Ładuję...

kolumber.pl


Nowa Zelandia - nasze tam i z powrotem w 2 tygodnie Cz.2



18.02.2017 – dzień 8 czyli zmieniamy wyspę 2018-05-06

Nie nastawialiśmy się na oglądanie miast. Zbiórkę na przystani promowej mamy jednak dopiero o 12:30, a jest w stolicy jedna rzecz, którą chcemy zobaczyć – Te Papa Tongarewa to muzeum pokazujące najróżniejsze oblicza Nowej Zelandii. Jest bezpłatne (płatny jest tylko parking) i czynne od 10:00, więc musimy się śpieszyć ze zwiedzaniem.

Z niezrozumiałych względów największym zainteresowaniem (najdłuższe kolejki) cieszy się wystawa o kampanii pod Gallipoli, gdzie w czasie I Wojny operowały znaczne oddziały Nowozelandczyków. My zaczynamy od ekspozycji pokazującej rośliny i zwierzęta regionu. Osobliwe wrażenie robi zwłaszcza olbrzymia kałamarnica w całości eksponowana pod szkłem.

Piętro wyżej jest sala poświęcona geologii. Można zobaczyć jak przemieszczały się płyty tektoniczne i co czeka Nową Zelandię w przyszłości. Jest też „pokój trzęsień” pozwalający odczuć – mam nadzieję, że pierwszy i ostatni raz – jak to jest gdy ziemia drży.

Ciekawie też wygląda dział poświęcony migracjom i osadnictwu – od tych najdawniejszych (okazuje się, że Nowa Zelandia jest jedną z najpóźniej zasiedlonych krain Ziemi; później nawet niż Wyspa Wielkanocna!) do tych bardziej współczesnych.

Pamiętacie jak pisałem, że urzędnik po przylocie sprawdzał nam czystość podeszwy w butach? Tu jest specjalny pokój stylizowany na kajutę statku. Okazuje się, że w pozornie nieszkodliwych i „zwykłych” przedmiotach mogą ukrywać się organizmy mogące mieć wpływ na lokalne rośliny i zwierzęta.

Temu samemu służy stojąca ciut dalej interaktywna gra. Jesteś kolonizatorem nowego lądu i możesz wybrać 3 (z kilku) „użyteczne” stworzenia, z którymi pojedziesz na wyspę. Dzieciom (i niektórym dorosłym jak widzieliśmy także) chwilę zajmuje zrozumienie, że nie ma dobrej kombinacji stworzeń – co by się nie przywiozło, to ma to katastrofalne skutki. Trudno o lepiej działające na wyobraźnię wytłumaczenie czym jest równowaga w przyrodzie. No, może jeszcze sala, w której zgromadzono długie, ręczne piły.

Ze ścian patrzą na nas uśmiechnięci pilarze uwiecznieni na starej fotografii na tle lasu drzew kauri, a my wiemy, że nie ma już ani ich, ani tych drzew za ich plecami…

Nam najbardziej podobała się niewielka i niepozorna salka „Golden Days” pokazująca ważne dla Nowej Zelandii momenty w konwencji ożywającego w nocy sklepu ze starociami.

Schodząc z wyższych pięter ze zdziwieniem zauważamy, że kolejka przed salą „wojenną” jeszcze się powiększyła.

Trudno – my musimy już jechać na prom.

Przy wjeździe do portu pokazuję mail z wypożyczalni, dostaję jakieś 3 drewniane „listewki” w różnych kolorach (potem okazuje się, że to taki bilet postojowy) i jedziemy zająć miejsce w kolejce pojazdów na pirsie. Pan sterujący ruchem stara się, żeby odstępy między pojazdami były jak najmniejsze. Po jakiejś godzinie ten sam Pan zręcznie zawiadując trzema kolumnami pojazdów równocześnie „upycha” nas na promie. Bardzo się obawiałem tego manewru, ale okazuje się to mniej skomplikowane niż parking wielopoziomowy.

Jeszcze tylko bierzemy ciepłe ciuchy (zamierzam trochę czasu spędzić na pokładzie, a pogoda jest średnia – chmury nisko i wieje), bo w trakcie rejsu nie będzie można schodzić do pojazdów.

Wypływamy z opóźnieniem. Mimo, że w linii prostej między wyspami jest mniej niż 30 km, to rejs trwa ponad 3 godziny – do przepłynięcia mamy prawie równo 100 km – z tego jakieś 45 po otwartym oceanie. Czemu o tym piszę? Bo początkowo prawie wcale nie buja. To zatoka Wellington i gdyby nie wiało, to byłoby całkiem przyjemnie. Pogoda zresztą niektórym wcale nie przeszkadza – dość długo mamy towarzystwo w postaci skuterów wodnych – zawracają grubo po wyjściu z zatoki. Następne 90 minut jest paskudne – fala robi się odczuwalna, a że nie ma co oglądać, to nawet najwytrwalsi schodzą pod pokład, co tylko pogłębia niemiłe wrażenie. Na szczęście można siąść przy oknie, albo pooglądać telewizję, albo… coś zjeść :-)

Na szczęście ten fragment mija i najpierw widać ląd z daleka, a potem już całkiem blisko i wpływamy w zatokę królowej Charlotty.

Prom manewruje. Widoki są takie, jak na zdjęciach.

Tutaj też – w tzw. „samym środku niczego” prawie od razu spotykamy najpierw łódkę, a potem w ogóle „posiadłość z widokiem”. Ale poza w/w oznakami życia jeszcze dłuuugo jest pusto i jedynymi śladami obecności człowieka są pływające (a może dryfujące??) farmy rybne.

Do przystani dobijamy po 17tej. Jeszcze tylko wyjazd z promu i oficjalnie będziemy na wyspie południowej! Ale ten wyjazd dłuży się i dłuży.

Kiedy w końcu jesteśmy na stałym lądzie wszyscy dochodzimy do wniosku, iż atmosfera na pokładzie nie sprzyjała konsumpcji i jesteśmy strasznie głodni. Ponieważ Picton jest malutkie, to jedziemy na kolację do trochę większego Blenheim. Jest sobota wieczór, więc nie powinno być problemu ze znalezieniem czegoś czynnego o tej porze.

No – nie powinno, ale jest. Miasto wygląda na wyludnione. Parkuję w czymś, co według nawigacji powinno być Centrum. Widzę trzy knajpki, ale zamknięte. Chętnie bym kogoś zapytał o drogę, ale… nikogo nie widać w zasięgu wzroku! Robi się trochę nierealnie. Nareszcie z bramy obok wychodzi gość o wyglądzie dostawcy pizzy, więc go pytam i… 10/10! Pizzeria jest właśnie w tej bramie na piętrze - chyba wszyscy się tu znają, bo kompletnie nie ma logo, szyldu, NIC.

Kiedy kończymy jeść jest przed siódmą – niby nic wielkiego, ale do Westport mamy 260 km. No nic. Wciskam gaz i jedziemy.

Kiedy wcześniej patrzyłem na mapę, to zastanawiałem się jak ta droga będzie wyglądać.

Normalnie główną trasą na południe jest „1” – to na wschodnim wybrzeżu najszybsze połączenie w kierunku na Christchurch i dalej, ale po trzęsieniu ruch tam był wciąż ograniczony.

Czytałem też ostrzeżenia drogowe: że na trasach alternatywnych mogą być korki, że będzie duży ruch, że ciężarówki itp. A tak dla jasności – w sumie to jest taki kawałek (za Kawatiri - przez następne 45 km) gdzie droga „alternatywna” jest JEDYNYM połączeniem lądowym pomiędzy północną częścią wyspy a południem.

No dobra – nie będę nikogo dłużej trzymał w napięciu – jedziemy kompletnie pustą drogą.

Na całej trasie widzimy może ze 4 auta. W międzyczasie zapada zmrok, ale to nawet dobrze – po światłach widać czy coś jedzie z przeciwka (a raczej – czy nie jedzie!) nawet lepiej niż za dnia.

Całą drogę „robię” w 3,5 godziny. Strachy na lachy