Ładuję...

kolumber.pl


Ze Smokiem po Abisynii



Pustynia Danakilska 2018-04-29

Nigdy nie zdobyliśmy najwyższego szczytu na żadnym kontynencie, ba, nawet nie weszliśmy na najwyższy wierzchołek w żadnym kraju, ale do tej pory udało nam się zaliczyć 2 największe depresje: Dolinę Śmierci w Ameryce Północnej oraz Morze Martwe - najniżej położone miejsce w Azji i na świecie a teraz przyszło nam pojechać do największej depresji Afryki - leżącej na Pustyni Danakilskiej, która średnio leży na w120 m.p.p.m. Pustynia Danakilska to jednocześnie jedno z najgorętszych miejsc na świecie, zanotowano tu 67C, co jest nieoficjalnym rekordem świata. Ponieważ ostatnie 2 tygodnie spędziliśmy na wyskościach między 2300 a 3400 m.n.p.m, więc różnica wysokości była zasadnicza. Trasa z Mekele, dokąd przylecieliśmy z Aksum wiodła prawie cały czas w dół. Rosła też stale temperatura. Nim docieramy do depresji kierowca włącza klimatyzację, która, na szczęście, rzeczywiście działa. 

 

Pierwszym przystankiem są siarkowe jeziora o bajecznych kolorach. Musimy podejść około kilometra pod górę wśród wulkanicznych skał. Wyczerpująca wędrówka w temperaturze czterdziestu kilku stopni trwa około 20 minut. Ale gdy dochodzimy na miejsce, to nie możemy ochłonąć z wrażenia. Czujemy się jakbyśmy wylądowali na innej planecie. Wracamy zgrzani do samochodu i staramy się ochłonąć w nabierającej powoli rozpędu klimatyzacji w nagrzanym wnętrzu samochodu, bo kierowca wyłączył silnik na czas, gdy nas nie było. Następne wypady z samochodu są już krótsze i nie obejmują długich podejść. Poza tym nasz organizm już się chyba przyzwyczaił trochę do panującego tu upału. 

 

Przemierzamy samochodem rozpaloną pustynię i w drgającym powietrzu możemy zaobserwować zjawiska fatamorgany gdy jadące przed nami samochody jakby unosza się w powietrzu. Nieopodal stawów siarkowych jest pokaźny staw z wodą z solami potasowymi. Efekt wizualny jest osobliwy, bo na ciemnoniebieskiej powierzchni wody wypływa fontanna o żółtym zabarwieniu. Jedziemy dalej i zatrzymujemy się przy dziurze w nieskazitelnie białym podłożu solnym, w której jest szmaragdowo zielona woda. Wkładam rękę, woda jest wręcz gorąca - ma chyba ponad 50C. Podłoże ponoć zapadło się miesiąc wcześniej. Zaczynamy się w związku z tym czuć nieco niepewnie, bo co się stanie jeśli cienka skorupa soli nagle zapadnie się pod samochodem…

 

Tym czym dla Polski jest Wieliczka, tym dla Etiopii jest Danakil. O ile historia kopalni soli w Wieliczce jest w dużym stopniu udokumentowana, to historia wydobycia soli na Pustyni Danakilskiej miesza się z legendą i prawdopodobnie nikt dziś nie potrafi dokładnie wskazać od jak dawna plemię Afarów wydobywa stąd sól. A lud, to trzeba przyznać twardy i niezłomny, bo zamieszkuje i pracuje w pocie czoła w jednym z najgorętszych miejsc na świecie. Bardzo prymitywnymi sposobami, tak jak przed tysięcem lat, wycinają z podłoża tafle soli po czym ładują je na wielbłądy i kilometrami transportują do cywilizacji, zresztą też względnej. A zamieszkują teren, gdzie średnia temperatura całoroczna wynosi 35 stopni C! Praca w takich warunkach jest wręcz nieludzka, bo w dzień w pełnym słońcu jest grubo ponad 40 C. Tu nawet leżenie brzuchem do góry jest wyczerpujące.

 

Chociaż w Etiopii będziemy jeszcze 3 dni, to w zasadzie zwiedzanie tego kraju kończymy wyjeżdżając z Danakil. Wieczorem docieramy do Mekele, gdzie dochodzimy do siebie jeszcze cały następny dzień. Wracamy do Addis Abeby. Odbieramy wcześniej zakupiony zabytkowo wyglądający taboret, który musimy zapakować na drogę. Chcemy również kupić widokówki i wysłać je w świat. Po porze deszczowej już nie ma śladu. Na niebie ani jednej chmurki i słoneczko grzeje ostro mimo, że jesteśmy na wysokości 2300 m.n.p.m. Okazuje się jednak, że znalezienie odpowiedniego pudełka w stolicy Etiopii wcale nie jest takie łatwe. Ostatecznie dzięki dobremu rozeznaniu Gashaw’a udaje nam się jakiś używany karton kupić u ulicznego sprzedawcy. Pozostaje jeszcze sprawa widokówek. W sklepach z pamiątkami pokazują nam jakieś kartki pamiętające jeszcze czasy Haile Selassie lub obrazki z Matką Boską. Jedziemy więc na pocztę główną, gdzie tak czy owak musimy kupić znaczki. Nim wchodzimy do budynku musimy się poddać 2 razy kontroli tak, jak na lotnisku. Znaczki są, ale widokówek brak. Wpadamy na pomysł aby pojechać do Sheratonu, najdroższego hotelu w Addis (i chyba w całej Etiopii), zakładając, że jeżeli gdziekolwiek w tym kraju coś takiego będzie, to właśnie tu. Rzeczywistość jednak nieco przerosła nasze oczekiwania. Były jedynie kartki  o treści religijnej, ale, że były na tyle dobrej jakości - papier sztywniejszy od gazety i było na nich coś widać, więc postanowiliśmy kilka nabyć aby napisać symboliczne pozdrowienia do najbliższych. Pisząc te słowa wiem, że nasze pozdrowienia jeszcze do nikogo nie dotarły, więc nasi drodzy przyjaciele i nieznajomi jeżeli doczytaliście do tego miejsca, bądźcie wszyscy serdecznie pozdrowieni