Ładuję...

kolumber.pl


Algieria - podróż w konwoju....



eskortowy obłęd.... 2016-11-24

to był nasz ostatni dzień w Algierii i nasze kontakty z żandarmerią osiągnęły chyba stan obłędu, to był chyba cud, że w ogól dojechaliśmy na prom zanim odpłynął, ale po kolei....  

Jak możecie się domyślić znowu wstaliśmy rano. Janusz zrobił na śniadanie jajecznicę, porcje wyszły tak olbrzymie, nie wszyscy dali radę je zjeść. Janusz powiedział wtedy: jedzcie, jedzcie, bo nie wiadomo kiedy będzie następny posiłek. I jak się później okazało miał rację. W wyniku wszystkich emocji i przygód, w ciągu dnia przetrącaliśmy tylko suche bagietki. Wieczorem nikt nie miał siły zjeść czegokolwiek.

Ale wracając do poranka, po śniadaniu poszliśmy na miasto coś tam jeszcze pozwiedzać. Ja z Renatą zrezygnowałam ze zwiedzania, i postanowiłyśmy zrobić jakieś drobne zakupy, bo nie wiedziałyśmy, czy w Oranie będzie na to czas a zostało nam w sumie trochę pieniędzy.

O 10 wyruszyliśmy w drogę do Oranu. Do przejechania mieliśmy 300 km, a o 20 odpływał nasz prom. Jeżeli myślicie, że tyle czasu na przejazd 300 km, to „pikuś”, to się mylicie, nie w Algierii, gdzie jak już pisałam obowiązuje jednostka czasowa „jak Allach da”, i tego dnia doświadczyliśmy tego najbardziej.

Jechaliśmy sobie, wzdłuż morza, drogą piękną widokowo. W kilku kolejnych miasteczkach policja oczywiście zatrzymywała nas do kontroli, przeglądała nasze paszporty, dzwoniła nie wiadomo do kogo, ale w końcu pozwalali nam jechać. Około południa, przy jednym z posterunków powiedzieliśmy jakiemuś żołnierzowi, że się spieszymy, bo o 20 mamy prom, ten z uśmiechem na twarzy stwierdził, że mamy jeszcze dużo czasu.

I tak jechaliśmy sobie w zastraszającym tempie, bo po 3 godzinach jazdy mieliśmy przejechane całe 30 km. Na kolejnym posterunku, gdy czas oczekiwania na ich formalności (kolejne kserowanie naszych paszportów) ciągnął się w nieskończoność, Mietek wkurzył się, wziął nasze bilety na prom, poszedł do komendanta i zdeterminowany tłumaczył mu, że my jedziemy do Oranu, mamy bilety na prom na 20 i w takim tempie to my tam nie dojedziemy, gdyż jesteśmy ciągle zatrzymywani na wszystkich możliwych posterunkach. Komendant chyba zaskoczył o co nam chodzi dosyć szybko zorganizował nam konwój i z odpowiednimi rozkazami pojechaliśmy. Naszym pierwszym celem był też wjazd do autostradę.

Średnio każdy konwój prowadził nas ok. 50 km. Po czym kończył się rejon ich działania i przekazywali nas następnej ekipie. Początkowo szło to dość sprawnie i kolejne konwoje czekały na nas w umówionych punktach. Trochę posunęliśmy się do przodu, ale  nasze szczęście nie trwało długo.

Zmieniło się chyba ichnie „województwo”, a oni nie współpracują ze sobą i kolejna ekipa zawiozła nas na posterunek, gdzie znowu nikt nic nie wiedział i wszystkie jasełka zaczęły się od nowa. Niestety szeregowi pracownicy nie byli na tyle bystrzy, żeby zrozumieć, że nam się kończy nie tylko czas  ale i wiza.

Byliśmy 70 km od Oranu, jechaliśmy z dosyć bystrą eskortą, na motorach, ale wiedzieliśmy, że to za daleko aby dojechali z nami do portu. I tak było, jakieś 30 km przed Oranem zjechaliśmy z autostrady do kolejnego komisariatu. Prom miał odpłynąć za godzinę, nasze emocje sięgały zenitu, liczyliśmy jeszcze na to, że tym razem prom też odpłynie z opóźnieniem.

Tutaj pomału traciliśmy chyba wiarę w to, że się uda, bo zaczęliśmy dyskutować, co zrobimy jak nie zdążymy dojechać. Następny prom tej linii dopiero za tydzień, musielibyśmy podjechać do innego miasta i tam szukać połączenia na następny dzień.

Mietek po raz kolejny tłumaczył kolejnemu żandarmowi,  że my nie mamy czasu na te wszystkie formalności. I znowu trafił się myślący oficer, dał nam eskortę i na sygnale wyruszyliśmy w drogę, dobrze, że to był wieczór i miasto nie było zakorkowane. Coraz bardziej baliśmy się, że gdy dojedziemy do portu, to będziemy mogli pomachać promowi na dowidzenia.

Gdy dojechaliśmy do portu zobaczyliśmy, że nasz prom jeszcze stoi a na odprawę czekało jeszcze  kilka samochodów. To obudziło w nas nadzieję, że jednak zdążymy.

Żandarmeria wjechała z nami na nabrzeże, szybko pomogli załatwić formalności (biura były już zamknięte). Gdy zaczęliśmy wypełniać karty pokładowe wiedzieliśmy, że prom bez nas nie odpłynie.

Uffff…. Wszystkim poprawiły się humory.

Szybko przechodzimy odprawę paszportową i celną i jako ostatni samochód wjeżdżamy na prom.

Na odprawie paszportowej miłe spotkanie z pracownikiem, który pamiętał nas jak przypływaliśmy do Oranu i uśmiechnięty,  od razu z daleka pytał nas jak nam się podobało w Djanet i na Saharze. Jak możecie przeczytać na początku relacji, to właśnie jemu wmawialiśmy, że my  nie jedziemy do żadnego Djanet…

Wszyscy byli bardzo zmęczeni emocjami i nerwami ale szczęśliwi, że się udało. Wjechaliśmy na pokład kilka minut po 20, prom miał oczywiście 1,5 godziny opóźnienia i wypłynął o 21:30.

 

25XI piątek

Kiepsko spałam, zmęczenie dawało o sobie znać. Nawet nie miałam ochoty na śniadanie.

Około 10:20 przeszliśmy odprawę i mogliśmy jechać dalej.

Piotr sprawdził licznik – z Wrocławia przejechaliśmy 8500 km. do domu zostało nam 2500 km.

Wyruszyliśmy drogą w kierunku Barcelony

26XI sobota

Jedziemy, jedziemy, jedziemy…

27XI niedziela

Ok. 10 dojeżdżamy do Wrocławia, przesiadamy się z Renatą do naszego samochodu i jedziemy do Poznania.

Jakby było mało przygód, pod domem odkrywam, że moja walizka z bagażem została  w Pitonie… czyli naszym aucie….. 

 

Podsumowując:

- pomimo tych wszystkich przygód z żandarmerią Algieria bardzo mi się podobała. Był to mój pierwszy wyjazd do kraju afrykańskiego,  najbardziej obawiałam się  wysokich temperatur i tego jak ja to zniosę bo nie lubię upałów. Ale nie było tak źle, temperatury, nawet wysokie, były inaczej odczuwalne niż u nas, zapewne za sprawą innego klimatu. No i był to listopad.

- największe wrażenie zrobiła na mnie Sahara, którą wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Jest tak wielka, tak piękna i tak zróżnicowana, że nie sposób jej sobie wyobrazić, najlepiej ją zobaczyć.

Zawsze wydawało mi się, sądząc ze zdjęć w mediach, że taka Sahara to wielka piaskownica, z malowniczymi wydmami, między którymi wiją się drogi i łażą wielbłądy. Aż tu nagle zaskoczka - wydm i piachu niewiele. Gdy jechaliśmy przez 2 dni podziwiałam tylko skały i skały, jakby wielka  płyta poprzecinana gdzieniegdzie uskokami tektonicznymi, wydm niewiele. Byłam naprawdę pod wrażeniem, nawet nie czułam znudzenia tym krajobrazem, wręcz przeciwnie nie mogłam się napatrzyć.

Gdy po powrocie pytałam kilku znajomych jak sobie wyobrażają Saharę, to podobnie jak ja – mówią  że to jest wielka piaskownica. Gdy im opowiadam jak jest naprawdę to też są zaskoczeni.

- Algierczycy – wszędzie sympatyczni, zawsze uśmiechnięci, chętni do pomocy, chociaż kobiety bardziej skryte, mniej spontaniczne niż panowie. Zresztą jest ich na ulicach znacznie mniej niż mężczyzn. Rostom powiedział nam, że Algierczycy nie lubią być fotografowani i rzeczywiście tak było.

- ceny – w trakcie relacji podawałam ceny na niektóre produkty np. zupy czy napoje, bo to najczęściej kupowałam. Miałam tak dosyć naszych kanapek i suchego jedzenia, że z przyjemnością zjadałam właśnie zupę. Zresztą do wyboru były jeszcze głównie kurczaki z rożna, bardzo wielkie porcje, dla mnie nie do zjedzenia. Same knajpki wyglądały tak, że nasz Sanepid nie mógłby uwierzyć, że to działa, ja też chwilami dziwiłam się, że tam ludzie nie zatruwają się salmonellą albo innym paskudztwem. Starałam się nie patrzeć jak pracownik przynosił nam takie talerze do stołu, bo widok paluchów zanurzonych w zupie już nie zachęcał do jedzenia.

- bezpieczeństwo – my czuliśmy się bezpiecznie, więc nie potrafię ocenić jak by  było bez opieki naszej eskorty. W pierwszych dniach pobytu widok posterunków, zasieków i worków z piaskiem, żandarmerii i policjantów z karabinami przewieszonymi przez ramię był dla mnie dziwny, czułam się jakbym się przeniosła w środek jakichś działań wojennych, tyle, że nie strzelali.  Mieszkańcy jakoś z tym żyją, więc chyba przywykli i dla nich to normalne. Trochę mi się przypominały nasze ulice w czasach stanu wojennego….

- ogólnie było fajnie, jak mi się coś jeszcze przypomni to dopisze….