Ładuję...

kolumber.pl


Deszczowe Dolomiti Bellunesi



Dzień 4

Obudziło mnie bardzo rześkie powietrze i jasne promienie słońca wpadające przez okno. Co za pech, akurat jak muszę dzisiaj wracać i na góry popatrzeć tylko z daleka zrobiła się pogoda. Lot miałem wieczorem i postanowiłem wykorzystać ten dzień w całości. Po śniadaniu pojechałem pociągiem do Belluno.

 

Ta krótka przejażdżka była męczarnią i to nie z winy rozwrzeszczanej młodzieży włoskiej, ale widoków jakie miałem za oknem. Wyjątkowo ostre, przejrzyste powietrze, a na horyzoncie góry, w połowie szczytów małe, białe chmurki. Serce krwawi, jak trzeba opuszczać taką krainę.
Nie poznałem okolic dworca w Belluno – jest tłoczno i gwarno, zupełnie inny obraz w porównaniu do tego sprzed kilku dni. Nie znalazłem przechowalni bagażu, więc wolnym krokiem skierowałem się do centrum. Belluno to urocze miasteczko położone na wysokiej skarpie w zakolu rzeki Piave. Jest pełne zabytków i ciasnych uliczek. Mój wzrok przyciągały jednak wystające powyżej zabudowań szczyty Dolomitów. Dużo bym dał żeby zostać jeszcze jeden dzień i popatrzeć na Belluno z góry. Musiałem jednak zadowolić się ostatnimi godzinami na ziemi włoskiej.
W Belluno nie było wielu turystów, ja ze swoim wielkim plecakiem i aparatem na szyi wzbudzałem zainteresowanie. A to jakaś starsza pani zagadała, czy mi się tutaj podoba, a to kolejna osoba zaczepiła mnie, twierdząc że jest również jest pasjonatem fotografii i wskazała mi kilka punktów w mieście, do których koniecznie muszę się udać. Belluno nie jest duże i po 3 godzinach wydawało mi się, że zajrzałem już wszędzie gdzie warto. Powoli kierowałem się na dworzec. Moją uwagę przyciągnęła piekarnia. Skusiłem się na kawałek pizzy i powędrowałem z nią na pobliski skwer. Z kolei ja wzbudziłem zainteresowanie 2 mężczyzn w garniturach, z teczuszkami w ręce. Myślałem, że to są jacyś urzędnicy, bo w pobliżu były reprezentacyjne gmachy. Rozmowa zaczęła się standardowo - skąd, dokąd... Na słowa "sono Pollaco" jeden z nich przypomniał sobie, że był w Polsce, w Krakowie i Wieliczce i było bello. A właściwie to właśnie w tej chwili jakaś tajemnicza Pani Piotrowicz - siostra duchowa jednego z nich jest u niego w domu. Złapał za telefon, ale siostra nie odebrała, uff. Muszę przyznać, że nie byli natrętni...

Z Belluno pojechałem do Treviso, gdzie miałem jeszcze kilka godzin na spacer po mieście. Do tej pory miasto to kojarzyło mi się wyłącznie z drużyną koszykówki – Benettonem Treviso, z którą Śląsk Wrocław za najlepszych lat toczył zacięte boje w Eurolidze. Tym razem również nie spodziewałem się poszerzyć swoją wiedzę na temat tego miasta, a mój pobyt miał się ograniczyć tylko do wizyty na lotnisku. Rzeczywistość okazała się inna ze względu na niesprzyjającą aurę, która nie pozwoliła mi dokończyć wędrówki po Dolomitach. W Treviso pojawiłem się kilka godzin wcześniej niż planowałem. Chociaż przyszło mi to z wielkim trudem, pogodziłem się z odwrotem z Alp i ostatnie godziny na ziemi włoskiej zamierzałem spędzić aktywnie. Z wielką radością pożegnałem na kilka godzin mój ciężki plecak i z dworca kolejowego ruszyłem „na czuja” do centrum. Kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać, ale już po kilkuset metrach na moście nad rzeką Silne zaczęło mi się podobać. Przystanąłem na chwilę i obserwowałem wartki nurt, mętnej buro-mlecznej wody. Pewnie to ona w postaci deszczu przemoczyła mnie dokumentnie 2-3 dni wcześniej w Dolomitach. Ruszyłem dalej i trafiłem na Piazza dei Signori, przy którym stoi ratusz. Wiedziałem, że jestem w sercu Treviso. Zatopiłem się w wąskie uliczki i krążyłem bez celu. Co chwilę trafiałem na jakiś mostek, a ich ilość była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Wędrowałem wzdłuż kanałów, nie mogąc nadziwić się urokowi tego miasta. Nie miałem przewodnika, ani wcześniej nie przygotowałem się do wizyty, więc wszystkie zabytki omiatałem wzrokiem, przystawałem, robiłem zdjęcia, ale w mojej włóczędze po Treviso nie miałem żadnego celu. Muszę się przyznać, że taki sposób zwiedzania bardzo mi odpowiada. Wrażenia są dużo bardziej intensywne kiedy danego zakątka nie „przepatrzymy” w necie i nie „schodzimy” na google street. Trochę przypomniały mi się podróże z początku lat 90-tych, kiedy internet był w powijakach, przewodniki miały czarno-białe mapki i szkice, nie było kanałów „travel &…”, a kolorowy świat można było oglądać tylko na pocztówkach. Takie moje dywagacje przerwał burczący brzuch, dopominając się o bardziej cielesne przyjemności. Była to pora sjesty, a restauracje te otwarte świeciły pustkami i tylko obrusy powiewały na wietrze. Nie chcąc burzyć tej harmonii znalazłem bar, w którym było bardzo tłoczno jak na tą porę dnia. Była to „Osteria by Gigia” przy via Barberia i był to strzał w dziesiątkę. Później dowiedziałem się, że jest to kultowe miejsce w Treviso. Świadczy o tym nie tylko nietuzinkowy wystrój, ciągły ruch przy bufecie, ale przede wszystkim niezapomniany smak „mozzarelle in carrozza”. Zbyt mała szklanka piwa i ciekawość innych smaków mozzarelli skłoniła mnie żeby zamówić jeszcze raz. 

Kilka miesięcy po powrocie z Treviso okazało się, że mam nietuzinkową pamiątkę z Treviso. Uchwyciła mnie kamera google street :) No cóż, jak ktoś nie ma szczęścia do pogody, to ma do czegoś innego... ;) 

 

W każdym razie wróciłem do Wrocławia. Mimo wszystko mocno rozczarowany i zawiedziony, z poczuciem niesprawiedliwości. Przecież ja z taką miłością traktuję Alpy, a one odpłaciły mi się deszczem, mgłą i chmurami. Mówią Dolomity - najpiękniejsze góry na świecie, a przede mną nie odsłoniły nawet rąbka swojego uroku. Raczej postraszyły wapiennymi zębiskami, próbowały przekonać mnie jakie to są niedostępne. No dobrze, przyjmuję to z pokorą, może takie rzeczy nie na pierwszej randce...