Ładuję...

kolumber.pl


Etap 3 cd Dolina Świątyń, Agrigento, Schody Tureck 2013-06-29

Wybrałam się oczywiście do Doliny Świątyń, co tu opowiadać, wiadomo, wrażenie wielkie. Ostatniego dnia tak jak zamierzałam, pojechałam do Porto Empedocle (ale, uwaga - to była niedziela i okazało się, że autobusy z Aragony w czerwcu w niedzielę nie kursują!!! Pietro powiedział, nie ma sprawy, i zawiózł mnie do portu...). Do tego nie było wiadomo, czy prom popłynie, ze względu na dużą falę, decyzja miała być dopiero wieczorem.

Pożegnaliśmy się, spędziłam trzy godziny na Starym Mieście w Agrigento, a potem pojechałam do Realmonte, zobaczyć Schody Tureckie.

Muszę przyznać, że trochę się zawiodłam:

Po pierwsze, wkurzające jest, że miasteczko tak chwalące się posiadaniem takiej atrakcji jak te schody, nie robi nic, żeby ułatwić dostanie się do nich, szczególnie takiemu jak ja wędrowcowi: nie da się tam dojechać, od autobusu jest strasznie daleko, nie ma żadnych drogowskazów. Szłam na oślep, gdzieś tam zleciałam z nasypu, wielokrotnie szłam w stronę morza, myśląc, że to już, i musiałam wracać, bo jeszcze nie. Pod koniec jacyś starsi panowie samochodem zatrzymali się, zapytać mnie o drogę, i pojechaliśmy dalej razem, narawdę jeszcze było daleko. 

Po drugie, samo zejście w dół do plaży i potem do schodów jest tak nieoznaczone, że jakiś czas stałam i kombinowałam, czy to naprawdę tutaj.

Po trzecie, błędem było wybranie się tu w niedzielę. Jak już doszłam do schodów, weszłam w tłum ludzi: spacerujących, leżących, siedzących, czytających ebooki, jedzących i tak dalej. Uwielbiam tłumy ludzi, szczególnie w takich miejscach.

Po trzecie, błędem było wybranie się tam po południu. Owszem, wieczorem może tak, zachód słońca byłby piękny, taki miałam plan, ale ze względu na niepewność co do kwestii rejsu (i w razie odwołania konieczność znalezienia sobie noclegu w porcie) musiałam jednak wrócić do portu trochę wcześniej. A więc szłam w kierunku białych schodów, za którymi biło mi w twarz słońce. Ani patrzeć, ani zdjęcia robić.

Po czwarte w końcu - ten silny wiatr. Szłam do przodu i do góry, a wiatr walił mnie w twarz, obsypywał chmurą piachu i białego pyłu, zwalał z nóg. Idąc po schodach widziałam, że jeśli zejdę za jakby róg, pójdę na drugą stronę, i potem będę wracać, będę miała słońce z tyłu, i oświetli mi pięknie tę biel. Teoretycznie tak, ale żeby tam zejść, trzeba byłoby pójść po wąskim, śliskim, pochyłym wapiennym gruncie. Naprawdę próbowałam, byłabym zleciała w dół. Nie, dziękuję, może innym razem.

Zawróciłam, zeszłam, poszłam sobie. Obraziłam się na te nieprzyjazne schody.

Potem już mi się podobało - szłam wybrzeżem, plażami, boso aż do Porto Empedocle. Wiał wiatr, ale już nie tak mocno, było daleko, ale ładnie...

W Porto dowiedziałam się, że prom płynie, miałam jeszcze wiele czasu, kupiłam sobie pizzę i siadłam na placyku, gdzie zaczęli się zbierać ludzie na passeggiatę. Pięknie ubrani, wystrojeni, dzieci jak na wesele... Widowisko.

Potem prom, miałam coś w rodzaju kuszetki, ale byłam sama w czteroosobowej kajucie. O siódmej rano byłam na Linozie.