednokierunkowego) i jazda tedy w deszczu i miejscami silnej mgle jest dosyc meczaca. Mijane okolice sa tylko bardzo skapa porosniete wysuszona, szara roslinnoscia. Okolo godz. 13 robimy przerwe obiadowa w jakiejs przydroznej restauracji dla kierowcow kolo miejscowosci Balsas. Okolica podobno nie uchodzi za zbyt bezpieczna. Nasz kierowca musi jechac z autobusikiem do warsztatu w pobliskim miasteczku, aby wymienic opone, bo wbil sie do niej jakis gwozdz. Dopiero po okolo dwoch godzinach mozemy jechac dalej. Im nizej zjezdzamy i im bardziej zblizamy sie do wybrzeza, tym bardziej zielona, bogata i egzotyczna staje sie roslinnosc. Pojawiaja sie palmy, rozne duze egzotyczne drzewa, bananowce. Krajobraz przypomina mi tu bardzo Kostaryke. W miedzyczasie teren jest juz calkiem plaski, jedziemy po Panamericanie. Teraz towarzysza nam po obu stronach drogi nie konczace sie plantacje bananow. Nieraz na odcinkach od kilku do kilkanastu kilometrow drogi nie widzimy nic innego, jak tylko bananowce. Lacznie uprawia sie w Ekwadorze 12 gatunkow tego owocu.  Ale w okolicy uprawia sie tez kakao, drzewa teakowe, i znajduja sie tutaj rowniez duze hodowle krewetek.
Do naszego hotelu w centrum Guayaquil docieramy zmeczeni dluga jazda dopiero po godz. 20 wieczorem.

  • Ekwador
  • Ecuador 2387
  • Ecuador 2391
  • Ecuador 2396
  • Ecuador 2404
  • Ecuador 2405
  • Ecuador 2409
  • Ecuador 2412
  • Ecuador 2414
  • Ecuador 2415
  • Ecuador 2417
  • Ecuador 2431
  • Ecuador 2437
  • Ecuador 2438
  • Ecuador 2441
  • Ecuador 2442
  • Ecuador 2443
  • Ecuador 2444
  • Ecuador 2458
  • Ecuador 2463
  • Ecuador 2473
  • Ecuador 2476
  • Ecuador 2478
  • Ecuador 2483
  • Ecuador 2486
  • Ecuador 2488
  • Ecuador 2489
  • Ecuador 2495
  • Ecuador 2498
  • Ecuador 2499
  • Ecuador 2503
  • Ecuador 2505
  • Ecuador 2507
  • Ecuador 2508
  • Ecuador 2509
  • Ecuador 2511
  • Ecuador 2513
  • Ecuador 2515
  • Ecuador 2518
  • Ecuador 2523
  • Ecuador 2524
  • Ecuador 2525
  • Ecuador 2530
  • Ecuador 2531
  • Ecuador 2535
  • Ecuador 2537
  • Ecuador 2538
  • Ecuador 2542
  • Ecuador 2544
  • Ecuador 2547
  • Ecuador 2554
  • Ecuador 2557
  • Ecuador 2560
  • Ecuador 2562
  • Ecuador 2563
  • Ecuador 2565

Przed poludniem wylatujemy przy pieknej pogodzie z Guayaquil na wyspy Galapagos. Lot trwa ok. 1,5 godziny, ale dzieki przesunieciu czasu na wyspach nadrabiamy znowu godzine. Przy podejsciu do ladowania na polozonym na malutkiej wyspie Baltra lotnisku widzimy z okien samolotu kilka wysepek, m.in. rowniez jedna z najwiekszych - Santa Cruz, na ktorej bedziemy mieli nasza baze wypadowa. Pomimo, ze wszedzie jest ladna pogoda, to nad ta wyspa utrzymuja sie chmury.

Po odbyciu odprawy i odbiorze bagazu na malutkim lotnisku (poza nim nie ma na tej wyspie chyba nic innego) udajemy sie liniowym autobusem na poludniowy brzeg wyspy, gdzie przeladowujemy znowu nasze bagaze na maly prom. Promem przeplywamy w ciagu okolo 5 minut przez kanal oddzielajacy wyspe Baltra od lezacej na poludniu duzej wyspy Santa Cruz. Jest to najbardziej zaludniona i zagospodarowana wyspa archipelagu.
Nastepnie przesiadamy sie z promu do kolejnego autobusu liniowego, ktorym w ciagu ok. 45 minut przejazdzamy az na poludniowo-wschodnie wybrzeze wyspy - do Pto. Ayora.
Z okien autobusu obserwuje krajobrazy i wegetacje. Polnocna czesc wyspy robi wrazenie bardzo suchej: jest tu wiele wyschnietych drzew i zarosli. Jadac coraz to wyzej po zboczu wulkanu pojawia sie w pewnym momencie soczysta, zielona roslinnosc, lasy z drzewami pokrytymi czesciowo licznymi porostami. Ku mojemu zaskoczeniu pozniej pojawiaja sie rowniez pola uprawne, krowy na pastwiskach, male osady. Ale i pojedyncze opuncje pojawiaja sie w sasiedztwie drogi. Jakos inaczej wyobrazalem sobie jednak wyspy Galapagos. Zblizajac sie do poludniowo-wschodniego kranca wyspy krajobraz staje sie znowu coraz bardziej suchy.
Po dojechaniu do malego centrum Pto. Ayora niedaleko portu wysiadaja z autobusu ostatni goscie i pozostaje tylko nasza mala grupka. Nasz nowy przewodnik, ktory powital nas na lotnisku, rozmawia z kierowca autobusu i po chwili jedziemy dalej. Autobus podwozi nas az pod sam hotel.

Po otrzymaniu pokoju i krotkim odpoczynku udaje sie do centrum miasteczka, aby cos zjesc. Po poludniu idziemy pieszo z hotelu do slynnego Centrum Charlesa Darwina. W tej stacji biologiczno-naukowej znajduja sie przede wszystkim rozne gatunki zolwi zyjacych na Galapagos. Ale tez dowiadujemy sie tutaj wiele o genezie i historii archipelagu, a takze o tutejszej florze i faunie. Glownym tematem sa oczywiscie slynne zolwie z Galapagos.
Do wielu odgrodzonych w naturalnym otoczeniu "zagrod", w ktorych zyja tutaj zolwie, mozna wejsc i obserwowac z bliska te kolosy. Juz na samym poczatku odwiedzin w stacji slonce kryje sie niestety ostatecznie za chmurami, tak ze pogoda nie jest zbyt fotograficzna. Po zwiedzeniu stacji wracamy do hotelu, a pozniej robimy sobie wedrowke po miasteczku i szukamy jakiejs milej restauracji, gdzie zjadamy kolacje na wolnym powietrzu.

Na razie kilka pierwszych zdjec z Galapagos "na zachete":

  • Ekwador
  • Ecuador 2626
  • Ecuador 2628
  • Ecuador 2644
  • Ecuador 2735
  • Ecuador 2743
  • Ecuador 2746
  • Ecuador 2781
  • Ecuador 2750
  • Ecuador 2805
  • Ecuador 2835
  • Ecuador 2864
  • Ecuador 2921
  • Ecuador 2927
  • Ecuador 2941
  • Ecuador 2950
  • Ecuador 2958
  • Ecuador 2993
  • Ecuador
  • Ecuador 3003
  • Ecuador 3054
  • Ecuador 3105
  • Ecuador 3109
  • Ecuador 3174
  • Ecuador 3273
  • Ecuador 3279
  • Ecuador
  • Ecuador 3368
  • Ecuador 2670
  • Ecuador 2815

Nastepnego dnia wczesnym rankiem wyjezdzamy autobusem z Pto. Aroya i przejezdzamy podobnie jak wczoraj przez cala wyspe Santa Cruz, az do kanalu oddzielajacego ja od wyspy Baltra. Tutaj przeplywamy lodka na maly stateczek "Hispaniola", mieszczacy  kilkanascie osob, ktorym udajemy sie w rejs na polnoc, na malutka wysepke North Seymour, bedaca rajem dla ptakow i zwierzat zyjacych na wyspach. Po okolo godzinie doplywamy do wyspy. Jest wspaniala bezchmurna pogoda, czuje sie jak w raju. Robimy wedrowke po wyspie, podczas ktorej mozemy zaobserwowac foki, legwany a przede wszystkim mnostwo roznych ptakow. Najciekawsze wydaja mi sie bardzo charakterystyczne niebieskonogie gapy oraz duze fregaty, ktore kraza nad nami w powietrzu i siedza na skapych, wyschnietych drzewach. Duze wrazenie sprawia fakt, ze ani ptaki ani zwierzeta nie plosza sie nasza obecnoscia. Wazne jest jednak, aby nie opuszczac nigdy sciezek wyznaczonych tutaj dla zwiedzajacych. Nasz przewodnik bardzo tego pilnuje.
Po zakonczeniu wedrowki wracamy na poklad, gdzie zjadamy bardzo smaczny obiad, plynyc jednoczesnie na poludnie, w kierunku polnocnego wybrzeza wyspy Santa Cruz. Tutaj ladujemy na pieknej plazy Bachas, gdzie mamy znowu czas do dyspozycji na wedrowki wzdluz brzegu lub kapiel w towarzystwie pelikanow i krabow. Ja nie chce tracic cennego czasu na kapiel i spaceruje wzdluz wybrzeza, obserwujac tutejsza bogata faune. Efekty tej wedrowki mozna zobaczyc na ponizszych zdjeciach :-)
Nastepnie wracamy statkiem do przystani i stad znowu autobusem na druga strone wyspy do Pto. Ayora, gdzie docieramy poznym popoludniem. Reszte wieczoru spedzamy podobnie jak wczoraj w centrum Pto. Ayora, testujac kolejna restauracje.

  • Ecuador 2586
  • Ecuador 2595
  • Ecuador 2596
  • Ecuador 2601
  • Ecuador 2602
  • Ecuador 2642
  • Ecuador 2646
  • Ecuador 2648
  • Ecuador 2658
  • Ecuador 2676
  • Ecuador 2678
  • Ecuador 2690
  • Ecuador 2691
  • Ecuador 2697
  • Ecuador 2699
  • Ecuador 2708
  • Ecuador 2723
  • Ecuador 2744
  • Ecuador 2747
  • Ecuador 2753
  • Ecuador 2767
  • Ecuador 2772
  • Ecuador 2775
  • Ecuador 2777
  • Ecuador 2782
  • Ecuador 2787
  • Ecuador 2791
  • Ecuador 2793
  • Ecuador 2797
  • Ecuador 2808
  • Ecuador 2814
  • Ecuador 2820
  • Ecuador 2827
  • Ecuador 2834
  • Ecuador 2838
  • Ecuador 2859
  • Ecuador 2860
  • Ecuador 2863
  • Ecuador 2874
  • Ecuador 2877
  • Ecuador 2878
  • Ecuador 2880
  • Ecuador 2883
  • Ecuador 2893
  • Ecuador 2895
  • Ecuador 2903
  • Ecuador 2905
  • Ecuador 2912
  • Ecuador 2916
  • Ecuador 2924
  • Ecuador 2926
  • Ecuador 2928
  • Ecuador 2935
  • Ecuador 2937
  • Ecuador 2939
  • Ecuador 2943
  • Ecuador 2946
  • Ecuador 2952
  • Ecuador 2956
  • Ecuador 2965
  • Ecuador 2974
  • Ecuador 2975
  • Ecuador 2979
  • Ecuador 2981
  • Ecuador 2986
  • Ecuador 2989
  • Ecuador 2995
  • Ecuador 2998
  • Ecuador 2999
  • Ecuador 3005
  • Ecuador 3007
  • Ecuador 3009
  • Ecuador 3012
  • Ecuador 3018
  • Ecuador 3028
  • Ecuador 3032
  • Ecuador 3040
  • Ecuador 3051
  • Ecuador 3055
  • Ecuador 3061
  • Ecuador 3062
  • Ecuador 3064

Na nastepne dwa dni na wyspach Galapagos mielismy rozne alternatywy do wyboru, ktore omowilismy z naszym przewodnikiem w pierwszym dniu. My decydujemy sie na dwudniowa wycieczke na wyspe Isabela, najwieksza wyspe w archipelagu. Nasz przewodnik, Daniel, przekonuje nas, ze wbrew znanemu wczesniej alternatywnemu programowi jednodniowy wyjazd na Isabele nie oplaca sie ze wzgledu na duza odleglosc. Decydujemy sie wiec w 10-osobowej grupce pojechac tam na dwa dni. Przewodnik robi nam propozycje programu i wspolnie ustalamy, co i jak. A Daniel wszystko zalatwia i organizuje przy pomocy swojej komorki.
Tak wiec dzisiaj wczesnie rano (przed godz. 8.00) wyplywamy szybka lodzia motorowa w morze i udajemy sie na kurs  poludniowo-zachodni, na poludniowo-wschodni kraniec tej ogromnej wyspy. Przed wejsciem na motorowke kontrolowany jest w porcie bagaz (czy nie ma w nim jakis roslin czy owocow, ktorych nie wolno przewozic na inne wyspy). Niestety pogoda dzisiaj nam nie sprzyja, jest bardzo pochmurno.
Po okolo 1,5 godz "pedzenia" po morzu ukazuje sie naszym oczom znowu lad na horyzoncie. I to juz najwyzsza pora dla mnie - i nie tylko dla mnie :-). Okolo godziny takiego kolysania i rozbijania fali dziobem motorowki bylo bardzo przyjemne, ale pozniej stalo sie to dla mnie, tzn. dla mojego zoladka i zmyslu rownowagi, coraz bardziej meczace :-) Krotko przed celem naszej podrozy podplywamy jeszcze do malej skalistej wyspy Tortuga wystajacej z morza - jest to wlasciwie czubek wulkanu - na ktorej zboczach znajduja sie gniazda licznych fregat. Zmuszam sie, aby z chwiejnej lodzi zrobic im kilka zdjec. U brzegu naszej motorowki pojawiaja sie tez zolwie morskie. Okolo godz. 10 wplywamy w koncu do portu malutkiej miesciny Pto. Villamil (to glowne miasto tej wyspy, liczace ok. 2000 mieszkancow).
Z ulga wychodze chwiejnym krokiem na lad :-) Po dezynfekcji naszych butow udajemy sie samochodami kilka kilometrow dalej, do "centrum" osady. Rozlokowujemy sie tutaj w dwoch hotelikach czy pensjonatach. W Pto. Villamil panuje calkiem inna atmosfera niz w Pto. Ayora na Santa Cruz: tam bylo mnostwo turystow, tutaj nie widzimy zadnych. Miasteczko zyje swoim zyciem, spokojne, uspione. Nie ma zadnych duzych hoteli, zadnych promenad ze sklepami z pamiatkami itp. Tylko kilka spokojnych ulicznych restauracji i domki rybakow. Daniel przedstawia nas zaraz swojej mamie, ktora ma maly sklepik i u ktorej jutro bedziemy jedli na swiezym powietrzu sniadanie. Dzisiaj udajemy sie jednak zaraz po pozostawieniu naszych bagazy w pokojach w dalsza droge.
Najpierw kierujemy sie do stacji hodowlanej zolwi na tej wyspie. Nie jest ona moze taka znana i tak czesto odwiedzana, jak stacja Darwina na Santa Cruz, ale nie mniej interesujaca. I wydaje mi sie, ze jest tutaj tez tuzo wiecej zolwi, malych i wiekszych.
Nastepnie jedziemy takimi typowymi dla wyspy malymi, otwartymi autobusikami z drewnianymi lawami, wzdluz poludniowego wybrzeza wyspy w kierunku zachodnim. Celem jest tak zwana "sciana lez" - ok. 150 m dlugi i kilka m wysoki i szeroki mur z kamiennych blokow lawy, wybudowany tutaj w latach 40-tych przez wiezniow. Znajdowaly sie tutaj wtedy trzy obozy dla wiezniow i mur ten budowano bez zadnego celu w otwartym terenie, porosnietym tylko opuncjami i rzadkimi drzewami. Trudno wyobrazic sobie meczarnie tej pracy w takich niesprzyjajacych warunkach klimatycznych. Po tej wycieczce do historii wyspy zwracamy sie znowu ku naturze, zatrzymujac sie w drodze powrotnej w kilku dalszych miejscach. Ze znajdujacego sie na jednej z nielicznych skal punktu widokowego mozemy podziwiac poludniowa czesc wyspy. Morze zieleni unoszace sie w kierunku polnocnym lekko w gore, na zboczu jednego z najwiekszych na swiecie kraterow wulkanicznych, Sierra Negra (1405 m npm). Pozniej spacerujemy przez mangrowy na wybrzezu i wokol malej laguny, podchodzimy do malego tunelu lawowego konczacego sie w morzu oraz do skal wulkanicznych na plazy, na ktorych wygrzewaja sie niezliczone legwany ladowe i morskie, gdyz wlasnie spoza chmur ukazalo sie znowu slonce. Podobaja mi sie rowniez tutejsze krajobrazy z kaktusami i skapa roslinnoscia.
Po powrocie do centrum Pto. Villamil idziemy na obiad do przytulnej restauracji na wolnym powietrzu, a nastepnie udajemy sie do portu. Stad wyplywamy dwoma lodziami na malownicze wysepki Las Tintoreras utworzone przez lawe wulkaniczna u brzegu wyspy Isabela. Zyje tutaj wiele ptakow i zwierzat charakterystycznych dle archipelagu. W morzu widzimy duze plastugi (?) plywajace tuz pod powierzchnia wody. A foki wyleguja sie najchetniej na lodziach rybackich zacumowanych w porcie. Wedrujac pozniej po skalach Las Tintoreras widzimy znowu mnostwo legwanow, krabow, foki, a w malym kanale utworzonym pomiedzy pasmami lawy kryja sie chetnie rekiny i inne duze ryby. Z skal mozemy wygodnie obserwowac liczne rekiny, ktore tedy przeplywaja. Rajska sielanka. Szkoda tylko, ze slonce znowu zniknalo za gestymi chmurami.
W drodze powrotnej, w pomalu zapadajacym juz zmroku widzimy z lodzi na skalach mnostwo ptakow: przede wszystkim gapy niebieskonozki, ale tez mewy, pelikany. Najwieksza atrakcja sa jednak liczne male pingwiny, ktore wlasnie wyszly z morza na lad (plynac po poludniu w strone Las Tintoreras nie bylo tu jeszcze widac zadnych pingwinow). Robie mnostwo zdjec, ale z chybotliwej lodzi i przy slabym juz swietle nie wychodza one zbyt dobrze.
Pelni wrazen powracamy do przystani, a nastepnie do hoteliku. Wieczor spedzamy milo w znanej nam juz restauracji.

Nastepnego ranka po sniadaniu udajemy sie w kierunku polnocnym, w glab wyspy. Dzisiaj poswiecamy dzien bardziej tematyce geologicznej. Niestety pogoda niezbyt nam sprzyja, znowu jest pochmurno. Najpierw podjezdzamy i podchodzimy do ukrytego w zieleni wejscia do tzw. tunelu lawowego, powstalego w ten sposob, ze wystygajaca lawa na zewnatrz stworzyla skalna skorupe, podczas gdy wewnatrz plynela jeszcze lawa. Wyposarzeni w latarki wedrujemy tym tunelem kilkadziesiat metrow, az do wyjscia z innej strony. Wewnatrz utworzyla siarka i inne mineraly ciekawe narosla, blyszczace srebrno i zloto w swietle latarki. Po krotkiej wedrowce przez bogata w wegetacje okolice podjezdzamy do innego ciekawego miejsca. Na prywatnej posesji znajduje sie tutaj maly krater wulkaniczny. Byl on do tej pory tak zarosniety roslinnoscia, ze wlasciciel tego terenu sam odkryl go dopiero 1-2 lata temu. Oczekuje on juz na nas na swojej posiadlosci (bezkresny teren pokryty zaroslami, krzakami i niskim lasem) i wedrujemy z nim sliska sciezka (niestety jest mrzawka i wszystko jest mokre i sliskie) az do takiego "lejka", ktorego zbocza sa cale zarosniete. W srodku wegetacji wylania sie mala czarna dziura w glab ziemi.
(w okolicy sa prawdopodobnie jeszcze dalsze takie kratery). Podchodzimy do niego od drugiej strony. Tutaj wlasciciel przymocowal kilka lin i troche desek w poprzek stromego zbocza, aby tworzyly cos w rodzaju drabiny. Trzymajac sie mocno liny schodzimy kilkanascie metrow w dol (a wlasciwie slizgamy sie po mokrej ziemi). Tutaj jest taki maly podest, a dalej juz tylko czarny otwor w niewiadome. Krater jest jeszcze niezbadany, jedynie wlasciciel terenu podobno tylko raz sposcil sie troche glebiej, ale jest to bardzo ryzykowne. Wrzucone przez nas i samoczynnie osuwajace sie ze zbocza przy schodzeniu kamienie jeszcze dlugo daja odglosy uderzen o skaliste sciany otchlani.
Ta wycieczka do krateru jest nie bez ryzyka, bo nie ma tutaj zadnych zabezpieczen, poza prowizorycznie zaczepionymi linami, a jest bardzo slisko i mozna by sie latwo dalej obsunac i zjechac formalnie w czarna otchlan. Ale wszystko dobrze sie konczy i wracamy calo i zdrowo na powierzchnie.
W dalszym planie mielismy dzisiaj podjazd do krawedzi krateru wulkanu Sierra Negra. Jest to podobno jeden z najwiekszych kraterow na swiecie. Ale niestety jest pochmurno i juz z terenu wokol tego malego, niezbadanego krateru widzimy, ze krawedz Sierra Negra pograzona jest w chmurach. Rezygnujemy wiec z tej wyprawy, bo i tak nie byloby nic widac. Szkoda, bo kilometrowy krater wygladal na zdjeciach na prawde imponujaco. Ale co zrobic, pogoda to sprawa szczescia. W drodze powrotnej do Pto. Villamil zatrzymujemy sie wiec dluzej w pewnej Eco-Lodge, gdzie spedzamy czas az do obiadu, ktory tutaj jemy na wolnym powietrzu. Na terenie tej lodge znajduja sie bungalowy, namioty itp, oraz duze ogrody. Bo idea wlasciciela jest, aby byc samowystarczalnym, tzn. hoduja tutaj m.in. kury, warzywa i owoce (np. tez banany, ananasy). Po obiedzie wracamy do Pto. Villamil. Po drodze widzimy na zakonczenie jeszcze kilka flamingow. Tutaj na wybrzezu panuje piekna, sloneczna pogoda, wiec ide jeszcze troche na plaze.
Po poludniu zegnamy wyspe Isabela i wyplywamy nasza lodzia motorowa w droge powrotna na Santa Cruz. Znowu przed nami dwie godziny rozbijania fal i hustawki zoladka. Przez ponad godzine robi to przyjemnosc, potem juz tylko zamykam oczy i wylaczam mysli. To pomaga! :-) I widze, ze inni pasazerowie tez podobnie "cierpia". A do tego dochodza jeszcze rozbryzgujace sie fale morskie, ktore siedzacych naprzeciw mnie pasazerow niezle "nawadniaja" ;-). Jakim szczesciem jest wplyniecie do portu i wejscie na lad. Jednak nie jestem i nie bede wilkiem morskim. Troche trwa, zanim moj zmysl rownowagi dochodzi znowu do siebie. Wracamy do naszego "starego" hotelu, a wieczor spedzamy znowu w centrum miasta.
Nastepnego ranka po raz ostatni przejezdzamy przez wyspe Santa Cruz udajac sie z przesiadkami, jak w pierwszym dniu, na lotnisko na wyspie Baltra. Okolo poludnia odlatujemy z Galapagos; pozostaja tylko niezapomniane wspomnienia (i mnostwo zdjec, jak widac ponizej ;-).
 

  • Ecuador 3067
  • Ecuador 3072
  • Ecuador 3081
  • Ecuador 3087
  • Ecuador 3088
  • Ecuador 3098
  • Ecuador 3101
  • Ecuador 3102
  • Ecuador 3110
  • Ecuador 3113
  • Ecuador 3117
  • Ecuador 3136
  • Ecuador 3142
  • Ecuador 3146
  • Ecuador 3150
  • Ecuador 3151
  • Ecuador 3154
  • Ecuador 3160
  • Ecuador 3163
  • Ecuador 3170
  • Ecuador 3179
  • Ecuador 3188
  • Ecuador 3191
  • Ecuador 3194
  • Ecuador 3196
  • Ecuador 3198
  • Ecuador 3203
  • Ecuador 3208
  • Ecuador 3210
  • Ecuador 3215
  • Ecuador 3217
  • Ecuador 3219
  • Ecuador 3221
  • Ecuador 3223
  • Ecuador 3226
  • Ecuador 3231
  • Ecuador 3232
  • Ecuador 3240
  • Ecuador 3241
  • Ecuador 3244
  • Ecuador 3250
  • Ecuador 3251
  • Ecuador 3253
  • Ecuador 3264
  • Ecuador 3268
  • Ecuador 3270
  • Ecuador 3275
  • Ecuador 3276
  • Ecuador 3277
  • Ecuador 3280
  • Ecuador 3282
  • Ecuador 3284
  • Ecuador 3285
  • Ecuador 3289
  • Ecuador 3294
  • Ecuador 3298
  • Ecuador 3302
  • Ecuador 3308
  • Ecuador 3314
  • Ecuador 3325
  • Ecuador 3326
  • Ecuador 3328
  • Ecuador 3331
  • Ecuador 3332
  • Ecuador 3333
  • Ecuador 3341
  • Ecuador 3346
  • Ecuador 3347
  • Ecuador 3349
  • Ecuador 3354
  • Ecuador 3357
  • Ecuador 3358
  • Ecuador 3364
  • Ecuador 3374
  • Ecuador 3376
  • Ecuador 3381
  • Ecuador 3383
  • Ecuador 3384
  • Ecuador 3388
  • Ecuador 3393
  • Ecuador 3395
  • Ecuador 3398
  • Ecuador 3400
  • Ecuador 3406
  • Ecuador 3407
  • Ecuador 3412
  • Ecuador 3414
  • Ecuador 3422
  • Ecuador 3426
  • Ecuador 3428
  • Ecuador 3429
  • Ecuador 3430
  • Ecuador 3437
  • Ecuador 3444
  • Ecuador 3446
  • Ecuador 3449
  • Ecuador 3453
  • Ecuador 3454
  • Ecuador 3459
  • Ecuador 3467
  • Ecuador 3474
  • Ecuador 3476
  • Ecuador 3477
  • Ecuador 3478
  • Ecuador 3482
  • Ecuador 3499
  • Ecuador 3503
  • Ecuador 3505
  • Ecuador 3508
  • Ecuador 3511
  • Ecuador 3533
  • Ecuador 3536
  • Ecuador 3541
  • Ecuador 3542
  • Ecuador 3543
  • Ecuador 3546
  • Ecuador 3548
  • Ecuador 3558


Nasza podroz zakonczyla sie wlasciwie na wyspach Galapagos, ale w drodze powrotnej do domu mamy znowu miedzyladowanie w Guayaquil i tutaj szesc godzin czasu do odlotu naszego samolotu do Madrytu. Juz bedac w Guayaquil w drodze na Galapagos organizujemy sobie wiec na dzisiaj przewodnika i transport, aby wykorzystac w ten sposob czas pobytu w tym miescie.
Guayaquil jest co prawda najwiekszym miastem Ekwadoru, ale nie posiada szczegolnie wielu atrakcji turystycznych i nasz przewodnik uwaza, ze w ciagu trzech godzin zdazymy zobaczyc wlasciwie wszystko, co interesujace. Nasza wycieczke po Guayaquil zaczynamy od polozonego w centrum miasta parku legwanow (Parque Bolivar), przy ktorym znajduje sie katedra. Po trawnikach i drzewach wokol pomnika Simona Bolivara siedzi i chodzi mnostwo duzych, zielonych legwanow. Podobno jest ich tutaj okolo 600 egzemplarzy. Po zwiedzeniu neogotyckiej katedry udajemy sie w kierunku rzeki Guayas, ktora jest jakby glowna zyla tetnicza miasta. Interesujace sa budynki ratusza w stylu neoklasycyzmu oraz rzadu regionalnego. Innymi ulicami wracamy do Parque Bolivar, do czekajacego na nas mikrobusa. Jedziemy teraz przez miasto troche bardziej na poludnie w kierunku pewnej bardzo ciekawej obecnie ulicy. Mamy poczatek grudnia i przy tej ulicy zaczynaja juz teraz byc wystawiane do sprzedazy tzw.  Monigotes, ktore sa tradycyjnie spalane w noc sylwestrowa. Monigotes to sa figury roznych znanych postaci ze swiata polityki, showbiznesu czy postacie komiksowe, ktore robione sa z drewna i papieru. Przejezdzajac ulica widzimy mnostwo takich kolorowych figur. Tylko tutaj sa one wykonywane i sprzedawane dla mieszkancow calego miasta. Wiele z nich, to prawdziwe dziela sztuki, wielkosci dochodzacej nieraz do 2 metrow i az nie chce mi sie wierzyc, ze ceny dochodza nieraz do 300 dolarow - i to wszystko tylko po to, aby spalic je w Sylwestra. Oprocz figur prezydenta kraju bardzo popularne sa w tym roku figury Michaela Jacksona, ktorego podziwiamy w roznych wydaniach.
Nastepnie podjezdzamy do centrum handlowego z pamiatkami, znajdujacego sie obok tzw. Palacu Krysztalowego (centrum wystawowe) na poczatku promenady Malecon 2000 nad rzeka Guayas. Wedrujac przy pieknej pogodzie ta okolo 2,5 km dluga promenada mysle, ze jest to chyba najladniejsza promenada, jaka w moim zyciu widzialem. Powstala ona  w ramach architektonicznego projektu odnowy miasta. Stale wylaniaja sie przed nami nowe, ciekawie zaprojektowane obiekty i elementy architektoniczne, powodujac, ze droga sie nie nudzi. Wedrowke konczymy niedaleko ciekawej wiezy zegarowej przy pomniku La Rotonda poswieconego Bolivarowi i San Martinowi.
Nastepnie podjezdzamy busem kawalek wzdluz dalszej czesci promenady do podnoza zaczynajacego sie przy rzece wzgorza Cerro Santa Ana. Kiedys byl to jeden z najbiedniejszych slumsow w miescie. W ramach zalozonej w 1998 roku Fundacji Malecon 2000 miasto odrestaurowalo jednak przy udziale znanych architektow 19-wieczna zabudowe w tej dzielnicy i stala sie ona obecnie jedna z najpiekniejszych w Guayaquil. U stop wzgorza znajduje sie malownicza dzielnica artystyczna Las Penas. W kolorowo pomalowanych domkach znajduja sie liczne galerie i mieszkaja prawie wylacznie artysci. Na szczyt wzgorza, na ktorym znajduje sie latarnia i maly kosciolek, prowadza 444 ponumerowane stopnie. Droga ta wije sie nieraz bardzo wasko wsrod pieknie odrestaurowanych domkow. Na scianach czesto wisza zdjecia z porownaniem, jak wygladaly te budynki dawniej. Piekne widoki na rzeke i okolice sa dodatkowym luksusem w tej dzielnicy, co na pewno doprowadzilo do tego, ze malo kto z pierwotnych mieszkancow moze sobie chyba obecnie finansowo pozwolic, aby tu mieszkac. Za to powstaly tu kafejki, sklepy z pamiatkami i wyrobami artystycznymi. Pomimo wszystko widzimy co kilkaset metrow patrolujacych tu policjantow. Ze szczytu roztacza sie piekny widok na rzeke i caly Guayaquil z wiezowcami po jednej stronie i niska zabudowa po drugiej. Jednoczesnie widac z gory dobrze znajdujace sie tuz obok blizniacze wzgorze, Cerro El Carmen. Nie mialo ono jednak szczescia byc objete projektem Malecon 2000, wiec znajduja sie tam jeszcze same slumsy. Dobrze widzimy ta gesta zabudowe, rozpadajace sie domy, czesciowo z samego drewna.  Na szczycie znajduje sie potezna figura Chrystusa, krolujaca nad miastem. Jednak ze wzgledu na liczne napady wejscie na to sasiednie wzgorze nie jest zalecane. Wyobrazam sobie zazdrosc i rozczarowanie mieszkancow tamtego wzgorza, gdy widzieli jakie szczescie mieli mieszkancy Cerro Santa Ana.
Na tym konczy sie nasz dzisiejszy program w Guayaquil i wracamy do polozonego w srodku miasta lotniska. Przed nami teraz ponad dziesieciogodzinny lot do Madrytu.

  • Ecuador 3577
  • Ecuador 3581
  • Ecuador 3584
  • Ecuador 3585
  • Ecuador 3592
  • Ecuador 3593
  • Ecuador 3595
  • Ecuador 3600
  • Ecuador 3612
  • Ecuador 3618
  • Ecuador 3624
  • Ecuador 3626
  • Ecuador 3627
  • Ecuador 3629
  • Ecuador 3631
  • Ecuador 3636
  • Ecuador 3638
  • Ecuador 3641
  • Ecuador 3643
  • Ecuador 3646
  • Ecuador 3647
  • Ecuador 3659
  • Ecuador 3662
  • Ecuador 3665
  • Ecuador 3669
  • Ecuador 3671
  • Ecuador 3673
  • Ecuador 3675
  • Ecuador 3681
  • Ecuador 3684
  • Ecuador 3686
  • Ecuador 3690
  • Ecuador 3693
  • Ecuador 3696
  • Ecuador 3698
  • Ecuador 3700
  • Ecuador 3702
  • Ecuador 3706
  • Ecuador 3711
  • Ecuador 3717
  • Ecuador 3724
  • Ecuador 3725
  • Ecuador 3726
  • Ecuador 3732
  • Ecuador 3736
  • Ecuador 3739
  • Ecuador 3741
  • Ecuador 3743
  • Ecuador 3747
  • Ecuador 3748
  • Ecuador 3750
  • Ecuador 3767
  • Ecuador 3769
  • Ecuador 3776
  • Ecuador 3783
  • Ecuador 3784
  • Ecuador 3786
  • Ecuador 3788

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. mkpc (26.03.2013 19:04) +1 + -
    Mimo niesamowitej ilości zdjęć obejrzałam wszystkie powoli i z wielką chęcią :).
    Super portrety, świetne ujęcia.
    Ogromny +.
    Jestem pod wrażeniem. Bardzo mi się podobała ta podróż :).
  2. mapew (04.11.2012 20:53) +1 + -
    dziekuje .)
  3. agnieszkagrabos (29.10.2012 22:40) +2 + -
    rewelacyjne zdjęcia
  4. amused.to.death (06.03.2011 20:15) +2 + -
    Wróciłam tutaj:)
    Większość relacji czytam niezalogowana stąd często brak moich komentarzy.
    Ale ponieważ wychodzi na to, że do Ekwadoru w tym roku trafię więc tym razem postanowiłam wrócić z komentarzami, pytaniami etc:)
  5. rodos13 (14.01.2011 17:37) +3 + -
    Marku, dołączam się do chóru zachwytów :)
  6. krzystru (11.01.2011 0:01) +2 + -
    Relacja bardzo ciekawa, część zostawiam sobie na później. Zdjęcia niesamowite, wielki plus!
  7. wojtass83 (10.01.2011 11:49) +2 + -
    Super wyprawa Ekwador robi wrażenie wspaniałe krajobrazy, przyroda, czystość i oczywiście to co ja lubię najbardziej kościoły i katedry budowane w stylu kolonialnym po prostu rewelacja.Wspaniale się czyta taką podróż a jeszcze lepiej ogląda się tak wspaniałe zdjęcia.Pozdrawiam
  8. treize (18.11.2010 16:48) +2 + -
    Napatrzyłam się,nawyobrażałam i namarzyłam podczas tej Twojej
    niezwykle barwnej, niebanalnej ekwadorskiej podróży :)
    Pora odejść,ale.....drzwi niedomknięte zostawiam.
    Tak na wszelki wypadek,gdyby przyszła mi ochota raz jeszcze zajrzeć
    do......niezapomnianych miejsc,albo znów e - stanąć w samym środku świata ;)
    A właśnie - skoro " zaliczyłam " środek, to może wypadałoby także e- dotrzeć
    i na ....koniec świata ?
    O ile świat ma koniec ;):)
    Późnojesiennie pozdrawiam :)
  9. mapew (24.10.2010 19:47) +2 + -
    Treize, serdecznie dziekuje i zaprawszam na ciag dalszy. A Twoje komentarze sa zawsze bardzo mile widziane :-) (wiec nie rezygnuj, prosze)
  10. treize (23.10.2010 1:05) +2 + -
    Jak do tej pory...dotarłam do San Pedro de Alusi.
    Jestem pełna podziwu dla opisów,wciąż zachwycam się zdjęciami.
    ( a z komentarzy rezygnuję - dobrowolnie )
  11. mapew (31.05.2010 18:02) +2 + -
    city_hopperku, bardzo dziekuje Ci za taka mila recenzje. Z wielka przyjemnoscia czyta sie takie slowa. To zacheca do dalszej pracy :-) A Tobie gratuluje przede wszystkim wytrzymalosci i cierpliwosci. Nie tak latwo bylo chyba uporac sie z ta masa zdjec i tekstu ;-) Obiecuje, ze w przyszlosci postaram sie troche skracac ;-)
    O sporcie nie wspominalem, ale slyszalem oczywiscie o reakcjach miejscowych kibicow po pamietnym meczu... :-)
  12. city_hopper (31.05.2010 17:56) +2 + -
    Należny plus dodałem już dawno, teraz, po przejrzeniu wszystkich fotek czas na komentarz. Przede wszystkim najwyższy szacunek i podziw za rozmiar dzieła. Zarówno tekstu, jak i zdjęć. Ogrom pracy i ogrom ... hojności i dobrej woli podzielenia się z innymi sowimi wrażeniami. Całkowity brak jednostronności, zarówno spojrzenia, jak i reporterskiego oka. Każdy znajdzie tu coś dla siebie - miłośnicy ptaków (pierzastych i stalowych), architektury, sztuki, przyrody, krajobrazów i obserwacji dnia codziennego a także pewnych uwarunkowań kulturowych. W zasadzie brakuje tylko ... sportu, ale akurat w przypadku tego kraju, nie boleję, bo zawdzięczam ich piłkarzom głęboką ranę w kibicowskim sercu ;-). A ta relacja na pewno bardziej zachęca do wizyty w kraju równika niż kolportowane 4 lata temu w Gelsenkirchen foldery :-) Pozdrawiam :-)
  13. kasai.eu (29.05.2010 11:17) +3 + -
    Hmmm. To co napisze może wydać się dziwne. Nie będę tej relacji czytać! Bo jak przeczytam to nici z porządków na dziś zaplanowanych - jak przeczytam zacznę szukać biletów żeby wyrwać się znowu w świat! Jednak gdy przyjdzie mój czas na Amerykę Południową wrócę tu i ... zamęczę pytaniami. Choć po tak obszernej relacji niewiele zostanie do dopowiedzenia. Pozdrawiam i dziękuje za to, że prawie oderwałeś mnie od porządków ;)
  14. bartek_sleczka (02.05.2010 18:34) +2 + -
    Marku, wielkie gratulacje za piękną relację.
    Pzdr/bArtek
  15. pt.janicki (02.05.2010 12:36) +2 + -
    Marku, ++++

    ...tak przy okazji, z nazwą Galapagos pierwszy raz spotkałem się w "Desperackim rejsie" Johna Caldwella. Miałem wtedy chyba z osiem lat i ta nazwa zawsze już dla mnie zostanie tajemnicza...
    ...dzięki także za spotkanie w Rzymie!
  16. anna.wujec (02.05.2010 11:28) +3 + -
    Dałam się porwać na Galapagos. Piękne zdjęcia! Ta ptaszyna z niebieskimi nóżkami jest zjawiskowa.
  17. s.wawelski (28.04.2010 6:42) +2 + -
    Poczytalem sobie znowu :-) zamiast robic film...

    Moim zdaniem miedzyladowanie w Madrycie ma duzo sensu, bo wyladowac prosto w Niemczech po dluzszym pobycie w Ameryce Lacinskiej to bylby za duzy szok :-))
  18. city_hopper (22.04.2010 17:46) +2 + -
    Dziękuję za wizytę :-)
  19. lmichorowski (12.04.2010 18:47) +2 + -
    W końcu udało mi się dotrzeć do końca podróży po Ekwadorze. Piękne zdjęcia i wyczerpujący, ciekawy opis dją wzorcową relację. Gratuluję! Pozdrawiam.
  20. lmichorowski (08.04.2010 23:14) +2 + -
    Marku, gratuluję zasłużonego wejścia do elitarnego klubu 70-tysięczników. Niestety, dzisiejsza mizerna sprawność internetu nie pozwoliła mi dokończyć podróży po Ekwadorze. Ale, co się odwlecze to nie uciecze. Pozdrawiam.
  21. ye2bnik (08.04.2010 10:56) +2 + -
    staram się, Marku, powoli ogarnąć ten Ekwador. Każde zdjęcie warte zatrzymania i kontemplacji, a tymczasem tutaj każą pracować - to nie ludzie, to wilki... :)
  22. czarny.pol (07.04.2010 19:23) +2 + -
    Dużo czytania, ale nie straciłem czasu... +
  23. lmichorowski (05.04.2010 22:46) +2 + -
    Marku, dziękuję za kolejną ucztę. Guayaquil zostawiam sobie na jutro na deser. Pozdrawiam
  24. gość (17.03.2010 7:27) +2 + -
    Piękne zdjęcia, ciekawa ralacja z podróży opisana w fantastyczny sposób. Skoro to bajka, ja dzisiaj wędruję jej śladami. Odkrywam dopiero tajemnicę wypraw i zdjęć. Można zapomnieć się tutaj i zgubić rachubę czasu. :-)))
  25. kubdu (15.03.2010 21:12) +3 + -
    I za każdym razem kręci się w głowie (za Rebelką).
  26. bkrystina (08.03.2010 20:55) +3 + -
    Wpadłam tu na chwilę ale musze znaleźć więcej czasu .
  27. dino (27.02.2010 16:15) +3 + -
    chyba uzupełniłem to czego nie zaplusiłem :)))
  28. lmichorowski (26.02.2010 23:18) +3 + -
    Dzięki za kolejne przepiękne zdjęcia. Pozdrawiam.
  29. s.wawelski (25.02.2010 6:44) +3 + -
    Tekstu przybywa szybciej niz ja go nadazam czytac :-))
  30. mapew (22.02.2010 21:44) +2 + -
    dzieki rebelko! Ale nie mozesz wyjsc z rytmu, bo bedzie jeszcze trudniej... ;-)
  31. rebel.girl (22.02.2010 18:28) +3 + -
    w głowie mi się kręci od tych niesamowitych kolorów, marku! wygląda na to, że zwiedzanie etapami ma w moim przypadku uzasadnienie w moich możliwościach fizycznych ;))) pięknie!
  32. gość (21.02.2010 15:17) +3 + -
    Marku...należy Ci się porządny kopniak;-) Dokładasz fotki i nic nie mówisz. w głowie mam mętlik i jak mam za tym wszystkim nadążyć?;-) Galeria rozrosła się do pokaźnych rozmiarów i bądź tu teraz człowieku mądry:-)
  33. lmichorowski (19.02.2010 14:36) +3 + -
    Miałem ten sam dylemat np. z Hawajami i podróżą po krajach bałtyckich jednakże zdecydowałem się nowo dodanych zdjęć nie przesuwać, by ułatwić tym którzy już odwiedzili te podróże zapoznanie się tylko ze zdjęciami, których nie widzieli wcześniej.
    Masz rację,trochę traci na tym zarówno chronologia, jak i spójność tematyczna, ale co zrobić...
  34. mapew (17.02.2010 23:31) +3 + -
    Leszku, dziekuje serdecznie za te mile odwiedziny i za rade. Masz racje. Na szczescie w kolejnych odcinkach podrozy (poza Galapagos) nie dodalem jeszcze tylu zdjec, wiec nie zrobie nowymi tyle zamieszania. Niektore zdjecia musialem troche przesunac, bo byly dodane wczesniej a nie pasowaly tematycznie do tych nowszych, wiec je troche chronologicznie i tematyczne poprzesuwalem. Ale nowych zdjec z Galapagos nie bede juz chyba wsuwal miedzy te "stare", choc powstanie przez to troche balaganu pod wzgledem pokazywanych miejs/wysp :-)
  35. lmichorowski (17.02.2010 23:21) +3 + -
    Znowu Ekwador pokrzyżował mi zamiar odwiedzenia innej z Twoich podróży, ale gdy zobaczyłem że są nowe zdjęcia nie mogłem się oprzeć. I nie żałuję. Jeżeli mógłbym Ci coś zasugerować, to wydaje mi się, że dla oglądających byłoby wygodniej by nowe zdjęcia były umieszczane już po tych, które były wcześniej, a nie "mieszane"z nimi. Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg.
  36. mapew (12.02.2010 15:31) +3 + -
    niedaleko tego nowego przejezdzalismy w drodze na polnoc. Wy chyba tez?
  37. dino (12.02.2010 14:52) +3 + -
    ostatnie miesiące malowniczego lotniska w Quito.... w sierpniu (według planów, ale pewnie jeszcze co najmniej rok trzeba będzie poczekać na komunikację do nowego portu) ma ruszyć nowe położone ok. 30 km za miastem, w przypadku starego osiągnięto kres przepustowości i dalszy rozwój jest niemożliwy....

    według planów teren po starym lotnisku zostanie zamieniony na olbrzymi park....
  38. gość (12.02.2010 11:43) +3 + -
    Gratuluje wspaniałych podróży i wspaniałego warsztatu fotograficznego panie Marku. Wszystko zapiera dech w piersiach. Mozę i mnie uda się tak godnie reprezentować na Kolumberze. Zawsze uważałem Ekwador za bajeczne miejsce pana zdjęcia tylko w tym mnie utwierdziły. Wspaniała relacja. Pozdrawiam serdecznie
  39. lmichorowski (11.02.2010 11:38) +3 + -
    Dzięki za kolejne zdjęcia z malowniczego Ekwadoru. Pozdrowienia.
  40. kubdu (08.02.2010 21:12) +4 + -
    Tej podróże nie zapomnę. I kto by pomyślał, że Ekwador i ja będziemy mieli coś wspólnego. Tyle naszej wspólnej przygody ile słów i zdjęć. A więc proszę o jeszcze.
  41. renataglin (06.02.2010 19:51) +4 + -
    cóż mogę powiedzieć - południowoamerykańska bajka :)
  42. mapew (04.02.2010 20:48) +2 + -
    zgadza sie Piotrze, katedra w Banos wyglada troche nietypowo w porownaniu z innymi kosciolami w Ekwadorze
  43. pt.janicki (04.02.2010 20:35) +3 + -
    ...daruję sobie zachwyty nad fotografiami; i tak nic nowego nie powiem, ale zaskoczyła mnie bryła katedry w Banos. Całkiem inny styl kojarzy mi się z Ameryką Południową, czyli jak to niedobrze tkwić w stereotypach...
  44. lmichorowski (31.01.2010 19:47) +3 + -
    Marku, już zabierałem się do oglądania Twojej Libii, kiedy zobaczyłem, że jest dalszy ciąg Ekwadoru... Cóż, Libia musi zaczekać na swoją kolej. A zdjęcia spod Cotacachi i z amazońskiej dżungli są przednie. Pozdrawiam.
  45. lmichorowski (25.01.2010 10:39) +3 + -
    Obejrzałem dziś dalsze zdjęcia (z Otavalo). Jeszcze raz żałuję, że nie mogę dać dodatkowego plusa za podróż.
    Pozdrawiam.
  46. rainbow6 (17.01.2010 11:39) +4 + -
    podroz marzen, swietna relacja
  47. lmichorowski (17.01.2010 0:10) +5 + -
    Oczywiście, duuuuuży plus! Szkoda, że można dać tylko jeden. Jak zwykle, Marku, oglądanie Twoich zdjęć to prawdziwa uczta dla oka. A już zdjęcia ucztującego koliberka i kłócących się żółwi to prawdziwy majstersztyk. Gratuluję wspaniałej podróży i czekam na dalsze zdjęcia z Galapagos, które zapowiedziałeś. Pozdrawiam.
  48. aysha_5 (14.01.2010 22:58) +3 + -
    wspaniałe fotki, wspaniała podróż !!!
  49. freemarti (14.01.2010 22:53) +6 + -
    brawo dla mistrza zręczności z dyplomem i super nagroda w postaci koliberka.
    Fajnie sie czyta a teraz zdjęcia.... :))
  50. milanello80 (14.01.2010 12:24) +4 + -
    świetne te Twoje fotki z Ekwadoru. Mam nadzieję, że kiedyś będę mógł ujrzeć te miejsca swoimi oczami, przynajmniej tak sobie marzę ... Gratuluję i czekam na więcej, miło sie czytało
    Pozdrawiam

mapew

Marek
Punkty: 332180