Ładuję...

kolumber.pl


21-22.02.2017 – dzień 11 i 12

Rano ruszamy z Wanaki w stronę Cardrony – chcemy zobaczyć „stanikowe ogrodzenie”

Potem jeszcze jest przejazd przez góry z trudnym – jak mówią, a czego nie chwaląc się, wcale nie rozumiem – zjazdem do Arrow Junction.

Zbaczamy kilka kilometrów do Arrowtown. Malutkie domki chińskich kopaczy zatrudnionych przy wydobyciu złota uświadamiają jak niedawno warunki życia były tu zupełnie inne.

Jedziemy do hotelu, bo na popołudnie mamy zarezerwowany lot + rejs po Milford Sound, ale czeka nas zawód – pogoda nie jest dobra i loty są odwołane. Nie przeniesione, tylko właśnie odwołane!

Próbuję coś ponegocjować z Panią z milforflights – może uda się zapisać na listę rezerwową na jutro?, Może ktoś zrezygnuje? No, jest szansa, ale niczego nie obiecują.

Na poprawę humoru najpierw „idziemy w miasto” – to takie BARDZO ekskluzywne Krupówki, a potem decydujemy, że lody na pocieszenie to za mało i wykupujemy za jakieś kosmiczne pieniądze wjazd gondolą Skyline wraz z czymś co nazywa się LUGE. Na plakacie wygląda cool – jak gokart, ale jak się tym jeździ?? Będziemy się przyglądać, jak to działa na górze. Na razie czeka nas wjazd kolejką linową.

Na górze jest platforma widokowa – to dla kompletnych wapniaków.

Twardziele pójdą skoczyć na bungy, jeszcze więksi twardziele ubrani w kask i zbroję z licznymi ochraniaczami zjadą z góry „rowerem”, który bardziej przypomina lekki czołg.

Na potrzeby tej opowieści przyjmijmy, że LUGE jest czymś pośrednim między bungy, a platformą widokową. Nie, no żartuję. Dostajesz rodzaj niskiego wózka na kółkach i z drążkiem. Jak go puścisz, albo pociągniesz za mocno do siebie to hamujesz. Wózek jedzie tylko jak drążek jest w odpowiedniej pozycji. I to wszystko – reszta to czysta grawitacja. Poza tym obsługa przy pierwszej jeździe robi krótki trening i kieruje na tor dla początkujących. No i jest super!

A właściwie byłoby, gdyby nie kompleksy, których się nabawiłem. Pierwszy zjazd – wiadomo, wolno, niepewnie i bardziej „na dwójce”. Przy drugim na sąsiednim wózku siadł dziadunio na oko 75-80. Ruszyliśmy razem i oczywiście byłem pierwszy. A potem on poprawił kask co mu spadał na oczy i tyle go widziałem! Chciałem się jakoś zrehabilitować, ale mieliśmy 8 zjazdów na 3 osoby, a i żona i córka bardzo chciały jechać, więc schowawszy ambicję do kieszeni stanąłem przed samą metą i robiłem im za fotokomórkę.

Kręcimy się jeszcze trochę po mieście, ale na rejs po jeziorze jest już za późno, a do Glenorchy planujemy skoczyć następnego dnia.

Idziemy szybko spać licząc, że może pogoda nad Milford Sound się poprawi.

Rano szybkie śniadanie, i… TAK! Dzwonią z milforflights czy nadal jesteśmy zainteresowani, bo mają miejsca na lot o 10:00

Szybko potwierdzamy. Mamy być gotowi na przyjazd busa za 15 minut. Potem, już w busiku okazuje się, że prawie cały skład to „spadochroniarze” z dnia wczorajszego. Przypadek?

Wjeżdżamy na lotnisko, płacimy i szybko dzielą nas na 9-osobowe załogi samolotów. Nasza maszyna wygląda jak na zdjęciu.

Zajmujemy miejsca, kołowanie, start, wznosimy się wolno. Jest dużo głośniej niż w dużym samolocie i potrafi też mocniej zatrząść. Najpierw lecimy nad jeziorem Wakatipu. Potem skręcamy i mamy jakąś potężną dolinę po lewej, a szczyt – obstawiam Mount Christina - na wprost (widok przez przednią szybę!).

Teraz pora na moje ulubione zdjęcie – czyli idealnie okrągła tęcza + cień naszego samolociku w środku.

W dole już widać lotnisko, port i kilka domów – ot i cała miejscowość! Ale żeby wylądować pilot leci do końca zatoki, zawraca i stopniowo tracąc wysokość ląduje łagodnie na lotnisku. Starał się bardzo, ale córka i tak jest zielona, a i ja nie czuję się pewnie.

Do rejsu jest parę minut, które wykorzystujemy, żeby dojść do siebie. Z krzaków wychodzi jakiś ciekawski, mały ptaszek – czyżby Weka?

Wychodzimy z portu. Wieje, ale to dobrze, bo na otwartym górnym pokładzie dość szybko dochodzę do siebie. Stateczek jest dość mały, ale to akurat zaleta – zabiera mało ludzi i nie jest ciasno.

Przygotowując się czytałem, że w Nowej Zelandii są fiordy – teraz widzimy je na żywo. Prawie pionowe ściany opadające wprost do zatoki, bujna roślinność, chmury i ścielące się mgły, no i wodospady – setki mniejszych i większych. Podobno jest to miejsce w największą w kraju (i  jedną z największych na Świecie) ilością opadów – to widać!

Poza przyrodą nieożywioną mamy też ożywioną. Pingwinów i delfinów niestety nie spotkaliśmy, ale są oczywiście foki.

Nasza łódź wypływa na otwarty Ocean (dla niepoznaki nazwany Morzem Tasmana) i natychmiast to czuć, bo zaczyna bujać.

Schodzę pod pokład żeby zamienić dwa zdania z dziewczynami i to jest błąd! Mój błędnik stwierdza, że już dziś dużo przeżył i ma dość, co objawia się uczuciem: „najchętniej bym się położył na podłodze, ale nie da się tam leżeć bez trzymanki”.

W sumie, to nawet lepiej, bo wodospad Stirlinga i Lady Bowen mamy już uwiecznione, a kapitan specjalnie dla chętnych wpływa pod jeden z mniejszych wodospadów (woda lodowata!) i kto się nie schował, ten jest kompletnie mokry.

Wracamy. Jeszcze tylko fotka Mitre Peak, bo wygląda imponująco i… trzeba się przygotować na lot powrotny. Tym razem to dziewczyny mają lepszy widok, więc łapią kilka fajnych ujęć.

Nie wiem jak inni, ale ja wychodzę z samolotu z mocnym postanowieniem, że „to ostatni raz”. Ale warto było do cholery!

W nagrodę za dzielność uznajemy, że należy nam się coś specjalnego i idziemy do najsławniejszej tutejszej (ale tylko miejscem, bo sławą sięga duuużo dalej) burgerowni – Fergburgera.

Nie obejdzie się bez kolejki przed wejściem, ale na szczęście idzie to zadziwiająco sprawnie. Jedyny kłopot jest taki, że jest mało miejsc w środku, a stoliki przed lokalem są w stosunku do ilości gości wręcz symboliczne. Nic to. Zamawiamy, czekamy i dostajemy. Przez brak rozeznania co do wielkości porcji zamówiliśmy 3 burgery + frytki i dodatkowo krążki cebulowe.

Pamiętacie „ I choćby przyszło tysiąc atletów, i każdy zjadłby tysiąc kotletów…”? Tak się właśnie czujemy w połowie buły. Nie jestem fanatycznym miłośnikiem mięsa mielonego w pieczywie przebitym patyczkiem, ale przyznać trzeba iż to jest bardzo smaczne. Podobnie jak krążki cebulowe. O frytkach nie powiem nic, bo zmieściłem może 5…

Dziewczyny podobnie.

Wychodzimy najedzeni i z poczuciem, że KONIECZNIE trzeba to teraz gdzieś „spalić”. Idziemy do ogrodu botanicznego położonego malowniczo na półwyspie. No, może „idziemy” to nie jest dobre słowo – niech będzie, że dostojnie przemieszczamy się wzdłuż wybrzeża. Spacer nam dobrze robi ale trzeba powoli wracać. Nasza wyprawa zaraz się kończy, a musimy się jeszcze spakować.