Do Stambułu dotarliśmy świetną autostradą koło 6.00 nad ranem. Niestety trochę bolały nas kręgosłupy od naszych mało wygodnych foteli w autokarze z początku lat dziewięćdziesiątych chyba. Po zostawieniu bagażu w hotelowej przechowalni i zjedzeniu śniadania udaliśmy się na programową wycieczkę po mieście. Zakwaterowanie w hotelu miało nastąpić dopiero po godzinie 12.00 więc to był całkiem niezły pomysł. Po Stambule poruszaliśmy się wynajętymi, miejscowymi busami. Osobno Polacy, osobno Rosjanie. Dla nas to była komfortowa sytuacja, bo mieliśmy dużo miejsca w aucie i oczywiście swoją pilotkę.
Wysiedliśmy niedaleko Błękitnego Meczetu, który od razu zrobił na nas wielkie wrażenie. Zwraca uwagę jego sześć minaretów, natomiast sama nazwa „błękitny” wzięła się z kolorystyki wnętrza, które mieliśmy okazję obejrzeć, po wcześniejszym zdjęciu butów i okryciu ramion.
Po drugiej stronie placu z niewielkim parkiem znajduje się Hagia Sofia, którą teraz mogliśmy podziwiać jedynie z daleka. Spacerkiem udaliśmy się do Hipodromu, gdzie znajdują się obeliski Teodozjusza I i Konstantyna VII oraz Kolumna Wężowa. Cesarz Wilhelm ufundował tutaj piękną Fontannę niemiecką z kolorowym, mozaikowym sklepieniem. Nieopodal znajduje się kamień, który ponoć wyznacza koniec, a zarazem początek świata.