Ładuję...

kolumber.pl


No to w górę... 2019-01-23

Środek zimy, ulice czarne, miasto szare, do tego nie ma czym oddychać. Tylko kamerki internetowe w górach pokazują inną rzeczywistość. Gdzie by się tu wybrać, żeby było dużo śniegu, piękne widoki, a jednocześnie blisko z Wrocławia. W grę wchodzą Izery, Karkonosze albo Masyw Śnieżnika. Wiadomo, że Góry Izerskie zimą to królestwo narciarzy biegowych, więc nie będę im się tam pałętał i śladów zadeptywał. W Karkonoszach przerażają mnie tłumy, a ostatnio również celebryci, którzy GOPR traktują jak ubera. Pozostaje mi się wybrać na Śnieżnik, z nadzieją że będę napawał się pięknem gór w ciszy i w spokoju.

Około 2 tygodnie przed wyjazdem udało mi się zarezerwować nocleg w Schronisku PTTK na Śnieżniku, w myśl zasady że jedną osobę zawsze się gdzieś wciśnie. Byłem zdecydowany, że ruszam w góry bez względu na warunki pogodowe, ale przez kolejne dni regularnie sprawdzałem prognozy pogody. Wiadomo – jak się idzie powyżej granicy lasu, to z myślą żeby pooglądać coś więcej niż tylko mgłę.

Sobota rano. Obudziłem się koło 5, zgodnie z założeniami o 6 już byłem w drodze. We Wrocławiu koło zera, a niebo przesłonięte chmurami. Do Barda bez zmian, w Kłodzku temperatura zaczęła szybko spadać, na polach pojawił się szron, a na niebie pomarańczowy prześwit. Śniegu jak nie było tak nie ma. Pojawił się dopiero przed samym Międzygórzem i to od razu w znacznej ilości. Udało mi się znaleźć odśnieżone miejsce parkingowe. Termometr w samochodzie wskazywał -14 st. C. Zmieniłem kurtkę na cieplejszą i byłem gotowy do wymarszu. Przeszło mi tylko przez głowę, że nie zabrałem nic cieplejszego pod spodnie. No trudno, ostatnio pokazywali w tv golasów zimą na Śnieżce, to moje ocieplane spodnie trekkingowe muszą wystarczyć. Z taką myślą i pod hasłem „Pierwsze zimowe wejście na Śnieżnik bez kalesonów” ruszyłem na czerwony szlak.

Chciałem szybko minąć Międzygórze, chociaż kiedyś szumnie było okrzyknięte alpejską perełką w Sudetach. Miejscowość już dawno zapomniała o czasach świetności pod gospodarną ręką Marianny Orańskiej. Piękne drewniane budynki raczej chylą się ku upadkowi, niż przypominają tyrolskie zabudowania. Do tego jeden kopciuch potrafi zatruć całą dolinę, do tego stopnia że oczy łzawią i ciężko oddychać. Szybko się rozgrzałem marszem pod górę, chociaż pod czapkę założyłem jeszcze kominiarkę. Podczas wspinaczki na stoki Średniaka (1210 m), kiedy opuściłem głęboko wciętą dolinę, słońce zaczęło się przebijać przez ośnieżone drzewa. Od wysokości ok 1000 m n.p.m. krajobraz zupełnie się zmienił. Śniegu było bardzo dużo, a drzewa bajecznie oblepione. Szybko dotarłem do Schroniska PTTK Na Śnieżniku, które znajduje się na Hali Pod Śnieżnikiem (1213 m). Zameldowałem się, zostawiłem część wyposażenia i byłem gotowy do dalszej wędrówki. Główny cel to sam Śnieżnik (1425 m). Droga na szczyt zielonym szlakiem zajmuje ok 45 minut. Mi zajęła dużo więcej. Powodem nie był stan mojej kondycji czy trudności na szlaku. Wręcz przeciwnie, ścieżka była bardzo mocno przetarta. Winą za moje tempo było jedynie fantastyczne otoczenie i słoneczna pogoda. Co chwilę przystawałem, podziwiałem nierealne kształty drzew, fotografowałem. Nie mogłem się nasycić widokami i krajobrazem. Na szczycie było dosyć tłoczno. Grupa czeskich narciarzy skiturowych fotografowała się na kopcu zburzonej wieży widokowej. Inny turysta przyszedł z czekanem w ręku, mocno zaskoczony, że mu się nie przydał. Wszyscy podziwiali widoki, bo przejrzystość powietrza była oszałamiająca. Pierwszy raz ze Śnieżnika widziałem zarys Karkonoszy. Uczciłem tą chwilę herbatką z termosu i ruszyłem w dół. Na Śnieżnik wybrałem się dzisiaj nadprogramowo, bo w planach miałem Mały Śnieżnik (1326 m) i Goworek (1320 m), ale grzechem byłoby odpuścić tak znamienity punkt widokowy podczas idealnej pogody. Wróciłem na Halę Pod Śnieżnikiem, gdzie wybrałem zielony szlak na południowy zachód, żeby zdobyć pozostałe, zaplanowane szczyty. Ta trasa nie była już tak popularna pośród turystów. Założyłem rakiety śnieżne i ruszyłem na szlak, a przynajmniej tak mi się wydawało. Na trasie nie było tyczek, znaczki szlaku były zasypane śniegiem, mogłem się kierować jedynie azymutem i topografią. Do tego ślady narciarzy skiturowych kilkaset metrów od schroniska zaczynały się rozjeżdżać we wszystkie strony i ciężko było się zorientować, który jest najbliższy do szlaku. Nie bardzo się tym przejmowałem, bo obecność w tak pięknym otoczeniu wynagradzała wszystko. Tutaj była absolutna, niczym nie zmącona cisza, którą zakłócało jedynie skrzypienie śniegu pod moimi krokami. Szczyt Małego Śnieżnika strawersowałem nieoczekiwanie po południowej, czeskiej stronie. Trudno, zahaczę o niego w powrotnej drodze z Goworka. Jakimś cudem na Goworku udało mi się odnaleźć tabliczkę z nazwą szczytu. Żeby zrobić sobie przy niej zdjęcie, musiałem uklęknąć na śniegu. Normalnie, pewnie znajduje się na wysokości ok 2 metrów. Zerknąłem na mapę, aby się upewnić czy czasem Trójmorski Wierch (1144 m) nie jest w moim zasięgu. Cała droga, z powrotem do schroniska szacowana jest na 3 godziny, w tych warunkach pewnie trochę więcej. Czy miałaby sens wędrówka po ciemku? Zdecydowałem, że średni i udałem się w kierunku Małego Śnieżnika. Wspomnę tutaj o ciekawostce. Nazwa Trójmorski Wierch nie wzięła się znikąd. W okolicach tego szczytu spotykają się zlewnie 3 mórz – Bałtyckiego, Północnego i Czarnego. To by było wyzwanie – zdobyć Trójmorski Wierch z poziomu każdego z mórz J Na Małym Śnieżniku nie miałem tyle szczęścia i nie udało mi się odnaleźć tabliczki. Wiedziałem, że znajduję się na szczycie, co potwierdziłem zameldowaniem się w aplikacji „Korony Gór”, ale tabliczka musiała być zasypana, albo nie znajdowała się na samym szczycie, tylko gdzieś w najbliższym otoczeniu, przy szlaku. Tak czy inaczej, uznałem że plan zrealizowałem, a coraz dłuższe cienie świadczyły o tym, że pora wracać do schroniska. 

Las był coraz rzadszy, co oznaczało że zbliżałem się do Hali Pod Śnieżnikiem, miałem już schronisko w zasięgu wzroku, kiedy zobaczyłem grupę turystów zbliżających się w moją stronę. Kiedy się zrównaliśmy widziałem zazdrosny wzrok skierowany na moje rakiety śnieżne. Widziałem ich z daleka i widziałem jak walczyli o każdy krok zapadając się w śniegu po kolana albo wyżej. Ale najbardziej zaskoczyło mnie pytanie, czy dojdą tędy do Międzylesia? Tak – odparłem – przy sporym szczęściu, jak nie zabłądzą i nie zamarzną dotrą tam rano. To jest 17 km i 4,5 h marszu w lecie, a właściwie bez śniegu. Do tego oznaczenia szlaku są zupełnie niewidoczne, wszystko zasypane. W tych warunkach trasę oceniam minimum na 6 -7 godzin, a do zachodu pozostało może 40 minut. Próbowałem im odradzić ten pomysł, ale byli uparci. Zapewnili mnie że mają czołówki. Nie mieli stuptutów i jestem przekonany, że już mieli pełno śniegu w butach. Do tego 2 malutkie plecaczki na grupę 5 osób nie świadczyły o pełnym wyposażeniu. Ja sam na plecach miałem więcej niż oni na całą grupę. Może nawet z lekką przesadą ale jest zima, śniegu dwa metry i zapowiadała się mroźna noc. Nie dali się namówić na zmianę planów. Co mogłem zrobić więcej? To byli dorośli ludzie. Nie słyszałem o żadnej akcji na Śnieżniku, mam nadzieję że szczęśliwie dotarli do celu.

Ulokowałem się w schronisku. Po szybkim prysznicu czym prędzej pobiegłem do jadalni, bo po 20 km w śniegu byłem już porządnie głodny. I tutaj bardzo miłe zaskoczenie – wszystkie potrawy były świeże, smaczne i apetycznie podane. Nie mogło zabraknąć oczywiście piwa od południowych sąsiadów. O zachodzie słońca wyszedłem jeszcze na zewnątrz, na zdjęcia. Zachód był kolorowy, a po nim liczyłem na rozgwieżdżone niebo, a nawet Drogę Mleczną. Zaraz po zachodzie, nad lasem pojawił się Księżyc i mocno świecił. Jego światło odbijało się od śniegu – chciałoby się powiedzieć – „W księżycową jasną noc”.

  Schronisko było pełne. Niestety nie wszyscy wiedzieli po co tutaj przyszli. Część gości zachowywała się jak urwana ze smyczy, nie wiedząc co zrobić z tą wolnością. Sytuacja w Alpach nie do pomyślenia. Tam nikomu nie przyjdzie głośno rozmawiać po 22, a co dopiero przeklinać, czy śpiewać na całe gardło. Przykre to.