Ładuję...

kolumber.pl


Z Quito na południe - Cotopaxi 2010-01-28

 To miał być najbardziej wyczerpujący punkt naszej wyprawy. Galapagos to jak wczasy nad morzem, dżungla - no lekki hardcore dla kogoś, kto obawia się wszystkiego co się porusza, wokół, ale groźne Andy to wyzwanie dla organizmu. Już w Quito mieszkaliśmy na wysokości 2800 metrów n.p.m., czyli Tatry niech się schowają. Dobrze znosiliśmy obaj ciśnienie i żadnych objawów związanych z obniżoną zawartością tlenu w powietrzu nie stwierdziliśmy. No może po dwóch wieczornych piwach ranek był odrobinę dokuczliwy.

 Z hotelu wyjechaliśmy dwoma samochodami. W drugim para Rosjan z Wołgogradu, która trafiła bilet - super okazję z Moskwy do Caracas w Wenezueli, ale postanowiła jechać dalej i zobaczyć Ekwador. Dojechaliśmy do granicy parku i przesiedliśmy się razem do jednego samochodu terenowego z przewodnikiem. Można skorzystać z własnego pojazdu, ale przewodnik musi być zakontraktowany - podobnie jak nad Biebrzą, na Czerwonym Bagnie. Do pokonania po wertepach było około 40 kilometrów. Niby nic, ale siedzenie boli, bo zawieszenie sztywne. Włączyłem GPSa i obserwowaliśmy kolejne wskazania: 3500 m, 4000 m. Pogoda, umówmy się: barowa. Chmur do czorta. Nieśmiało przebłyskuje słoneczko. A Cotopaxi dobrze zasłonięty. Nagle pokrywa się otworzyła. Szybko zatrzymujemy się. My z Chrisem wyciągamy statywu... Rosjanin pstryka, ale zerka na nasze białe obiektywy. Kilka ujęć, udanych. Widać śnieżną pokrywę lodowca, a przecież to wulkan.

 Zmierzamy do wysokiego parkingu na wysokości 4500 metrów n.p.m. Nie zgadza się, przyrząd wskazuje 4570. Przygotowujemy się do wspinaczki - spacerku do schroniska. Czapki, rękawiczki, kurtka na polar, plecak - ruszamy. Niby "tylko" 300 metrów podejścia w pionie.

W międzyczasie pojawia się widok ośnieżonej góry. Nie przepuścimy okazji. Niewykorzystane jak w piłce nożnej, mszczą się. A to jest przecież Photo Trip.

 Idzie się ciężko. To nie góry, gdzie pod stopami masz twardą skałę. Wszystko przykrywa warstwa wulkanicznych tufów. Tak jakby się szło na wielką wydmę po piachu. Buty do hikingu bardzo pomagają, ale zapadają się w grunt. Serce wali młotem. Coraz szybciej. Chris idzie na czele, Walter, Carlos (przewodnik), Rosjanin, potem tłumaczka na rosyjski i Ludmiła, ja zamykam nasza stawkę. Faceci zatrzymują się na szerokiej półce. Jest atrakcja, bo ludziom towarzyszy, aż tak wysoko lis. Wyciągam aparat żeby to uwiecznić, zaczyna mżyć. Chowam sprzęt, stawiam kolejne kroki. Z trudem. Nogi, mięśnie, są w porządku. To organizm wariuje z braku tlenu i zmusza serce do szybkiego bicia

 Przeklinam każdy nadmiarowy dekagram w plecaku. W końcu dopadam schroniska przed kobietami. Tylko Chris i ja mamy dodatkowe obciążenie. Przy budynku stoi tabliczka - 4800 m n.p.m. Dla mnie sukces. Wyżej leciałem samolotem:)

 W schronisku zamawiamy zupę - grzybową, a potem herbatę z sokiem. Smakuje. Rozmawiamy z "towarzyszami", po rosyjsku, po polsku, po angielsku. Walter po hiszpańsku przedstawia informacje. Nam już nie trzeba ich tłumaczyć. Języki się przydają i wiele ułatwiają.

 Dalej, dla chętnych jeszcze 200 m wyżej, można iść do granicy lodowca. Ruszamy we czwórkę: Rosjanin, Chris, Carlos i ja. Po kilkudziesięciu metrach wymiękam. To ma być również przyjemność, a nie męka. Oni wspinają się dalej, ja schodzę. Walter i panie tez ruszają w dół. Po drodze wyjaśnia się, że Ludmiła jest... kardiologiem.

 Z Walterem rozmawiamy we dwóch o wulkanach, skałach bazaltowych, dziewięciu "czarnych wdowach", którymi katują profesorowie studentów geologii, tufach. Bardzo mnie to ciekawi.

 Czekamy przy samochodzie na resztę grupy. Cotopaxi pięknie widać, znów seria zdjęć. Zaliczyli lodowiec, zdjęcia zrobione tylko tam nie było tabliczki 5000 m n.p.m.:(

 Zjeżdżamy wyboistą serpentyną niżej. Kolejny dzisiejszy cel to górskie jezioro. Występuje przy nim kilka gatunków endemicznych, m.in. mewa. Mamy chwile z Chrisem na uruchomienie statywów. Zakładamy polary. A i Cotopaxi znów jaśnieje na horyzoncie.

 Czas wracać do Quito. Żegnamy Rosjan (i tak spotkamy się w hotelu), wyjeżdżamy z parku. Głód daje znać o sobie. Mieliśmy lunch boxy, ale ślad po nich zaginął. Wstępujemy z Walterem na świeżonkę po ekwadorsku. Znowu nam smakowało.