Ładuję...

kolumber.pl


Dzień 2

Pierwszą rzeczą jaką robię po otwarciu oczu to sprawdzenie prognozy pogody, radarów i rzut oka za okno. Ma być trochę, ale tylko trochę lepiej, chociaż za oknem tego nie widać. W dolinie kłębią się gęste chmury, szczytów tak samo jak wczoraj nie widać. Wilgotność to 100 %, wszystko jest mokre, nie ma większej różnicy czy pada, czy nie. Na siłę połykam śniadanie. Umówmy się, że sucharki z dżemem i nutellą to nie jest mój przysmak, ale wiem że raczej na jajecznicę nie mam co liczyć w tych stronach. Wychodzę na zewnątrz rozejrzeć się dookoła. Podchodzi gospodarz i pyta o moje plany. Kłopot w tym, że sam jeszcze nie wiem jaki kierunek obrać. Głównym punktem tej wyprawy miała być ferrata Marmol – ambitna, trudna górska droga, która wspina się po południowej ścianie Monte Schiara (2565 m n.p.m.). Wiele miesięcy przygotowywałem się mentalnie i fizycznie do tego przedsięwzięcia, nabierałem doświadczenia ze skałą, liną, łańcuchami. A teraz stoję, gapię się na ten ponury masyw i mam wątpliwości. Jest bardzo mokro, ślisko, wapień jest kruchy. Zdaje się, że gospodarz czyta w moich myślach, bo mówi - "Ja bym tego dzisiaj nie robił, nie w takich warunkach. Nie mówię, że to jest niemożliwe, ale bardzo niebezpieczne. Ale oczywiście wszystko zależy od Ciebie, Twoja decyzja". Pokazuje mi gdzie zaczyna się ferrata i którędy prowadzi. Zerkam jeszcze na radar, na zegarek, ciągle się waham. W głębi głowy zapadła już decyzja, chociaż sercu ciężko się z tym pogodzić. Muszę zrezygnować, pójść dookoła, nie będę ryzykował, mam do kogo wracać i kilka pomysłów na przyszłe wyprawy. Gospodarz pokazuje mi szlak omijający masyw Schiary. Wiem, że jest taka możliwość, zawsze mam plan B. Mówi, że to bardzo długa, ciężka, za to bezpieczna droga, ale powinienem dać radę. Na wszelki wypadek zadzwoni do schroniska wieczorem, sprawdzi czy dotarłem, bo jak nie to wyśle ratowników. Dziękuję mu, żegnamy się i ruszam w drogę. Ciężko mi na sercu, ale wiem, że to w tej sytuacji jedyna słuszna decyzja. Wspinam się na przełęcz, rozglądam się i tylko mogę sobie wyobrazić jakie bajkowe krajobrazy mnie otaczają.

Na szczęście widzę ścieżkę, znaki i wiem gdzie mam iść. W takich warunkach to już jest coś. Pokonuję kolejne metry, wpadam w trans marszu. Mijają kolejne godziny a ja wędruję bez postoju. Woda jest wszędzie i nawet nie mam potrzeby napełniać bukłaka, kilka łyków ze strumienia, bez ściągania plecaka i zmuszam się do kolejnych kroków. W takich warunkach wędrówka mało ma wspólnego z przyjemnością. Jest ślisko, na każdy krok trzeba bardzo uważać, przemoczone buty zaczynają dokuczać, a za cały ten wysiłek żadnej nagrody. Tuż poniżej kolejnej przełęczy znajduję skalny okap i suchy kawałek podłoża. Zrzucam plecak, robię przegląd stóp, zmieniam plastry. Przez głowę przechodzi mi myśl, że to jest idealne miejsce na biwak – pod milionem gwiazd. Ale co z tego, skoro dzisiaj i tak ich nie zobaczę, nie zabrałem maszynki żeby zagotować wodę, w plecaku mam tylko kilka batonów, nie ma zasięgu żeby wstrzymać ewentualną akcję ratunkową... Nie ma wyjścia – Marche, ou creve (maszeruj, albo giń) jak to mawiają w legi cudzoziemskiej. Przede mną chyba najgorszy odcinek dzisiejszego dnia – zejście z wysokości prawie 2000 m na 750 m na odcinku 2-3 km, ale żeby to nie był koniec mojej udręki będę musiał wdrapać się z powrotem na 1630 m do schroniska Pian de Fontana. 

Zejście zajmuje mi dużo czasu, jest bardzo ślisko i trudno utrzymać równowagę. W pewnym momencie jeden fałszywy krok i ląduję z impetem na tyłku. Nie zdążyłem uwolnić ręki z pętli kijka, który zaklinował się między kamieniami i słyszę głośny trzask. Na szczęście słabszy od mojej kończyny okazał się karbonowy kijek. Tracę 15 minut na jakieś przeróbki. Jest rozsuwany i staram się wymontować jeden element, bo wiem, że bez podparcia w 4 punktach, to zejście będzie dużo trudniejsze. Udaje się, chociaż jest trochę krótszy, ale stabilny. Tracę wysokość, wchodzę do gęstego, bukowego lasu i robi się jeszcze bardziej ślisko. Dochodzę do wąskiego, poprzecznego wąwozu, którego dnem płynie wartki strumień. Po drugiej stronie widzę szlak, ale nie mogę znaleźć przeprawy. Woda wypływa z wielkiego wywierzyska pod pionową skała i tam nie znajdę przejścia. Poniżej jest coraz bardziej stromo i strumień zamienia się w kaskady. Po chwili na brzegu odnajduję kilka złączonych deseczek i zerwaną linę. To był mostek, który nie wytrzymał naporu wody. Szybko kalkuluję w głowie – jestem po 6 godzinach marszu i nawet gdybym chciał wrócić, nie zdołam tego dokonać za dnia. Nie mam wyjścia, muszę pokonać tą przeszkodę. Czuję jak łomocze mi serce. Skaczę po kamieniach, staram się znaleźć najwęższe miejsce. Przeskoczyć nie dam rady, a im węziej tym prąd jest silniejszy. Nie chcę wchodzić na oślep do wody, bo już raz porwał mnie strumień, w którym wody nie było więcej niż do kolan. Wtedy wszystko dobrze się skończyło - kilkoma haustami wody i obtarciami, tutaj mógłbym spaść kilkadziesiąt metrów niżej, na dno doliny. Dźwigam największą kłodę jaką mogę podnieść. Jest mokra i bardzo ciężka, za to mam nadzieję, że woda jej nie porwie. Adrenalina dodaje mi sił. Przerzucam ją w poprzek strumienia. Na szczęście upada tak jak to sobie zaplanowałem – klinuje się na głazach i wygląda stabilnie. Zdejmuję buty i ostrożnie wchodzę do wody. Kłoda nie służy mi jako mostek, tylko w razie jakby mnie miała woda porwać mam zamiar się jej złapać. Na szczęście bezpiecznie przechodzę na drugą stronę. Zmuszam się do zjedzenia sztywnego, zimnego batona. Trochę węglowodanów wymieszanych z adrenaliną daje mi kopa i pokonuję kolejne odcinki trasy. Wydaje się, że czeka mnie ostatnia prosta, ale to podejście ok 900 m różnicy wysokości. Staram się zająć czymś głowę, myślę o nagrodzie za mój całodzienny wysiłek – ciepłym prysznicu, gorącym posiłku, chwili kiedy ściągnę mokre buty. Powoli kalkuluje jaką trasę pokonałem dzisiaj. Wychodzi mi 2500 m sumy podejść. To tak jakbym z Krupówek wszedł na Rysy, na szczycie zorientowałbym się, że telefon zostawiłem nad Morskim Okiem, wróciłbym się po niego i jeszcze raz wszedł na Rysy zrobić selfika ;) Na koniec endomondo podaje ok 2800 m sumy podejść, ale zawsze trochę dodaje. Przy takich rozmyślaniach dochodzę do progów schroniska Pian de Fontana. Nawet nie zauważam, że ostatnią godzinę pokonuję w coraz intensywniejszym deszczu. Pod okapem stoi bardzo sympatyczna i rozgadana Niemka. Ucinamy miłą pogawędkę, twierdzi że nie wyglądam na 10 godzin marszu, bo jestem świeży i nad wyraz uśmiechnięty. To chyba efekt osiągniętego celu i nagroda w zasięgu ręki. Zrzucam plecak w dormitorium, które jest w osobnym budynku. Za pięć minut przeżywam pierwsze rozczarowanie – w schronisku jest tylko zimna woda. Mogę pozostać zmarznięty i śmierdzący, albo tylko zmarznięty. Wybieram drugą opcję. Napisać, że woda jest zimna to nic nie napisać. Woda jest lodowata, ale w efekcie czuję się sam ze sobą dużo lepiej. Idę na kolację, a właściwie przemykam między budynkami, bo strasznie leje. Woda spływa całą powierzchnią stoku, a wąska ścieżka zamieniła się w rwący potok. W sali jest gwarno i międzynarodowo. Dominują Niemcy, ale jest też para z Australii i samotny Szkot. Do kolacji zatem zasiadamy razem - dwóch samotnych wędrowców. Wieczór mija nam na rozmowach o podróżach, życiu w naszych krajach, planach i nie może być inaczej – z wyspiarzem trzeba porozmawiać o futbolu. Steven jako fan Celticu Glasgow doskonale pamięta Artura Boruca i Macieja Żurawskiego. W miłej atmosferze, przy ciepłym kominku można zapomnieć co się dzieje na dworze. Wszyscy się kładą wcześnie z nadzieją na jutrzejszy wymarsz o świcie. Mimo zmęczenia śpię bardzo czujnie. Słyszę nad sobą dudnienie deszczu o dach, ale również biegające myszy po drewnianych belkach. Za jakiś czas ze snu wyrywa mnie intensywne chrobotanie. Na światło czołówki cichnie i tak do rana. Nie zawracam sobie zbytnio tym głowy, co taka mała mysz może zrobić? Idzie zima, pewnie szykuje się na najgorszy dla niej okres. Zamykam oczy staram się zasnąć i wypocząć.