Ładuję...

kolumber.pl


Wyprawa na południe 2018-01-22

Po 2-dniowej aklimatyzacji w Addis wyruszamy na południe. Pierwszy odcinek liczy sobie około 500 km. Gdy wreszcie wyjeżdżamy z miasta, droga jest pusta i dość dobra, co jednak nie znaczy, że można jechać szybko i bezpiecznie, bo co kilka kilometrów musimy wymijać stada krów, owiec, kóz i osłów. Po jakimś czasie nauczyliśmy się z łatwością przewidywać zachowanie poszczególnych zwierząt. Wiedzieliśmy już, że idące po lewej stronie stado krów zacznie tuż przed samochodem powoli, leniwie i bardzo dostojnie przechodzić na drugą stronę drogi i jeśli na drodze znajdzie się jakiekolwiek wolne miejsce, gdzie nasz samochód mógłby się przecisnąć, to wiadomo było, że wejdzie tam krowa. Kózki i owieczki płoche wesołe i roztrzepane do ostatniej chwili meczały i beczały by puścić się pędem w sobie tylko znaną stronę. Największy szacunek budziły osiołki, zawsze stateczne i opanowane węsząc śmiertelne niebezpieczeństwo nieruchomo stawały na środku drogi. 

 W drodze do Arba Minch, celu naszej dzisiejszej podróży, zatrzymujemy się przy grobowcach Tiya pochodzących z XII wieku, które są na liście UNESCO. Mało spektakularne, gdzie im tam do San Agustin czy Tierradentro w Kolumbii, ale skoro UNESCO uznało, że warto je wciągnąć na listę światowego dziedzictwa, to cieszymy się, że tam byliśmy.

 Domeną południa Etiopii są ludy prymitywne, które do dnia dzisiejszego prowadzą życie niewiele różniące się od tysięcy lat. Nasz plan początkowo zakładał kontakt z ośmioma plemionami, ale w trakcie podróży postanowiliśmy odpuścić sobie podróż do wiosek plemion Mursi i Karo. Sześć, z którymi kontakt nawiązaliśmy dał nam wystarczające pojęcie o tej części Afryki a muszę przyznać, że była to najczarniejsza Czarna Afryka, jaką do tej pory widzieliśmy i jaką sobie wręcz wyobrażaliśmy.

 W sumie etniczność tych wiosek była poniekąd zakłócona samym faktem, że pojawiają się tu ludzie z zewnątrz, choćby tacy jak my, tym niemniej nasze wrażenie było wystarczająco mocne i zapamiętamy je na długo. O ile wsie i ludzie z plemion Ari, Dorze i Benna nie odbiegały bardzo od podobnych, które wcześniej spotkaliśmy na Madagaskarze, to wieś Desenich była podróżą w czasie i przestrzeni. Najpierw był karkołomny dojazd po wertepach samochodem a następnie musieliśmy się przeprawić przez czerwoną rzekę pirogą wydłubaną z jednego niezbyt równego pnia drzewa. Zanim wsiedliśmy, zastanawiałem się czy aby nie powinienem wcześniej dobrze zabezpieczyć sprzętu fotograficznego na wypadek wywrotki, ale w końcu powierzyłem swój los opatrzności dobrego Mzimu. Desenichowie to lud koczowniczy, więc ich domostwa zmontowane były jeszcze bardziej prowizorycznie niż innych plemion. Pierwsze, co nas uderzyło, to co wpłynęło na wybór akurat takiego półpustynnego terenu gdy w dzień panuje tu żar ponad 40 stopni. 

 Z Hamarami spotkaliśmy się dwukrotnie na targach, na które przybywali ze swoich wiosek. Ich autentyczność była niewątpliwa, gdyż nasza obecność nie była wcześniej zaaranżowana. U Desenichów na przykład zapłaciliśmy kacykowi kilkaset birrów (około $20) za wstęp. 

 Ciekawa była wizyta w wiosce Gamole plemienia Konso. Ludzie jak ludzie, ale sama wieś ponoć datuje się z końca XII wieku. Wieś leży na zboczu wzgórza i ma zabudowę tarasową, takie mini Machu Picchu w Peru. Widok na okolicę stamtąd był równie ciekawy jak i sama wieś. Szkoda tylko, że niepiśmienny lud nie opisał jej dziejów. Wierzę, że byłyby ciekawe.

 Z opisu naszej trasy wynikało, że będziemy przejeżdżali przez kilka parków narodowych, w których można spotkać setki gatunków ptaków i innych zwierząt jak hipopotamy, krokodyle czy zebry. Na to konto zabraliśmy lornetkę i teleobiektyw do aparatu. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna i poza chmarą marabutów i jednym dyżurnym krokodylem i paroma na chwile wynurzającymi się z głębiny jeziora hipciami nic nie widzieliśmy. Ale w końcu nie po to przyjechaliśmy do Etiopii.

 Krajobrazy południa trudno nazwać spektakularnymi, niemniej natrafiliśmy na kilka ciekawych i charakterystycznych miejsc. Do takich niewątpliwie można zaliczyć wielkie kopce termitów w okolicy Jinka, czerwony wąwóz Gesergio znany też pod przydomkiem New York Village przypominający mini Bryce Canyon, oraz ciągnące się przez wiele kilometrów tarasy rolnicze wspierane kamieniami, dość podobne do tych w Peru. Malowniczości dodawały liczne wsie rozsiane na zboczach pagórków czy też na płaskowyżach wśród akacji i innych typowych dla tych stron drzew. W miarę pokonywania kolejnych setek kilometrów zmieniał się styl zabudowań. Od okrągłych plecionych domów do prostokątnych obłożonych gliną. Jedne były kryte słomą, inne liśćmi bananowca, a te najbardziej zamożne blachą. Bez prądu, bez wody, bez kanalizacji. Widok ludzi lub osiołków niosących wodę z rzek lub źródeł towarzyszył nam w czasie całej podróży po Etiopii, niemniej tu na południu był szczególnie popularny.

 Jazda po drogach Etiopii nie należy do najbezpieczniejszych. Pojawiające się często stada zwierząt hodowlanych na drogach to tylko jedna strona medalu. Brak poszanowania dla przepisów, wielka beztroska i niefrasobliwość tutejszych kierowców to niestety drugi główny czynnik stanowiący o niebezpieczeństwie. Podróżując po Etiopii trzeba zawsze myśleć za drugiego. Wielkie ciężarówki leżące w rowach na prostej drodze czy czołowe zderzenie autobusu z ciężarówką jakie widzieliśmy w trakcie podróży po południu są dowodem, że odpowiedzialności jest się o wiele trudniej nauczyć niż kręcić kierownicą i zmieniać biegi. Nasza podróż trwała łącznie 8 dni, w czasie których przejechaliśmy 2000 km. Spędziliśmy 50 godzin w samochodzie.