Ładuję...

kolumber.pl


Wyprawa na północ 2018-04-28

Po powrocie do Addis Abeby zatrzymaliśmy się w innym hotelu położonym bliżej lotniska a jednocześnie chyba w lepszej części miasta. Na odpoczynek nie mieliśmy zbyt dużo czasu, bo o 5 rano następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko aby polecieć do Bahir Dar. 40-minutowy lot zaoszczędził nam 7 godzin, w przypadku podróży samochodem.

 

Bahir Dar jest położone nad jeziorem Tana, największym jeziorem w Etiopii.  W okolicy jest szereg starych kościołów, których największą wartością i atrakcją są ich wnętrza wypełnione kolorowymi polichromiami. Najczęściej powtarzającym się motywem jest walka św. Jerzego ze smokiem, ale nie brakuje też innych motywów ze Starego i Nowego Testamentu. My wybraliśmy 2 kościoły Azuwa Maryam i Ura Kidane Mehret do których najłatwiejszy jest dostęp od strony wody, więc popłynęliśmy tam łodzią. Niepozorne z zewnątrz kościoły faktycznie kryły w swych wnętrzach prawdziwe arcydzieła. 

 

Drugą atrakcją okolic Bahir Dar są kaskady Błękitnego Nilu, którego źródłem jest właśnie jezioro Tana. Nil Błękitny łączy się w okolicach Chartumu z Nilem Białym tworząc najdłuższą rzekę świata. Dotarcie do wodospadów jest dość mozolne. Najpierw dwugodzinna jazda wertepami, na których miejscami nasz samochód szorował brzuchem po podłożu, następnie "spacer" przez wioskę w asyście pokaźnej gromady brudnych dzieci, po kilku minutach doszliśmy do Nilu, który musieliśmy przepłynąć na drugi brzeg dychawiczną motorówką, teraz jeszcze kilkanaście minut marszu i naszym oczom ukazały się pokaźne wodospady. Niestety dały o sobie znać resztki pory deszczowej i na niebie pojawiły się ołowiane chmury i na dodatek złego parę błyskawic przeszyło niebo ostrzegając, że to nie będą żarty. Po kilku minutach zaczęliśmy się więc szybko ewakuować z powrotem do samochodu. Ufff! To był długi dzień.

 

Zarówno na południu jak i na północy nasze szlaki kilkukrotnie przecinały się z naszymi rodakami. Najpierw była to 10-osobowa grupa agentów biur podróży z różnych miast w Polsce robiących rozpoznanie bazy turystycznej w Etiopii. W Konso (też południe) spotkaliśmy 2 pary przemierzające ekspresowo Etiopię. Natomiast w Bahir Dar zjedliśmy kolację w towarzystwie 2 młodych Polaków, z których jeden urodził się i mieszkał w Polsce, a drugi w Stanach. Wszystkie spotkania były bardzo sympatyczne i żałowaliśmy, że nie trwały dłużej.

 

Nasz następny przystanek to Gonder, dokąd pojechaliśmy samochodem. Krajobraz wyraźnie się zmienił na górzysty. Droga coraz częściej wije się serpentynami w górach, ale dziwić się temu nie należy, bowiem Gonder jakby nie było leży na wysokości 2600 m.n.p.m. Miasto znane jest z Kompleksu Królewskiego oraz z kościoła Debre Berhan Selassie z pięknymi polichromiami. 

 

Gonder leży u podnóża Gór Simien. 3-godzinna jazda samochodem nam się nie dłużyła, bo za oknami przesuwały się piękne krajobrazy. Po drodze zabraliśmy przewodnika oraz scouta z karabinem pamiętającym pewnie jeszcze oblężenie Stalingradu. Zastanawialiśmy się po co nam uzbrojony ochroniarz, ale przewodnik wytłumaczył nam z grubsza, że taki jest po prostu przepis i chyba rząd stara się tutejszym rolnikom zapewnić jakąś pracę po tym jak zostali usunięci z terenu parku narodowego, jakim stały się Góry Simien. Zastanawialiśmy się czy powinniśmy mieć nadzieję, że scout umie zrobić w razie czego odpowiedni użytek ze swojej broni, czy też raczej mieć nadzieję, że nie potrafi...

 

Góry Simien to drugie co do wysokości pasmo górskie w Afryce, ponadto leży tu najwyższy szczyt Etiopii. Wiele osób przybywa tu na wielodniowe górskie eskapady. My zadowoliliśmy się jedynie dwoma kilkugodzinnymi wycieczkami połączonymi z podjazdami samochodem do ciekawszych miejsc. Jednym z nich jest niewątpliwie wodospad Jinbar - trzeci co do wysokości wodospad Afryki, którego spadek wynosi 500 metrów. Wodospad jest pięknie położony a dostęp do niego jest dość dziki. Oprócz oczywistych pięknych widoków Simien są również ojczyzną kilku endemicznych gatunków zwierząt, których najpopularniejszym przedstawicielem są małpy gelada. Gelady to jedyne małpy na świecie, które żywią się trawą. Ten osobliwy gatunek, choć z wyglądu przypomina pawiany, to de facto jednak znacznie się od nich różni stylem życia. Gelady żyją na wysokości powyżej 3000 m.n.p.m. i choć po drzewach chodzić nie umieją, to skaczą po urwistych skałach nad przepaściami ze zwinnością większą niż górskie kozice. Na noc przenoszą się na te niedostępne skały, gdzie czują się bezpieczne. Nasze spotkania z geladami należały do najmilszych wrażeń z Gór Simien. W górach zatrzymaliśmy się na noc w schronisku, które według reklamy było najwyżej położonym ośrodkiem w Afryce - leżało na wysokości 3260 m.n.p.m.

 

Wracamy do Gonder i następnego dnia rano lecimy do Lalibeli. Miasto jest znane przede wszystkim z wyciętych w skale kościołów z przełomu XII i XIII wieku. Jest ich łącznie 11. 6 należy do tzw. grupy północno-zachodniej, 4 do grupy południowo-wschodniej i jeden "niezrzeszony" - najpiękniejszy ze wszystkich, kościół św. Jerzego, patrona Etiopii. Na porę zwiedzania tego kościoła wybieramy dzień 2.XI. dzień patrona kościoła, gdy odbywają się tu uroczyste nabożeństwa poświęcone św. Jerzemu. Jedziemy tam o 7 rano i wkrótce mieszamy się z tłumem wiernych, którzy nieprzerwanie wchodzą i wychodzą z kościoła. Wrażenie i przeżycie wspaniałe choć niełatwe fizycznie. Należy zejść 12 metrów wąskimi wykutymi przed wiekami korytarzami, następnie na dole w tłumie zdjąć buty i dalej przepychać się do środka. W jednej z sal trwają nabożne śpiewy księży przy akompaniamencie bębnów i rytualnych etiopskich dzwoneczków. Ten chór wciąż mi dźwięczy w uszach! Wspaniałe!! W innej sali kapłan posypuje wiernych popiołem. Obok kościoła na dole inny polewa wiernych wodą ze świętego źródła. Jego woda ma przynieść zdrowie a kobietom dodatkowo płodność. Po godzinie wychodzimy na powierzchnię i jeszcze przez dobrą chwilę z góry obserwujemy trwającą non stop uroczystość. Ufff! Teraz czas wrócić do hotelu na śniadanie.

 

Wycięte w skałach kościoły to specjalność Lalibeli i jednocześnie jeden z unikatów światowego formatu. Na tym jednak nie kończą się atrakcje miasta i jego okolic, ponieważ 42 kilometry od Lalibeli jest sporej wielkości klasztor wybudowany wewnątrz wielkiej jaskini. Dojazd jak na warunki etiopskie jest dość dobry a ponadto bardzo widokowy. Obok zabudowań klasztornych, również wewnątrz jaskini znajduje się cmentarz, na którym leżą zwłoki setek pielgrzymów. Ponieważ w Etiopii historia, fakty i rzeczywistość miesza się na każdym kroku z legendami i baśniami, to wiele rzeczy ciężko jest ustalić. Pochodzenie a nawet ilość leżących tu na widoku szkieletów jest też niejasna. Ich wiek według zgodnie powszechnym przekonaniem wynosi 1000 lat, świetny stan przypisuje się temu, że ludzie ci, najprawdopodobniej pielgrzymi, którzy przybyli tu z Aleksandrii w Egipcie, żywili się czymś, co spowodowało naturalną konserwację ich ciał po śmierci. Jakby nie patrzyć na zawiłą historię tego miejsca, to niewątpliwie ten osobliwy cmentarz robi niezapomniane wrażenie.

 

Najstarszym miastem Etiopii i jej pierwszą stolicą jest Aksum, dokąd lecimy kolejny raz samolotem. Lot trwa tylko 25 minut, ale znowu zaoszczędza nam sporo czasu i energii. Na miasto należy popatrzyć bardziej na to czym było kiedyś niż czym jest dziś. Chociaż data założenia miasta ginie w mroku legendy, to według historyków datę tę przyjmuje się na I w.n.e. Niewiele się do dziś zachowało z tamtych odległych czasów. Do tych nielicznych obiektów zaliczają się obeliski i kamienne grobowce. W grobowcach można zobaczyć 2 kamienne monolity w kształcie trumny. Gdy uderzy się w nie kamieniem, to jeden z głazów wydaje głuchy dźwięk podczas gdy drugi poniekąd metaliczny - tak jakby w środku był pusty. Ponoć naukowcy sprawdzili go na różne strony i analiza wykazała, że wewnątrz są ludzkie szczątki, ale jak się tam znalazły pozostaje tajemnicą. 

 

Każdy przeciętny Etiopczyk wie, że w Aksum od wieków znajduje się Arka Przymierza. Jest ona złożona w kaplicy obok kościoła św. Marii Zion. Wokół kaplicy są zasieki z drutu kolczastego, do którego nikomu nie wolno się nawet zbliżyć, a kobietom nawet nie wolno zobaczyć samych zasieków. Wewnątrz kaplicy Arki pilnuje zakonnik, któremu nawet nie wolno spojrzeć na Arkę. To nasuwa pytanie, czy ta Arka na pewno tam jest, ale choć dla nas to pytanie jest dość oczywiste, to jednak nie ważyliśmy się go nikomu zadać. Ponoć ostatnią osobą, która Arkę widziała na własne oczy był Indiana Jones, ale do tej pory nie zdradził tajemnicy jej istnienia ani wyglądu...

 

Do Mekele też lecimy samolotem. Prosto z lotniska jedziemy do Tigrey, regionu sławnego z kościołów wykutych w skałach często w niedostępnych miejscach. Do Geralty dojeżdżamy już po zmroku, ale gdy już nastawiamy się na miły odpoczynek w pięknie położonym ośrodku, to na miejscu okazuje się, że na skutek błędów w komunikacji między naszą agencją a ośrodkiem, na dzisiejszą noc nie ma dla nas miejsca. Musimy szukać szczęścia w położonym kilkanaście kilometrów stąd miasteczku. Jesteśmy głodni i zmęczeni, ale nie ma rady, wyruszamy w drogę. Hotelik nie najwyższej klasy, ale już spaliśmy w gorszych… 

 

Ciekawym zbiegiem okoliczności nasze podróżnicze losy kilkukrotnie zbiegają się z różnymi turystami z Hiszpanii i to akurat gdy głośna stała się sprawa referendum w Katalonii, która opowiedziała się za oderwaniem od reszty Hiszpanii. We wspomnianym hoteliku mieliśmy możliwość wysłuchania racji z pierwszej ręki od pary Katalończyków, którzy argumentowali chęć oderwania się względami ekonomicznymi oraz korupcją władz w Madrycie. Dzień później spędziliśmy na rozmowie z parą miłych Hiszpanek, z których jedna była Baskijką a druga pochodziła z Madrytu. Obie rozumiały argumenty Katalonii, ale opowiadały się mocna za jednością całego kraju. Ciekawe było wysłuchać obu stron.

 

Zwiedzanie kościołów w Tigrey to sprawa wcale niełatwa. Niestety te najpiękniejsze są położone w miejscach nie tylko niedostępnych ale wręcz niebezpiecznych w zdobywaniu. Karkołomne wspinaczki po skałach nad przepaściami na dodatek na bosaka okazały się dla nas wystarczającym argumentem aby zapoznać się z tymi “łatwymi”. Ostatecznie dotarliśmy do dwóch z łatwym podejściem, ale ich uroda była dość proporcjonalna do łatwości dotarcia do nich. Na szczęście sama trasa była niezwykle malownicza.