Ładuję...

kolumber.pl


Dzień 1

Jest niedziela rano. Czekam we Wrocławiu na swój lot do Treviso. W brzuchu delikatne motylki, bo to właśnie dzisiaj jest ten, tak długo wyczekiwany dzień, kolejna przygoda. Wsiadam do samolotu, zajmuję swoje miejsce przy oknie. Na pokładzie rozgrywa się mały spektakl. Wsiadła zorganizowana grupa, a samozwańcza "kierowniczka" próbuje wszystkich usadzić, w ten sposób żeby pary siedziały razem. Jest to trudne, bo ostatnio system przewoźnika umyślnie rozrzuca pasażerów ze wspólnej rezerwacji po samolocie. Kierowniczka jednak nie daje za wygraną, przesadza, przegania, dyryguje. Stewardesy cierpliwie się temu przyglądają. W końcu startujemy. Cały lot odbywa się nad kilkoma warstwami chmur, nie widać skrawka ziemi, żadnej dziury, nic. Nie wróży to dobrze jeśli chodzi o moje plany. Po 20 minutach po wylądowaniu jestem na przystanku przed lotniskiem. Zależało mi, aby szybko wydostać się z samolotu i dotrzeć do Treviso Centrale, złapać pociąg do Belluno i ruszyć na szlak możliwie jak najwcześniej. Wszystko się udaje. Na stacji mam nawet czas na cornetti i espresso. Wysiadam w Belluno z kilkoma innymi pasażerami. Strasznie leje. Stoję pod daszkiem, próbuję zorientować się w kierunkach i obrać właściwy azymut. Wyciągam kurtkę przeciwdeszczową, odpinam nogawki od spodni, bo strasznie nie lubię mokrych spodni. W tym czasie podjeżdżają samochody i w pośpiechu wszyscy wskakują do środka. Zostaję sam. Nie ma co czekać na zmiłowanie, pora ruszać. Jeszcze dzisiaj muszę znaleźć się w schronisku 7 Alpini na wysokości 1502 m n.p.m. Mając na uwadze fakt, że znajduję się na rzędnej 380 m to zapowiada się ostry spacer i nie ma na co czekać. Szybko wydostaję się z miasta. Odnajduję szlak nr 501, który pokrywa się z trasą o dźwięcznej Alta Via delle Dolomiti numero 1.

Po chwili trafiam na drogowskaz i oznaczenie, że szlak który wybrałem na tym odcinku stanowi fragment długodystansowego szlaku pieszego z Monachium do Wenecji. Od razu przed oczami staje mi twarz znajomej – Markety, drobnej skrzypaczki z Pragi, która kilka lat temu pokonała cały dystans samotnie! W porównaniu z tym wyczynem, moja przygoda to niedzielny spacerek po miejskim parku. Po 2 godzinach marszu robię krótką przerwę przy źródełku w okolicy Case Bortot. Czego jak czego, ale myślałem że wody mi dzisiaj nie zabraknie, a jednak pragnienie było coraz większe. Łykam kilka rodzynek i ruszam dalej. Oczywiście leje. W tym miejscu opuszczam drogę publiczną i zaczynam monotonne podejście przez las do schroniska. Widoków nie ma żadnych, mgła i chmury. Wędrówkę urozmaicają jedynie salamandry, które nieporadnie umykają ze ścieżki. Spadają z kamyków i człapią dalej. Jest ich taka ilość, że muszę uważać, żeby nie rozdeptać, ani nie nadziać na kijek te sympatyczne płazy. 

Wędruję coraz węższym wąwozem, w dole huczy wezbrana rzeka. Ścieżką płyną małe strumyki, jest ślisko i z trudem zdobywam wysokość. 

Wyłaniam się z lasu i na polanie moim oczom ukazuje się budynek schroniska. Tłem tej scenerii są południowe ściany Monte Schiary, które wznoszą się 1000 m w górę. Wierzchołki masywu przykryte są ołowianymi chmurami. Widok schroniska sprawił, że poczułem się bardzo zmęczony, mam wrażenie, że dalej już bym nie doszedł. Znam to uczucie, to mój mózg, który robi wszystko żeby organizm zużył jak najmniej energii. Stara się mnie oszukać, przestawić organizm w tryb stand by. Wiem że mam dużo więcej siły i potrafię wykrzesać z siebie dużo większy wysiłek. Przekonałem się o tym niejednokrotnie i również podczas tego wyjazdu będę miał okazję przetestować swoje możliwości. Naszła mnie refleksja, że zawsze warto stawiać sobie cele, które wydają nam się poza naszymi możliwościami i konsekwentnie do nich dążyć. 

W schronisku, chociaż mam rezerwację patrzą na mnie jak na zjawę. Gospodarz pyta czy nie widziałem jeszcze 2 osób po drodze. Zaprzeczam i przez całą noc jestem jedynym gościem w schronisku. W tej chwili najbardziej potrzeba mi ciepłego prysznica. Odświeżony i rozgrzany schodzę do sali, siadam przy kominku i po chwili dostaje kolację – pastę z sosem pomidorowym i pulpeciki z polentą, oczywiście w sosie pomidorowym. Przekonuję się, że oprócz ciepłej kąpieli brakowało mi również zimnego piwa. Sączę złoty napój, przeglądam bogatą biblioteczkę – mapy, albumy, przewodniki. Suszę buty i kurtkę przy kominku, ale co chwilę pochylam się nad mapą, jakby miała dać mi odpowiedź, czy uda mi się zrealizować mój jutrzejszy plan. Arkusz papieru jest niemy, więc ja też udaję się na zasłużony odpoczynek.