Ładuję...

kolumber.pl


Wyjazd do dżungli 2010-01-22

 Po naszym powrocie z rejsu w hotelu czekał na nas faks z Napo Wildlife Center, dokąd mieliśmy pojechać poczuć smak dżungli. O pół godziny później przełożono wyjazd. Lepiej, bo wstaniemy o ludzkiej porze i spokojnie zjemy hotelowe śniadanko.

Spakowani znów udaliśmy się do Aeropuerto Nacional w Quito, żeby odbyć lot do Coca. Kolejny taksówkarz był bardzo rozmowny. Już wiedząc, że jesteśmy z Polski zadał pytanie jak się nazywają nasze pieniędze. Jedno z bardziej oryginalnych pytań jakie nam zadano. Coca to właściwie nazwa skrócona, bo pełna brzmi Francisco de Orellana od nazwiska hiszpańskiego konkwistadora, który ruszył w 1541 roku  w głąb dżungli w poszukiwaniu przypraw (cynamonu), złota i ludności do nawracania. Jest to przykład wyprawy motywowanej chciwością i żądzą podbojów, wielką determinacją, a zakończonej niepowodzeniem. No ale to dzięki tej wyprawie została odnaleziona i nazwana rzeka Amazonka.

 Lot trwał 30 minut. Lotnisko ma jeden pas, na którym samolot siada, dojeżdża do końca, następnie zawraca i podjeżdża, aby wysadzić pasażerów pod mały budynek. Stamtąd pilot z NWC zabrał nas samochodami nad rzekę Napo do portu. Potem płyneliśmy (około 20 osób, razem z lokalesami) długim motorowym czółnem, przykrytym daszkiem, ponad dwie godziny w dół rzeki. Gps pokazywał prędkość 40 km/h, czyli przepłynęliśmy około 80 km. Rzeka Napo teraz ma bardzo niski poziom. Jest szeroka, a w wielu miejscach są widoczne piaszczyste wyspy - normalnie ukryte pod powierzchnią mielizny. Z wody wystaje wiele pni. Łódź ciągle lawirowała po nurcie, to z lewej , to z prawej, trochę środkiem. Wysiedliśmy w końcu przybijając do brzegu. Następnie pięć minut spaceru w głąb tropikalnego lasu. Doszliśmy do fragmentu wioski ludzi Kichwa Añangu, skąd dalej czółnami wiosłowymi do lodge'u na jeziorem. Ostatni etap był trudny, ponieważ poziom wody w strumieniu bardzo opadł, było płytko i wioślarze (dwóch, w tym nasz przewodnik z plemienia Añangu - Mariano) musieli się bardzo natrudzić. Aż chciało się im pomagać, ale były tylko dwa wiosła...

 Po drodze krótkie przystanki na podglądanie przyrody. Widzieliśmy czaplę białą, pięknego motyla Ojos de Dios, nawet rzadkiego białego kajmana. Po kolejnych dwóch godzinach wypłynęliśmy na jezioro, a na brzegu już widać było wspaniałe chaty lodge'u. Jeszcze tylko odgłosy pogwizdujących tukanów i jesteśmy.

  Wybór miejsca, dokąd pojechać zobaczyć prawdziwą puszczę trwał długo. Przejrzeliśmy w internecie wiele opisów, opinii, zdjęć z atrakcjami w pobliżu. Ta wioska dla turystów wydała nam się ciekawa. Szczególnie ze względu na tzw. po angielsku parrot clay lics - miejsca, gdzie gromadzą się papugi, żeby oczyścić organizm jedząc iły, albo inne minerały.

 No i po przyjeździe szczęki nam opadły na dno łódki, w której siedzieliśmy. Widok przeszedł nasze oczekiwania. Domki wyposażone we wszystko potrzebne, wokół ogród pełen roślin z dżungli. Restauracji nie powstydziłby się żaden hotel w mieście. Obsługa po prostu czyta w myślach. Pełna rewelacja. Na powitanie wyszedł szef (wita osobiście każdego gościa w NWC) i dostaliśmy szklankę zimnego soku. Bagaż z lotniska już był w naszym domku oznaczonym trójką. Dla mnie przypadło królewskie szerokie łóżko (king size bed) z moskitierą, a jakże. Chris miał obok za ścianką równie wygodne miejsce do spania. W łazience gorąca woda czerpana z jeziora i oczyszczana, ale nie do picia. W gniadkach prąd całą dobę (mają dwa generatory, jeden cichy na noc). I jak się później dowiedzieliśmy mają nawet... Internet. Ale 50 dolców wydało się nam ceną dość wygórowaną za noc buszowania po informacyjnej dżungli.

  Wieczorem mamy odprawę. Najpierw Felix, szef prezentuje lodge. Zaprasza np. do kąpieli w jeziorze... Tylko jak ktoś nie ma skaleczeń na ciele, bo piranie przypływają... Dobre sobie, następnego dnia w nocy poznajemy co jeszcze. Miguel, nasz przewodnik naturalista opowiada o przyrodzie w Ekwadorze, parkach narodowych (Yasuni to największy na terenie całej Amazonii). Podaje informacje o gatunkach, ilości ssaków, ptaków, płazów, gadów... Na obszarze parku występuje około 580 różnych ssaków. Już wyobrażam sobie te duże zwierzęta kopytne, a Miguel kontynuuje: "...z czego około 250 to nietoperze..." Kurcze, to ich jest aż tyle różnych... A owady. Mnóstwo. Ale dżungla to też rośliny. I dalej z prezentacji przewodnika wynika, że na obszarze 1 ha można odnaleźć do 400 gatunków drzew. 400! A w Polsce brzoza, buk, jawor, dąb, sosna... No ile znacie?

Mamy iść przed południem na platformę widokową w środku lasu.