Ładuję...

kolumber.pl


HUmmerem po HAmeryce, czyli Southwest 2008



Przygotowania

Najtrudniej o czymś z determinacją zadecydować. Masz marzenia i nie wiesz co zrobić. Potrzebna jest iskra, która sprawi, że pomysł zaczynasz przekuwać na coś namacalnego. I potrzebny jest towarzysz, który będzie pomocą i ma podobne zainteresowania. Tak było w moim przypadku. 

 

 Drogi Czytelniku, nie zniechęcaj się długością wstępu do tej podróży. Odzwierciedla tylko w niewielkim stopniu rzeczywiste proporcje czasowe jakie zajęły staranne  przygotowania do czasu samej podróży. Mało było tutaj działań spontanicznych, ponieważ wyprawa miała być trudna i miała przynieść owoce w postaci udanych zdjęć. To była ekspedycja fotograficzna.

 Moją pasją od wielu lat jest fotografia. Ale jak każdy na pewnym etapie życia swoje zdjęcia ograniczałem się, a może lepiej - poświecałem się utrwalaniu swojej rodziny. Od paru lat razem z córkami wyjeżdżamy na wakacje i co roku w jakieś odległe miejsce. Wyczerpująca praca wymaga, aby na krótki moment zmienić otoczenie i zamiast swojskiego widoku, napawać oczy egzotyką, czymś niespotykanym u nas w kraju. 

 Mój przyjaciel Krzysztof bywał w Stanach wcześniej, ale dwa razy częściej ode mnie. Obaj lubimy fotografię krajobrazową. Zaliczaliśmy zatem kolejne parki narodowe, po trosze ze sobą konkurując, kto będzie pierwszy w nowym miejscu. Mnie się udało w ten sposób odwiedzić najpierw Arches, w Kanionie Antylopy byliśmy w tym samym roku w niewielkim odstępie czasu. W Dolinie Śmierci byłem chyba wcześniej ja, ale Yosemity to już on. I długoby można tak wymieniać. Tym razem dzieląc swoje zainteresowania mieliśmy wyruszyć razem.

 Grunt to dobre przygotowanie. Najpierw trzeba znaleźć fajne lokalizacje fotograficzne i ułożyć w sensowną trasę (żeby niepotrzebnie nie nadkładać kilometrów). Miejsca wyszukiwaliśmy w książkach, ale częściej w internecie w galeriach zdjęć. Sporo informacji mieliśmy z wcześniejszych podróży, ale na trasie miały być miejsca dla nas obu nieznane.

 Dla mnie punktem wyjścia był Pbase.com. Tam odnalazłem wielu wspaniałych fotografów (polecam: Derek von Briesen, czy Stephen Oachs - ostatnio wygrał nagrody w konkursie National Geographic)  utrwalających cudowne krajobrazy amerykańskie. Tam znalazłem m.in. Havasu i Toroweap i Wave na Vermillion Cliffs. Dobrym źródłem informacji są również strony forum DPreview, Nature, Wildlife and Pet Photography

oraz Luminous Landscape i oczywiście National Park Service.

 Kolejnym etapem była analiza pory roku i dnia w jakiej były robione tamte zdjęcia. Dla fotografa, jeśli chce najlepiej pokazać miejsce, najodpowiedniejszy czas to świt i poranek oraz późny wieczór i zachód Słońca. Miękkie światło tworzy niesamowity nastrój, wywołuje najlepsze odczucia, pozytywne wibracje. Pora roku ma znaczenie dla obecności wody, tam gdzie jej przez cały rok zazwyczaj nie ma - pustynny krajobraz Colorado Platou. Piękno czerwony skał doskonale kontrastuje z pokrywą śnieżną np. w Kanionie Bryce i w Wielkim Kanionie. Warto dla tych momentów być tam i zarejestrować je, nie tylko aparatem, ale dla siebie, dla wspomnień.

 Gdzie szukać innych źródeł informacji? Wystarczy iść do EMPiKu i wziąć do ręki pisma traktujące o fotografii, np. National Geographic, Outdoor Photographer, albo Popular Photography. W naszym przypadku skończyło się na prenumeracie tych ostatnich. Dodatkowo staraliśmy się poszerzyć naszą wiedzę na temat warsztatu fotografa krajobrazowego. Ten rodzaj sztuki to nie tylko talent, który każdy z nas może posiadać (wcale nie twierdzę, że go mam), ale rzetelna wiedza na temat wykorzystania sprzętu. Trzeba poznać swój aparat, zgromadzić odpowiednie wyposażenie. Nie mam zamiaru tutaj robić wykładu o technice, jedynie staram się pokazać ciąg zdarzeń związanych z przygotowaniem do wyprawy.

Wielką pomocą okazały się odnalezione przeze mnie książki na Amazonie: seria "Photographing the Southwest: 

   Volume 1--Southern Utah

   Volume 2--Arizona

   Volume 3--Colorado/New Mexico 

Laurenta Martres'a i świetna pozycja o życiu filtrów (według mnie niezbędnik fotografa krajobrazowego) :

   "National Audubon Society Guide to Landscape Photography" Tima Fitzharris'a

i jeszcze jedna:

 "The Photographer’s Guide to Filters"  Lee Frosta.

 Można tam znaleźć informacje: kiedy, z jakim sprzętem (obiektyw szeroki, czy tele) jak założyć filtry i kiedy są potrzebne. 

 

 Kupiliśmy filtry. Decyzja o wybraniu systemu LEE zapadła po dwóch miesiącach poszukiwań i ważenia wszystkich za i przeciw. W Polsce było drogo - jest jedna firma w Poznaniu. Skończyło się na zakupie w Londynie - dobry kurs funta spowodował, że wydaliśmy tylko połowę ceny u nas. Jako bonus dostaliśmy firmowe książki o wykorzystaniu filtrów - bomba! Jeszcze inny komplet filtrów (mercedesy wśród szkiełek) zaimportowaliśmy ze Stanów - Singh-Ray. Ta firma prowadzi bloga, na którym można pozyskać wiele cennych informacji i zobaczyć na realnych przykładach jak działają.

 Ustaliliśmy termin - przełom kwietnia i maja 2008 i trzeba było zarezerwować bilety na samolot. Jako punkt wypadowy w Stanach wybraliśmy Phoenix - ciepłe, żeby nie powiedzieć gorące miasto w słonecznej Arizonie. Koszt biletu w budżecie podróży miał swoją znaczącą pozycję. Wybraliśmy wariant tańszy, dwie przesiadki z Air France przez Paryż. Podjęliśmy pewne ryzyko. Gdyby coś się stało z bagażem nie mieliśmy marginesu na czekanie w miejscu lądowania.

 Termin był tak dobrany, żeby wykorzystać długi weekend majowy oraz w zależności od tego jak wylosujemy pozwolenia na wejście na teren dziczy. Otóż w parkach narodowych są opłaty za wjazd na teren. Można kupić kartę na cały rok na wszystkie parki. Jeśli planujesz odwiedzić ich kilka na raz w ciągu jednego roku to się opłaca. Są miejsca określane jako wilderness i tu oprócz opłaty często występują limity wejść.  Tak jest w przypadku Vermillion Cliffs i niezwykłego w kształtach Wave. Polecam stronkę z loterią "pozwoleniową" - patrz tutaj

 Cztery miesiące wcześniej (w grudniu) zagraliśmy w loterii typując terminy, aby pokrywały się z okresem naszego pobytu w Stanach. Od tego zależało ostateczne określenie trasy wyprawy. Krzysztof wylosował, a więc mocny punkt programu miał się ziścić. Inne pozwolenia nie mją takiego "wzięcia" - Subway w Zionie mieliśmy bez problemów. Ponieważ znaliśmy już termin pleneru w Wave'ie cała trasa nabrała ostatecznego kształtu.

 Fotograf posługujący się cyfrówką nie może długo żyć bez prądu. Trzeba naładować baterie i opróżnić karty. Niektóre miejsca są zbyt odległe i tam postanowiliśmy sobie radzić pod namiotem na wyznaczonych kempingach (też wymagana rezerwacja - możliwa przez internet). Pozostałe noclegi w wybranych motelach/hotelach. Przystąpiliśmy do rezerwacji. Hotel w Phoenix po przyjeździe, hotel w Page na trzy dni, Toroweap na kempingu, Zion w dwóch lodge'ach (dwa dni), Bryce w drewnianym domku (niezły klimacik przy -5 C), Canyonlands na kempingu (dwa dni), Arches na kempingu w Devils Garden (zawsze marzyłem), potem Moab, jakieś spanie po Monument Valley i na Grand Canyon, potem noc przed wyprawą do Havasu, dwa dni w Havasu na kempingu (wymagana rezerwacja telefoniczna!) i na koniec nocleg przed wylotem w Phoenix. Trasa wprowadzona do GPSa.

Teraz znając swoje wyposażenie biwakowe postanowiliśmy uzupełnić sprzęt:

  - namiot - Krzysiek już miał z poprzednich wypraw, zresztą więcej rzeczy typu mata thermarest, dobre buty trekingowe też,

  - plecaki kupiliśmy

  - latarki czołówki - jest jedna marka super - Petzl, wybraliśmy model Tikka 

  - ja nabyłem buciki (Lomer) i porządny śpiwór (-7 C komfort - jak się okazało byłem przewidujący).

 Najbardziej potrzebny sprzęt mieliśmy dokupić już na miejscu w Stanach. Naczynia biwakowe na jeden wyjazd, ja coś pod śpiwór, dobre skarpety, resztę map, itd. Mieliśmy palnik - kuchenkę, ale do samolotu nie można zabrać przecieć naboju gazowego. Tak się składa, że w wielu miastach znajdują się sklepu sieci REI. Mogę polecić, bo wybór towarów jest ogromny.

 Na koniec pozostał do rozwiązania problem transportu sprzętu fotograficznego: aparat, obiektywy, filtry, baterie, dysk na pliki, statyw z głowicą. Kiedy wysiada się z samochodu i do stanowiska jest blisko zwykła torba fotograficzna lub mały plecak sprawdzą się dobrze. Kiedy idziesz na cały dzień w teren, oprócz sprzętu musisz zabrać jedzenie, dużo picia (tereny pustynne i strasznie Słońce praży), jakieś dodatkowe ubranie. Wtedy będzie odpowiedni duży plecak foto z komorą na rzeczy osobiste i resztą na aparat. Ale jak masz iść w teren na dwa, trzy i zabrać ze sobą więcej jedzenia i wyposażenie biwakowe to masz do rozwikłania trudną zagadkę. Skończyło się na rozwiązaniu torba foto z przodu na piersi - np. LowePro OffTrail w moim przypadku, ekwipunek wyprawowy w dużym plecaku na plecach i statyw (nieodłączny element w fotografii krajobrazowej) na pasku na ramieniu. Na długiej trasie do Havasu czuliśmy każdy dekagram, ale ostatecznie udało się tak osiągnąć cel.

Jako zabezpieczenie dla plików postanowiliśmy zabrać laptopa, (Krzysztof miał takiego 12") i dwa dyski twarde 2,5". Ewentualnie na miejscu mieliśmy coś pomyśleć.