Ładuję...

kolumber.pl


Floreana 2010-01-18

 Wstaliśmy z Chrisem wcześnie. Widać jak słońce przebija się przez chmury. Robimy po kilka zdjęć. Z dala widać piękną zatoczkę z zieloną roślinnością.

 Po śniadaniu wsiadamy do naszej łódki i płyniemy w stronę plaży. Wysiadka do wody, idziemy w klapkach, albo innym lekkim obuwiu. Na plaży pierwsza atrakcja. Na skale wygrzewa się foczka. Wokół biegają drobne ptaki na długich nóżkach. Wchodzimy w głąb wyspy. Zmierzamy do jeziora, nad którym gniazdują flamingi. Są, widać ich zdecydowanie więcej niż mogłem tego doświadczyć w Coto de Doñana w Hiszpanii. To już pora lęgowa. Część, daleko, po przeciwległej stronie jeziora wysiaduje jaja, część brodzi po wodzie poszukując pożywienia i odprawiając tańce godowe. Trzaskamy mnóstwo zdjęć. Na taki moment czekaliśmy. Po to są wyprawy fotograficzne. Możemy wybierać w portretach, zdjęciach grupowych. Czasem poderwie się kilka w powietrze. Jaki widok. Serce się raduje.

 Przechodzimy dalej, do innego punktu widokowego na jezioro, a następnie przechodzimy przez wyspę na przeciwległy brzeg. Cudna zatoka z białym paskiem. A na plaży żółwie morskie. Wygrzewają się w piasku. Zgodnie z zaleceniami nie można zbliżać się bardziej niż na 2 metry do zwierząt. Franklin, nasz przewodnik jest chorobliwie dokładny. Nasze długie obiektywy przydają się. Woda zachęca do brodzenia, ale uwaga: tutaj w płytkiej wodzie czają się jadowite sting ray'e. Lepiej więc jednak nie wchodzić. W zamian, na skałach stoi dumnie pozując czapla siwa. A wokół niej setki kolorowych krabów chodzi po kamieniach. Karty zapełniają się kolejnymi seriami zdjęć. Czas wracać. Krzysztof poszedł inną trasą wzdłuż jeziora. Grupa czeka. Widać, że przewodnik chyba nie chciał żebyśmy tamtędy poszli. Stado flamingów stoi na wyciągnięcie ręki. Krzysiek wraca z cudnymi łupami, zbliżenia ptaków po prostu super. Takie zrobił portrerty... Trochę mu zazdroszczę. Nie wszyscy mieli taką szansę...

 Wracamy na jacht i płyniemy do innej części wyspy. W planach ma być snoorkowanie. Podobno jest silny prąd wokół wysepki. Gadanie. Mam już doświadczenie w tych sprawach. Nie po to zabierałem własną maskę i fajkę żeby odpuścić. Chętni – odważni – pakują się do łódki. Komenda maski włóż, płetwy i fikamy w tył do wody jak rasowi płetwonurkowie. Z tym prądem to przesada. Dwa machnięcia płetwami i jesteś tam gdzie chcesz. Jest co oglądać. Na dzień dobry rekin z białymi końcówkami płetw. Potem płaszczka ukryta wśród kamieni. Pływają wokół sierżanty, kolorowe rybki z rafy. W pewnym momencie wprost na mnie płynie sea lion. Nie mam szans żeby zejść mu z drogi. Mija mnie w odległości metra. Fascynujące spotkanie. Potem wielka ławica innych ryb. Płynie się wewnątrz nich. Super wrażenia. Czas szybko mija. Łódka już czeka i znów... rekin. Mam pożyczoną od kolegi obudowę podwodną do mojej cyfrowej małpki. Nie zdołałem dobrze uwiecznić tej sporej rybki... Ale spotkanie będę pamiętał. Moje pierwsze dwa rekiny w życiu. Po powrocie na pokład okazuje się, że mam zarejestrowany cień rekina. To już coś. Filmy będą później...

 Wracamy na obiad. Potem płyniemy na kolejną plażę, do miejsca dość historycznego. Do niecodziennej skrzynki pocztowej. Na Floreanie od 1733 roku funkcjonowała skrzynka kontaktowa. Załogi statków wielorybniczych i towarowych mogły zatrzymać się na Floreanie, bo jako jedna z nielicznych miała słodką wodę i... stada żółwi, czyli nie psującego się łatwego w utrzymaniu na pokładzie mięsa. Jeden z kapitanów takiego statku wymyślił sposób na wymianę listów. Skoro każdy statek na tym terenie odwiedza wyspę to ludzie z jednego statku mogą zostawić listy, a inni którzy przybędą tu w tym samym celu mogą je zabrać i oddać adresatowi. Jedyny warunek, że trzeba to zrobić osobiście. Czyli każdy następny gość bierze listy tylko ze swojego miasta, jeśli takie odnajdzie w skrzynce. Nie potrzeba żadnych znaczków pocztowych. Doręczyciel wedle zwyczaju za doręczeniu ma być ugoszczony przez odbiorcę. W każdym razie listów z Polski nie ma tym razem. 

 Wracamy na plażę i mamy czas dla siebie. Część osób snoorkuje, część pływa. My robimy zdjęcia. Długo. Tak to jest, że programy wycieczek nie zawsze odpowiadają oczekiwaniom wszystkich. My byśmy chcieli mieć więcej okazji do zdjęć. W końcu nie przyjechaliśmy tutaj tylko na wypoczynek. To nas najmniej interesuje. Wydane pieniądze na rejs miały zaprocentować oryginalnymi zdjęciami. Wracamy w końcu na jacht. Miałem wypadek. Wpadłem wraz z plecakiem foto do wody. Siedzę wściekły w drodze na pokład. Nie otwieram żeby nie pogorszyć. Już widzę zalany aparat, obiektywy, baterie... inne rzeczy, które miałem w środku. Na pokładzie otwieram suwaki. No nie jest źle. W komorze aparatu jest sucho. Wyciągam całą zawartość na ręcznik. Ucierpiały trochę papiery, ale nie paszport. Międzynarodowe prawo jazdy i książeczka szczepień idą do suszenia. Ktoś z załogi oferuje wypranie i wysuszenie plecaka przez noc w pralko-suszarce. Pewnie, że chcę, korzystam z pomocy.

 Kolacja, briefing. Program na kolejny dzień. Płyniemy nocą do Españoli. Pozostałość najstarszej wulkanicznej wyspy z archipelagu Galapagos. Żyją tu bardzo oryginalne iguany zielono-czerwone nazywane też christmas iguana. Foki, guptaki niebieskonogie, fregaty i tu gniazdują albatrosy. Może ich już nie być, bo powinny dawno odlecieć. Tydzień wcześniej obserwowano jeszcze grupkę. Ma być czas na zdjęcia i trochę swobody. 

 Płyniemy zaraz po kolacji dalej. Tym razem rzuca jak cholera. W łazience z trudem można utrzymać równowagę, nie mówiąc o myciu....czy innych czynnościach.