Ładuję...

kolumber.pl


Studencka wyprawa stopem na Bliski Wschód, 15.08–30.09.1973



Stambuł, granica kontynentów, całkiem inny świat

W Stambule spędzilismy zaledwie jeden dzień, niestety, tylko tyle. Na dworcu czekał na nas znajomy Ninki i Teresy – Tajlan, bardzo fajny, uczynny i przyjazny chłopak. Dużo nam pomógł. Przede wszystkim był przewodnikiem po mieście. Najpierw zostawiliśmy rzeczy w schronisku młodzieżowym (8 lirów za nocleg), a potem poszliśmy na zwiedzanie meczetów – Hagia Sophia i Błękitnego Meczetu. Pierwszy wyłożony śliczną mozaiką z olbrzymią kopułą i z dwoma minaretami, drugi natomiast utrzymany w błękitnym kolorze, wyłożony dywanami – buty zostawia się oczywiście przed wejściem, na odpowiednich półkach. Miasto jest bardzo kolorowe, kapitalne. Nawet zwykłe bloki mieszkalne są w kilku kolorach! Na ulicy pełno handlarzy, zachwalających na całe gardło swoje towary. Od małego wszyscy handlują, nadskakują, biegają.

Później w takiej piwnicy, jak hipisowskiej, ciemnej, głośnej piliśmy pycha herbatę i jedliśmy arbuza. Przedtem byliśmy jeszcze na bazarze – krytym, olbrzymim, pełnym kolorowych świateł, neonów, reklam, kapitalnych towarów, kupców i naganiaczy, siedzących przed sklepikami. I, ciekawostka – o wszystko można się tam targować! Opuszczają nawet i pół ceny!

Później Bosfor w nocy – bomba! Przeszliśmy sobie mostem pontonowym na drugą stronę miasta, Tajlana i jego kolegę zaprosiliśmy na „party” przy piwku, było bardzo miło. Śpiewaliśmy piosenki, gadaliśmy, zeszło się jeszcze kilku Turków i oni także śpiewali.

Tę odrobinę czasu jaką mieliśmy spędziliśmy chłonąc wszystkimi zmysłami orient - zapachy, smak mocnej i bardzo słodkiej herbaty w małych szklaneczkach, serwowanej na każdym kroku, hałas - ogromny hałas ulicy, klaksonów dźwięczących od świtu do nocy (do dziś dźwięk klaksonu na ulicy kojarzy mi się z tamtym światem), nawoływanie, krzyk, kolory, kolory wszystkiego - nieba, ozdób wszędzie gdzie tylko się da, kolorowych ciężarówek obwieszonych światełkami i ozdóbkami (podczas gdy w ówczesnym świecie PRL wszystko było szare, bure, brzydkie...)

Z kolegą, zwanym Dromaderem wybraliśmy się do suku i podziwialiśmy te wszystkie cuda. Stanęliśmy przed wystawą złotnika, ten natychmiast zaprosił nas do środka, najpierw poczęstował słodką jak ulepek herbatą, a potem zaczął namawiać na kupno obrączek. Bawiła nas ta sytuacja, bo poznaliśmy się zaledwie wczoraj, ale Dromader dla sportu zaczął się targować, podając najbardziej nieprawdopodobnie niską cenę. Zaczęły sie lamenty i oburzenie, podczas gdy my wiedząc, że nawet taka suma była dla nas nieprawdopodobnie wysoka... czuliśmy się bezpiecznie. W końcu pożegnaliśmy się, dziękując za herbatę i skierowaliśmy się do wyjścia, po czym sprzedawca zaczął nas gonić, przystając na podaną przez nas cenę! Teraz już musieliśmy zwiewać, no bo tak się chyba nie robi...

Na suku zafascynowały mnie tkaniny, zwisające z ogromnych bali, kupiłam sobie wyszywaną tunikę, którą mam do dziś (dziś byłaby całkiem w modzie...) i to była chyba jedna z trzech rzeczy jaką kupiłam podczas tej wyprawy... Później nie mogłam odżałować cudnej torby z łatek z wielbłądziej skóry, ale ta była już dla mnie niedostępna... 

Widzę też oczami pamięci ten ogromny obszar, to monumentalne targowisko, i snopy światła przenikającego przez dach, przecinające mrok... 

Na drugi dzień musieliśmy jechać do Ankary. Musieliśmy się spieszyć, niestety, bo na drogę dostaliśmy nasze dolary w bonach do banku syryjskiego, a tylko po 10 dolarów na dotarcie do Syrii. Te 10 dolarów na osobę musiało nam wystarczyć, więc nie mogliśmy przedłużać pobytu w Turcji, gdzie mieliśmy wrócić w końcowym etapie wyprawy.

I z tymi 10 dolarami przypomina mi się taka sytuacja: w Stambule na ulicy podszedł do naszej grupy cinkciarz i zaproponował wymianę, mówił, że daje świetny kurs. Wszyscy odmówiliśmy po kolei, jeden tylko kolega, na którego mówiliśmy Dromader, zainteresował się i został chwilę, potem dogonił nas i powiedział, że nie wymienił bo handlarz nie chciał wymienić tak niedużej sumy. Potem o tym fakcie zapomnieliśmy... Uważny czytelnik znajdzie ciąg dalszy w dalszej opowieści...