Ładuję...

kolumber.pl


Wieczorem, szaleństwa w Szechenyi Furdo 2010-02-26

No dobra, ale jest 18, przecież nie zostaniemy w domu! Na dworze pada, na łażenie po mieście nie mamy już siły. Proponuję: pojedźmy dzisiaj na basen, jutro może będzie ładnie, to zobaczymy Budapeszt by night. Obie jesteśmy mało przekonane do tego pomysłu, tym bardziej, kiedy się okazuje, że jakimś cudem … zapomniałam w domu specjalnie kupionego na ten cel czepka! Czy wpuszczą mnie bez czepka? Jest pomysł, żeby zrezygnować dzisiaj, jest taki, żeby jednak spróbować, a jak nie wpuszczą, pojedziemy  metrem do Budy.

Ruszamy. Jeden przystanek niebieskim metrem, a potem przesiadamy się (z tymi samymi biletami) do najstarszej linii metra, żółtej. Jest to metro Franciszka Józefa, oddane  do użytku w 1896 roku, z okazji 1000 lecia Węgier. Eleganckie, stylowe przystanki  wzbudzają naszą zachwyt. Obie patrzymy na metro poprzez „Kontrolerów”, wyobrażamy sobie ich tutaj, czujemy ich. Chcemy końcową stację przy kąpielisku obfotografować, ona jednak okazuje się dużo mniej atrakcyjna (została wybudowana, podobnie jak pierwsza stacja w centrum niedawno). Dlatego postanawiamy w powrotnej drodze wysiąść na jakiejś stacji i porobić zdjęcia.

Ze stacja metra Szechenyi Furdo wychodzi się wprost przed budynek kąpieliska. Niezwykłe wrażenie, bo przed nami piękna zabytkowa cudnie oświetlona budowla, nad którą unosi się kłębami para… Wewnątrz konsternacja, bo przy kasach jest masa informacji, ale wszystkie po węgiersku i nie mam pojęcia, czy te informacje, które zebrałam są zgodne z prawdą. Pani w kasie nie bardzo mówi po angielsku, ale na pytanie o czepek mówi, że to nie ma takiego wymogu. UFFF! Bierzemy jeden bilet z kabiną, drugi bez, dzięki temu mamy wygodę, i płacimy mniej (razem 4940 F). Dostajemy jakieś dziwne zegareczki plastikowe na ręce i idziemy do wejścia…

Okazuje się, że przy wejściu na te zegareczki wgrana jest informacja o naszych biletach i kabinie. Potem zegareczkami możemy otwierać kabinę. Mimo, że słyszałam że z biletem na baseny można skorzystać z urządzeń zewnętrznych i wewnętrznych, okazuje się, że nie, nasze bilety dotyczą basenów zewnętrznych.  Szkoda, miałam nadzieję zobaczyć wszystko co tu jest, ale patrzymy na tych co się tam na  świeżym powietrzu taplają, nie wyglądają na nieszczęśliwych!

Owijam się ręcznikiem i wychodzę na zewnątrz, żeby najpierw porobić trochę zdjęć, co z nich wyjdzie, nie wiem, ale pięknie oświetlone budynki i baseny pełne ludzi osnute mgłą przy wieczornym niebie  to niezwykły widok, a sama świadomość, że w kostiumie kąpielowym chodzę po dworze w ten lutowy mokry i chłodny wieczór…

Potem odnoszę aparat i wchodzę do wody. Jest ciepła jak kąpiel w wannie! Razem z Alką odkrywamy poszczególne atrakcje – jest tu taki jakby labirynt wodny, gdzie prąd porywa człowieka ze sobą, i płynie się dookoła. Niektórzy próbują się złapać brzegu i nie dać porwać prądowi, inni kręcą się, podskakują, niektórzy nawet próbują pływać pod prąd! Zabawa przednia!

Wychodzę z wody (z miejsca robi się chłodno) i biegnę do dużego basenu. Brr, tu woda jest sporo chłodniejsza. Szybko przemierzam długość basenu tam i z powrotem i wychodzę, by znów wejść do tego z atrakcjami – wrażenie, jakby ta woda była po prostu gorąca. Tak robię kilka razy. Choć do pełni szczęścia brak śniegu, to jednak bieganie w mokrym kostiumie w lutym po dworze to przeżycie warte spróbowaniaJ Mokre, owinięte wilgotnymi ręcznikami robimy sobie nawzajem zdjęcia, żeby upamiętnić naszą tam obecność.

Odkrywamy następnie, że inne atrakcje to prąd wody skierowany od brzegu, kiedy się dobrze ustawić, działa to jak bicz wodny, masuje idealnie! W innym miejscu woda bulgoce, tam próbujemy utrzymać się w miejscu, siadać na wodzie, nie dać się przewrócić…

Wychodzimy z wody kiedy już naprawdę nie mamy sił. Wycieramy się przemoczonymi wodą z basenu i deszczu ręcznikami, szybko zaczynam odczuwać zmęczenie całym tym dniem. Wstałyśmy przed piątą, łaziłyśmy z plecakami po deszczu, wydenerwowałyśmy się, a teraz wyszalałyśmy się w wodzie, która nas wymasowała, wyciągnęła z nas resztkę sił. Idąc do metra pstrykamy jeszcze zdjęcia tego cudnego, niezwykłego miejsca, wspaniałej budowli z której unoszą się wciąż kłęby pary. A ja myślałam na początku – co za bzdura, jechać do Budapesztu i marnować czas na basenie! Szczęśliwi Budapesztanie, że mogą tu wracać kiedy zechcą…