Ładuję...

kolumber.pl


15.02.2017 – dzień 5 - Rotorua czyli Maorysi 2018-05-06

Atmosfery Rotorua nie można pomylić z niczym innym – po prostu mało jest miejsc gdzie by się siarkowodór ulatniał z każdej dziury w ziemi. Praktycznie każde podwórko ma jakieś rury zakończone zaworami, w których stale coś bulka i „wonieje”

Ale jest tu też coś innego.

Maorysi to – według Wikipedii – jedynie 7-8% obecnych mieszkańców kraju. Ale tu jest ich dwukrotnie więcej! To ich ziemia.

Rano idziemy do parku Kuirau. Park jak park, położony w środku miasta, tylko co jakiś czas na trawniku wyrasta płotek, za którym radośnie bulgoce gorące błotko.

Po Wai-O-Tapu jesteśmy przyzwyczajeni, więc idziemy dalej do czegoś, co nie do końca jest reklamowane jako atrakcja turystyczna – Ohinemutu.

O ile Tamaki Maori Village jest swego rodzaju spektaklem dla turystów i wiadomo, że to teatr, to Ohinemutu jest jak najbardziej prawdziwe. Tu bije serce społeczności, tu jest dom spotkań (Marae). Są też inne obiekty, których przeznaczenia nawet się nie domyślamy.

Aktywność wulkaniczna jest tu jeszcze bardziej widoczna, bo bulgoce prawie wszędzie, ale wydaje się, że mieszkańcy podchodzą do kwestii spokojnie – jeśli w miejscu bulgotania akurat wypada graniczny płot, to robi się w nim dziurę na parę i po kłopocie.

Marae podziwiamy tylko z zewnątrz.

Dosłownie naprzeciwko, na półwyspie jest też malutki kościółek anglikański i równie mały cmentarz.

Drzwi do kościółka są zapraszająco otwarte, więc wchodzimy.

To, co się rzuca w oczy to zdobienia – nawet w ambonę i ławki rzeźbiarz wplótł maoryskie motywy. Ale największe wrażenie robi nawa boczna z dużym oknem zamiast ołtarza. Dopiero jak się podejdzie bliżej widać, że ubrany w maoryski płaszcz Chrystus na szybie dosłownie idzie po jeziorze.

Z Rotorua jedziemy drogą wokół jeziora (to oczywiście kaldera starego wulkanu zalana wodą) do źródła Hamurana. Z parkingu dróżka wiedzie wzdłuż potoku z krystalicznie czystą (i zimną - tylko 10°C bo taka bije ze źródła) wodą. Idziemy praktycznie sami przez potężny, sekwojowy las. Został tu posadzony w 1919 roku więc nie ma jeszcze stu lat, ale wygląda imponująco. Drzewa - jak potem - czytamy już teraz mają ponad 50 metrów wysokości, a „dorosłe” sekwoje potrafią mieć i 2x więcej. Dożywają do 2000 lat.

Po drodze obserwuje mnie jakiś mega ciekawski ptaszek, którego potem identyfikuję jako wachlarzówkę – po maorysku: piwakawaka :-)

Spotykamy także czarnego łabędzia.

Ze źródła bije woda w tempie 4 tys. m3 na godzinę – na zdjęciach wygląda na niebieską, ale to pewnie dlatego, że widać dno...

Emanuje z tego miejsca niesamowity spokój…

Nieco dalej są Tańczące Piaski – to nic innego jak następne źródło. Woda przesącza się przez piasek sprawiając wrażenie jakby się gotował.

Wracamy ścieżką po drugiej stronie potoku. To był krótki, ale niezapomniany spacer.

Popołudniu idziemy do parku miejskiego. Dziewczyny spacerują, a ja szybko odbieram bilety na zarezerwowany wcześniej spektakl w biurze Tamaki Maori Village. Samo przedstawienie odbędzie się za 1,5 godziny w „wiosce” za miastem. W oczekiwaniu na transport spacerujemy po Government Gardens. Pewnie poszlibyśmy do pobliskiego Rotorua Museum, ale po trzęsieniu 14.11.2016 jest zamknięte.

W końcu dostajemy przewodnika i jedziemy do „maoryskiej wioski”. Przewodnik po drodze opowiada o wspólnocie Maorysów, zyskach ze sprzedaży energii cieplnej i fundacji wspierającej wyższe studia dla dzieci z okolicy. Po 30 minutach jesteśmy na miejscu i razem z pozostałymi – a jest na oko ze 200 osób! – uczestniczymy w ceremonii powitania przez „wodza”. „Wódz” akceptuje naszą grupę i możemy wejść do wioski i od razu dzielimy się na zespoły po 30-40 osób, z których każdy przechodzi przez różne stanowiska „zdobywając” umiejętności. Jest nauka tańca Haka, machanie kulkami poi, trochę historii Maorysów, instrukcja budowy i korzystania z pieca Hangi, machanie włócznią itp. Haka nie wychodzi nam co prawda tak dobrze, jak tym Panom tutaj, ale chęci są.

A potem za tańce – już na estradzie - biorą się zawodowcy i wychodzi, że daleka droga przed nami :-)

Wreszcie posiłek – oczywiście z pieca ziemnego. Zjadłem, ale bez rewelacji - najsmaczniejsze były warzywa.

Za oknami noc, impreza dobiega końca. Zaraz znowu wejdziemy do autobusów i rozjedziemy się po hotelach. Na pożegnanie załoga obsługująca cały event śpiewa i tańczy. Nie złapałem za aparat i żałuję, bo melodia fajna i chwytało za serce…

Ale to jeszcze nie koniec – już w autobusie nasz Przewodnik (skubany! Cały czas coś nucił pod nosem, więc można się było tego spodziewać) wydusza z każdej rodziny chociaż po jednej zwrotce utworu w ich narodowym języku – śmiechu jest sporo.