Ładuję...

kolumber.pl


20.02.2017 – dzień 10 - najdłuższy dzienny odcinek 2018-05-16

Wstajemy wcześnie, bo 450 km przed nami do następnego noclegu. Ale jak już tu jesteśmy, to chociaż na chwilę wpadniemy do Centrum.

Trzeba przyznać, że miasto nie wygląda dobrze, ale też miało wyjątkowego pecha do trzęsień. Seria czterech dużych wstrząsów  2010-2011 (przy czym „wstrząs” to czasem nawet kilka tysięcy osobnych incydentów) uszkodziła wiele budynków. W Centrum dużo jest sterczących kikutów po wyburzonych obiektach, pracują dźwigi i koparki, a w porze śniadaniowej w barze więcej jest klientów ściskających pod pachą kask niż turystów.

Smutny jest widok Katedry czy wciąż pustych miejsc po wcześniej wyburzonych domach. Ale jakby dla przeciwwagi widać też różne „działania umilające” – czasem są to fajne graffiti, a czasem jakieś „durnostojki”.

Fajnie wyglądają kamieniczki na New Regent Street, a tramwaj wjeżdżający do Centrum Handlowego Cathedral Junction i mający tam przystanek, to kolejna okazja do zdjęć.

Nawet wszechobecni budowlańcy wyglądają jakby wracali z imprezy, a nie z placu budowy.

Niestety nie będziemy mieli miłych wspomnień, bo na parkingu czeka na nas mandat. Źle zinterpretowałem tabliczkę informującą, że nie płaci się za godzinę (to się nazywa życzeniowe podejście do cennika) tylko – jak się okazało - za cały dzień. Zamiast 4 NZD musimy zapłacić 60! A mówili mi, żeby zainwestować w naukę języków :-)

Ruszamy w drogę. Pierwszy przystanek na trasie mamy nad jeziorem Tekapo. Jest tu – podobnie jak w Rotorua nad brzegiem - mały kościółek (pod wezwaniem Dobrego Pasterza), ale inaczej niż tam, tutaj przewalają się całe autokary turystów i atmosfery nie ma.

Dlatego lepiej jest znaleźć inne, ciut bardziej ustronne miejsce - jest kilka na trasie ciut wcześniej.

Pół godziny później jesteśmy już nad następnym jeziorem – Pukaki jest kryształowo-błękitne. No i na jego drugim końcu pyszni się najwyższy szczyt Nowej Zelandii czyli Mt. Cook. Stoimy zafascynowani widokiem…

Jeszcze kawałek dalej jest Omarama Clay Cliffs – ze znalezionych w sieci zdjęć wyglądało, że to niezwykła formacja skalna. Decydujemy się odbić z głównej drogi w jej kierunku licząc na fajne ujęcia. Najpierw długo toczymy się żwirową drogą z mocnym efektem tarki, więc przy prędkości 20 km/h przejechanie nawet tylko 5 kilometrów jest próbą cierpliwości. Uiszczam drobny datek do puszki przyczepionej do płotu szanując, że ktoś pozwala mi jechać po swoim prywatnym terenie. Potem jeszcze odcinek „żwirówką”, parking, kawałek po takim samym żwirze piechotą pod górę i…

…i tyle. Chodzić nie ma za bardzo gdzie, bo skały ostre i błyskawicznie stają dęba przechodząc w prawie pionowe iglice.

Wracamy do auta wiedząc, że przed nami następne 20 minut tarki – jak ktoś jest w pobliżu i ma ochotę to OK., ale oczekiwaliśmy więcej...

Ładne są natomiast widoki na dolinę po drugiej stronie rzeki.

Do Wanaki wtaczamy się wczesnym wieczorem. Po kolacji idziemy nad… Tak – nad następne jezioro!

Jest pięknie, cicho i spokojnie. Łapię ostatnie promienie słońca w chmurach, bo za moment będzie zupełnie ciemno.

To był najdłuższy przejechany przez nas dzienny odcinek i właściwie to prawie ostatni. Jutro kawałeczek z Wanaki do Queenstown – tam zostaniemy przez 2 dni aż do wylotu do Auckland.