Ładuję...

kolumber.pl


Lot do Baltry i zaokrętowanie 2010-01-17

 Formalności na lotnisku przeszły bez problemów. Instrukcje przydały się. Sprawa wygląda tak:

- Na rejs biuro podróży wystawia voucher wraz z biletem lotniczym. Na lotnisku po pierwsze kupuje się kartę jakby wstępu na Galapagos, coś na wzór okresowych kart w parkach narodowych w Stanach – 10 dolarów amerykańskich (bo tak jest fajnie, że walutą oficjalną Ekwadoru jest dolar, żadne wymiany niepotrzebne). Następnie cały bagaż jest poddawany inspekcji, która ma zapewnić, że na odizolowane przyrodniczo wyspy nie dotrą ziarna, owoce, zwierzęta, które mogą zaburzyć tamtejszy ekosystem.

- Potem już normalne chequeo del equipaje, czyli nadanie bagażu w okienku linii AeroGal. Dostajemy do wypełnienia kartę – wizę pobytową w parku narodowym. Jak w wielu krajach część tego formularza oddaje się przy wjeździe, a potem przy wyjeździe resztę.  Wiemy też, że trzeba pilnować karty pokładowej z przyklejoną nalepką bagażową. Na lotnisku po odbiorze następuje weryfikacja, czy ktoś przypadkiem nie zabiera nie swojej walizki.

 Lecieliśmy Boeinigiem 737-200 z międzylądowaniem w Quayaquil. Tam część pasażerów wysiadła, doszli nowi. Okazja, żeby zobaczyć kolejne lotnisko i wykorzystać moment na zdjęcia. Dalsza część lotu – poniżej dwóch godzin. I wreszcie lądujemy. Pas przypomina jakieś lądowisko na pustyni. Z góry obserwowaliśmy skały, kaktusy, wyschniętą roślinność. Tak jakby Baltra (wyspa z lotniskiem) nie była wcale gościnna. Zdjęcie po wyjściu z samolotu. Na kadłubie napis często występujący na wielu plakatach promujących kraj : ¡Mucho Mejor......si es echo en Ecuador!

 Każdy przechodzi przez maty dezynfekujące buty. Potem ma wetrzeć w ręce również taki żel. Potem kontrola paszportu i oddanie części formularza wjazdowego. Opłata za wejście – 100 dolarów (gotówką). Dostajemy dodatkową kolorową kartę upoważniającą do przebywania w parku narodowym. Znaleźliśmy naszego przewodnika, odebraliśmy plecaki. Ale czekamy jeszcze na kolejnych uczestników rejsu. Wylądowały jeszcze dwa samoloty. Gości nie ma. Gorąco jak diabli. Siedzimy w cieniu, ale bez wody. Idę kupić jakieś picie. Zniecierpliwiony mówię naszemu opiekunowi, że już nam to przeszkadza. Spaliśmy krótko. Gdyby wiadomo było, że  trzeba bedzie czekać to wolelibyśmy te półtorej godziny wykorzystać jeszcze w hotelu na sen. W końcu postanawia, że jedziemy. Zabieramy się autobusem. Jedziemy wąską serpentyną wśród pustyni. Dojeżdżamy do nabrzeża i mamy przeprawić się promem na Santa Cruz, drugą wyspę kilkaset metrów od Baltry. Wysiadamy, czeka na nas busik. Jedziemy, a krajobraz zmienia się.

 Im wyżej i dalej w głąb wyspy tym więcej zieleni. Aż w końcu po prostu wszystko kipi zielenią. Jest świeżo po deszczu. Mokre liście błyszczą. Ta część wyspy jest zupełnie inna od nieprzystępnego lotniska. Dojeżdżamy do Puerto Ayora. Czekamy w porcie na naszą łódkę z jachtu. Stoją w oddaleniu na redzie, na wyposażeniu każdego są pontony lub łódki do przewożenia pasażerów na ląd. Spadł deszcz. Jest parno i gorąco.

 Na jachcie dostaliśmy górną kabinę. Jest mała. Dwie koje, biorę górną, co okaże się dobrym wyborem – Chris co chwila zaliczał głową w listwę koi. Łazienka również małutka, ale jest ciepła woda, prysznic, sedesik. Wodę trzeba oszczędzać. Jeden prysznic dziennie, bo zapas jest brany w porcie raz na tydzień. A to towar deficytowy na Galapagos. Zdecydowana część spożywanej wody jest odsalana. W kajucie mamy klimatyzację. I wystarczy. Krótkie rozpakowanie bagażu i szybkie mycie. Idziemy na „powitalny” obiad. Tego dnia jeszcze wracamy na ląd, bo w Puerto Ayora jest stacja im. Karola Darwina, która zajmuje się podtrzymaniem istnienia żółwi z Galapagos – olbrzymów.

 Nasz przewodnik mówi po angielsku i pozostała część pasażerów poza nami (para otwartych na ludzi Anglików – w półrocznej podróży po świecie, czwórka sympatycznych Duńczyków emerytów – małżeństwo oraz dwie super babcie i para młodych Holendrów – również w dłuższej podróży po Ameryce Południowej) mówi właśnie w tym języku. Ale my postanowiliśmy ciągnąć za język załogę po hiszpańsku. Trzeba wykorzystać znajomość, na którą poświęciliśmy już trzy lata. Każda możliwość praktyki jest dobra.

 W centrum hodowli wysłuchaliśmy historii o najstarszym żółwiu Goerge'u, któremu zdarza się jeszcze mieć kontakty z samicami. Potem w prasie piszą, że mu się udało.... ale ostatnie dwa przypadki niestety bez potomstwa. W instytucie dba się o czystość gatunków. Każda z wysp ma swoją endemiczną faunę i florę. Nie można krzyżować zwierząt z jednej z wyspy z tymi z drugiej. Badania DNA pozwalają na dociekanie jaka była historia gatunków.

 Z gniazd żółwich podbiera się po kilka jaj i wkłada na 120 dni do inkubatorów. Potem żołwiki przechodzą co dwa lata do innego wybiegu i ćwiczą się w życiu. W końcu po kilku latach wypuszcza się je na wolność. Oglądamy te największe, które mają w ośrodku swoją „emeryturę”. Po drodze na jezdni leżą sobie iguany. Z krawężników zwisają kończyny. Śmieszny widok.

 Robi się ciemniej więc zdjęcia można sobie powoli odpuścić, a czasu do powrotu na jacht jeszcze sporo. Głód zaczął trochę przypominać o sobie. Wstępujemy w porcie do małej knajpki i zamawiamy zimne piwo. O jaka przyjemność. Starsza señora chodzi wśród gości podając zamówione potrawy. W restauracyjce można zjeść ryby, ale też i dużo egzotycznych dla nas owoców. Podglądamy na sąsiednim stoliku potrawę z wielkiego rozciętego zapieczonego banana z paskami białego sera wzdłuż. To maduro. Postanawiamy spróbować. Ja biorę jeszcze rybę z pieca. Smakujemy potrawy dzieląc porcje na dwie części. Banan wspaniały. Ryba smaczna, podana z limonkami, ryżem i łuskaną fasolką. Dosiadają się do nas dwie starsze Dunki, które są pasażerkami naszego jachtu. One zamawiają po piwie. Kończymy miłą rozmowę, wracamy na jacht.

 Wieczorem kolacja i briefing. Omawiamy co będzie następnego dnia. Spanie. Około północy mamy zacząć płynąć w kierunku Floriany. Trochę kołysze w nocy.