Ładuję...

kolumber.pl


12.02.2017 – dzień 2 czyli skrótem...

Pisałem już, że z powiększania mapy drogowej w Nowej Zelandii najczęściej nic nie wychodzi. Najczęściej, to nie znaczy, że zawsze! Chcemy się dostać do Cathedral Cove, a nie bardzo mamy chęć objeżdżania całego półwyspu. A ponieważ jest taka mała droga (dróżka właściwie, skrócik…) między Tapu a Coroglen, to czemu nie spróbować?

Trochę mnie dziwi dlaczego GoogleMaps na przejechanie 26 km pokazuje 45 minut, ale jak po paru kilometrach asfalt kończy się i przechodzi w coś pomiędzy żwirówką, a „pyłówką”, to zaczynam rozumieć. Dodatkowo droga zwęża się miejscami do 1,5 pasa, a duża ilość zakrętów nie pozwala przewidzieć co też wyskoczy z przeciwka i kiedy.

Natomiast widoki są piękne. Droga to wznosi się, to opada. Rosną przy niej paprocie o monstrualnych rozmiarach i generalnie „wszystko rośnie na wszystkim”. Wrażenie jest takie, że jedziemy przez las prawie pierwotny.

Już z daleka widzę Square Kauri Tree. Kauri to endemiczny gatunek soplicy (agatisa), kiedyś gęsto tu rosnącej, a obecnie pod ścisłą ochroną ze względu na rzadkość występowania i dodatkowo zagrożenie ze strony choroby korzeni skądś tu przywleczonej. Kauri w ogóle ma pień dość jednolitych wymiarów i słabo się zwężający ku górze, a ten egzemplarz dodatkowo jest sławny bo wygląda jakby miał pień kwadratowy.

Rośnie blisko drogi, ale krótkie podejście do niego jest ze względu na zagrożenie chorobą korzeni zamknięte. Szanujemy to i tylko podziwiamy z daleka.

Nieco dalej rośnie też grupa kilku kauri – dalej od drogi, ale za to na małym podwyższeniu – widać je świetnie.

Nie wyprzedził mnie nikt, bo nikt za nami nie jechał (w końcu to niedziela rano). Natomiast mijaliśmy się z dwoma pojazdami za każdym razem ze wzmożoną uwagą.

Asfalt tak jak się nagle skończył, tak samo niespodziewanie się zaczyna. Jesteśmy w Coroglen i trafiamy na autentyczny lokalny jarmark z kawą, herbatą, domowym ciastem i pizzą + oczywiście miody, borówki i rękodzieło. Wszystko to lokalowo oparte o coś pośredniego między remizą, a świetlicą wraz z pobliskim placykiem.

Posileni domową pizzą jedziemy dalej aż do Hahei, mając nadzieję, że uda nam się zaparkować na publicznym parkingu tuż obok ścieżki prowadzącej do Cathedral Cove. Nic z tego! Przed nami tego samego próbują jeszcze 3 pojazdy, za nami 2, a cały parking ma może z 25 miejsc.

Parkujemy na prywatnej posesji 300m wcześniej, 50m niżej i 10 NZD drożej ;-)

Ale za to przy parkowaniu na dość stromym podjeździe dowiaduję się, że nasz Nissan ma „nożny-ręczny” hamulec. Człowiek uczy się całe życie!

Do plaży jest około 40 minut, ale widoki po drodze fajne, więc schodzi nam więcej.

A Cathedral Cove wygląda jak na zdjęciach...

Ktoś nawet pływa, ale woda na tyle zimna, że tylko moczymy nogi. Po powrocie na parking sprawdzamy, że do odpływu jeszcze daleko, więc nie ma co czekać na ciepłe grajdołki na Hot Water Beach.

Przez Waihi (fajne graffiti) i przejeżdżając koło wodospadu Owharoa (jest tuż przy drodze, a że dziś niedziela to i ludzi sporo) jedziemy do Karangahake Gorge.

To teren starej kopalni złota – część chodników jest dostępna dla zwiedzających. Ze względu na czas mamy do wyboru jedną (obu nie damy rady – każda to około 1,5h) spośród ścieżek – Windows Walk lub Rail Tunnel Loop. Jak sama nazwa wskazuje ta druga to w większości długi tunel, więc idziemy do „okien”. Po drodze fajne wiszące mosty, a widoki z okien są jak na zdjęciach.

Zrobiło się późno. Nocleg mamy w Taurandze, ale ponieważ nie lubię wracać tą samą drogą, więc jedziemy dłuższą, ale zahaczając o wodospad Wairere. Widać go w oddali z parkingu, ale wyprawa tam i z powrotem zajęłaby zbyt wiele czasu, więc tylko szybka fotka z daleka – może następnym