Ładuję...

kolumber.pl


Studencka wyprawa stopem na Bliski Wschód, 15.08–30.09.1973



19.08 Ankara, ucieczka piwnicami Starego Miasta

Rano przeprawiamy się promem przez Bosfor. Znów kapitalne widoki i jedziemy autobusem do Ankary. Wieczorem jesteśmy w Ankarze, zaczyna padać, nawet lać! Wreszcie mamy jakieś lokum. Następnego dnia ruszamy w Ankarę. Poszłyśmy też na Stare Miasto, widziałyśmy cytadelę…

Ankara okazała się nowoczesnym, całkiem europejskim miastem. Mieliśmy chyba cały dzień na zwiedzanie, więc razem z moją przyjaciółką Kali, łaziłyśmy z planem po mieście. Znalazłyśmy na planie Old Town, ale jakoś nie udawało nam się w to miejsce dotrzeć...

Kiedy zatrzymałyśmy się na ulicy studiując plan, natychmiast znalazło się przy nas dwu chłopaczków, tak ok. 10-12 lat. Old Town, Old Town, look, look, go, go! Tymi słowy (o ile pamiętam, choć być może mówili po francusku) namawiali, żeby iść za nimi, że oni nas zaprowadzą. Myślałyśmy, że pokażą nam tylko drogę, a potem … głupio się było wycofać, choć bałyśmy się, że oczekują od nas pieniędzy, których nie miałyśmy. Prowadzili nas najpierw ulicami, potem - pokazując palcem, że to już tu, już blisko - skierowali się w dół, my za nimi, weszłyśmy w jakieś korytarze, jakąś piwnicę. Zaczęłyśmy mieć obawy, chciałyśmy się wycofać, ale chłopcy pokazywali - już jesteśmy na miejscu, Old Town, Old Town! I faktycznie, wyszłyśmy na światło dzienne, znalazłyśmy się na tarasie widokowym, skąd widać było stare miasto, cytadelę. 

Chłopcy jeden przez drugiego zaczęli nam objaśniać widoki po francusku (a my nic z tego nie rozumiałyśmy) ... Robiłam zdjęcia (gdzie one dziś są...?) myśląc - jak my stąd wyjdziemy? Na koniec dzieciaki (zrobiło się ich jakoś dużo więcej, a z oddali przyglądali się nam i dużo starsi chłopcy) zaczęły wyraźnie domagać się zapłaty... Zaczęłam grzebać w portmonetce, wiedząc że nic tam nie znajdę... Po prostu, wszystkie moje liry oddałam kierownikowi wyprawy na koszty przejazdu do Syrii... Znalazłam jakieś tureckie grosze i polskie 10 złotych. -Kali, zmywamy się - krzyknęłam do koleżanki i rzuciłam w grupę dzieciaków dziesięciozłotówkę. Ci rzucili się na nią, zrobił się zgiełk, zawirowało a my chodu! - przez te piwnice... Za chwilę dzieciaki narobiły krzyku, widać, zorientowały się, że to nie żadne dolary, zaczęły biec za nami, a co gorsze, za moment wyprzedzili je ich starsi koledzy! Biegłyśmy najszybciej jak tylko potrafiłyśmy, przerażone - jak tu nam się coś stanie, kto w ogóle nas tu znajdzie, kto wie gdzie nas szukać...?

Nie wiem jakim cudem udało nam się uciec. Wydostałyśmy się z piwnicy, chłopcy tam zostali... Jak psy broniące własnego rewiru zatrzymują się, kiedy obcy go opuści... Byłyśmy ocalone, ale ta przygoda to była dla nas wielka nauczka...