Podróż Na wysokiej połoninie... I trochę niżej też:-) - Piątek



W planie zajęć na ten dzień było wyjście na Połoninę Wetlińską. Poranek był mglisty i pochmurny, ale padać konkretnie zaczęło dopiero gdy wysiedliśmy z busa podwożącego nas do Wetliny:-)

Przy przekraczaniu granicy Parku Narodowego przestało padać. Zaczęło permanentnie lać! Strumienie wody pod nogami, błocko czające się w każdym zagłębieniu terenu, śliskie kamienie i korzenie, no i masa wody spadająca z góry. Forsowny marsz pod górę w takich warunkach, dla maniaków obciążonych dodatkowo kilogramami fotograficznego żelastwa, jest wyczynem dość ekstremalnym. Ale twardym trzeba być:-)

Mniej więcej w połowie poziomu lasu deszcz ustał. Można było wyjąć aparat z przemokniętego plecaka. Było mglisto i wilgotno.

Na połoninie wiało całkiem mocno. Była szansa na lekkie wysuszenie zmoczonych ubrań. Chwila ta nie trwała jednak zbyt długo. Kiedy mgła lekko ustąpiła i z Osadzkiego Wierchu zobaczyliśmy zarys schroniska Chatka Puchatka, nadciągnęła nawałnica, podczas której deszcz padał poziomo! Wszyscy mający nadzieję na zejście w dół we w miarę sprzyjającej pogodzie porzucili ją w tym momencie bezpowrotnie. Miałem ze sobą lekki składany parasol, który z założenia miał chronić aparat na statywie podczas ewentualnej drobnej mżawki. Próbowałem go użyć do częściowej ochrony przed tym zacinającym wściekle deszczem, ale w ułamku senkundy po rozłożeniu zmienił formę na bliżej nieokreśloną plątaninę drucików i zmiętej szmaty:-)

Po herbatce w schronisku podążyliśmy najkrótszą drogą w dół, pokonując płynącą tu i ówdzie rzeczkę błota.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy Pana Zdzisława Pękalskiego - demonicznego artystę żyjącego od lat w gęłbokiej symbiozie z bieszczadzką naturą. Szalona wyobraźnia tego pana połączona z nietrywialnymi zdolnościami aktorskimi i nietuzinkową osobowością robią duże wrażenie. Kto go jeszcze nie spotkał niech żałuje:-) 

Wieczór na suszenie aparatu i przemoczonych butów.