Ajax Loader Ładuję ...

10 +
2011-05-24 - 2012-02-25

Podróż Sycylia rodzinnie

Opisywane miejsca: Cefalù, Palermo, Trapani, Sycylia (274 km)
Typ: Blog z podróży

W maju tego roku spędziliśmy małe, rodzinne wakacje na Sycylii. Wybór miejsca był wypadkową kilku założeń oraz wielkiego sentymentu do tej wyspy, którym darzymy ją oboje z mężem. Wynik sprawił, że ta relacja nie przypomina większości opowieści podróżników", tylko opis urlopu w Łebie, ale też pokazuje, że można i tak.

Założenie 1: lot samolotem (dla 3-letniego synka)

Założenie 2: plaża blisko (dla 3-letniego synka)

Założenie 3: ciepło i bezdeszczowo (dla mnie)

Założenie 4: wyjazd do końca maja (dla mnie – w szóstym miesiącu ciąży)

Założenie 5: miejsce na tyle urocze i ciekawe, żebyśmy nie umarli z nudów przez tydzień, a do tego dostępne publicznymi środkami komunikacji.

Wybraliśmy więc Cefalù, małe miasteczko położone na północnym wybrzeżu Sycylii, które znałam z wcześniejszych wyjazdów, ale dość przelotnie. Składa się ono ze starego miasta – ciasnego i uroczego – oraz części nowej, wybudowanej w większości w XX w. Stare miasto chowa się pod wielką skałą o zaskakującej (sic!) nazwie La Rocca, na którą można wygodnie wejść, w nowym jest wszystko, czego do życia trzeba, czyli jedzenie, apteka, poczta i inne okołoturystyczne przybytki.Nowe miasto ma jeszcze tę zaletę, że rozciąga się wzdłuż plaży, od której oddziela je deptak, ulica i szereg hoteli. Nasz, Hotel Tourist, znajduje się na samym końcu tej drogi, co sprawiło, że szliśmy do miasta kwadrans, a ominął nas ruch turystyczny związany w weekendowymi imprezami.

  • Cefalù, Sycylia

Do wyboru miejsca noclegowego siadłam w połowie marca. Obejrzałam, co mi proponują internetowe portale, zajrzałam do opinii w Tripadvisor. Starałam się jednak zaglądać bezpośrednio na strony poszczególnych B&B lub hoteli, co pozwalało mi się też zorientować, na ile obsługa posługuje się językami obcymi (zakładam w tym zawsze "zaokrąglanie do dołu"). Większość Sycylijczyków – jeśli już mówi  w innym niż włoski narzeczu – to posługuje się francuskim. W tym roku zauważyłam, że ogromnie poprawił się też poziom języka angielskiego, włącznie z tym, że teraz wszyscy zamista zwyczajowego, włoskiego "d'accordo" mówią "ok", kiedy się z czymś zgadzają. Poczułam się dinozaurem.

Wybierając nocleg kierowałam się nie tylko ceną, choć ta jest dość istotną składową. Ważna była dostępność posiłków i lokalizacja. W większości tzw. Bed & Breakfast oferowano w rzeczywistości łóżko i talon na śniadanie w postaci kawy z rogalikiem w kawiarni u sąsiada. Pomimo ciągąt synka do kawy, nie wydało nam się to dość kuszącym rozwiązaniem. Drugą sprawą był fakt, że każdy lokal w rejonie starego miasta, znajdował się w starej kamienicy, wąskiej, dusznej, z widokiem na morze jedynie z dachu (taras między klimatyzatorami). Takie zachowałam wspomnienia z dawnego spaceru po mieście i nie myliłam się. Pomimo sympatii do sztuki industrialnej, nie zdecydowaliśmy się na wakacje w takich warunkach.

Zostały więc pokoje i hotele wzdłuż plaży. Obejrzeliśmy wszystkie ofery, ceny, odległość od miasta i stanęło na Hotelu Tourist, który jest średnich rozmiarów, ma średnie ceny, posiada własną restaurację, basen i kawałek plaży (bardzo pożyteczne).

Pytanie o ofertę wysłałam zresztą do kilku miejsc i ten hotel dość szybko odpowiedział. Obsługa nie miała problemu z korespondencją w języku angielskim. Wysłano nam potwierdzenie rezerwacji (czyli jak w cywilizowanym kraju, co kilka lat temu nie było regułą) i bez niczego uznano, że 3-letnie dziecko ma darmowy pobyt. To, co nas mile zaskoczyło, to fakt, że po przyjeździe zastaliśmy w pokoju duże, dwuosobowe łóżko oraz dodatkowe, jednoosobowe, na którym Mateusz mógł samodzielnie spać. Byliśmy zaskoczeni, ponieważ w korespondencji podawaliśmy, że planujemy spać wspólnie z dzieckiem.

  • P1010005hotel
  • Sycylia 2011 115
  • Widok z balkonu hotelowego

A skoro wiedzieliśmy już dokąd jedziemy, trzeba było jeszcze wymyślić, jak tam dotrzeć.

Z Krakowa latają tylko tanie linie lotnicze Ryanair. I latają tylko do Trapani, choć Palermo byłoby nam zdecydowanie bardziej na rękę. No trudno. Jeśli tylko da się stamtąd dostać do Cefalù, to jakoś to będzie. Poszperawszy nieco w internecie trafiłam na stronę jedziemynasycylie.pl, na której znalazłam informacje potwierdzające, że z Trapani da się dojechać do Palermo nawet późnym wieczorem, czyli wtedy, kiedy ląduje nasz samolot. Faktycznie strona lotniska w Trapani zawiera dość dokładne informacje dotyczące dojazdu. Na bieżąco informowali również o utrudnieniach związanych z czasowymi zamknięciami lotniska podczas operacji NATO w Libii. Strona jedziemynasycylie.pl była pod tym względem równie aktualna. Sytuacja była o tyle specyficzna, że lotnisko w Trapani jest przede wszystkim wojskowym obiektem, od niedawna udostępnianym dla cywilnych lotów. Nawet podczas "normalnego" działania można oglądać na płycie wielkie, szare transportowce lub podziwiać startujący właśnie myśliwiec.

Zatem nasza podróż wyglądała następująco:

  1. Wylot z Krakowa liniami Ryanair o 20:10, lądowanie ok. 22:30 (planowo 22:45)
  2. Przejazd liniami autobusowymi Terravision do Palermo i tam dojście do hotelu. Autobusy Terravision są liniami współpracującymi z Ryanair i czekają na pasażerów. Najlepiej jest kupić przez stronę internetową bilet na konkretną trasę (dzieci do lat 4 bezpłatnie i bez miejsca, ale w autobusie było dość pusto). Potwierdzenie zakupu się drukuje, a następnie wymienia w okienku Terravision na lotnisku (okienko jest blisko wyjścia, pani mówi tylko po włosku, ale taka wymiana nie wymaga żadnej konwersacji).
  3. Następnego dnia przejazd liniami kolejowymi do Cefalù (70 km) i spacerek do hotelu.

Są na świecie takie miejsca, w których można spotkać ludzi wszelkich nacji i elementy wielu kultur. Są też inne – po wyjściu na ich ulice odnosi się się wrażenie, że pomyliło się kontynent. Palermo należy do obu grup. Jest miastem "pamiętającym" czasy Fenicjan, potem Greków, Rzymian, Arabów i Normanów, a potem jeszcze panowanie kilku europejskich królów, którzy pozostawili po sobie różnego rodzaju pamiątki. Spośród tych najpopularniejszych można polecić słodycze rodem z Azji Mniejszej (zwłaszcza marcepany są godne polecenia) i targi przypominające rodzaj arabskiego suku. Dla wielbicieli architektury przeżyciem jest spacerowanie między XVII i XVIII-wiecznymi pałacami sycylijskiej arystokracji. Przeskakując znów kilkaset lat (choć architektura i sztuka XII i XIII w. jest tą, która mnie najbardziej tam urzeka), mogę zaproponować nocleg w jednym z takich pałaców. Obecnie można trafić na hotelik ulokowany na jednym z pięter takiego budynku. W 2006 patrząc na mapę i ofertę internetową wybrałam na jedną noc hotel Sicilia. Powalił nas on wysokością pokoi (szacuję na ponad 4 m) i ogromnym, kutym żyrandolem na dłuugim łańcuchu zwieszającym się niemal nad nasze głowy. Przy tym fakt, że pokoje były w rzeczywistości oddzielonymi od siebie pomieszczeniami dawnej amfilady, z łazienkami "wbudowanymi" do każdego z nich przy pomocy gipsowych ścianek, już właściwie nie zwracał uwagi. Każdy z pokoi miał też maleńki balonik nad uliczką. Stamtąd dojrzeliśmy (nie bez zdziwienia), że piętro wyżej jest jeszcze jeden hotel, "Alessandra". I właśnie w tym drugim nocowaliśmy w tym roku.

Pokoje tu są nieco niższe, ale poziom kiczu nawiązującego do stylistyki późnego baroku sycylijskiego jest powalający. I choć zwykle tego nie robię, nakręciłam filmik pokazujący "salonik" przy recepcji.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=0PWCuExEPMM&w=420&h=345]

Nie zmienia to faktu, że widok z okna przedstawia tylko standardowe, miejskie dachy

"Restauracja" serwująca śniadania to pokoik z pokrytymi ceratą stolikami, automatem z kawą i czekoladą oraz wystawionymi na jednym ze stołów składnikami tzw. Śniadania kontynentalnego. Nie należy dać się zwieść. Kawa z tamtejszego automatu była najlepszą wśród pitych podczas tego wyjazdu.

No i co jest jeszcze ważne? Warto znać kilka słów po włosku, najlepiej liczebników. Wprawdzie pracownicy recepcji dają sobie radę z wpisaniem gości obcojęzycznych na stan hotelu, ale kiedy przychodzi do płacenia rachunku, to nagle nie znają żadnego niewłoskiego słowa (nie mówią nawet po francusku). Może się też okazać, że nie mają drobnych do wydania i pomylili się w odejmowaniu 10 euro. Przyjmowanie zagranicznych gości musi być bardzo stresujące. (Warto zwrócić uwagę, czy w nazwie hotelu jest "hotel", czy "albergo". Ta pierwsza nazwa sugeruje, że można się tam porozumieć nie tylko po włosku, ta druga – że nie należy mieć na to nadziei.)

Przynajmniej nie ma problemu z dziećmi, które do 3 lub 4 roku życia z reguły są za darmo.

A pomylony kontynent? Podczas pierwszej wizyty w Palermo tego nie zauważyłam, ale kilka lat temu, gdy wyjrzałam na ulicę z hotelowego pokoju, zobaczyłam grupę ludzi z Indii lub Pakistanu. Pierwsza myśl "wycieczka" została wyparta przez kolejne doświadczenie. Weszlismy z mężem do sklepiku, a jego wnętrze wyglądało dokładnie tak jak podlondyńskie "hinduskie sklepy". Można było w nim kupić szwarc, mydło i powidło, po wnętrzu kręciło się kilku ludzi o beżowym zabarwieniu skóry i niezidentyfikowanej roli (właściciel? sprzedawca? klient?), a za ladą z kasą stały małe obrazki z przedstawieniami kilku bodhisattwów i Matki Boskiej. Ukuliśmy teorię, że Polacy zalali Wielką Brytanię i wyparli główną grupę tamtejszych imigrantów na Sycylię. W tym roku dołączyli do nich czarnoskórzy mieszkańcy Afryki Północnej.

  • Hotel Alessandra
  • Hotel Alessandra

Osoby mające okazję podróżować pociągami w Polsce i we Włoszech nie zauważają specjalnej różnicy. W obu krajach bilety są dość drogie, a starndard pociągów, powiedzmy, losowy. Podróżowałam tym środkiem lokomocji po Sycylii w 2006 oraz w tym roku. Na podstawie swoich doświadczeń mogę stwierdzić, że są dwa standardy wagonów – nowoczesne (te na pewno jeżdżą na trasie lotnisko Falcone e Borselino – Palermo) i takie, które bardziej przypominają znajome nam pociągi osobowe (czasem z przedziałami, czasem bez). Proszę jednak nie myśleć, że standard w jakikolwiek sposób wiąże się z ceną biletu. Na trasach, z których miałam okazję korzystać, była to kwestia dość przypadkowa. Zdarzyło mi się jechać ekspresem, w którym wymagano miejscówki, ale był tak zapchany, że nie dało się dopchać nawet do korytarza przedziałowewgo. Tego samego dnia, a pech sprawił, że jechaliśmy w czasie zmiany turnusów podczas sierpniowego urlopu Włochów, wsiedliśmy do pociągu, którego klasę zmieniono z ekspresu na pospieszny (a co za tym idzie i ceny biletów), między innymi ze względu na ponad godzinne opóźnienie na stacji początkowej. Podejrzewam, że ten sam skład po prostu puszczono jako inny, planowo wyjeżdżajacy później, ale zakup biletów na ten odcinek trasy był swego rodzaju ruletką. A skoro już o biletach mowa, to warto pamiętać o kilku sprawach. Można kupić bilety na lokalne trasy w automatach. Maszyny te nie przyjmują kart płatniczych (z wyjątkiem specjalnych kart Trenitalia), więc trzeba się uzbroić w gotówkę. Poza tym funkcjonują też kasy, ale trzeba pamiętać, że w niedzielę Włosi nie pracują, a w ciągu zwykłego dnia pracy można natknąć się na przerwę. W dniach wolnych od pracy i przy braku działającego automatu najprawdopodobniej bilet można zakupić u kierownika stacji (w osobnej kanciapie tego samego budyneczku) lub po sąsiedzku w barze lub Tabacchi. Warto się dobrze rozejrzeć po budynku za odpowiednim ogłoszeniem. Ten opis dotyczy oczywiście niedużych stacji. W Palermo kas i maszyn powinno starczyć dla wszystkich i na każdą chwilę.

Kiedy już uda się zdobyć il biglietto, należy pamiętać o jego skasowaniu na peronie, przed wejściem do pociągu. W trakcie podróży miły pan konduktor oczywiście sprawdzi, czy się o tym pamiętało.

A punktualność? Hm.. nie umawiałabym się z nikim na minuty, jeśli miałabym do niego dojechać pociągiem, ale nie jest dramatycznie. Jeśli wliczy się około 10 minut prawdopodobnego spóźnienia na trasie dłuższej niż 50 km, to będzie to bezpieczny zapas.

A tu jeszcze linki do Trenitalii – większość serwisu ma wersję anglojęzyczną:

Strona główna

Przewodnik po usługach Trenitalii

Działanie autobusów pozostaje dla mnie wielką tajemnicą. Wprawdzie wiem, że istnieją, widziałam kilka przystanków, ale... Przede wszystkim bilety kupuje się w określonych miejscach dla określonych linii (Tabacchi, bary, kawiarnie). Jedne firmy współpracują z takim, inne z innym lokalem, dlatego trzeba zawsze pytać. Przystanki też są dość umowne. Czasem trafi się cała "zatoczka" z kilkoma wiatami przystankowymi, częściej jednak trzeba się rozejrzeć za słupkiem ze znakiem linii autobusowej lub zapytać kogoś miejscowego. We Florencji słupki służyły głównie do przypinania rowerów i słabo się wyróżniały wśród sznurów zaparkowanych samochodów. Te same zasady dotyczą autobusów linii miejskich oraz międzymiastowych.

Pomimo że uważnie przyglądałam się opisowi trasy i nazwom przystanków autobusów firmy Terravision, do końca nie miałam pewności, czy stoję we właściwym miejscu ronda przed stacją kolejową Palermo Centrale. W innych miejscach miasta byłoby jeszcze trudniej, ponieważ kierowca podjeżdżał do (jak mi się zdawało) losowego miejsca i albo ktoś tam stał z walizkami, albo nie. Zaimponowało mi, kiedy w jednym z miejsc zauważyłam panią w ubranku firmowym, machającą kierowcy, żeby jechał dalej. Wygląda więc na to, że jej zadaniem było zebranie ewentualnych pasażerów we właściwym punkcie.

Myślę, że podróżowanie autobusem wymaga porządnego zaplanowania podróży i popytania na miejscu co i gdzie. 

O samolotach niewiele mam do powiedzenia. Proszę się jednak nie dziwić, jeśli zapełniona pasażerami maszyna stoi na płycie lotniska już dłuższy czas, a jedna ze stewardess nerwowo przebiega między rzędami siedzeń i już czwarty raz liczy wszystkich. Każdy może się pomylić i obsłudze naziemnej czasem zawieruszy się kilku pasażerów, którzy jednak pojawiają się na pokładzie, wprawiając w konsternację obsługę lotu.

Strony lotnisk sycylijskich są dosyć dobrze przygotowane. Pracownicy nawet czasem odpowiadają na maile anglojęzyczne z pytaniami dotyczącymi transferów lotniskowych. Niestety, gorzej, jeśli się coś zgubiło.

Włochy

Cefalù 2011-08-23

Założenie 5: miejsce na tyle urocze i ciekawe, żebyśmy nie umarli z nudów przez tydzień, a do tego dostępne publicznymi środkami komunikacji.

Mogliśmy właściwie zrealizować ten punkt, chodząc codziennie rano na plażę, a po południu na plażę. Nasz hotel miał swój kawałek plaży, który – choć przed sezonem nie miał jeszcze wywieszonego szyldu z nazwą – zapewniał nam leżaki z parasolami i niezbyt kamienistą okolicę (zarówno na brzegu, jak i w wodzie). Woda morska okazała się cieplejsza niż ta w basenie i zbliżona temperaturą do tego, co reprezentuje Bałtyk po ciepłym sezonie, więc jak na maj – rewelacja. Nasze, "dorosłe" ambicje były nieco (niewiele) większe, więc po porannej plaży wracaliśmy na sjestę do hotelu, a po południu krążyliśmy po szeroko pojętym miasteczku, zjadając obiad, lody, zaglądając w bardziej uczęszczane miejsca, fotografując te mniej zaludnione i podziwiając cuda motoryzacji.

Cefalù – jak można przeczytać w każdym przewodniku – zostało założone tak dawno temu, że najstarsi górale tego nie pamiętają. Wspomina o nim Diodor w 396 p.n.e., nazywając wtedy Kephaloidion, ale archeologowie mają swoje zdanie na temat początków osadnictwa w tym miejscu i podają, że na pewno trwało już w V w. p.n.e., a może nawet cztery wieki wcześniej. Dowodem na to ma być tzw. Świątynia Diany – megalityczna budowla na skale ponad miastem. Wokół niej można zobaczyć też cysterny (kamienne zbiorniki na wodę) datowane na V w. p.n.e. oraz pozostałości po fortyfikacjach zbudowanych zaledwie wiek później, ale oczywiście rozbudowywanych przez kolejne stulecia.

Nie muszę pewnie wspominać, że nazwa miasta pochodzi od greckiego określenia na skałę (Kefa) przypominającą głowę. Na szczęście tylko sprawia wrażenie niedostępnej. Współcześnie można wejść przynajmniej do połowy wysokości po schodkach ułożonych z cegły – tak szerokich i płaskich, że bez wysiłku pokonała je kobieta z większym brzuszkiem i trzylatek. Powyżej pierwszego pasa fortyfikacji zaczynają się kamienne schody, ale i one nie sprawiają kłopotu. Dopiero kiedy minie się poziom świątyni Diany, zaczyna się zwykła, kamienista ścieżka o przyzwoitym nachyleniu, a kończą się drzewa miłosiernie ocieniające niedzielnych spacerowiczów. Podobnie wygląda wejście na inną Roccę – skałę z pozostałościami zamku nad Taorminą. Tam do samego końca prowadzą turystów schodki, na których można spotkać małe jaszczurki i mnóstwo opuncji. O widokach na morze nawet nie wspominam, bo to oczywiste, prawda?

Po zejściu zawsze jest do wyboru droga w lewo – przejście do nowego miasta ze stacją kolejową, szkołą, szpitalem, pocztą, aptekami, sklepami wszelkiego rodzaju i supermarketem – lub w prawo – uliczki pośród starych domów prowadzące do katedry i głównych miejsc handlowych Cefalù. Stare miasto jest nieco mlodsze niż zabudowa wzgórza ponad nim, a wyglądem przypomina klasyczne "włoskie miasteczko". Wraz z naszym synkiem biegaliśmy po wąskich przesmykach między domami, zauważając z ciekawością, że każdy z nich ma tabliczkę z nazwą, Czasem trudno było wyjaśnić, dlaczego nazywamy ulicą schodki albo dlaczego w tak wąskie przejścia wjeżdżają motory i skutery. Cytując pewien kabaret: "Na pewne pytania odpowiedzi brak."

Kiedy wchodzi się w tę plątaninę uliczek, warto pamiętać, że są dwie główne, turystyczne ulice, biegnące równolegle względem siebie i nabrzeża. Wyżej położona Corso Ruggero zaprowadzi każdego do Piazza Duomo, przy której stoi katedra (ale tam można trafić i bez takich wskazówek, bo katedrę widać zewsząd) oraz urząd miasta i parę co droższych sklepów. Bliższa morzu Via Vittorio Emanuele może zaoferować więcej lokali gastronomicznych, każdy z widokiem na morze. Pomiędzy nimi rozciąga się szereg uliczek, tworząc w całości formę rusztu. Przy tych łączących ulicach znajdują się sklepiki i warsztaty z lokalnymi produktami, m.in. kolorową majoliką, kosztującymi krocie. Jeśli udało się bezpiecznie wyminąć wszystkie niebezpieczeństwa w postaci wystawionych na ulicę drewnianych, kolorowych zabawek, stojaków z książkami o sycylijskiej kuchni i kolorowymi kalendarzami czy miniaturkami pojazdów wszech czasów, czasem można było dotrzeć do samego nabrzeża. Tego kamienistego, opasującego najbliższe morzu domy. Tutaj odkrywaliśmy małe kraby chowające się w wypełnionych wodą zagłębieniach i wypatrywaliśmy kutrów wypływających wieczorem na pełne morze. Sprzyjało nam w tych obserwacjach spokojne morze, które nie zalewało nas, rozbijając się o skały.

Niedaleko rozpoczynała się plaża, która mogła nas zaprowadzić wprost do hotelu – szeroka, piaszczysta, pełna leżaków i rowerków wodnych różnych hoteli. Miejscami "wbijały" się w nią lokale rozrywkowe, zupełnie jeszcze o tej porze roku niegroźne. Ciekawostką wśród zwykłych dyskotek była restauracja Maljk, która oprócz baru oferowała również kąpiel w jacuzzi.

Można było tę samą drogę pokonać szerokim chodnikiem przy ulicy. Przy samym starym mieście trzeba było przejść slalomem między stoiskami imigrantów o czarnym tudzież beżowym kolorze skóry oferującymi wszystko do ubrania, ozdoby i zabawy za straszne pieniądze. Ich widok kojarzył mi się z moim pierwszym pobytem we Włoszech, w trakcie którego obserwowałam, jak sprzedający mleczko kokosowe czarnoskórzy panowie podchodzili na plaży do leżących na brzuchu dziewczyn i prosto do ucha krzyczeli "Co--co bello!!" Wydaje mi się, że od tamtej pory nauczyli się lepszych chwytów marketingowych.

Wzdłuż nadmorskiej ulicy podziwialiśmy też fantastyczne motory. Nasz synek ma książkę p.t. "Superbajki", ee... "Superbikes" ze świetnymi modelami motorów Suzuki, Kawasaki, Yamaha, Ducati – same ścigacze. Do tej pory te same modele mogliśmy oglądać tylko w internecie, a tutaj – na ulicy. Nie jestem pewna, które z nas było pod większym wrażeniem, ale chyba ja.

Przyznaję, że nigdy nie ruszyliśmy w drugą stronę (na zachód) od naszego hotelu. Może dlatego, że lokalna mapa kończyła się tam, gdzie mieszkaliśmy. Może droga nie wyglądała dość atrakcyjnie i brakowało dominanty, która by nas przyciągała. A może nie zdążyliśmy znudzić się w ciągu kilku dni miasteczkiem. Dość, że patrzyliśmy ku tamtym zielonym wzgórzom regularnie z balkonu i wystarczająco nas to nasyciło.

Niestety, nie ma w Cefalù typowo dziecięcych atrakcji. Zaglądaliśmy kilkakrotnie na jedyny spotkany tam plac zabaw, z którego korzystały głównie mrówki. Jego atutem była lokalizacja – przy samym wejściu do starego miasta i przy zatoczce autobusowej, w otoczeniu parkanów. Poza tym przy sporym parkingu między nowym miastem a ulicą przybrzeżną stał w trakcie naszego pobytu smutny lunapark z jedną działającą karuzelą w stylu retro, za przejazd którą płaciło się 1,5 euro (trwał AŻ dwie minuty). Oczywiście był kłopot z uzyskaniem reszty w postaci 50 eurocentów, ale za to Włoch siedzący w budce, kiedy zobaczył, że przyszliśmy po raz drugi, uznał, że jesteśmy jego największymi przyjaciółmi (czytaj: frajerami) i witał nas wylewnie. Podczas weekendu pojawili się właściciele pozostałych atrakcji, czyli pociągu szynowego w postaci psa (powiedzmy, że "minirollercoaster") oraz drewnianego toru niemal gokartów, jednak uznaliśmy, że wystarczy nam już przyjaciół i omijaliśmy "wesołe miasteczko" szerszym niż zwykle łukiem. Nie zmienia to faktu, że karuzela była wielką atrakcją dla naszego synka i trudno było ją pominąć w planach.

Tylna strona planu miasta kusiła nas pobytem w raju wodnym "Aquaverde", do którego łatwo dotrzeć samochodem, a trochę trudniej autobusem. Może nawet postaralibyśmy się tam dojechać, gdyby czas nam wolniej płynął, ale trochę zniechęcał nas fakt, że ów "park wodny" jest częścią kompleksu hotelowego i tak naprawdę najlepiej byłoby po prostu wynająć sobie tam pokój na kilka dni, żeby popluskać się w basenach. Zdecydowaliśmy pozostać na plaży.

  • Brama w dolnych fortyfikacjach
  • Nabrzeże przy starym mieście
  • Drugi pas fortyfikacji
  • Drugi pas fortyfikacji
  • Widok na nowe miasto
  • Zabudowania na górze

Kiedy nadchodzi głód, nie należy z nim długo dyskutować. Kiedy głód dopada trzyletnie dziecko lub kobietę w ciąży, wszystko inne znika natychmiast, dlatego trzeba być dobrze przygotowanym. Podstawowa sprawa – nie dać się zaskoczyć. Nie należy czekać, aż głód się pojawi, a już z pewnością nie zaczynać wtedy poszukiwań "jakiegoś miłego lokalu" z obszernym menu i jeszcze dłuższym czasem oczekiwania. Może i widoki w takich miejscach są piękne (i wliczone w coperto), ale opanowanie głodnego chochlika, który wszędzie wchodzi i marudzi o colę (koniecznie z rurką) albo kobiety rozglądającej się wygłodniałym wzrokiem wokół nie jest łatwe, oj nie. Zatem w Cefalù przede wszystkim zlokalizowaliśmy supermarket. Iper Sidis znajduje się w samym centrum nowego miasta, dość blisko hotelowego wybrzeża, ale oczywiście są też inne (mapa turystyczna polecała nam jeszcze Ferdico – Pam Supermercati oraz Sigma – Giardina Supermarket). Oferta jest dość dobra – od plastykowych sztućców i kafetier dobrej jakości po szeroki wybór mozarelli, mortadeli i pakowanego pieczywa. Trzeba oczywiście pamiętać o sjeście, podczas której sklepy są nieczynne. Pomimo różnych zmian we Włoszech, na południu sjesta jeszcze istnieje i to w wielu miejscach. Zniknęła przede wszystkim w centrach turystycznych, ale już w małych barach, sklepach, bankach, na pocztach i stacjach benzynowych można się spodziewać opuszczonych rolet od ok. godz.13 do 16, a nawet18.

Supermarket zapewniał nam kolacje i przekąski, a na obiady składały się nasze ulubione Arancini, czyli kule ryżowe z różnymi farszami, w panierce. Żeby być precyzyjną, w Cefalù to się nazywa arancina (dosłownie "pomarańcza", w liczbie mnogiej arancine), podczas gdy w Taorminie zjadaliśmy na obiad po jednym arancino ("pomarańcz"?) lub kilka arancini. No, ale najważniejsze, że można je dostać w rosticceriach i są bardzo sycące. Podstawowe dwie wersje to al carno – z sosem mięsnym przypominającym nam, Polakom, szeroko pojęty "sos boloński" – oraz al burro – tylko pozornie z masłem, ponieważ oprócz niego jest jeszcze jakaś odmiana szynki, taka delikatna, oraz ser mozarella. Jedna lub dwie sztuki starczają za obiadek :)

Ponieważ to nasze ulubione jedzenie na Sycylii, nie przeszkadzało nam jedzenie go codziennie przez tydzień. Ale osobom pragnącym spróbować czegoś innego, co jednak nie jest pizzą, polecam zajrzenie do takiej rosticcerii, oferującej głównie garmażerkę na ciepło lub zimno. Oczywiście po włosku. Języki obce nie działają.

Skusiliśmy się też na odwiedziny w lokalu. Poza tym, że jednak nasz synek dostał colę (z rurką) i mieliśmy piękny widok wprost na morze, to ciekawostką jest fakt, że lokal ów był nie tylko restauracją, ale jednocześnie czytelnią. Na półkach bardzo elegancko wystawiono książki, po które można było sięgnąć i poczytać. Kilka z nich autorstwa Roberto Saviano. No, proszę, sądziłam, że na południu Włoch za nim nie przepadają, a jednak.

Osobna wzmianka należy się lodom. Nie tylko dlatego, że jestem ich ogromną fanką i cierpię za każdym razem, gdy znajomi w Krakowie mówią o "włoskich" lodach tu czy tam (niestety, żadne z nich nie mają z włoskimi nic wspólnego). Również dlatego, że mają niesamowite smaki. I to imitujące rzeczywiste owoce/warzywa. A może wcale nie imitujące? Odkryciem tego wyjazdu były tajemnicze ACE o kolorze jaskrawopomarańczowym. Skosztowaliśmy ich na własne ryzyko i okazały się pysznie owocowe i słodko-kwaśne. Rozwinięciem nazwy są owoce arancina, carota i coś, czego w tej chwili już nie pamiętam. Na szybie chłodni, w której znajdują się lody, można było zawsze dojrzeć karteczki z wypisanymi składnikami poszczególnych smaków. Szkoda, że nie było do tego proporcji, ale przecież jakoś trzeba chronić swoje receptury. A nazwę ACE czytaliśmy tak jak płyn do dezynfekcji znany w Polsce, co dodawało lodom dodatkowego uroku.

I jeszcze jedna pyszność, czyli marcepany. Jeśli ktoś chciałby szukać korzeni tej słodyczy, to powinien zanurzyć się z historię wyspy i plantacje sycylijskich drzewek migdałowych. Większość słodyczy specyficznych w tym miejscu przywieźli ze sobą Arabowie, a po opuszczeniu przez nich wyspy miejscowa ludność przechowała receptury do dziś. Marcepany są wyjątkowe, ale nie we wszystkich miejscach. Zdążyłam się przekonać, że taormińskie są lepsze niż te z okolic Palermo. Wszystkie one są formowane w kształty owoców i sprawiają wrażenie sztucznych ozdób, ale nie można dać się zwieźć. Nadają się do jedzenia i są pyszne. A może raczej nie można dać się zwieźć polskim, plastikowym ozdobom? Te nie są zjadliwe pod żadnym względem.

Włochy

Pojazdy 2012-01-16

Włochy są w moim przekonaniu krajem pełnym niezwykłych pojazdów. To na włoskiej autostradzie podziwiałam pierwsze Alfa romeo, gdy w Polsce były kompletnie zjawiskowe. Na tych samych południowych drogach, już w czasach, kiedy jeździłam z wycieczkami, wymieniałam się z kierowcami uwagami na temat najnowszych modeli sportowych samochodów. Pretekstem było oczywście to, że właśnie nas wyprzedzały. Zawsze kiedy przekraczam włoską granicę, podświadomie oczekuję widoków fantastycznych pojazdów. Wśród nich są także fiaty, nawet "maluchy", które z niesamowitą sprawnością poruszają się po wąskich i stromych sycylijskich uliczkach.
W Cefalù, pomimo małych rozmiarów miasteczka, mój apetyt motoryzacyjny również został zaspokojony. Na głównej ulicy najwięcej było oczywiście skuterów przeróżnych firm. Wśród nich wyróżniały się Vespy w stylu retro. Tak bardzo mi się podobały, że byłam bliska sprawdzania ich ceny w miejscowym punkcie sprzedaży.

Ale podróż Vespą do Polski w moim stanie mógł być dość uciążliwy (sic!), więc zrezygnowałam. Faktem jest, że często zostawałam w tyle za moimi panami, szukając dobrego ujęcia do zdjęcia jakiegoś cacka. Oprócz skuterów, będących tam odpowiednikami naszych rowerów (niemal niespotykanych), były też motory. Nie wiem, czy bardziej zachwycały mnie tym, jak wyglądały, czy samym faktem, że zeszły wprost ze stron albumu "Superbikes", który kupiliśmy dwa lata wcześniej synkowi w Londynie. Ponieważ "Superbajki" były przez wiele miesięcy jego ulubioną książką, znaliśmy wszyscy sportowe modele Ducati, Kawasaki Ninja, Yamahy czy Suzuki, które nagle zaczęły pojawiać się przed naszymi oczami. W zasadzie to całkiem szczęśliwie, że zawsze mogliśmy się zatrzymać, żeby pokazać motor zainteresowanemu trzylatkowi. Gdybym sama oglądała te maszyny, pewnie wyglądałoby to mniej sympatycznie. Mieliśmy okazję podziwiać również dalekobieżne Harleye i motocykle, których marek nawet nie kojarzę. Bez wątpienia jednak była to uczta dla oczu.
To na turystycznej ulicy wzdłuż plaży. W starym mieście, na wąziutkich uliczkach pojawiały się bardziej praktyczne pojazdy mieszkańców. Moim ulubionym jest trójkołowy Piaggio Ape, który można zobaczyć w wielu sycylijskich miasteczkach, bo służy za najmniejszy wóz transportowy po tej stronie Rio Grande.

Przewozi się nim warzywa, owoce, ryby, generalnie wszelkie towary do sprzedaży an targach i w małych sklepikach. Żałuję, że nie mam zdjęcia z kierowcą stojącym przy nim, bo to najlepiej pokazałoby, jak malutki to wóz, ale nie zdecydowałam się zrobić takiej fotografii, żeby nie urazić właściciela.
Podziwianie pojazdów to jedna sprawa, a jeżdżenie po drogach – rzecz odrębna. Po latach obserwacji doszłam do wniosku, że poobrywane lusterka czy zarysowana karoseria to nie świadectwo braku umijętności kierowania, tylko warunków do parkowania. A te są trudniejsze niż w Polsce. Natomiast na drodze włoscy kierowcy są bardzo sprawni. Wprawdzie potrafią zatrzymać się na skrzyżowaniu, żeby pogadać z kolegą jadącym z naprzeciwka, ale tylko wtedy, gdy okoliczności temu sprzyjają. Poza tym jestem pełna podziwu dla kierowców ze wszystkich górskkich miasteczek pokonujących serpentyny o nieprzyjemnie dużym nachyleniu. W Taorminie miałam okazję widzieć, jak duży autobus wycieczkowy mijał się na zakręcie z dostawczym vanem (dużo większym niż Ape niestety). Siedziałam w autobusie i z dużym zainteresowaniem patrzyłam, jak metr po metrze oba samochody przesuwały się w tańcu. W pewnym momencie między nimi śmignął skuter – nie przeszkadzając tym nikomu. Jestem pewna, że "niepochopny" styl bycia Włochów bardzo się w takich sytuacjach przydaje.
Ci właściciele pojazdów, którym szczególnie zależy na utrzymaniu ich świetnego stanu, także estetycznego, znajdują sobie sposoby na zabezpieczenie. Nie zawsze musi to być osobny garaż. Wszak po co marnowac (i opłacać) cały garaż dla małego skutera, jeśli można skorzystać z wygodniejszego lokum?

  • Mój ulubiony trójkołowiec
  • Wygodny garaż
  • Mój ulubiony model Vespy
Włochy

Owoce 2012-02-25

Jestem mieszczką. Urodziłam się w mieście. Wychowałam się w mieście. Po wakacjach wracałam do miasta. I w mieście czuję się jak ryba w wodzie. Wychowana w latach 80. XX wieku (jak to brzmi!) od dzieciństwa znałam smaki owoców z ogródka na obrzeżach miasta. Zajadam się jabłkami, śliwkami, lubię truskawki i maliny. Żadnego szału. Kiedy rodzice częstowali mnie brzoskwiniami, kiwi czy pomarańczami, to uznawałam, że to jakieś dziwne, nie dość słodkie owoce. Zresztą ewidentnie pochodziły ze skrzynek, zamiast z drzew. Dopiero podróże do południowych krajów otworzyły mi oczy na to, jak obłędna słodycz może kryć się pod skórką małego, zielonego "ziemniaczka" kiwi albo pomarańczy. Najsłodszych pomarańczy świata skosztowałam na ukrytej przed światem plantacji w Grecji, więc pozwolę sobie je tym razem pominąć. Natomiast Sycylia pozwoliła mi odkryć, co naprawdę ofiarowuje przyroda. Roślinność tej wyspy jest wybujała, pełna intensywnych kolorów i zapachów. Jakby na przekór temu, co o niej zwykle myślimy – spalona słońcem ziemia, trzęsienia i wulkan. To prawda, że najbujniejsza roślinność jest w pasie brzegowym, gdzie morze dostarcza odpowiedniej ilości wilgoci, a amplituda temperatury jest stosunkowo mała. To sprawia, że uprawia się inne rośliny tu, a inne w głębi lądu. Na zboczach Etny są gaje oliwne, które bardzo dobrze czują się w upalnym klimacie, zaś w przydomowych ogródkach rosną drzewka pomarańczowe i cytrynowe. Warto przy tym wspomnieć, że gleba z okolic wulkanicznych jest wyjątkowo żyzna. Może ktoś, kto się lepiej orientuje, mógłby porównać, jak się to ma do najżyźniejszych u nas czarnoziemów. Bez wątpienia to, co wyrasta u stóp Etny, rośnie szybko i bujnie. Gdybym miała powiedzieć o najsłodszym owocu świata, bez wahania wybrałabym opuncję, którą poczęstował nas sprzedawca na palermiańskim targu. Jak wcześniej wspominałam, targ ów, sięgający tradycją w bardzo odległe czasy, przypomina bardzo arabski suk. Jedną z charakterystycznych cech jest ta, że można zostać poczęstowanym. Nie wiem, co robią ludzie z południa, ale mnie, pochodzącej z polskiej kultury, ofiarowanie czegokolwiek, nawet małego owocu do skosztowania, zobowiązuje do odwdzięczenia się. Najprostszą zaś formą wdzięczności jest dokonanie zakupu. I tak właśnie rozwinęła się ta sytuacja. Z ciekawością przyglądaliśmy się z mężem dziwnym, kaktusowatym owocom, sprzedawca podał nam jeden do spróbowania, my wahaliśmy się, czy to przyjąć, a wziąwszy już do ręki (jeszcze przed skosztowaniem!), zdecydowaliśmy, żeby kupić ich przynajmniej kilka. Cena oczywiście nie była zachęcająca. Całe szczęście, że zakup był jej wart, bo głupio byłoby się przyznać do takiej naiwności. Pan obrał nam owoc ze skórki i już po chwili kosztowaliśmy bardzo soczystego, pomarańczowego kiwi z dokładką fruktozy. To było w roku 2006, a ja wciąż mogę przywołać wspomienie tej słodyczy. Zresztą to bardzo popularny, dziko rosnący kaktus i wielokrotnie kusiło nas zerwanie owoców w przyhotelowym ogrodzie lub na spacerze za miastem. Nie zrobiliśmy tego, nie chcąc się rozczarować. Pomarańcze zrywane z drzewk przy ulicy w Salonikach są wyjątkowo kwaśne. Tamten pobyt wypadł jednak w sierpniu, czyli w sezonie zbierania owoców. Jeśli komuś nie straszne tłumy i drożyzna wakacyjnego okresu we Włoszech, to polecam ten czas, żeby objeść się owocami w pełni dojrzałymi. Wtedy dopiero okazuje się, że kupowane przez nas w Polsce owoce egzotyczne nie mają prawie wcale swojego prawdziwego smaku. A może lepiej nie próbować? Po co pozbawiać się przyjemności z jedenia czegokolwiek poza krajowymi owocami na terenie Polski? Widziałam ostatnio opuncję w supermarkecie. Najpierw ucieszyłam się jak na widok starej, dobrej znajomej, a potem przyjrzałam się jej, zobaczyłam, że od dawna nie widziała słońca i raczej w naszych domowych warunkach już nie dojrzeje i odłożyłam ją do skrzynki. Była opisana jako "figa kaktusowa", więc udałam, że to nie opuncja i poszłam dalej. Owoce, od których nie mogę się jakoś odkleić (słodkie, lepią się), są stałym elementem sycylijskich posiłków. W hotelu Bel soggiorno w Taorminie podawano do śniadania arbuzy, figi, melony, winogrona... Wszystko było tak obłędnie dojrzałe (ale nigdy przejrzałe), że warto było wstać wcześniej, żeby zdążyć nałożyć sobie te owoce przed innymi. A potem już można było siedzieć na balkonie i rozkoszować się smakami zmieszanymi z aromatem pini i roślin ogrodowych. W restauracji hotelu w Cefalù również stał duża patera pełna owoców. Wyglądała jak dekoracja, ale częstowaliśmy się jabłkami i kiwi i nikt się temu nie dziwił, a nawet uzupełniano zapasy. Jabłka były takie sobie, bo jednak najlepsze jadłam w Polsce, ale kiwi – przepyszne. Jeszcze jednym wyjątkowym owocem, który polubiłam i doceniłam na Sycylii, jest... pomidor. Dojrzewające w południowym słońcu jagody są czerwone, soczyste i bardzo aromatyczne. To prawdziwe owoce, a nie jarzyna, którą "trzeba jeść, bo zdrowa". Właśnie ta ich wyjątkowość sprawia, że zwykły sos pomidorowy z makaronem można bez wstydu podać jako danie obiadowe dla gości. Podczas podróży autobusami przez południowe Włochy, widziałam ciężarówki firmy Pudliszki jadące na północ i muszę przyznać, że chyba żadna reklama nie podziałaby na mnie tak, jak widok tych wiezionych z południa owoców. Od tamtej pory nie boję się dodawać pomidorów z puszki (koniecznie pelati, bez skórki) do przygotowania sosu bolońskiego lub gotowania ryżu na arancini. No, zgłodniałam. Ale przynajmniej przez chwilę wspominałam niedostępne zimą pyszności.
  • Opuncja
  • Colazione
  • Cytrynka
  • Cytrynki

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. yumeandra
    yumeandra (03.02.2012 10:42) 0 + -
    Dziękuję, ye2bnik .Polecam się. W razie konkretnych pytań o wyjazd, służę informacją.
  2. ye2bnik
    ye2bnik (03.02.2012 9:41) +1 + -
    Inspirujące. Super, że wrzuciłaś mase pozytecznych wskazówek. Pozdrawiam
  3. yumeandra
    yumeandra (29.01.2012 15:38) +1 + -
    Sławo, dzięki za poprawkę. W mojej głowie wbite jest nie wiadomo skąd to "al carno". To pewnie wpływy arabskich brzmień w sycylijskich nazwach. Alcantara i inne ;P
  4. slawannka
    slawannka (28.01.2012 23:04) +1 + -
    Hej, al carno -> alla carne :) Ze wszystkim innym się zgadzam...
    Tzn, ja jak na razie nie natknęłam się na arancini które by mi smakowały tak naprawdę, ale wszystko przede mną.
    A ACE czyta się właśnie tak samo jak ten płyn :)
  5. s.wawelski
    s.wawelski (25.01.2012 17:52) +2 + -
    Wiem juz, ze glod na Sycylii mi juz nie grozi :-)
  6. neiven
    neiven (24.01.2012 15:46) +1 + -
    Fajny, szczegółowy opis, z masą cennych wskazówek. Również czekam na ciąg dalszy :)
  7. slawannka
    slawannka (23.01.2012 14:48) +1 + -
    No i super! :) Ale autobusy polecam dużo bardziej niż pociągi :)
  8. voyager747
    voyager747 (21.01.2012 20:38) +1 + -
    to czekamy
  9. yumeandra
    yumeandra (21.01.2012 15:18) 0 + -
    Dziękuję. Wygląda o trochę, jakby przeglądarka nie zawsze zaskakiwała. Przeniosłam się na Operę i na razie działa. Zapraszam do dalszej lektury :)
  10. avill
    avill (21.01.2012 15:04) +1 + -
    Witaj,
    musisz wypełnić wszystkie obowiązkowe punkty podróży, a więc tytuł, miejsce, opis i koniecznie tagi, przynajmniej jeden.
  11. yumeandra
    yumeandra (21.01.2012 12:39) +1 + -
    Nie wszystko. Jest jeszcze kilka rozdziałów, które próbuję od wczoraj dodać jako "nowy punkt podróży", ale nie udaje mi się. Nie wiem, dlaczego się nie zapisuje.
  12. voyager747
    voyager747 (21.01.2012 10:20) +2 + -
    i to już koniec ? jedno zdjęcie będzie tylko ?
yumeandra

yumeandra

Yumeandra Yumeandra
Punkty: 697