Ładuję...

kolumber.pl


11.02.2017 – dzień 1 czyli pierwsze koty za płoty

Jest 1:30 w nocy, stoimy przed terminalem. Odpaliłem nawigację w telefonie i przez ciepłą nowozelandzką noc tłuczemy się do Ibisa – Novotel po drugiej stronie ulicy nie miał już miejsc (7 miesięcy wcześniej!!!). Do Ibisa jest 1,5 km co z walizkami daje jakieś 15 minut spaceru, ale to nawet dobrze po tylu godzinach na siedząco.

Dochodzimy. Zaraz po nas jeszcze dwie rodziny, z których co najmniej jedna leciała z nami z Singapuru – poznaję, bo rzadko się zdarza widzieć uśmiechniętą szmacianą małpę w rękach nachmurzonej, marchewkoworudej siedmiolatki.

A Pan Portier na recepcji jest niemiły. Coś tam mruczy do nas i do następnych par - chyba miał zły dzień…

Robimy sobie gorącą herbatę w holu (dzięki Ci Panie za czajnik, kubki i saszetki!) i idziemy spać. Pokój – jak to w Ibisie – malutki i tylko z 2-ma kompletami pościeli zamiast 3-ch. Zmęczenie bierze jednak górę i po szybkim prysznicu zasypiamy wszyscy na dolnym łóżku.

Podrywamy się jakoś zdecydowanie za bardzo rano - jest nowy, piękny dzień. Okna wychodzą nam na pawilon naprzeciwko, na dachu którego rośnie dywan z traw. Śniadanie jemy na wykwintnie - w McD obok hotelu i koło 9 rano idę (mam koło kilometra, więc żaden wyczyn) do wypożyczalni Apexu po auto. Na potwierdzeniu mam co prawda, że mogę je odebrać od 10:00, ale dzwoniłem wcześniej do menagera. Miało być „no problem”. I jest – tylko kosztuje mnie to o 1 dobę więcej, co zauważam dopiero w hotelu…

No jasna cholera – wiem, że po podróży nie jestem w najlepszej formie, ale chyba muszę wyglądać na wyjątkowego „jelenia”, że mnie tak robią…

No nic.

Pod hotelem jest bankomat i market Countdown gdzie robimy podstawowe zakupy na kolację i następne śniadanie. Ostrożnie włączam się do ruchu i … da się jechać! Za moment zjeżdżam na autostradę – nadal spoko. Auckland Botanic Gardens miałem na liście zapasowej, ale uznajemy, że warto zahaczyć.

Pierwsze 12 km jazdy po lewej za mną….

Nastrój w środku raczej parkowy - jak ktoś jest przyzwyczajony do ogrodów botanicznych w Polsce czasem aż gęstych od roślin, to może się zawieść – tu teren jest olbrzymi, ale nie ma się wrażenia stłoczenia. Są piękne róże, kaktusy, smokowce, pływają kaczki.

Jedziemy dalej – przed nami wodospad Hanua. Co tu mówić – wygląda jak na zdjęciu poniżej.

Potem droga na Coromandel – widoki na zatokę piękne, a i sama droga ciekawa – po lewej zatoka, a po prawej gęstwa lasu i setki zakrętów!

Zaraz za Thames jest mała motylarnia. Polecam. Przy kasie co prawda gospodarz próbuje mi sprzedać droższe bilety, a potem myli się przy wydawaniu reszty, ale po Hotelu i Wypożyczalni jestem przygotowany ;-)  

I w tym oto miejscu nastąpił koniec niemiłych niespodzianek ze strony Kiwi na cały wyjazd. Potem zaskakiwali nas jeszcze wielokrotnie, ale zawsze miło.

Nocujemy w Te Mata, ale że jest jeszcze sporo czasu, to jedziemy kawałek do miasta Coromandel.

Po drodze pagórki i płotki, płotki i pagórki. Samo miasto dość senne w sobotni wieczór.

Wracamy do Te Mata, bo trzeba się wyspać, a plan na jutro napięty.