Ładuję...

kolumber.pl


Z Quito na zachód - Mindo 2010-01-29

 Ostatnia nasza wycieczka, z którą wiążemy wiele nadziei. Słoneczna pogoda zachęca. Walter tłumaczy, że to tylko tutaj tak może być, a jak odjedziemy z Quito w góry to już za kolejnym zakrętem mogą nas czekać zupełnie inne warunki pogodowe.

 Mijamy Mitad del Mundo, oficjalne miejsce wyznaczające Równik. Zmierzamy do olbrzymiej kaldery wulkanu Palulahua. Zostawiamy samochód na parkingu, aby przespacerować się kawałek. Dochodzimy do krawędzi i... szczęki nam wypadają z zawiasów. Stoimy na wysokości 2800 m n.p.m. (jak Quito), a przed nami rozciąga się otoczona wysokimi na 3000 m górami niecka położona na wysokości 2400 m. Wyjątkowo żyzna gleba, temperatura i wilgotność sprawiają, że tutaj zbiory są trzy, a nawet cztery razy do roku. Wulkan nie działa, ale gdyby... Zdjęcia koniecznie. Walter uprzedza, że teraz jest dobra widoczność, ale za parę godzin wszystko otoczy mgła i chmury. Wysoko wiatr goni chmury (zimne masy powietrza) znad Andów. Wąskim przesmykiem między wzgórzami dociera gorące i wilgotne powietrze od oceanu. Wszystko nad kalderą miesza się jak w olbrzymim kotle i powstaje mokra mgła.

 Ruszamy droga w wąskiej dolinie. Na wzgórzach tzw. mglisty las. Przy drodze rosną orchidee. Walter wspomina czerwonego kogucika symbol tego regionu oraz misia andyjskiego często występującego.

 W małym miasteczku parkujemy na chwilę. Na straganach mnóstwo egzotycznych dla nas owoców i warzyw. Pierwszy raz dotykam maniok, owoce kaktusa przypominające szyszki, jukę, mango (ogromne). Próbujemy pędu palmy - palomitas (to nie prażona kukurydza).

 Przed Mindo skręcamy do hacjendy, na terenie, której są kolibry. Trochę pada. Ciężkie warunki do zdjęć. Wcześniej słyszeliśmy, że tu nie wolno używać lampy błyskowej. Na szczęście odpuszczają nam ten "grzech". Gatunki przylatujące do karmników są inne niż w Guanco. Nawet bardzo. Już je trochę rozpoznajemy, choć nie sposób używać właściwych nazw. Szczególnie jeden z długim ogonkiem z takimi maleńkimi pawimi oczkami. Cudne są wszystkie!

 Zapełniłem kartę, wkładam następną. Ptaszki przekomarzają się miedzy sobą, urządzają gonitwy. Słychać wcale nie delikatne, ale głośne świergolenie. Co tu więcej pisać? Oglądajcie!

 Po małej kawce opuszczamy ten ogród i Walter proponuje: albo canopy nad dżunglą, albo jeszcze inny ogród z kolibrami, kwiatami i motylami. Sporty ekstremalne można uprawiać i w Polsce, dlatego znów stawiamy na koliberki.

 Wjeżdżamy do Mindo, skręcamy w jedną z mokrych od deszczu uliczek. Omijając kałuże wchodzimy, do ogrodu, w którym stoi altana - nasz cel. Zdejmujemy buty żeby nie zabrudzić czystej podłogi. Metr od krawędzi poręczy wisi rząd karmników. Ich konstrukcja w zasadzie nie pozwala ptaszkom, żeby usiadły, muszą zawisać w powietrzu z wyciągniętym dziobkiem. W ten sposob piją słodką ciecz ze środka pojemnika. To kolejne wyzwanie dla fotografa. Niby prościej niż w terenie, bardzo krótki dystans, ale inaczej. Kolejne zdjęcia z beamerami.

 Na koniec wizyty w Mindo Walter rozbudził nam apetyty opowiadając o szczególnie podawanym steku - lomo de piedra. Kawał mięsa przyrządzany jest na wielkiej płycie bazaltowej, potem podawany na stół również na kawałku gorącego kamienia. A jak smakuje z sałatką, ryżem, awokado i zimnym piwem. Niezapomniane wrażenie kulinarne.