Ładuję...

kolumber.pl


Papugi... 2010-01-24

 Wstaliśmy wcześnie. Wcześnie w dżungli znaczy na długo przed wschodem słońca. Śniadanie w restauracji i spotykamy się na przystani. Wyruszamy gdy się robi szaro. Świecimy latarkami. Kajmany są, a jakże. Przecież to ich dom. Potem płyniemy strumieniem do miejsca gdzie przesiadaliśmy się z łodzi motorowej na wiosłowe czółna. Stamtąd mamy popłynąć właśnie łodzią kilka minut w dół rzeki Napo.

 Już po drodze obserwujemy wielką aktywność papug przy nabrzeżnej piaszczystej skarpie. Na chwilę zatrzymujemy się. Łódź wbija dziób żółtą łachę. Rozstawiam statyw. Jak na dłoni stada zielonkawych papug. Miguel chodzi z atlasem ptaków i pokazuje gatunki. Tu gromadzi się akurat cztery. Niestety trochę daleko. Trzeba będzie popracować nad zdjęciami.

 Na sygnał wsiadamy i płyniemy dalej. W końcu idziemy puszczą po betonowym chodniku (sic!). Na ten wyjazd nie trzeba było, właśnie przez ten chodnik, ani w jednym ani w drugim clay lick zabierać gumowców - widać po czym się stąpa. Szczyt aktywności przy "piaskownicy" przypada na 7.30. Rozstawiamy z Chrisem statywy, montujemy nasze zabawki. Siedzimy pod dachem altany w towarzystwie kilku innych gości lodge'u. Aparaty gotowe. Tutaj murek, za którym się kryjemy jest wyższy. Do miejsca gromadzenia się ptaków około 10-12 metrów. Nie ma ich. Oczywiście gdzieś są blisko, słychać przeraźliwy hałas jaki robią. Ale nie nadlatują. Cholera, właśnie dla tych miejsc z papugami wybraliśmy Napo Wildlife Center. Miguel przez swoją lunetę oglada okolicę. Znalazł przyczynę. Na szczycie jednego z drzew siedzi skubany boa peruwiański. Skóra tylko lśni w słońcu. Ptaki są zwyczajowo bardzo płochliwe, każda rzecz nieznana powoduje ich nadmierna ostrożność.

  Pierwsze miejsce z papugami nie przyniosło zdjęć. Tylko rozbudziło apetyt na to drugie. Przecież dwie bomby naraz w jednym samolocie się nie zdarzają. Przynajmniej tak mówi prawdopodobieństwo.

 Wróciliśmy łodzią motorową do miejsca, gdzie jest pierwsza część wioski. Tam, kolejnym cementowym chodnikiem udaliśmy się do drugiego clay licks.

 Weranda wygląda podobnie. Zza niższego murku niż w pierwszym miejscu można na siedząco oglądać piaszczystą ścianę, do której podfruwają papugi. Ale trzeba zachowywać się jeszcze ciszej i ostrożniej żeby nie spłoszyć tych co fruwają.

 Minęło około 20 minut. Tutaj szczyt aktywności przypada na godzinę 10.30. Słychać, że jest ich dużo w pobliżu, ale żadnego ptaka w zasięgu wzroku. Mam dobrą pozycję. Aparat z długim obiektywem 100-400 zamocowany na statywie. Podłączyłem pilot zdalnego sterowania. Nie dotykając aparatu mogę pstrykać zdjęcia z ukrycia. Nagle coś przemknęło mi przed oczami. Nie widzę bardzo ostro na dalsze odległości, ale mam lornetkę jako wspomaganie. Wypatrzyłem ptaka poprzez okno w gałęziach. Siedzi wysoko, ma dobry punkt widokowy. Zakrzywiony dziób i przenikliwe oczy. Rozgląda się. Nie mam jak powiadomić Miguela, że coś zauważyłem. Staram się zrobić zdjęcie. Udało się. Skradam się nisko do przewodnika i pokazuję mu ekran aparatu. Wszystko jasne. To drapieżnik – jastrząb. Dlatego papugi nie nadlatują, bo jest bezpośrednie zagrożenie. Czekamy z godzinę żeby sobie poleciał. Aż korci, żeby np. mając procę przepędzić drania. Nic nie można zrobić. W końcu chwila, ptaszysko poderwało się do lotu. Znudziło się mu oczekiwanie i odleciało. Teraz trzeba czekać dalej aż nadlecą papugi. Sytuacja zmienia się. Wreszcie pojawiają się. Siadają na drzewach powyżej miejsca gdzie będą jadły „piach”. Jest ich coraz więcej. Aż uginają się gałęzie. Wtem rozlega się jakiś wrzask. Wszystkie naraz zrywają się w powietrze i przemykają ponad altaną. To za przeproszeniem jakaś małpa w przenośni i dosłownie swoich ruchem i krzykiem wystraszyła papugi. Jest źle. Zanim wrócą znów upłynie dużo czasu, a nie zostało już go dużo w harmonogramie dnia. Ale Miguel z jednym z indiańskich kolegów czekają z nami. Wiedzą, że zależy nam na zdjęciach. Część grupy wychodzi, zostaje nas czwórka najcierpliwszych amatorów zdjęć: Kathrine, Sandy, Chris i ja wraz z Miguelem i jego towarzyszem. Słychać wrzaski większych papug macaw. Mamy zachowywać się szczególnie cicho.

 Są! Nadleciały dwa duże okazy. Widać wspaniałe upierzenie. Potem jeszcze dwie. Siedzą dłuższą chwilę w jednym miejscu, następnie zamieniają się. W okolicy widać sześć wspaniałych ptaków. Jeden zdecydował się usiąść na ziemi i widać jak dziobie piasek. Trzaskają migawki. Pierwsze wyczekiwane zdjęcia dzisiaj. Kolejne ary pokazują się na konarach pobliskich drzew. Karty zapełniają się różnymi ujęciami. Udało się. Jest sukces.

  Wracamy do wioski żeby zjeść przygotowany obiad. Warunki są bardziej polowe niż w restauracji w lodge'u. Kiedy myśmy czekali na papugi wioślarze odbyli dwugodzinną wyprawę czółnami do w jedną stronę, zabrali przygotowane w kuchni jedzenie i wrócili znów dwie godziny wiosłując. Apetyt dopisuje. Porcje znikają z talerzy.

  Po obiedzie idziemy do sklepiku z rękodziełem. Kto chce może zakupić wyroby indiańskie: naszyjniki, rzeźbione figurki, obrazki. Miguel podnosi głowę do góry i wypatruje czegoś pod strzechą (dachy są kryte liśćmi palmowymi). Wyciąga wskaźnik laserowy i zielonym punkcikiem zatacza okrąg. O, zobaczcie. Tam jest boa. Czeka na nietoperze. Odtąd wszyscy mają obsesję patrzenia do góry w swoich domkach. A nuż tam siedzi jakiś wąż i czycha żeby skoczyć komuś na głowę :)

  Powrót do wioski turystycznej jest możliwy na dwa sposoby: pieszo kilka kilometrów przez dżunglę obok wieży widokowej, którą odwiedzaliśmy dzień wcześniej lub znów łodziami. We trójkę: Sandy, Chris i ja wracamy łodzią. Kathrine postanawia iść. Dla nas większa szansa na pstryknięcie zwierząt wzdłuż strumienia. Miguel kusi, że przy tak słonecznej pogodzie można w dżungli dostrzec wygrzewającą się anakondę. Jednak płyniemy.

  Już w momecie wpływania na wody jeziora zrywa się wiatr i rozpętuje się tropikalna ulewa z grzmotami. Co chwilę błyska się i dochodzi potężny odgłos wyładowania. Mamy przeciwdeszczowe poncza, chronimy plecaki ze sprzętem. Łódka niebezpiecznie kołysze się. Co będzie jak się wywróci. Mario z Alexem silnie pracują pagajami. Cali mokrzy z największą trudnością dobijamy do przystani. Biegniemy do swoich domków. I tu zaskoczenie. Czeka na nas znów kelner ze szklanką pysznego soku na przywitanie. Rezygnujemy z degustacji żeby czym prędzej wysuszyć plecaki i ubrania.

 Silny wiatr nawiał na werandę dużo liści i pyłów. To samo w domku na łóżkach i podłodze. Przez siatki dostało się dużo pyłu. Sprzęt nie ucierpiał. Odpoczywamy. Kręcę aparacikiem jak intensywnie pada deszcz. Chlapie woda na werandę, hamak mokry. Nie da się dzisiaj poleżeć.

  W ponad godzinę po nas dociera do wioski grupa, którą ulewa dopadła w środku puszczy, na lądzie. Są cali mokrzy pomimo używania przeciwdeszczowych ubrań. Też mieli ciekawe doświadczenie. Wieczorem spotykamy się na kolacji w restauracji.

 I tak minęły dwa pełne dni w tropikalnym lesie deszczowym. Dzisiaj pierwszy raz odczuliśmy na własnej skórze co to znaczy ulewa. Jakoś te średnio 3800 mm opadów na milimetr kwadratowy powierzchni dżungli musi spaść na ziemię. Nie ma szans, aby przy tej wilgotności wyschły do rana zmoczone spodnie i koszulka, a wstajemy do wyjazdu o 4.30. Leżę sobie pod moskitierą i piszę tę relację i żałuję, że tylko dwa dni (trzy noce) tutaj byliśmy. Aby tu się dostać z Coca trzeba pokonać wiele przeszkód. Ale warto było.

  Spakowani do wyjazdu, zasypiamy. Wentylator pod sufitem miesza gęste powietrze...