Ładuję...

kolumber.pl


Powrót do Quito 2010-01-21

Dzisiaj wracamy do Quito.

 Ale zanim pojedziemy na lotnisko zawitamy przed wschodem słońca na wyspę North Seymour. Na niej gniazdują wspaniali piraci przestworzy, fregaty. Ich czas lęgowy jest dowolny. Dostosowują się do innych gatunków. Po prostu wtedy łatwo zaatakować sąsiada wysiadującego jaja i nakarmić własne potomstwo. Przyroda bywa brutalna. Z łódki przechodzimy po kamiennych schodkach w górę. A wokoło śpią lwy morskie. Całymi rodzinami, albo samice z małym oseskami. Słychać jak ze smakiem piją mleko ssąc po trochu kolejne sutki mamy. Przechodzimy bardzo blisko, czasem nawet mniej niż dwa metry od zwierzęcia, kiedy nie da się tego uniknąć, bo ścieżka jest wąska i rosną jakieś krzaczaste rośliny. Spotykamy iguany. Tutaj są czarne, bardzo ciemne. Na czarnych, wulkanicznych kamieniach trudno je zauważyć, bo jeszcze się dobrze nie rozwidniło, a dzień wyjątkowo jest pochmurny. Trzeba uważać, żeby nie nadepnąć zwierzakowi na ogon.

 Wreszcie pierwsze fregaty. Część lata wysoko w powietrzu doskonale wykorzystując prądy powietrza, część siedzi na gałązkach krzewów. Można prawie dotknąć długiego, zakrzywionego dzioba. Są też i samce z bardzo atrakcyjnymi, czerwonymi workami z przodu. Niestety te najbardziej okazałe okazy siedzą na granicy zasięgu obiektywu, a te blisko mają worki wypełnione tylko częściowo powietrzem. Ciekaw jestem jak wyjdą zdjęcia, bo żeby mieć sensownie krótki czas przy długiej ogniskowej muszę używać czułości ISO 1600, 3200... i więcej. Mam nadzieję, że da się zapanować nad szumami w procesie obróbki.

 Krajobraz wyspy ciekawy. Z jednej strony nie wystaje wysoko ponad poziom morza, z drugiej jest klif. Ze strony płaskiej o brzeg rozbijają się wysokie fale w sam raz dla surferów (na lotnisku w Baltrze widziałem kilka osób z deskami w pokrowcach, może właśnie na North Seymour próbują swych sił).

 Ostatnie chwile na wysepce spędzamy stojąc na klifie i obserwując polowanie fregat oraz dwóch pelikanów. Te ostatnie przypominają pterodaktyle z "Parku jurajskiego". Najpierw, z trudem wzbijają się w powietrze, powoli nabierając wysokości, by w momencie kiedy coś wypatrzą w wodzie, rzucić się jak pocisk w dół do wody. Za chwilę wyskakują na powierzchnię jak korek.

 Czas pożegnać zwierzęta z Galapagos. Te na lądzie, w wodzie i w powietrzu ufnie traktują ludzi. Nie jest to zoo, bo żyją tu na wolności w swoim ciężkim środowisku naturalnym. Muszą zdobywać same pożywienie. Człowiek tylko się temu przygląda, starając się nie interweniować, choć jedynym sposobem na uniknięcie wszelkiego oddziaływania byłoby po prostu się stamtąd wynieść.

 Po North Seymour płyniemy na Baltrę, skąd wracamy do Quito, jeszcze raz odwiedzając lotnisko w Quayaquil na międzylądowanie. Dziwne, musieliśmy opuścić samolot, żeby przejść do innego. Ale piękne stewardesy przeszły wraz z pasażerami :) AeroGal ma naprawdę uroczy personel damski, ładniejszy niż TAME. Nie testowaliśmy linii LAN, albo... (małe sprostowanie na świeżo po powrocie z dżungli - najładniesze stewardesy ma Aerolinea VIP).

 W hotelu szybka odnowa i wychodzimy na miasto. Chris chciał kupić lekkie spodnie do dżungli. Ale najpierw poszliśmy coś zjeść. Empanadas z białym serem na słodko były na deser, a jako główne danie (w karcie traktowane jako starter) ja zamówiłem ceviche de camaron (z krewetkami), Krzysztof zupę - sopa locro (z owocem awokado). Jak smakuje zimne piwo. Jedna powszechna marka PILSENER w dużych butelkach 0,6 litra.

 Nawet gdyby zakupy się nie udały to już mamy zadowolone ciało. A z pełnym brzuchem ogląda się świat w innych barwach. Jedzenie ekwadorskie bardzo nam smakuje. Dużo warzyw, dla nas egzotycznych (np. juka w zupie, czy z wody zamiast ziemniaków, awokado, bakłażan, różne papryki) i oczywiście owoce: naranjilla, guyaba, papaya, melony, wiele gatunków bananów i niezrównany w smaku ananas. Oni mają nawet chipsy bananowe, bynajmniej nie słodkie tylko solone, ale to tylko zależy od gatunku. Na słodko też robią.