Ładuję...

kolumber.pl


Deszczowe Dolomiti Bellunesi



Dzień 3 2018-05-11

Większość budzi się o świcie, ale nie ma gorączkowej krzątaniny. Leje, nie ma się gdzie spieszyć. Ja również zbieram swoje rzeczy. podczas pakowania odkrywam, że z jednego troka zostały wióry. Wiem czyja to sprawka. W kieszonce pod trokiem miałem rodzynki, nie wiem czy mysz próbowała się dostać do nich, czy mój trok wyśmienicie nadawał się na wyściółkę do mysiej nory. Na szczęście dużych strat nie poczyniła. Spotykamy się w jadalni. Opowiadam o nocnym zajściu i okazuje się, że wszyscy słyszeli chrobotanie, ale tak samo jak ja nikt się tym nie przejął. Po śniadaniu wszyscy są spakowani, zwarci i gotowi., ale za próg nikt nosa nie wystawia. W końcu podrywa się Australijczyk, żegna i wychodzi. Nie minęło 20 minut jak wraca i komunikuje, że strumienie tak przybrały, że nie można ich przekroczyć. Przykleił się do kominka, stara się wysuszyć, a wszyscy pozostali przytkęli nosy do map. Na nic się to zdaje, bo ze schroniska są tylko 2 drogi – w górę, gdzie trzeba się wspiąć ostrym podejściem, wysokogórskim szlakiem na 2500 m, czego raczej w taka pogodę nikt nie zaryzykuje, albo w dół doliny, co z ostatnich doniesień też jest niewykonalne. Towarzystwo dzieli się samoistnie na 2 obozy, które zależą od kierunku marszruty. Większość z nich spędza w górach minimum tydzień, a często dużo więcej i taka drobna zmiana planów nie wpłynie na całokształt ich wędrówki. Ja jestem w innej sytuacji. Chciałem dzisiaj przejść na północ do kolejnego schroniska, skąd w kolejny dzień doszedłbym do Forno di Zoldo, a dalej dostałbym się na lotnisko w Treviso. Dałem sobie czas do 12, góra do 13. Jak się chociaż trochę poprawi, to wyruszam w górę. Po tej godzinie będzie już za późno, nie dotrę do kolejnego schroniska, a biwak w tych warunkach nie wchodzi w grę. Mijają kolejne godziny, oprócz ulewy przychodzi burza. Wszyscy pogodzili się z siłą wyższą i nastawiają na kolejny nocleg w Pian de Fontana. Koło 14 zamawiamy lunch. Dzisiaj w menu pasta z grzybami – pychotka. W grę idą karty, bierki, kości. Mimo wszystko humory dopisują. Trzeba pamiętać, żeby dzisiaj plecaki powiesić na kołkach, ja postanawiam poczęstować futrzaną przyjaciółkę rodzynkami. O godzinie 15 przez okna wpada jasne światło, nikt nie może uwierzyć. Wszyscy podrywają się do okien. Przestało padać, chociaż wszystko jest jeszcze spowite chmurami, które jednak nie są już tak ciemne. Zaczyna się ruch w schronisku, a właściwie grupa Niemców pakuje się w pośpiechu. Pytają czy nie mam ochoty iść z nimi, bo w grupie zawsze bezpieczniej na tych strumieniach. Korzystam z okazji i dołączam się do ekipy. Turyści którzy wybierają się w górę zostali w schronisku, zamówili kolejne mezzo litro rosso i ciężko stwierdzić, czy na poprawę ich humorów wpłynęła zmiana pogody czy jednak ten napój. Wychodzimy na zewnątrz i ze zdumieniem oglądamy szczyty przykryte śniegiem, ale my kierujemy się w dół doliny. Po kilkunastu minutach dochodzimy do pierwszego strumienia. Rzeczywiście jest bardzo wezbrany i toczy mętne wody. Szukamy najwęższego miejsca, przerzucamy plecaki i suchą nogą jesteśmy już na drugim brzegu. Za chwilę dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Moi towarzysze kierują się na zachód, a ja w przeciwną stronę. Chcę dotrzeć do osady Soffranco. Szybkim tempem maszeruję w dół. Spotykam jeszcze większy potok. Chodzę w górę i w dół szukając optymalnej przeprawy. Wydaje mi się, że jest możliwość przejścia na drugą stronę. Ściągam buty i szybko przerzucam je na drugą stronę, żebym nie miał powodów do wahania się. Udaje się. Idę dalej i zastanawiam się czy jeszcze podobna niespodzianka będzie mnie czekać. Wczoraj jak szedłem tym szlakiem, to nawet nie zauważyłem tych strumieni, bo były na szerokość połowy kroku. Teraz woda spływa zewsząd.

 

Wkraczam do Val Grisol, pojawiają się kamienne domki. Jest bardzo malowniczo. W takiej scenerii po kilku kilometrach dochodzę do Soffranco i zastanawiam się czy kontynuować wędrówkę starą drogą do Longarone czy skorzystać z autobusu. Pozostało mi jeszcze 10 km, jakieś 2 godziny marszu. Postanawiam, że jak autobus będzie później niż za godzinę to idę. Według rozkładu ma być za 40 minut. Ech, jak ja nie lubię czekać. Próbuję szczęścia z autostopem, ale 15 minut bez powodzenia. W końcu zatrzymuje się samochód, ale to obsługa przystanków. Pracownik rozwiesza nowe rozkłady. Zagaduję i zgadza się zabrać mnie do Longarone, ale mówi piano, piano bo ma jeszcze 2 rozkłady do rozwieszenia. Decyduje się jednak odstawić mnie na miejsce i wrócić na przystanek. Wysiadam za namową znajomej Niemki ze schroniska pod hotelikiem De Marco. Twierdziła, że jak się zdecyduję na nocleg w Longarone to muszę koniecznie właśnie tutaj przenocować, bo miejsce to ma niesamowity klimat lat 70-tych. Rzeczywiście, mam wrażenie że nawet firanki nie były zmieniane przez ten czas. Wiele mi jednak do szczęścia nie potrzeba. Wyglądam przez okno i widzę bardzo wysoką tamę. Sprawdzam na mapie i zdaję sobie sprawę, że to jest zapora Vajont. Miejsce tragicznej katastrofy z 1963 roku. Doszło tutaj to potężnego osuwiska. W nocy 270 mln m3 skał z prędkością szacowaną na 70-100 km/h zjechało ze zbocza Monte Toc, wypełniając niemal całe jezioro zaporowe. Na skutek tego woda przelała się przez koronę zapory i 70 metrowa fala popędziła w dół doliny, zaskakując śpiących mieszkańców. Zginęło około 2000 osób. W Longarone znajduje się muzeum tej katastrofy. Nie miałem okazji go zwiedzić, ale wydaje mi się, że powinno to być muzeum ludzkiej pychy i złudnej wiary w swoje możliwości panowania nad światem i siłami przyrody. Do katastrofy doszło tylko poprzez czynnik ludzki, zignorowano przesłanki geologiczne, które jednoznacznie dyskwalifikowały tą lokalizację do posadowienia tego typu obiektu. Sam bardzo często spotykam się w pracy zawodowej z chęcią opisania wzorami matematycznymi zjawisk przyrody, uszeregowania wszystkiego w macierze i liczby. Opisania zjawisk i tym co nimi rządzi za pomocą skomplikowanych modeli. W efekcie mamy bardzo zagmatwane równanie z wieloma zmiennymi. Wyniki owszem pomagają w określeniu kierunków przepływu wód podziemnych, ich zasobów, stabilności skarp itd. Ale bez rzetelnej pracy w terenie nie zgromadzimy potrzebnych, wiarygodnych danych, a bez tego wszystkie modele do niczego się nie nadają.
Poszedłem do centrum, nakupiłem pocztówek, żebym chociaż w takiej formie mógł pooglądać to co mnie omineło podczas tego wyjazdu. Resztę wieczoru spędziłem w trattorii.