Ładuję...

kolumber.pl


Nowa Zelandia - nasze tam i z powrotem w 2 tygodnie Cz.2



16.02.2017 – dzień 6 - miłe mokrego początki 2018-05-06

Dzień zaczyna się powoli, bo za oknem gęsta mżawka, a nam się fajnie siedziało w Roturoa. Ale trzeba się ruszyć, bo na 10:30 musimy być na przystani nad rzeką Waikato. Tam czeka nas przejażdżka łodzią z napędem strumieniowym, a potem kąpiel w gorącej wodzie ze źródeł geotermalnych. Na szczęście mamy wodoodporny aparat. Łódka wygląda jak na zdjęciu poniżej.

A ponieważ dzisiaj pada (i to coraz mocniej – a deszcz przy tej prędkości to odczucie jak grad) to dostajemy dodatkowe płaszcze. 

Nasz Przewodnik/Kierowca to prawdziwy Szatan. W drodze do gorących źródeł na każdym postoju robi dłuższy wykład o historii regionu, pokazuje ukryte w skałach jaskinie, ale nawet jakby nic nie mówił, to i tak byłbym pod wrażeniem. Łódka miejscami zasuwa jakieś 80km/h i ciężko złapać oddech w deszczu. Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale to kropelki wody z deszczu i rzeki.

Dopływamy do małej zatoczki nieźle już zziębnięci. Przewodnik każe zostawić tu wierzchnie okrycia. Wyskakujemy z łódki i… zaskoczenie – woda jest całkiem przyjemna, a im dalej idziemy strumieniem, tym się robi cieplejsza! Wchodzimy pomiędzy skały – nie na darmo nazywa się to „squeeze”. Woda w strumieniu paruje, dookoła wszędzie ciepła mgła… Dochodzimy do małej groty, w środku której jest wodospad z przyjemną, gorącą wodą. Wchodzimy po 2-3 osoby. Jest mega przyjemnie!

Chwilę jeszcze taplamy się razem z Szatanem w strumieniu i wracamy do łodzi. A on w drodze powrotnej postanawia nam pokazać, że szybkość to nie wszystko. Przepływa przez miejsca, gdzie ciasno miałby kajak, atakuje brzegi i odbija w ostatnim momencie, no i oczywiście kręci „bączki”.

Nie mam z powrotu żadnego zdjęcia – kurczowo trzymałem się poręczy. Znalazłem w sieci filmik gościa, który z jakiegoś powodu się nie trzymał (albo tylko stopami) – dość dobrze pokazuje, o co chodzi.

Wróciliśmy do przystani, przebraliśmy się w suche ciuchy i jazda. Następny punkt programu – wodospad Huka. Wodospad na najdłuższej rzece Nowej Zelandii (Waikato – ponad 400 km długości) jest niezwykły nie z powodu wysokości z jakiej spada woda, bo to tylko ok. 10 metrów. Niesamowita jest masa wody, która wypłynąwszy z jeziora Taupo szerokim początkowo na 100 metrów korytem musi sforsować „kanion”, który ma tylko 15 metrów szerokości więc woda kotłuje się, przewala, przyspiesza i w końcu z hukiem przewala przez skalny próg. Różne źródła podają różne wartości, ale to pomiędzy 200 a 300 m3 na sekundę – i to widać, słychać i czuć!

Przez następne 2 godziny jedziemy w stronę miejscowości National Park. Jeśli mieliśmy jakieś nadzieje, że zobaczymy szczyt Ngauruhoe (wszyscy tu mówią Mt Doom), który „zagrał” tolkienowską Górę Przeznaczenia, to nisko wiszące chmury nie zostawiają złudzeń. Zresztą ciągle pada. Dopiero pod wieczór chmury się rozchodzą i pokazuje nam się główna atrakcja okolicy. Zasypiamy pełni nadziei na jutro.