Ładuję...

kolumber.pl


Nowa Zelandia - nasze tam i z powrotem w 2 tygodnie Cz.2



13.02.2017 – dzień 3 - do piekła i Hobbitów

Dzisiaj o tym dlaczego opłaca się robić plany zapasowe i jak przehandlować delfiny za cuchnące fumarole (Wai-o-Tapu, Hobbiton i lekki zawał serca po drodze między jednym a drugim)

Widać nie było nam pisane pływanie z delfinami. Droga do Kaikoury, gdzie pierwotnie mieliśmy zarezerwowany rejs była wciąż niepewna, stąd zmiana na Taurangę. No, ale i z tego nici.

Wczoraj wieczorem odebraliśmy mail, że ze względu na pogodę rejs jest odwołany.

Hobbiton – jeden z naszych najważniejszych „gwoździ programu” mamy zaklepany dopiero na 16:00.

W co się bawić, w co się bawić? Szybki rzut oka na mapę i do notatek – nie planowaliśmy tego (mimo, że było na liście rezerwowej), ale skoro jest rano i jesteśmy „dość blisko” to może obszar aktywności wulkanicznej Wai-o-Tapu? A jak Wai-o-Tapu, to oczywiście gejzer Lady Knox!

Jedziemy! Lady Knox jest gejzerem, którego „erupcja” jest wywoływana sztucznie. Codziennie o 10:15 pracownik parku wrzuca do środka porcję mydła, a po chwili….

Gejzer strzela na 10-20 metrów przez jakąś minutę.

Tu rada praktyczna – oczywiście warto nie tylko być wcześniej (15-20 min wystarczy), ale TRZEBA mieć bilet! Czyli najpierw jedziemy do kasy w głównym budynku, inwestujemy w bilety, a dopiero potem autem (bo to jednak ze 2 km) jedziemy do Lady Knox.

Potem – już bez pośpiechu możemy zwiedzać jeden z ciekawszych terenów geotermalnych w Nowej Zelandii. Wszystko wokoło „pachnie” siarkowodorem, jakieś błotka strzelają w górę kłębami pary, a spod co drugiego kamienia wydobywa się wrzątek.

Z nieba leci lekka, nie zachęcająca do spacerów mżawka, ale i tak przejście wszystkich trzech wyznaczonych w parku szlaków zajmuje nam prawie 2 godziny.

Głodni, ale szczęśliwi stajemy w Waiotapu Tavern blisko parku. Do Hobbitonu jeszcze 1,5 godziny drogi, ale mamy spory zapas.

Po obiedzie ruszamy nieśpiesznie, żona chce schować jakieś drobiazgi do plecaka i wtedy BĘC! Plecaka nie ma… Był pod naszym stolikiem. Każde z nas myślało, że to drugie go weźmie i skucha. Wracamy pełnym gazem i będzie to 30 najszybciej jak do tej pory przejechanych przeze mnie kilometrów, ale nogi mam miękkie… W plecaku są paszporty, 2 z 3ch telefonów, pieniądze i karty płatnicze, cały plan wyjazdu + potwierdzenia rezerwacji. Wystarczy?

Idziemy do stolika – NIE MA! No to pytam z resztką nadziei w głosie przemiłą Panią zza baru.

- A tak, jest. Zauważyłam i schowałam, żeby ktoś nie wziął.

Westchnienie ulgi jakie z siebie wydaję jest na pewno głośniejsze niż rano była Lady Knox!

To jedna z najmilszych niespodzianek jaką mogę sobie wyobrazić. Coś tam chcę Pani dać w nagrodę, ale nie da rady. Gdzie tam. Zaparła się i AMEN. Więc tylko z dziesięć razy dziękujemy i… jedziemy dalej, bo nasz zapas czasu poleciał na łeb na szyję. Następne 100 km - już w dobrą stronę - jedziemy w tempie wolniejszym, ale i tak dociskam mocno w pedał.

O 15:35 czyli jeszcze „nie tak źle” wtaczamy się na parking przy Buckland Road – widomy znak, że Hobbiton blisko.

Jeszcze przed wyjazdem, w Polsce, zastanawiałem się jak to wygląda organizacyjnie. Z oficjalnej strony Hobbitonu wynika, że „wycieczki” organizowane są z Rotoruy, Matamaty i właśnie spod Shire’s Rest (olbrzymi parking, kasy, restauracja, lody, sklep z pamiątkami itp.)

No dobrze. Ale jakby ktoś chciał zwiedzać Hobbiton samodzielnie, to co? No więc nie ma takiej możliwości!

Autobusy tylko zwożą turystów, którzy nie przyjechali tutaj własnym transportem, a na miejscu formowane są grupy po około 25-30 osób i – zgodnie z godziną podaną na zakupionym bilecie – grupa w całości i z przewodniczką/przewodnikiem wjeżdża na prywatny i zamknięty teren gdzie kręcono film. Żadnej przypadkowości. Po paru minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Idziemy wśród pagórków, mijamy charakterystyczne okrągłe drzwi i idealnie zadbane obejścia wraz z ogródkami.

Niestety – wszystkie „wnętrza” kręcone były w studio, więc wejść do większości domków się nie da. Można uchylić drzwi do kilku i stanąć w środku, ale to wszystko.

Pani przewodniczka sypie jak z rękawa opowieściami zarówno o właścicielach całego terenu (rodzina Alexander – nawet jeśli mają tylko 1% to są ustawieni do końca życia) jak i o P. Jacksonie, którego perfekcjonizm objawiał się m.in. tym, że kazał zmieniać suszące się na sznurach pranie w zależności od tego, w jaki dzień kręcono zdjęcia.

Zadbane ogródki hobbitów są z kolei dziełem 5 stałych ogrodników i kilkunastu wolontariuszy.

Gdzieś tak po godzinie dochodzimy do Bag End, czyli domku Bilba i Froda. Tu następuje dłuższa przerwa, bo każdy chce mieć to jedno (żeby tylko!, ale to miała być taka przenośnia) zdjęcie i trwa festiwal obiektywów i przysłon. Przewodniczka tymczasem opowiada o starym, powyginanym przez wichry drzewie „rosnącym” centralnie na wzgórzu nad domkiem – to też jest objaw perfekcjonizmu Jacksona! Wymyślił sobie mianowicie, że będzie drzewo, a ponieważ nie mieli czasu na sadzenie czegoś żywego i czekanie aż (a raczej czy) się przyjmie, to zamówili je w całości z wełny szklanej i plastiku, razem z tysiącami liści (część malowana ręcznie!)

Czekamy grzecznie w kolejce do fotografii na naszą kolej, a że trochę wieje, to i lecą liście z drzew…

Pierwszy schyla się Japończyk, ale zaraz po nim moja córka – MA! Faktycznie – złudzenie jest prawie zupełne - dopiero z bliska widać, że to tworzywo.

Powoli schodzimy z pagórków w stronę stawu, młyna i gospody, gdzie czeka na nas kufelek zimnego napoju (dla żony piwo imbirowe, kierowcy i dzieci - imbirowa lemoniada). Jeszcze tylko kilka zdjęć, rzut oka na usiane domkami i ogródkami wzgórze naprzeciw (Puste! Po nas była jeszcze tylko jedna grupa i właśnie też schodzą do gospody) i trzeba się zbierać.

Na koniec, już w autobusie przemawia do nas z ekranu telewizora Peter Jackson. Mówi, że cieszy się, iż odwiedziliśmy to miejsce i ma nadzieję, że nam się podobało. Żegna się z nami po czym robi pauzę, spuszcza wzrok, a potem, cytując Bilba i znów patrząc prosto w kamerę i w serce mówi to, co pewnie każdy z nas teraz myśli: „To ryzykowna sprawa wychodzić za próg domu, uważaj na nogi, bo nie wiadomo, dokąd cię poniosą”. Mam ciarki na plecach…