Ładuję...

kolumber.pl


Nowa Zelandia - nasze tam i z powrotem w 2 tygodnie Cz.2



17.02.2017 – dzień 7 - powód, żeby wrócić 2018-05-06

Lało całą noc. Nad ranem już tylko mżawka, ale i tak wiadomo, że nie wyjdziemy, bo woda płynie po ulicach. Rzut oka za okno – chmury ścielą się po ziemi, widoczność słaba, a prognozy mówią, że na szczycie jeszcze wieje. Deszczowo zresztą ma być przez cały dzień.

Miało być całodniowe wyjście w góry, więc niczego nie miałem zaplanowanego „na zapas” (no – w sumie to jest parę opcji, ale wszystkie na wolnym powietrzu czyli też potrzebujemy pogody). Muzeów również w okolicy jakby niedostatek.

Dodatkowo dobija nas fakt, że ciuchy z poprzedniego dnia zupełnie nie wyschły, a obiekt w którym nocowaliśmy (Pipers Lodge) ma salę do gry w automaty, ale suszarni już nie.

Ruszamy. Pogoda pod psem. Jest tak szaro, że zauważamy wiadukt Makatote dopiero jak go mijamy. Nie ma gdzie stanąć, więc jedziemy dalej, przez góry w stronę Wanganui. Tam szybki obiad. Chcieliśmy trochę pokręcić się po mieście, ale nadal leje. Przestaje podać dopiero pod Levin gdzie mamy następny nocleg. Jest 15ta – nigdy nie przyjechaliśmy jeszcze tak wcześnie na kwaterę.

Żebyśmy nie mieli wątpliwości, iż to nie jest nasz najlepszy dzień pod wieczór źle ustawiam suszarkę typu „farelka” i wypalam dziurę w wykładzinie. W suszarce nie wypalam dziury, bo niemal natychmiast odmawia posłuszeństwa. Wrrr… Z ciężkim sercem idę do gospodarza i mając nadzieję, że nasza polisa to obejmuje wyjaśniam, o co chodzi. Pooglądawszy dziurę i suszarkę Ian oznajmia, że w sumie to „no problem” i żebym się nie przejmował.

Rano, już przy wymeldowaniu jeszcze raz wracam do tematu i chcę mu zwrócić chociaż za suszarkę, ale macha ręką twierdząc, że i tak była stara i znowu „no problem”.

Obiecuję sobie, że kiedyś też zrobię komuś „no problem” i niech dobra karma krąży.