Ładuję...

kolumber.pl


Z Quito na wschód - Papallacta 2010-01-26

 Quito wraz z hotelem Cayman stały się dla nas bazą na kilka kolejnych dni w celu poznania kontynentalnej części Ekwadoru. Nasze wypady po okolicy z panem Walterem przybliżyły nam w pewnym stopniu kulturę i zabytki tego bardzo ciekawego kraju.

 Pierwszy był w stronę kordyliery wschodniej Andów. Celem była miejscowość Papallacta słynąca z gorących źródeł termalnych u podnóża Antisany. Wyruszyliśmy o 8.00 po śniadaniu. Komfortowym Suzuki Grand Vitara śmigaliśmy najpierw przez poranne korki w rozciągniętym po pagórkach Quito. Trzeba mieć oczy naprawdę z każdej strony głowy i taki dodatkowy zmysł kierowcy, aby umieć znaleźć się na zatłoczonych ulicach. Światła i klakson są nieodzowne. Warszawa przy tym to łatwizna.

 Pierwszym postojem na drodze, którą w głąb dżungli udał się Francisco de Orellana był kościół z XVI w. w dzielnicy Guapulo. Nie udało się wejść do środka, ale wnętrze można było zobaczyć przez ścianę. Tu wyjątkowo przezroczystą. Wymysł hiszpańskich nawrócicieli był taki, żeby cały kościół był zasłonięty przed oczami niegodnych Indian, podczas gdy chrześcijanie wyższej kategorii (z Europy) mogli swobodnie przebywać we wnętrzu i zasiadać w ozdobnych stallach. Jak widać rasizm jest dość starym wynalazkiem.

 Potem udaliśmy się dalej w góry. Samochód piął się coraz wyżej aż dojechaliśmy na przełęcz na wysokości ponad 4200 m n.p.m. Po lewej stronie drogi rozciąga się rezerwat Cayambe - Coca, a po przeciwnej rezerwat Antisana z wulkanem o tej nazwie, na który... liczyliśmy. Widocznie zawstydził się bardzo nas podglądaczy, gotowych wyjąć statywy i rozpocząć sesje zdjęciową, bo schował się dokładnie w zasłonie chmur. Apetyt rośnie, na udane fotki przyjdzie poczekać. I tak podobno szczęśliwcy widzą go w pełnej krasie tylko trzy razy w roku.

 Dalej droga biegła wśród wzgórz równolegle do trzech rurociągów ukrytych pod ziemią. Jednym z nich płynie woda dla stolicy - Quito, pozostałymi ropa naftowa wydobywana z bogatych złóż. Pan Walter, Ekwadorczyk, wraz z żoną Polką ukończyli geologię na AGH w Krakowie. Dla fachowców z branży ten kraj jest rajem. Bo wysokie Andy, które ciągną się wzdłuż zachodniej części kontynentu południowoamerykańskiego, wulkany, które trudno odróżnić od górotworów, jednocześnie wysoko położone jeziora, zjawiska sejsmiczne (niestety trzęsienia nawiedzają Ekwador) i wiele innych tematów. Słuchaliśmy po drodze i w mojej głowie zostało dużo ciekawych informacji. Kiedyś geologia była moim hobby, ale ostatecznie zostałem inżynierem mechanikiem.

 Dojechaliśmy do niepozornej miejscowości Papallacta. Mżyło. Chris nie miał chęci zażyć kąpieli, a my z Walterem jak najbardziej. Kąpielówki zabrałem. Nie trzeba było dwa razy powtarzać...

 Jak miło, kiedy dzień jest raczej chłodny, dolina przypomina nasze Pieniny lub Chochołowską, ty moczysz ciałko w wodzie o temperaturze około 40 stopni Celsjusza. Naszą rozmowę z Walterem kontynuowaliśmy korzystając z dobrodziejstw balneologii. Chris nie próżnował, ponieważ na terenie ogrodu z basenami pokazały się pierwsze kolibry. I nie ostatnie tego dnia.

 Po kąpieli Walter zabrał nas do ogrodu w miejscowości Guango. No i na poważnie zmierzyliśmy się z wyzwaniem fotograficznym. Jak dobrze pokazać na zdjęciu kilka gramów kolorowych piórek, czasem długiego ogona, kilka gramów bijącego setki razy na sekundę serca i wszystko razem poruszające się z pierwsza prędkością kosmiczną wokół okolicznych drzew, kwiatów i rozwieszonych karmników. Staliśmy jak oniemiali przyglądając się tym wyrośniętym pszczołom. Przetestowałem chyba wszystkie ustawienia autofokusa w moim aparacie. Wcześniej sporo czytałem, oglądałem zdjęcia tych, którzy już potrafią. Czytanie danych z EXIFa pomaga. Tylko jeszcze jeden szczegół - zdjęcia są robione z wykorzystaniem np. czterech lamp błyskowych wyzwalanych równocześnie. To po to, aby na ułamek sekundy zatrzymać ruch skrzydeł i zarazem wyeksponować cudne barwy upierzenia. Bardzo pomocny znów okazał się beamer wydłużający zasięg lampy dla ogniskowych rzędu 300-400 milimetrów. Mam nadzieje, że kilka dobrych zdjęć uda mi się Wam zaprezentować.

Dwie godziny uciekły błyskawicznie. Ale to nie ostatnie spotkanie z tymi mikroskopijnymi ptaszkami.

Powrót do Quito tą samą drogą i te godziny szczytu...