Ładuję...

kolumber.pl


Studencka wyprawa stopem na Bliski Wschód, 15.08–30.09.1973



Pędząc do Aleppo, Boy - herbata i winogrona!

Muszę przyznać, że nie pamiętam dokładnie jak wyszliśmy z tej sytuacji. Wydaje mi się, że Krzysiek namówił taksówkarza, który zgodził się nas zawieźć do Aleppo pod bank, gdzie mieliśmy wymienić nasze czeki. Tylko że my nie byliśmy pewni, czy w Aleppo zechcą nam te czeki wymienić, czy nie musimy z tym jechać do Damaszku... Sytuacja była poważna... Do tego zrobiło się późno i ryzykowaliśmy, że przyjedziemy do Aleppo po zamknięciu banku, wydaje mi się, że była to sobota, a więc zostalibyśmy bez pieniędzy do poniedziałku... Ładna perspektywa...

Taksówkarz poganiany obawą spóźnienia się do banku gnał tak, jak to było możliwe, z taką ilością osób i bagaży... Nie bardzo mieliśmy natchnienie do podziwiania widoków - to co widzieliśmy w okolicy granicy, to jakby step, niewiele roślinności, głównie krzaki i kamienie, niewysokie wzgórza. Taka niby pustynia - nie pustynia... 

W końcu dojeżdżamy do Aleppo, pytamy przechodniów o bank, napięcie rośnie. Ktoś mówi, że już zamknięty. Zbiera się wokół nas spory tłum. Ktoś nam pomógł, ale nie pamiętam jak, wydaje mi się, że pracownik banku nam otworzył - no i wybawienie - wymieniono nam nasze czeki, jesteśmy uratowani! 

I tu wydarzyło się coś w co nie potrafiłam uwierzyć... Po wyścigu z czasem postanowiliśmy raz odpocząć w hotelu, dostaliśmy nasze łóżka, zamówiliśmy herbatę i winogrona, po czym - wszyscy padliśmy i nie byliśmy w stanie wstać z łóżek przez wiele godzin, wydaje mi się, że przez dwa dni! Trochę dlatego że pochorowaliśmy się, byliśmy tak zmęczeni że nie mieliśmy siły pójść zjeść poza hotelem, no pewnie te winogrona, ale może też zmiana czasu tak na nas podziałała... leżeliśmy w betach i wołaliśmy - boy, jeszcze raz herbata i winogrona!

Ja, która w podróży żałuję czasu na odpoczynek, jedzenie, sen, razem z nimi straciłam te dwa dni w dusznym hotelu! Jakby mi ktoś powiedział wcześniej że to możliwe, nie uwierzyłabym... A takimi słowami Kali opisuje tę naszą aklimatyzacyjną depresję: 23 sierpnia, jesteśmy nadal w Aleppo. Jest straszny upał, Człowiek jest niesamowicie tym wykończony. Nic nie chce się robić. Nawet leżąc bez ruchu jest cały spocony i naprawdę nie ma na nic ochoty. Jemy więc winogrona i pijemy soki…

Po tych dwu dniach nagle wróciły nam siły, zaczęliśmy oglądać ten nowy orientalny świat, przyglądać się ludziom...