Ładuję...

kolumber.pl


Española 2010-01-19

 Dzisiaj ma być bardzo ciekawy dzień. Będziemy oglądali zwierzęta na Españoli. Wyspa, jak każda z całego archipelagu Galapagos, jest pochodzenia wulkanicznego. Ale uznaje się ją za najstarszą. Tak naprawdę to istnieje tylko mały kawałek tortu, taki klin, który pozostał po zapadnięciu się kaldery wulkanu. I fauna jest szczególna. Mamy, jak na warunki parku narodowego, mieć trochę swobody i więcej czasu. W naszym przypadku oczywiście na zdjęcia. Lądujemy łódką do prowizorycznego nabrzeża. Przydają się bardzo nasze ciężkie buty górskie. Chodząc po ostrych kamieniach stopy nic nie czują, a i pewniej się stąpa. Jak wszędzie jest mnóstwo fok i lwów morskich, iguan... Zajęły całą ścieżkę. Omijamy je ostrożnie.

 Przechodzimy szlakiem na drugą stronę wysepki. Tutaj są wysokie klify, na których gnieżdżą się guptaki niebieskonogie, mewy, albatrosy. Jest pochmurno. Ciężko robić zdjęcia przy takiej pogodzie ptakom w locie kiedy nie można używać lampy. Nasz przewodnik bardzo rygorystycznie przestrzega reguł parku. Chyba nawet za bardzo. Może chociaż wyjdzie słońce i będzie więcej obiecanego czasu.

 Stoimy blisko urwiska. Pozują nam wdzięczne guptaki. Te nóżki to ktoś z fantazją pracowicie im pomalował :)

 Idziemy dalej. Dochodzimy do miejsca, gdzie występuje ciekawe zjawisko. Woda morska uderzając falą o skały dostaje się do systemu kanalików, które pod ciśnieniem wyrzucają ją w górę. Tryska gejzerem na kilkanaście metrów, a mgiełka zrasza okoliczne skały. Niezły widok. Siadamy grupą na skałach. Przy nas na wyciągnięcie ręki parka guptaków. Robią przegląd piórek, na chwilę przysypiają. Nawet jednemu zrobiłem zdjęcie szerokokątnym obiektywem zdjęcie z odległości pół metra.

 Ruszamy dalej i nagle wychodzi słońce. Jest dobrze, szczęście nam sprzyja. Ale przewodnik... ogłasza sygnał do powrotu. Wracamy godzinę wcześniej na jacht, aby nic nie robić, a takie były warunki zdjęciowe. Chris wypowiada co myśli o takim kierowaniu wycieczką i łamaniu ustalonych reguł (guide obiecał, że wrócimy na 11.00 i będzie czas wolny). No i nie dotrzymał. I jeszcze się pogniewał. Jego sprawa... podobno ma dostać napiwek na koniec rejsu...

 W tym miejscu należy się pewne wyjaśnienie. Oczywiście rejs po wyspach odbywa się według określonego terminarza. Ale to my, turyści, jesteśmy tu za ciężkie pieniądze (bez przesady, ale 1400 dolarów za cztery noce na łódce z przelotem to sporo) i jesteśmy szczerze zainteresowani poznaniem tajemniczego świata przyrody. To nasze zachcianki się spełnia. Załoga była wspaniała, przewodnik nie. Gdybym chciał poleżeć na plaży to wybrałbym Karaiby... Przyrodnik chwalił się wcześniej swoimi zdjęciami, chce wydać album o Galapagos. Ok, ale to nie oznacza, że ma monopol na wszystkie ciekawe spoty. Nieładnie z jego strony. Po za tym był uprzedzony do ludzi z Europy mówiących po hiszpańsku. Bo ... używają innych słów niż w Ameryce Południowej. Jakiś rasizm... nie wiem jak to nazwać inaczej. W końcu my się tego języka trzy lata uczyliśmy... 

 Po południu popłynęliśmy do Zatoki Gardener na snoorkowanie i odpoczynek na fantastycznej plaży. Biały piasek wspaniale kontrastował z turkusem wody. W odległości około 200 metrów od brzegu z wody wystawała mała skalista wysepka. Trasa polegała na opłynięciu wysepki i powrót na plażę. Chętnych było mniej. Anglik na chwilę położył maskę na fali i zniknęła bezpowrotnie w zmąconej przy brzegu wodzie. Popłynęli Holendrzy, przewodnik i ja. Holender wypatrzył znów rekina, przycupniętego na głębokości pięciu metrów przy podwodnej niszy. Zdjęcia nie udało się zrobić moją małpką, bo... zdechła bateria :(

Znów trafiliśmy na ławicę dużych ryb i dwa stingraye ukryte na dnie w piasku.

 Ale prawdziwy show odbywał się w płyciutkiej kałuży na lądzie. Tato, lew morski, opiekował się dwójką maluchów. Uczył je pływać, a potem wyganiał z płytkiej wody na piach. Maluchy miały przewagę nad ciężkim ojcem, który porykując podążął za nimi, a one sprytnie omijały zakazy. Zabawie przyglądała się cała grupa gapiów. Po prostu cyrk za darmo.