Ajax Loader Ładuję ...

13 +
2009-12-07 - 2010-01-08

Podróż Sierra Leone

Opisywane miejsca: Warszawa, Sierra Leone, Freetown, Gloucester, Makeni, Kamakwie, Koidu, Bo (4188 km)
Typ: Blog z podróży

 

Tak, wiem co myślicie – krwawe diamenty, dziecięce armie i amputowane kończyny. A do tego jeden z najniższych wskaźników rozwoju (HDI) na świecie. Szczątkowe doniesienia koncentrują się na problemie z dostępem do wody pitnej i braku elektryczności, z którym wciąż mierzy się Freetown.

Przygoda gwarantowana. Chyba się nie rozczaruję, co?

Trzymam w ręku paszport ze świeżutką wizą, która właśnie przyleciała z Brukseli. Zatem oficjalnie za 4 dni wyruszam na poszukiwania ducha Sierra Leone. Będę przeciskać się przez tłumy na rynku, uciekać przez pędzącymi samochodami na głównej ulicy, zakasam rękawy i spędzę kilka tygodni osieroconymi w skutek wojny dziećmi, spędzę noc na plaży i w buszu, potułam się stopem po interiorze – wszystko aby dowiedzieć się, ile jest prawdy w trwożących opowieściach o Sierra Leone i czemu o rosnącym w samym środku stolicy gigantycznym hibiskusie mówi się “drzewo bawełniane” (Cotton Tree).

 

psst, więcej o podróży na www.gdziejestalicja.pl 

  • Cotton tree2

po trzesacym locie z Polski i nocy na lotnisku w Brukseli – jestesmy w Lungi. Wybieranie lokalizacji w kolumberze nie dziala, wiec nie podaję - bo ciagle pisze, ze nie ma takiego miejsca.

Juz ladujac zrozumialysmy co znaczy brak pradu – w gwinei widac bylo jeszcze rozswietlone miasta, a sierra leone czarne jak… no, sami wiecie 

Lotnisko we freetown przywitalo nas goracem i wilgocia, tlokiem na lotnisku i prawdziwa wojna o bagaze. Wyobrazcie sobie 300 pasazerow airbusa 330 – kazdy z 5cioma walizkami (limit wagi bagazu do afryki to 50kg) i malenka karuzele. Wojna! Ludzie rzucaja bagazami gdzie i w kogo popadnie, krzycza i przepychaja sie. Zdobywszy bagaze, udalysmy sie na spacer.

znalazlysmy niewielki ale przyjemny barek, gdzie napilysmy sie zimnej coli i obsserwowalysmy jaszczurke na scianie, sluchajac swierszczy i ’single ladies’ beyonce. zycie wydaje sie budzic noca w lungi.

dzis rano obudzilysmy sie i dostrzeglysmy fantastyczna ilosc palm i ptactwa w okolicy. na sniadanie pochlonelysmy nam melona,  zielone pomarancze i chleb bananowy  za chwile ruszamy do stolicy.

komarow brak, zaczynam podejrzewac, ze ta cala malaria to sciema, zeby nakrecic galaz przemyslu farmaceutycznego i zapewnic rynek zbytu producentom repelentow.

usciski!

ps. probowalam wgrac filmik ale trwa to strasznie dlugo a my musimy leciec, wiec zrobie to kiedy indziej. tym czasem na oslode zdjecia:-)

  • Sierra leone 15 12 2009 008
  • Sierra leone  gloucester village 20 12 2009 012
  • Sierra leone 12 12 2009 045

11 minut – tyle potrzeba klikowi aby przelecial z Sierra Leone do Stanów i wrocil ze strona startowa wordpressa - mojego drugiego pamiętniczka - na plecach. No cóż, nie przyjechałam tu surfować po sieci. Zreszta, wszystko wydaje sie tu plynac w afrykanskim tempie – umowienie sie na dziesiata, oznacza, ze Afrykańczyk przyjdzie o dwunastej, albo czternastej, albo szesnastej, albo nie przyjdzie wcale. Przestalysmy sie wiec przejmowac spozniajacymi ludzmi, ktorzy z tej, czy innej potrzeby chcieli sie z nami spotkac, z zasady czekamy 30 minut i ruszamy dalej, zgodnie z naszymi planami.

Od soboty mieszkamy w malutkim moteliku w Kissy, jednej z biedniejszych i slumso-podobnych (ale nie tak slumsowych jak np. Kroo Bay) dzielnic Freetown. Niektorzy twierdza, ze jestesmy szalone, ale dzieki temu mozemy na prawde dobrze obserwowac powolne zycie mieszkancow stolicy. Nie byloby to mozliwe z okien odpicowanych na sztorc 5-cio gwiazdkowych  hoteli w Lumley - przy plaży na zachodzie miasta.

Pierwsze dni byly dla nas na prawde trudne. Wszechobecny scisk, ludzie, ktorzy witali sie z nami i dotykali nas na kazdym (mam na mysli KAZDYM) kroku poczatkowo strasznie mnie irytowali, ale teraz przyzwyczaili sie do naszej obecnosci i sa po prostu sympatyczni – moze poza jednym czlowiekiem, ktory bezczelnie ukradl mi telefon w taksowce, a pozniej ja ukradlam go jemu, robiac chyba wiecej pisku (nie wiem, dlaczego tak jest, ale nauczylam sie juz, ze wysokie tony daja ogromna przewage w negocjacjach cenowych i sytuacjach konfliktowych) i wrzasku niz byl tego wart.
Ulice Kissy pelne sa hałd smieci, wszedzie leży duzo martwych psow. Wiecznie płonace wysypiska smieci upstrzone sa grupkami dzieci, szukajacymi rozrywki.

Noce sa natomiast ciemne i glosne. Wieczorny chlod przynosi ulge, ludzie wychodza na ulice, a te zamieniaja sie w gwarne kina, puby sportowe i miejsca rokwitu zycia towarzyskiego. We Freetown ciagle nie ma stalego dostepu do pradu ani sprawnej sieci energetycznej ale nasz bardzo uprzejmy wlasciciel hotelu wlacza nam na noc generator pradu, do ktorego podlaczony jest wiatrak, umozliwiajacy drobny ruch powietrza i podladowanie telefonow na korytarzu (jedyny kontakt w pokoju niestety nie dziala). O, i ciekawostka: czy wiecie, ze w tak upalnym miejscu, jak SL, wszystkie prysznice i krany maja lodowato zimna wode? 

Sobote spedzilysmy przeciskajac sie przez targ, w niedziele lapalysmy slonce spacerujac po calkiem ladnej plazy (Lumley beach), ale wierze, ze stac Sierra Leone na wiecej - przynajmniej tak twierdzi nasz przewodnik. W przyplywie instynktu poznawczego, zarzucilysmy wegańska diete na rzecz swiezo wylowionych krewetek.

Jesli chodzi o jedzenie, to w zasadzie Goska staje sie ekspertem ale szczegolnie przypadaja nam do gustu smazone plantany, chipsy plantanowe i morko – sniadaniowe kuleczki z mielonego ryzu i banana. Gosia probowala takze smazonej iguany i podobno smakuje niezle. Poki co – ze wzgledu na niski poziom sanitarny naszej dzielnicy – stronimy od lokalnych napojow i obstawiamy produkty miedzynarodowego koncernu z czerwonym logo.
Wczoraj wybralysmy sie w odwiedziny do domu dziecka w Gloucester, w ktorym bedziemy pracowac od piatku. Polozony w bajecznej dolinie, posrod prawdziwej dzungli (z szympansami, wezami i innymi), posrod wodospadow i gor, jest domem dla 19 dzieciakow w wieku od 10 do 22, ktore stracily rodzicow w czasie wojny. Pozostaja pod opieka dwoch sympatycznych kanadyjek, ktore w chwili naszego przybycia byly w trakcie organizowania sztucznej choinki.

Dzis do miasta zabralysmy sie "na usmiech" z pracownikami brytyjskiego osrodka szkolen militarnych i stad – po wizycie w dosc skromnym muzeum narodowym, bananowym muffinku w Salvonne’s Bakery (uwierzcie, sa fantastyczne!) – do Was pisze. Za chwile ruszamy do Poseh’s – restauracyjki, ktora wszyscy polecaja, a pozniej na chwile nad ocean. Lapiemy ostatnie wolne chwile na adaptacje do potwornej wilgotnosci, ogromnego halasu i prawdziwie rownikowych temperatur. Od piatku czeka nas niezla praca z dzieciakami.

Goska daje mi znac, ze przyssalam sie do klawiatury, wiec znikam i postaram sie dac znac w czwartek/piatek przed wyjazdem w gory.

Jesli predkosc sieci pozwoli, wgrywam tez kilka zdjec.

  • Cline Town, Freetown
  • Freetown
  • Kroo Bay

Szefowa domu dziecka w Gloucester napisala do nas wczoraj, ze pilnie mamy sie stawic, bo ma cos waznego do omowienia, o czym zapomniala nam powiedziec w czasie poniedzialkowego spotkania. No to wstalysmy wczesnie, kupilysmy torbe ciasteczek w Savonny’s i pojechalysmy – wielkim jeepem godzinę w pyle w jedna stronę – zeby sie dowiedziec, co to za wazna informacja.
No i w czasie dwudziestominutowej audiencji (tylko tyle czasu dla nas miala) oznajmila, ze zapomniala, ze nasz projekt musi byc skrocony z 2 tygodni do 5 dni i, ze jednak nie mozemy sie zatrzymac na swieta. 

Niesmak po spotkaniu (pelnym nota bene rasistowskich uwag pod adresem pracownikow osrodka) zabijalysmy ostrymi liscmi cassavy z ryzem w Nix-nax, malenkiej restauracyjce przy Drzewie Bawelnianym.

W dodatku jakis podly komar gryzl nas cala noc, nic sobie nie robiac z przywiezionych z polski specjalnych repellentów.

Co za życie... idziemy szukać miejscówki na święta. 

Dziś robimy ostatnie zakupy przed wyprawa w góry. Wiedźma - tak pieszczotliwie nazwałyśmy Judy, panią i władczynię domu w Gloucester - zapowiedziała smsem, że jedzenie mamy sobie same zapewnić. Udało nam się znaleźć nocleg na święta, co okazało się nie być trudne - już w pierwszym hotelu, do którego zadzwoniłyśmy były wolne pokoje. Cóż, widocznie doniesienia o turystach uderzajacych na rajskie plaże Sierra Leone były lekko na wyrost.

Od kilku dni, co rano zapowiada się Amid, poznany przez nas pracownik służb imigracyjnych, który pomógł załatwić nam przeprawę z lotniska do stolicy za pół darmo ($30 zamiast 80 ;-)) i pokój, w którym mieszkamy ($16 za noc). Ponieważ nie miałyśmy Leonów, on za nas założył i obiecał zabrać nas swoim samochodem do Gloucester w poniedziałek, ale nie pojawił się żadnego z obiecanych dni, żebyśmy mogły mu oddać. Dziś, rzecz jasna, mimo obietnic również go nie było. 

Nie chcąc tracić dnia wyruszyłyśmy na zwiedzanie Cline Town - dzielnicy portowej. Upał jest wyjątkowy dziś. Spacerując znalazłyśmy dwusetletni budynek uniwersytetu Fourah Bay College. Dziś - bez dachu i większości podłóg - jest czymś pomiędzy skłotem a bazarem. Kilkoro dzieci oprowadziło nas, pokazując nam szczątkowo zachowane rzeźby, portale, zdobione poręcze. Bez wątpienia musiał kiedyś zasługiwać na miano Aten Zachodniej Afryki. Widziałyśmy też pierwszego w Sierra Leone szczura.
Przeprawa do muzeum kolejnictwa na drugim końcu Cline Town nie była łatwa. Powoli kończy nam się cierpliwość do czarnych Romeo krzyczących "hey, white baby" i "I love you, white girl" a w Cline Town jest takich ludzi pełno. Ktoś mógłby powiedzieć, że to kwestia różnic kulturowych, że trzeba być wrażliwym. Ależ nie! Same mieszkanki Sierra Leone uczuliły nas, że tutaj nie mówi się do kobiet "baby", że jest to brak szacunku. W ogromnej większości przypadków przechodzimy nie wzruszone, choć czasem myślę, że lepiej byłoby wytłumaczyć jednemu i drugiemu, czemu jego zachowanie jest nieodpowiednie. 

Są też bardzo pozytywne przypadki wśród mężczyzn w tym kraju. Przewodnik po muzeum okazał się być bardzo uprzejmym pasjonatem kolejnictwa. Koleje w Sierra Leone nie funkcjonują już od trzydziestu lat - zawieszono je ze względu na niską rentowność, szyny sprzedano hinduskim handlarzom i zachowało się tylko kilka wagonów, które od trzech lat pracownicy muzeum pieczołowicie restaurują. Korzystają przy tym z funduszy przekazanych przez brytyjskiego entuzjastę kolei - pułkownika Stevea Daviesa. 

Po południu zjadłyśmy pyszny, wegetariański obiad w Diaspora Cafe w zachodniej cześci miasta za bardzo przyzwoite pieniądze (40.000 leonów czyli $10). Wracając kupiłyśmy moskitierę, bo niby okna szczelne, ale coś lata i nas gryzie. Wszystkie moskitiery są z poliestru, więc pewnie będzie nam pod nią jeszcze cieplej. 

  • Kissy road
  • Cline Town (w tle ruiny uniwersytetu)
  • Ruiny Fourah Bay College w Cline Town
  • Old Fourah Bay College

A więc dotarłyśmy! Już dziś zaczynamy pracę z dziećmi. Dziwne jest to całe miejsce... Ale od początku. Ośrodek, w którym będziemy robić nasze warsztaty to prywatny dom dziecka położony na przedmieściach Freetown, na niewielkim wzgórzu otoczonym wilgotnymi dolinami, w których mieszkańcy okolicznych wiosek sadzą sałatę, słodkie ziemniaki i maniok. W około rosną drzewa awokado i mango. 

Droga prowadząca do domu jest bardzo stroma i dziurawa, a w porze deszczowej zupełnie nieprzejezdna. Większość przydrożnej rośliności pokryta jest czerwonym kurzem i wygląda jak ususzona. Wilgotność sięga tu 70-80%, temperatury o tej porze roku rzadko spadają poniżej 33-34 stopni, więc nawet na kilku kilometrowy spacer do sklepu trzeba zabrać przynajmniej półtora litra wody.

Sam dom dziecka jest ciekawą instytucją. Umieszczony na dużej, strzeżonej działce składa się z kompleksu budynków - dużego domu ze świetlicą i osobnymi wejściami dla chłopców i dziewczynek, w którym mieszkają dzieci w południowym rogu działki, po przeciwnej stronie stoi pokaźnych rozmiarów domek dla pracowników ośrodka, wyposażony we wszystkie zachodnie udogodnienia - suszarkę do ubrań, kuchenkę gazową, internet. Na terenie znajduje się także szkoła, budynek z łazienkami i kuchnią dla dzieci, ogród z małym wodospadem oraz szereg wolno biegających zwierząt - owiec, psów, kur, królików. W ośrodku mieszka 19 dzieci i młodych ludzi w wieku 11-21 lat, którzy stracili swoich rodziców w czasie lub skutek wojny, wszyscy doświadczyli wojny, widzieli śmierć a niekiedy sami musieli walczyć.

Już od początku wiemy, że podział ról wśród pracowników nie jest przejrzysty. Energiczna 50-letnia Mommy Judy - kanadyjka, od dwóch dekad mieszkająca w Sierra Leone - wydaje się sprawować całą władzę administracyjną, finansową ale także wychowawczą. Szybko poznajemy także Cassie, 22-letnią wolontariuszkę-misjonarkę z Ameryki, która zajmuje się rozmowami z dziećmi i nauką w szkole. Obydwie kobiety większość czasu spędzają u siebie w domu, niekiedy jedynie dając znać o swojej obecności włączając prąd poza wyznaczonymi godzinami (18-21:00).

Warsztaty fotograficzne, które zaplanowałyśmy miały być "prezentem świątecznym" dla dzieci i naszym małym dobrym uczynkiem "dla świata". Przywiozłyśmy ze sobą sprzęt (10 aparatów cyfrowych dobrej jakości z dużymi kartami pamięci i zapasem baterii), przybory szkolne i entuzjazm oraz wytrwałość, które - jak miało się okazać - były nam najbardziej potrzebne. Pragnę w tym miejscu zaznaczyć, że nie jestem żadnym mistrzem fotografii a celem warsztatów było nauczenie dzieci podstawowych funkcji aparatu w praktyce i zachęcenie do dalszego rozwoju.

PIĄTEK

Dziś rano wyruszyłyśmy z Kissy. Mamy strasznie ciężkie plecaki - poza naszym bagażem wieziemy z polski ponad 1200 kredek świecowych, 150 baterii AA, 10 aparatów fotograficznych, koszulki dla dzieci i zapas jedzenia na najbliższy tydzień. Ledwo idziemy. Z pomocą zatrzymuje się właściciel jeepa. Mówi płynnie po angielsku i oferuje nam podwiezienie pod bibliotekę - czyli właśnie tam, gdzie potrzebujemy! Pakujemy się do samochodu. Stojąc w korku rozmawiamy i okazuje się, że nasz kierowca był niemalże moim sąsiadem w Anglii. Od razu łapiemy wspólny język wspominając lewostronny ruch i oddzielne krany.

Czekając pod biblioteką kupujemy gazetę o intrygującym nagłówku "Climate change - West's fault!" ("Zmiany klimatu - to wina Zachodu!"). Nagłówki tutejszych tabloidów to temat na osobny wpis więc jeszcze do tego wrócę. Si-pi, chłopak, który odbiera nas spod biblioteki, całą drogę milczy. Zastanawiamy się, czy to może robota Wiedźmy (taki kryptonim nadałyśmy Judy po ostatnim spotkaniu).

Na miejscu mijamy się z Cassie, która w pośpiechu pokazuje nam nasz pokój i znika. Poza kilkoma zasadami, nie mamy pojęcia co nam i dzieciom wolno, czy mamy się meldować strażnikowi, czy wolno nam wchodzić do pokojów dzieci? Zdajemy się zatem na własne wyczucie.

Na pierwszych zajęciach mam wątpliwości, czy dam radę zrealizować ten projekt. Dzieci wydają się kompletnie obojętne, pojawiło się tylko 12 z nich, chociaż poproszono mnie aby egzekwować obecność wszystkich. Tylko jak skoro nawet nie znam ich imion? Gośka ma chrypę więc sama opowiadam o fotografii, o jej typach, przeznaczeniach, próbuję zachęcić do rozmowy, rozdaję wycinki z gazet. Przez brak zainteresowania zajęcia trwają o 30 minut krócej niż planowałyśmy. Wieczorem dostajemy kolację - pikatne liście manioku z ryżem. Zaraz po zmroku dzieci pojawiają się na ganku przed naszym pokojem. Póki jest światło rozmawiamy, śmiejemy się. Odpowiadam na ich pytania o Polskę, o przyrodę, o moją pracę, szkołę. Sama przyjmuję strategię - obserwować, nie pytać.

SOBOTA

Zaczynamy warsztaty z fotografii portretowej. Na zajęcia przychodzi tylko 10 osób, więc nie mam problemu z dzieleniem dzieci na grupy - będzie tylko jedna grupa. Większość osób trzyma aparat po raz pierwszy w ręku. Rozmawiamy więc o różnych funkcjach, o lampie błyskowej, o wyostrzaniu, o kompozycji kadru. W tym samym czasie Gośka leży w łóżku. Ma gorączkę, jest przeziębiona a my mamy ze sobą tylko ibuprom i witaminę C.

Piszę smsa do wiedźmy, czy nie wybierają się do miasta i - jeśli by jechały - tego lub w następnych dniach, czy mogłyby nam przywieźć jakieś leki. W trzech kolejnych wiadomościach dowiaduję się, że nie planują nigdzie jechać i pytają, jaka jest szansa, że Gośka ma świńską grypę. Chce mi się płakać...

Biegam między mini-izolatką a grupą dzieci, którym co i rusz siadają baterie. Tak! Baterie, które w Polsce wytrzymywały kilka dni, tu wytrzymują najwyżej kwadrans. Próbujemy zgadywać - wilgoć, gorąc, długa podróż? Nie mamy pojęcia co mogło im zaszkodzić. Pierwsze półtorej godziny warsztatów pochłania 1/4 zapasu baterii przywiezionych z kraju.

Po warsztatach dostajemy aparaty spowrotem. Sporo dzieci ma pytania, na które staram się odpowiedzieć jak najpełniej. Naszą uwagę przyciągają prace Mamouda - 14-letniego, zbuntowanego chłopieca o niezwykłym oku do fotografowania wszystkich obiektów, poza tymi, o które prosimy.

Po południu robię wykład z fotografowania pejzażu. Łamiemy pierwsze lody, wychodzimy w teren. Dzieci bardzo się cieszą - okazuje się, że rzadko kiedy chodzą na spacer. Grupa jest bardzo zróżnicowana - od 11-letniej roztrzepanej Kathy do 20-letnich Si-pi i Alexa, którzy zamykają wycieczkę.
Wieczorem spotykamy się po raz trzeci aby obejrzeć zrobione dzisiaj zdjęcia. Pojawia się ogólny entuzjazm, choć nie mogę zachęcić nikogo do skomentowania swojej pracy. Po pokazie slajdów grupka dzieci zbiera się na schodkach i rozmawiamy - o Sierra Leone, o grupach etnicznych (Mende i Temne), uczymy się nawzajem przedstawiać w swoich językach, rozmawiamy też o muzyce i kuchni. Dzieci pytają, czy urodziłam się z dreadami. ;-)

NIEDZIELA

Dziś nie ma zajęć. Zgodnie z polityką religijną ośrodka - niedziela jest dniem odpoczynku. Gośka czuje się znacznie lepiej więc postanawia - zgodnie z wcześniej złożoną obietnicą - pójść i zobaczyć jak dzieci wystawiają w kościele jasełka.Wychodzimy o pół godziny za późno i idziemy spóźnieni. Dziewczyny wystrojone są w sukienki balowe, w rękach niosą szpilki. My, ubrane po naszemu - w granatowe spódniczki, białe t-shirty i sandałki, czujemy się jak ubogie krewne.

Sia, 13-letnia dziewczynka, która nalegała żebyśmy poszły, nie rozumie, czemu nie chcemy się modlić ale mówi, że jeśli nie chcemy, możemy po prostu usiąść w tylnich ławkach. W końcu docieramy do kościoła w Regent - jednopiętrowego budynku w kolorze pomarańczowym, całego wymalowanego w logo sponsora renowacji - operatora komórkowego Africell.

Po kilku piosenkach o treściach religijnych i formie rodem z list przebojów MTV, wymiękamy. Próbujemy zachować powagę, ale całość wygląda dość absurdalnie. Kiedy po śpiewach proboszcz przemawia do nas z ambony, zauważając, że nie uczestniczyłyśmy w celebracji i wywołuje nas do wstania, pękamy i wychodzimy. Za nami gonią kobieta i mężczyzna z pierwszego rzędu. Uspokajamy ich, że wrócimy na przedstawienie.

Ruszamy odnaleźć drugi kościół w wiosce. Kościół Św. Karola (St. Charles) jest najstarszym murowanym kościołem w całej Afryce i wydaje nam się właściwszym celem na ten gorący poranek. Oglądamy, podziwiamy i wracamy pod naszą świątynię africell'ową. Gdy siedzimy na ławce i robimy zdjęcia gekonom, przed nami unosi się pył i widzimy tył białej, terenowej toyoty - to Wiedźma jedzie do miasta! Zapomniała o naszej prośbie ale na szczęście, nie potrzebujemy już leków - szokowa dawka witaminy C postawiła Gośkę na nogi.

Wreszcie zaczynają się jasełek. Te - niestety - są w krio, ale grupa 4-12 latków ma w sobie wiele uroku a i treść jest uniwersalna więc jako-tako nadążamy.

Popołudnie spędzam na ganku. Sia opowiada mi, że jako ostatnia dołączyła do domu dziecka, że trzy lata temu jej rodzice zmarli z powodu choroby i do Gloucester przyprowadził ją znajomy rodziców. Skarży się, że czasem jest jej smutno, że nie ma z kim porozmawiać, że jak przyjeżdżają biali ludzie to musi opowiadać o swoich przeżyciach. Tłumaczę jej, że ma prawo do prywatności, opowiadam, jak może rozładować złe emocje. Pytam też o koguta w klatce. Dowiaduję się, że będzie zabity na poniedziałkowy obiad. Jeszcze tego samego wieczora kogut traci życie z rąk 14-letniego Santigie. Jesteśmy wstrząśnięte.

PONIEDZIAŁEK

Od trzech dni nie widziałyśmy ani Judy, ani Cassie. Dzieci też nie, ale podobno to nic nadzwyczajnego. Znikąd na zajęciach pojawia się druga grupa - złożona z czterech dziewczyn. Robię więc z nimi warsztaty pejzażowe, później rozmawiamy o reportażu i rozdaję im tematy do zrealizowania. W między czasie mierzę się z rasistowskimi komentarzami na temat naszego koloru skóry. Robi mi się przykro.

W tym samym czasie dzieci wychodzą do krawca i fryzjera. Tutaj strojów świątecznych nie kupuje się w sklepie, a szyje na zamówienie. Dziewczyny doczepiają sobie sztuczne włosy, chodzą z wykałaczkami wetknętymi w głowy i drapią się bez przerwy. Ledwo co nauczyłam się ich imion i znów połowy nie poznaję.Po południu zgrywamy zdjęcia i znów jesteśmy pod wrażeniem.

Reportaż 20-letniej Bintu pt. "mój dom" przebija wszystko. Postanawiamy zorganizować w Warszawie wystawę.

Wieczorem "na schodkach" siadam z trójką chłopców. Santigie i Mamoud bawią się moim ipodem, a Si-pi sam z siebie zaczyna snuć opowieść o swoich doświadczeniach z czasów wojny - o bojówkach z Liberii, o jego przyjaciołach, którzy zasilili szeregi rebeliantów, o bombardowaniach z nigeryjskich samolotów, o okrucieństwie i krwi. Jednocześnie przyznaje, że sam zaaplikował o pracę w brytyjskiej armii. Nie jestem pewna, czy dobrze nam robi ta rozmowa więc dla rozluźnienia wyjmuję mój podręcznik do krio i zaczynam stawiać pierwsze kroki - wcale nie jest tak trudno! Jesteśmy w połowie czytanki o kłotniach wśród zwierząt w lesie, kiedy gaśnie światło. Na dziś koniec życia towarzyskiego.

WTOREK

Dziś pracujemy z pierwszą grupą nad reportażami. Mamy ostatnie baterie i żonglujemy nimi jak możemy. Wczesnym popołudniem dzieciaki biorą niepotrzebne rzeczy (a my nasze kredki) i razem idziemy rozdawać prezenty w wiosce. Zaczyna się robić ciepło na sercu, gdy kolejna grupa dzieci się cieszy - to zapewne ich jedyne prezenty w tym roku. Po południu wyruszamy do miasta wywołać zdjęcia, kupić zapasowe baterie i trochę innych drobiazgów. Nie ma nas już w domu blisko dwa tygodnie więc kupujemy sobie też po znajomym batoniku na załagodzenie tęsknoty.

W jedynym w mieście punkcie fotograficznym zostawiamy pendrive'a i nasz numer telefonu, a same idziemy czekać aż zdjęcia będą gotowe do znanej nam już Diaspora Cafe. Znów na jedzenie czekamy potwornie długo, ale to nic - punkt fotograficzny nie wydaje się ani trochę szybszy. Ponieważ zaczyna być późno i za godzinę zacznie się ściemniać, wracamy do punktu ale ani człowieka, ani pendrive'a już w nim nie ma i nikt właściwie nie wie, co się z nim stało. Oczywiście, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa - pal sześć dysk, ale to na nim właśnie jest jedyna kopia zdjęć przygotowanych do wydruku. 

Na szczęście jest z nami Selma. Dziewczyna nie daje sobie wcisnąć byle kitu i pół godziny później mamy pendrive'a i zdjęcia spowrotem. Niestety, zaczyna się ściemniać na poważnie, a dziś pod drzewem bawełnianym jest impreza (zapalenie lampek choinkowych) i całe miasto jest zablokowane. Po długich próbach, znajdujemy wreszcie taksówkę, która zabierze nas spowrotem do Gloucester za złodziejskie 55 000 leonów ($12). Nie mamy wyjścia. Robi się ciemno i późno, a my musimy wracać więc wsiadamy. Po godzinie w korku i dyskusji o polityce - kierowca okazuje się być byłym pilotem samolotowym, który w latach siedemdziesiątych wyjechał na siedmioletnie stypendium do Chin ale po powrocie nie znalazł pracy. Wie za to dużo o historii Polski - zwłaszcza o drugiej wojnie światowej. Dziewczyny przysypiają więc podtrzymuję konwersację.

Wreszcie wyrywamy się z zakorkowanego miasta, ruszamy pod górę i chwilę później samochód gaśnie. Skończyło się paliwo! Wysiadamy pośród ciemności, w połowie góry. Trzecia z kolei taksówka zatrzymuje się, ale jest w niej już pięcioro pasażerów. A co tam - dopychamy się i jedziemy.

W domu jesteśmy bardzo późno, wszyscy już zbierają się do snu. Selma wykorzystuje tę okazję i podpytuje, czemu Judy nas unika. Niezbyt subtelnie wykręcam się od odpowiedzi, ale domyślam się, co Selma myśli, o tym, co dzieje się w domu.

ŚRODA

Dziś robimy ostatni wykład - o tym, co można robić z fotografią dalej, jak zaczynać swoją przygodę, jak zostać profesjonalistą. Atmosfera jest bardzo luźna i przyjazna - zupełnie inaczej niż na początku warsztatów.

Poza tym dowiaduję się, że dwóch chłopców wczoraj "wymknęło się" poza teren bez zielonej karteczki z pozwoleniem wyjścia. Wyszli jednak na wyraźną prośbę Judy żeby przynieśli jedzenie dla królików. Dostali dwa dni szlabanu, a strażnik porządną awanturę - pełną uwag na temat koloru skóry, pochodzenia i inteligencji. Skarży się, że odszedłby ale nigdzie indziej nie znajdzie pracy. Opowiada też, że przez 10 lat był żołnieżem na froncie - walczył w Kono, w okolicy kopalni diamentów, że teraz nikt nie dba o tych, którzy walczyli o ten kraj, że wszyscy chcą tylko zapomnieć.

Po południu rozdajemy nagrody - ostatecznie postanawiamy, że cztery aparaty przekażemy na ogólny użytek domu dziecka, trzy aparaty dostaną zwycięzcy głosowania i trzy nagrody my przyznamy. Chyba nie najlepiej wytłumaczyłam ideę konkursu, bo większość oddanych głosów jest nieważna, ale jakoś udaje nam się je policzyć. Najwięcej kontrowersji budzi przyznanie nagrody Sii, która nie ma najsilniejszej pozycji w grupie. Wieczorem wybucha awantura - dzieci zaczynają na siebie krzyczeć. Ja postanawiam zostać z boku i mimo że słyszę kłótnię, zostaję na ganku z dwoma najmłodszymi dziewczynkami - Cathy i Kadi. Najpierw rozmawiamy, gramy w klasy i kamyki (kamyki to taka gra w której na ziemi leży sześć kamyków, siódmy trzyma się w ręku. Podrzuca się go i w tym samym czasie należy podnieść jeden z leżących na ziemi kamyków, a ten spadający złapać). Później Kadi smutnieje, mówi, że nie chce żebyśmy jechały i zaczyna płakać. Uspokajamy ją.

Jednemu z chłopców powierzamy opiekę nad aparatami, prowadzenie rejestru i kontakt z nami. W zamian za tę pracę zostawiamy mu symboliczne wynagrodzenie, które pozwoli mu na wyrobienie prawa jazdy.

CZWARTEK

Żegnamy się z dziećmi. Płyną łzy. Dostajemy laurki, koraliki, pamiątki. Si-pi odwozi nas do miasta. Po drodze rozmawiamy o sytuacji w ich domu i wymieniamy się numerami. Obiecujemy pamiętać o nich i innych mieszkańcach i życzymy mu przyjemnej, jedynej w roku wieczornej wizyty w domu Judy.

 

PS. Na prosbe zfierza zalaczam kilka wybranych prac dzieci z Gloucester. Prosze ladnie podziekowac mojemu tacie, ktory cierpliwie wgrywa notatki i zdjecia. :)

  • L alex1
  • L bintu10
  • L cp5
  • L isatu4
  • L kadi s6
  • L salma4
  • P kadi j2
  • P ks1
  • P mariama1
  • R alex
  • R bintu kolor
  • R katrinu kolor
  • R mariama
  • R salma
  • R samuel
  • R santigie

"and I'm dreaming of a white Christmas"Białe święta? Nigdy w życiu!

W czwartek, po skończeniu projektu w górach postanowiłyśmy sobie zrobić cztery dni oddechu. W ciągu ostatnich dwóch tygodni bardzo dużo się działo więc jeszcze przed wyjazdem znalazłyśmy dość spore hoteliszcze na wybrzeżu o dobrych recenzjach w przewodnikach. Hotel o mocno turystycznej nazwie Family Kingdom Resort spełnił nasze wszystkie oczekiwania - pełnoprawny prysznic, dostęp do internetu i szwedzki stół z owocami na śniadanie. Tak więc wigilię zaczęłyśmy od zmycia z siebie dwutygodniowej warstwy czerwonego pyłu i ogolenia nóg;-)

Wychłodziwszy się w klimatyzacji, wieczorem poszłyśmy do restauracji umieszczonej w latarni morskiej na "wigilijną kolację". Na początek humus (sierra leończycy zaadoptowali libańską kuchnię i traktują jak swoją), ja później wybrałam grillowaną barakudę, a Gośka obstawiła kalmary. Do tego białe wino z południowej Afryki, księżyc, gwiazdy... ;-)

Na pewno byśmy tam wróciły, gdyby nie to, że wczoraj przy śniadaniu zagadnął nas właściciel hotelu i zaprosił na kolację z nim i jego wnuczkiem na dachu. Wnuczek ma z trzydziestkę , żeby było jasne, i oboje są libańczykami z Kanady. Tak więc wieczór spędziłyśmy słuchając opowieści o wojnie tutaj (dziadek-szef ją przeżył) i zajadając libańskie przysmaki. Dziś jedziemy z nimi zobaczyć Leicester Peak - wzgórze niedaleko którego mieszkałyśmy w domu dziecka, wodospady i może jakąś plaże, choć na tych podobno jest straszny tłok.

Swoją drogą, dla Sierra Leończyków święta Bożego Narodzenia to sport, sport i plaża, tak więc nasza Lumley Beach jest w pełni zatłoczona i można nawet zobaczyć Amputee Championship - mecz z piłkarzami, którzy stracili jedną z nóg wczasie wojny. To się dopiero nazywa podejście do życia!

Po mieście wałęsają się głośne grupy kilku do kilkunastu śpiewających i tańczących ludzi, podążających za człowiekiem przebranym za diabła. To są "secret societies" - mini kulty, do których należy większość sierraleończyków. Diabeł to człowiek ubrany w konstrukcję przypominającą stóg różnokolorowych szmatek, na głowie ma maskę bawoła, kozy czy innego zwierzęcia. Wierzy się, że jeśli kobieta na niego spojrzy, umrze lub przytrafi jej się inne nieszczęście więc tutejsze kobiety odwracają wzrok, a nawet chowają się przez nimi. Podejrzewam, że to wierzenie podobne do naszego przechodzenia pod drabiną czy czarnego kota.

Wierzenia i religia tutaj to bardzo szeroki temat, ale w następnym wpisie postaram się opowiedzieć naszą przygodę w czasie nabożeństwa w kościele Afrochrześcijańskim z zeszłej niedzieli.

  • Sierra leone  gloucester village 20 12 2009 016
  • Sierra leone  gloucester village 20 12 2009 018

Od początku zaskakiwało mnie, jak w kraju, w którym nie ma pieniędzy, małą wagę się do nich przywiązuje. Powszechnie uważa się, że jeśli pieniędzy nie masz, to po prostu ich nie masz. I ich nie wyczarujesz więc należy cię poczęstować orzeszkami, mango, plantanem czy rybą, która została na koniec dnia właścicielowi przydrożnego stoiska. Sierraleończyk wszak wie, że oddana przysługa zawsze wraca i z chęcią ratuje swoich braci i siostry, nawet jeśli w rzeczywistości jedynym wspólnym punktem na ich drzewie genealogicznym mieliby być czarni odpowiednicy Adama i Ewy. 

Sierra Leone bardzo szybko nauczyło mnie trzech zasad negocjacji. Pierwszej - wszystko zaczyna się od języka. Nawet jeśli znasz tylko dwa lub trzy zdania w krio, postaraj się od nich zacząć. Dalsze pertraktacje możesz prowadzić po angielsku (liczby w krio i angielskim brzmią dokładnie tak samo), ale zaczęcie rozmowy od "Ow di bodi?" ("Jak się masz?"), "Ow mos fo di pinas? ("Po ile orzeszki?") gwarantuje cenę niższą od wyjściowej o 25-50%. Dorzucenie "mek it smo" ("Obniż cenę") jest zazwyczaj gwarancją sukcesu.
Po drugie - pierwsza cena nigdy nie jest ostatnią. Najczęściej pierwsza cena jaką proponują nam sprzedawcy przekracza realną ponad dwukrotnie. Kupując mapę wartą najwięcej 10 tysięcy leonów ($2.5), sprzedawca zaczyna negocjacje od zwykle od 35-40 000 ($9-10), choć nam zdarzało się słyszeć też nawet 75 000 ($19). Kupujący musi być twardy, wrzucić kilka "nor, nor, tuu mos" ("nie, nie, za dużo") i "my last price" ("moja ostatnia oferta") i być gotowym do odejścia. Ostatecznie cena mapy spada do 15000 ($3.75), które - nawet jeśli jest zawyżoną ceną - pozwoli sprzedawcy wyżywić swoją rodzinę przez około tydzień. Przeciętna miesięczna pensja policjanta to ok. 100 000 leonów ($25), sprzątaczki 80 000 ($20), nauczyciel przy dobrych wiatrach dostanie 200 000 ($50) za miesiąc pracy.

Trzeba zatem brać to pod uwagę, bo nawet jeśli jesteśmy w stanie zapłacić dużo zawyżoną cenę, robiąc to umacniamy wizerunek omnipotetnych, ultrabogatych białych, których można nacinać. Jeśli sprzedawca nie jest skory do negocjacji, jest duża szansa, że trafiliśmy na uczciwego sprzedawcę, który zaoferował nam cenę rynkową. Wtedy możemy liczyć na gratisową garstkę orzechów lub większą kiść bananów.

Trzecią zasadą determinującą wysokość ceny jest niestety kolor skóry. Biali ludzie dzielą się na Oputu i całą resztę. Oputu to ludzie, którzy właśnie przyjechali albo twardo stosują kremy o filtrze 50+. Ich skóra pozostaje biała jak naleśnik i każdy Afrykanin wie, że skóra oputu to jak wielki, podświetlany neon "majętny, nieskory do negocjacji dyplomata z Ameryki lub Chin". Swoją drogą często spotykamy się z niedowierzaniem ulicznych sprzedawców i kelnerów, którym oznajmiamy, że nie - nie jesteśmy z Chin. Druga kategoria białych to ci, którzy raz czy dwa wystawili buzię na słońce bez kremu, załapali trochę nierównej, czerwonej opalenizny. W afrykańskich oczach są to prawdopodobnie pracownicy ONZ lub wolontariusze. Moje obserwacje wskazują, że im mocniejsza opalenizna tym niższa cena jest oferowana w taksówce. Gdy tu przyjechałyśmy, za przejazd przez miasto chciano od nas 2000 leonów od nogi, czyli w sumie 8000 ($2). Teraz zaczynamy rozmowy od 800-1000 leonów za nogę ($0.2-0.25), choć nasi czarni współpasażerowie zazwyczaj płacą ok. 400 leonów ($0.1).

Inną "pieniężną" ciekawostką jest sprawa dolarów. Większość podróżnych nie zwraca na to uwagi, ale w Sierra Leone szybko człowiek się uczy odróżniać stare banknoty od nowych. Dolary sprzed 1993 roku mają odrobinę inny wizerunek prezydenta, tzw. "small face" (mniejszy obrazek) i większość miejsc nie przyjmuje ich w obawie przed fałszywkami.

Będąc tutaj można także zapomnieć o ratowaniu się niezawodną "wypukłą" VISĄ - bankomaty nie przyjmują innych kart niż wydane przez własny bank. Jedyny sposób to udanie się do centrali banku ProCredit z nadzieją, że nie jest się pierwszym właścicielem karty kredytowej, którego pracownik banku widzi na oczy. 

Swoją drogą, ProCredit prowadzi teraz dużą kampanię promującą bankowość internetową. Tak, w Sierra Leone. Tak, w tym, w którym ciągle nie ma jeszcze stałego dostępu do prądu.

Droga do Makeni okazała się nie być zła. Kierowca poczuł sie w obowiązku zapewnić dwom oputu wygodną podroż i do sześcioosobowego busa wsiadło jedynie ośmiu pasażerów oraz z tysiąc par chińskich klapków. Trwająca trzy godziny podroż z przerwami na zakup pomarańczy, kokosów, chipsów z plantanów minęła szybko. Jednopasmówka do Makeni, szumnie zwana highway (autostrada), jest zupełnie nowa i gładziutka, wiec nawet udało nam się zmrużyć oczy.

Makeni, rodzinne miasto Daddy Cool'a, znane jest przede wszystkim ze swojej strategicznej roli w czasie wojny. To tutaj oddziały rebeliantów (RUF) przeistoczyły podrzędna jednostkę militarną w swoją bazę. Ciężko to sobie wyobrazić, jeśli tu się nie jest, ale rebelianci atakowali wszystko co się ruszało (łącznie z sobą samymi). Wyprani z refleksji, nafaszerowani po uszy narkotykami żołnierze karmieni byli rebeliancką ideologią i wybierali najbrutalniejsze metody działania. Dzieci, nawet 4-5 letnie, zmuszane były do przyłączenia się do armii a następnie wystrzelania swojej rodziny. Często słyszymy też historie o brutalnych gwałtach, amputacjach i najwybredniejszych formach uśmiercania losowych ludzi - często również białych. Przez 13 lat wojny w obrębie RUF dochodziło do wielu rozłamów, frakcje walczyły przeciwko sobie. Wszyscy przyznają, ze pod koniec nie wiadomo było kto jest z kim i dlaczego.

Zupełnym przypadkiem wczoraj włączyłyśmy nasz guesthouse'owy telewizor na kanale National Geographic, na którym właśnie w tym momencie zaczynał się dokument opowiadający o historii brytyjskiego dowódcy, który walczył wraz z siłami pokojowymi ONZ właśnie Makeni w 2001 roku! W ciągu godziny mój świat dosłownie wywrócił sie do okoła nogami. Wyobraźcie sobie, że nasz guesthouse dzieli ścianę z bazą ONZ i to właśnie tutaj, 50 metrów od naszego łózka (z braku wolnych pokoi śpimy w 'jedynce'), odbywały się pierwsze w historii zbrodnie na siłach ONZ. To stąd Brytyjczycy i Norwegowie musieli ociekać pod osłoną nocy - bez wody, jedzenia, broni i snu - idąc tydzień do oddalonej o 100 km bazy w miejscowości Mile 91. Tydzień! Moja cała perspektywa zmieniła się wczoraj w nocy.

Dzisiejszy dzień spędziłyśmy razem z Daudą - założycielem domu dziecka dla 50 sierot mieszkających tutaj. Spacerowaliśmy po mieście i okolicznych wioskach. Patrzyłam na gaje palmowe, pola ryżowe, krzaki i chaszcze, w których ciągle są jeszcze nierozbrojone miny i granaty, zawilgotniałe gruzy domów, ściany ze śladami po kulach. Widziałam ludzi obłąkanych, z obciętymi kończynami, palcami, bliznami na całym ciele - wszystko krzyczące 'wojna!'. Patrzyłam w oczy ulicznych sprzedawców, krawców, piekarzy - większość z nich żeby tutaj przeżyć, musiała zabijać. Poza dwoma niewielkimi programami pomocowymi, miasto wydaje się kompletnie zapomniane w swojej tragedii.

Historia Daudy jest bardzo ciekawa. W chwili gdy wojna zbliżała się do końca Dauda miał zaledwie 23 lata. Mieszka wtedy we Freetown i czuł, ze musi coś zrobić. Pomimo ogromnego zagrożenia związanego z operacjami rozbrajania rebeliantów, przyjechał tutaj (wtedy jeszcze nie było dobrej drogi i podroż trwała cały dzień) i zobaczył dziesiątki sierot mieszkających wśród gruzów i szczątek. Część z dzieci, zostawiona przez rodziców, którzy dołączyli do RUF, nie potrafiła powiedzieć nawet jak się nazywa ani skąd pochodzi. Wtedy Dauda i pięciu jego kolegów postanowili zadziałać. Założyli jedyny sierociniec w Makeni. Może ich plan nie był najlepszy a środki skończyły się po dwóch latach działania, ale chęci mieli dobre. W 2005 roku zajęli jeden z ocalałych domow na przedmieściach, zakasali rękawy i wzięli się do pracy. Zatrudnili kilka okolicznych wdów do opieki i gotowania i dali 50-tce dzieci dom z prawdziwego zdarzenia - z zabawkami, podwórkiem do gry w piłkę, książkami. Niestety, z braku wsparcia ze strony rządu oraz doświadczenia w pozyskiwaniu funduszy, środki TNT skończyły się bezpowrotnie a dzieci zamieszkały z rodzinami, gdzie pracują jako służący albo pomoc kuchenna. Niestety, zdajemy sobie sprawę, ze choć pieniądze, których potrzebują nie sa wielkie, same nie damy rady im pomoc. Póki co postanowiłyśmy zacisnąć pasa i zostawiłyśmy im pieniążki, które wystarcza na zorganizowanie przyjęcia/obiadu noworocznego dla dzieci. W końcu - jaki nowy rok, taki cały rok :-)

PS. W jednej z wsi jadłyśmy dzisiaj banany "prosto z palmy" (mmm...) i ryż z pikanymi liśćmi manioku w prawdziwym przydrożnym barze (gdzie poznałyśmy roześmianego nauczyciela geografii). Danie było tak pikantne, ze rzuciłyśmy się na wodę z dzbanka - nie upewniwszy się co do źródła... Nie widać było, żeby coś w niej pływało... ;-)
  • Sierra leone  makeni 29 12 2009 056
  • Sierra leone  makeni 29 12 2009 068
  • Sierra leone  makeni 29 12 2009 075
  • Sierra leone  makeni 29 12 2009 106

Im dłużej rozmawiam z Daudą, tym bardziej rozumiem, że potrzeby jego organizacji są jak wór bez dna. Zaczynam rozumieć też, że jesteśmy tu traktowane jak rozwiązanie wszystkich problemów i, choć schlebia mi to, wiem, że nie mogę zrobić wiele. Dzielę się więc tym, co mam - moją wiedzą i doświadczeniem. Radzę, żeby Dauda poszukał pomocy wśród innych organizacji obecnych - jeśli nie w Makeni - to w Sierra Leone. Jedna z moich licealnych sympatii mawiała, że "jeśli będziesz czegoś bardzo pragnąć, cały świat pomoże ci to osiągnąć". W moim przypadku ta zasada sprawdziła się nie raz i jestem pewna, że zwłaszcza tu, gdzie ludzie są tak otwarci i szczodrzy odpowiednia determinacja może zdziałać cuda. Niestety, mój entuzjazm spotyka się z pokrętnym rozumowaniem prowadzącym do jednoznacznego - choć nie do końca logicznego - rozczarowującego braku zainteresowania.

Najlepszym rozwiązaniem wydaje mi się pomoc w stworzeniu strony internetowej odpowiadającej zachodnim standardom i budzącej ogólne zaufanie. W tym celu musimy zrobić zdjęcia - również dzieciom.

Równo o 9:00 wypoczęte, pełne pozytywnej energii i z plecakiem wypchanym słodyczami stawiamy się pod drzwiami ośrodka, za którymi - jak się za chwilę ma okazać - czeka na nas tłum dzieci. Nie potrafimy oszacować ich liczby, ale z pewnością jest ich więcej niż umówione "góra piećdziesiąt". Uwijamy się jak w ukropie, pierwsze trzy godziny mijają niezauważone, temperatura przekracza 35 stopni i promienie słońca zaczynają padać pionowo, nienaturalnie wyostrzając rysy twarzy. Dysponując jedynie dwoma prostymi obiektywami, wysłużonym canonem i skrawkiem cienia, Gośka wspina się na wyżyny swoich umiejętności a ja zajmuję się "obsługą planu". Z perspektywy czasu wiem, że powinnyśmy były zrobić sobie wtedy przerwę, ale widok czekających na krzesełkach w południowym słońću dzieci spowodował, że nie miałyśmy sumienia przerywać zdjęć.

Dzieci są bardzo sympatyczne, ale niestety dla mnie pozostają pewną masą. Ze względu na tempo, nie mam możliwości poznać żadnego z nich indywidualnie. Sprawy nie ułatwia bariera językowa - dzieci nie mówią po angielsku. Na poczekaniu uczę podstawowych słów w temne - języku tutejszych ludzi - i w kółko powtarzam "laf smol" (uśmiechnij się), "Xxx" (dobrze) i "mumo" (dziękuję).

Po obfotografowaniu siedemdziesiątego piątego dziecka, Gośka oznajmia, że bateria długo nie wytrzyma. Aparat - który wcześniej zamroziłam na zimowym spacerze w Szwecji - nie lubi ekstremalnych tempertur i zaczyna strzelać fochy, wyświetlając losowe errory. Ścigamy się zatem z czasem aby nie rozczarować dzieci. Przy dziewięćdziesiątym dziecku musimy chłodzić sprzęt przez kilka minut przed każdym kolejnym zdjęciem. Nie narzekam - gdybym mogła, też bym zastrajkowała. O 3:00 Gośce udaje się skończyć fotografować ostatnie, sto czwarte dziecko. Zgrzane i wykończone, w drodze powrotnej łapiemy okadę (motor-taksówka). Gośka przytula łydkę do rury wydechowej i parzy się, więc po drodze zaliczamy wizytę w St Mary's Supermarket i dostajemy okład z lodu. W guesthousie momentalnie usypiamy i budzimy się o dopiero o 6:00. Mimo że do zmroku zostało jedynie 40 minut, postanawiamy wynurzyć się z MJ Motelu i zapolować na jakąś szamę. W przydrożnym barze "Summertime Restaurant" poznanego wcześniej Ibrahima pakujemy do menażki groundnut soup (ryż z sosem z orzechów ziemnych) - pojedyncza porcja za Le 2000 ($0.5) starcza dla nas dwóch. Po drodze kupujemy też ciasteczka kokosowe (Le 100 - $0.02 -za sztukę), groundnut block (niewielki bloczek z mielonych orzechów, cukru i oleju palmowego za Le200 - $0.05), okrągłe placko-chlebki z sezamem (płacimy Le 2000 - $0.05 - za 6 sztuk choć wiemy, że sprzedające je dzieci zawyżają cenę przynajmniej dwukrotnie) i ryżowo-bananowe kulki morko (Le 100 za sztukę). Te zakupy zawdzięczamy ożywionemu po zmroku handlowi na ulicach. Domy, rośliny i ludzie, których mijamy wyglądają jakby właśnie uświadomili sobie z ulgą, że przeżyli kolejny dzień pory suchej. Oni zapewne myślą to samo o nas. Nie ma to znaczenia - wieczorny chłód przynosi ukojenie wszystkim. W Afryce po zmroku wszyscy są przyjaciółmi.

Sylwestrowy poranek rozpoczynamy od energicznego marszu na "dworzec autobusowy". Dzielnie eksortuje nas Dauda i jego kolega w żółtym podkoszulku z logo "legolandu" (która zainspiruje nas później do zrobienia podłego dowcipu). Gdy mijamy "Summertime Restaurant", panowie twardo bronią nas przed przekazaniem listu miłosnego od brata Ibrahima, który nie może sobie wybaczyć, że rozminął się z nami poprzedniego dnia. Po drodze kupujemy 12 litrów wody, które muszą wystarczyć nam na najbliższe trzy, cztery lub w najgorszym wypadku pięć dni. Porządnie dociążone docieramy na duży, piaszczysty plac wypełniony poda-podami różnych kolorów i rozmiarów, o pojemnościach i destynacjach dostosowanych do do potrzeb finansowych kierowców.

Nam trafia się dość wiekowa, czerwona mazda z urywającymi się bocznymi drzwiami. Mimo że do Kamakwie jest tylko 120 km, dopłacamy Le14000 ($3.5) za dodatkowe miejsce, dzięki czemu drewnianą ławkę będziemy dzielić tylko ze skuloną pod oknem staruszką. Zdążam kupić jeszcze kilka ciasteczek ze świeżym imbirem i dużą bułkę i ruszamy. Na pokładzie jest 26 osób. Poda-poda zatrzymuje się w kolejnych wioskach i dopakowuje kolejnych pasażerów. Gośka zdumiona liczy raz jeszcze - ostatecznie tam, gdzie producent wyobraził sobie 12 miejsc, jedzie 30 osób! Nasze "dodatkowe" miejsce ustępujemy stojącej w przejściu dziewczynce. Staruszka pogodnieje i wskazuje dziewczynce miejsce obok siebie, dzięki temu sama nie będzie siedzieć obok dwóch oputu. Dziewczynka bacznie nam się przypatruje więc początkowo nieśmiało uśmiechamy się do siebie, później pokazuję jej kolorowe wkładki ze zdjęciami w naszym przewodniku, a na koniec oferuję ołówek i kartkę papieru do rysowania. Ona za to daje mi potrzymać swoją pomarańczę i przysypia na moim ramieniu. Po dwóch godzinach telepaniny po wertepach z czerwonego kurzu, docieramy! Wyskakujemy z gorącej poda-pody, rozprostowujemy nogi. Rozglądam się w poszukiwaniu postoju okad (motorów - taksówek), podczas gdy Gośka walczy o nasz bagaż. Nasz przewodnik wyraźnie mówi, że w środku miasta powinno być dużo taksówek, które możemy wynająć na dalszą podróż, ale ja nie widzę ani jednej. Czyżby to kwestia sylwestera? Podchodzę do mamy dziewczynki, która spała obok mnie i pytam łamanym krio:

"Excuse, usai den car park?" ("Przepraszam, gdzie postój taksówek?")

"Eeeh?"

"Den car park, usai naya, in Kamakwie?" ("Postój taksówek, gdzie tu, w Kamakwie?")

"Nooor, dis no Kamakwie!" ("Niee, to nie jest Kamakwie!")

"Uswan dis?" ("A które to?")

"Pendembu!"

 

Czyżbyśmy ujechały jedynie 50 kilometrów? Dwie godziny i jesteśmy 50 kilometrów od Makeni? Kierowca trąbi na odjazd, więc z niedowierzaniem pakujemy się do poda-pody, zajmujemy nasze miejsca obok staruszki i dziewczynki i ruszamy dalej. Wyciągamy mapę i próbujemy zidentyfikować którąkolwiek z mijanych wsi, kiedy dziewczynka podrywa się w kierunku okna, po drodze rzucając zdrowego pawia, który trafia na stopy Gośki. Kiedy część pasażerów zajęta jest sprzątaniem poda-pody, dziewczynka dostaje do possania dwie świeżo wypalone zapałki - afrykański sposób na chorobę lokomocyjną.

Chwilę później dziewczynka wysiada, a jej miejsce zajmuje dwójka policjantów ze zwisającą na sznurku kurą. Całą drogę twardo znoszę gorąc, zatkany nos (jestem uczulona na kurz), brak powietrza i ścisk, ale widok maltretowanego zwierzęcia doprowadza mnie do szału. Z drugiej strony nie wiem, jak zareagować - za zasadę przyjmuję, że nie ingeruję w zwyczaje kultur, które mam sposobność obserwować. Do tego otyła policjantka mówi jedynie w limba (język północy) i próby wmówienia jej rzeczy tak absurdalnej, jak to, że kura też ma emocje, mogą się dla nas skończyć fatalnie. Ostatecznie postanawiam policzyć do dziesięciu i gdy dochodzę do trzech, docieramy do Kamakwie.

Z "centrum" Kamakwie łapiemy dwie okady i stargowawszy cenę z Le50 000 ($12.5) do Le30 000 ($7.5) ruszamy w godzinną podróż przez dżunglę. Droga, którą jedziemy jest czymś w rodzaju przecinki więc cieszę się, że zarządałam dla nas kasków. W połowie trasy musimy się przeprawić przez rzekę Mongo. Jedyną kursującą jednostką w tej okolicy jest Kaba Ferry (prom Kaba) będący kawałkiem wydrążonego pnia o szerokości pół metra. Ku naszemu najszczerszemu zdumieniu mieszczą się do niego dwa motory, dwa plecaki i szóstka ludzi i wszyscy dopływają na drugi brzeg. Za sobą zostawiamy zasięg komórek i prąd. Dla mnie sama ta przejażdzka to wspaniała przygoda - nigdy wcześniej nie miałam okazji jechać motorem, a tu pędzę o zachodzie słońca, letni wiatr owiewa mi pysia, nade mną leci sępo-podobny ptak a przede mną ropościerają się prawdziwie afrykańskie widoki. W następną podróż jadę własnym motocyklem!

Noc sylwestrowa mija nam niezwykle. Pod drzewem figowym rozstawiamy namiocik, zmywamy z siebie kurz kąpiąc się w rzece, rozpalamy ognisko. O 19:00 zachodzi słońce, dojadamy nasz ryż z plassas (plassas czyli afrykański sos) przygotowany przez pracowników parku narodowego Outamba-Kilimi, kończymy ostatnią rundę makao i... razem z dżunglą kładziemy się spać. Głupio nam trochę, ale zwyczajnie nie chce nam się czekać do północy. Zresztą - jakie to ma znaczenie. Usypiamy, słuchając melodii wygrywanych przez setki, tysięce stad świerszczy.

 

Rankiem budzą nas popiskiwania małp szalejących na drzewach nad nami. Rozpalamy ognisko, parzymy kawę i robimy śniadanie, po którym wyruszamy w dół rzeki na poszukiwania dzikich hipopotamów. Płynąc sobie po gładkiej jak lustro tafli wody zadzieram głowę i widzę rozmaite gatunki małp i ptaków, znane mi do tej pory jedynie z zajęć z zoologii. Próbuję robić zdjęcia ale aparat działa jak chce i robi zdjęcia wszystkiemu (niebu, wodzie, drzewom), tylko nie zwierzętom. Nagle nasz przewodnik pokazuje nam wielkie szare, głazo-podobne kształty. Przystajemy w krzakach nieopodal i obserwujemy jak każdy ze stada ośmiu hipopotamów próbuje zająć jedyny w okolicy kamień. Mamy duże szczęście, zwykle można zobaczyć jednego do dwóch okazów, a tu wśród dorosłych hipopotamów jest nawet kilka "pikin hipo" (dzieci), które chlapią się i gonią, rozkręcając leniwą atmosferę. Oglądamy to, słuchając ciekawostek podawanych przez przewodnika. Czy wiecie, że hipopotam może wytrzymać pod wodą nawet 30 minut? W tym samym czasie próbujemy walczyć z aparatem, ale wygląda na to, że ten padł na dobre. Próbujemy wyjmować baterię, kartę pamięci, odkręcać odbiektyw, przecierać różne części - chcemy zabrać choć ułamek tego przeżycia ze sobą do domu. Nic jednak z naszych wysiłków. Aparat musiał nieźle dostać w kość upałem i wyboistą podróżą. Robi mi się smutno. Choć to tylko kawałek elektroniki, był ze mną przez bardzo wiele lat, od początku mojej przygody z fotografią. Miał gorsze i lepsze momenty, stłuczoną szybkę, zdartą farbę. No cóż, traktuję to jako karmiczną lekcję o nieprzywiązywaniu się do przedmiotów i z lekkim żalem wracam do obserwowania młodych hipopotamów, martwiąc się o dokumentację dalszej podróży. Hipopotamy fikają w wodzie, parskają wodą, włażą sobie na plecy i przytulają się. W okół nich fruwają ptaki i motyle. Po pewnym czasie zmęczone szaleństwami zwierzęta kolejno znikają pod wodą i spektakl dobiega końca. Starsze hipopotamy także śpią z uszami ponad wodą. Już mamy zawracać, kiedy aparat zbiera się w sobie i włącza się! Robimy zdjęcia, jednak nie są one nawet w jednej trzeciej tak dobre, jak mogłyby być pół godziny wcześniej. Widocznie tak już jest, że matka natura nie życzy sobie utrwalać pewnych rzeczy. Przyjmuję to jako nauczkę. Czyżby tradycyjne wierzenia w moce przyrody nie były zupełnie od rzeczy?

 

PS. Od tamtej przygody aparat działa bez zarzutu, ale w drodze powrotnej nie spotykamy już ani jednego zwierzęcia.

  • 1 sty 4
  • 1 sty 1
  • 1 sty 2
  • 1 sty 3

Komary mają w nosie dwie moskitiery, pod którymi śpimy, nie straszne im są repelenty, którymi się smarujemy i dym z ogniska, które niezłomnie podtrzymujemy aby je odstraszać. Do tego są niewidoczne. To znaczy: gryzą więc są. Dziś naliczyłam pięćdziesiąte ukąszenie. W dodatku zaczynam się czuć coraz gorzej. Poranna wyprawa do dżungli była katorgą - dżungla jest gorąca, wilgotna i cień wcale nie oznacza tu chłodu. Boli mnie brzuch, głowa, wszystkie mięśnie i nie mogę patrzeć na jedzenie, ani picie. Kładę się w namiocie i przesypiam popołudnie. Wieczorem skubię ryż, popijam herbatą i wymiotuję. Biorę węgiel, rennie i witaminę C i idę spać. Dziś niecierpię dżungli.

  • 2 sty 1
  • 2 sty 2

Budzę się o 6:00 rano. Nadal boli mnie brzuch. Nasi kierowcy powinni tu być za pół godziny, ale to Afryka, więc spokojnie śpimy do 7:00, kiedy wstaje słońce (jedyna rzecz, która jest tu punktualna). Pakujemy namiot, powoli dojadamy śniadanie i dokładnie o 7:30 słyszymy ryk motorów. Chwilę później zjawiają się nasi kierowcy - tym razem bez kasków. Zaliczając kilka awarii po drodze - kierowcy Gośki wylało się paliwo, później spadł łańcuch a na koniec pękła opona - docieramy do Kamakwie, z którego jedyna tego dnia poda-poda odjechała. Okada do Makeni kosztować nas będzie Le70 000 ($17.5) od osoby. Źle się czuję i nie chcę jechać motocyklem takiego dystansu, nie zamierzam też płacić za to takich pieniędzy - tym bardziej, że nie spóźniłyśmy się na poda-podę z naszej winy. Skarżę się więc szefowi cechu taksówkarzy, który ustala z kierowcami "promocyjną" cenę Le50 000. Poczucie niesprawiedliwości i niemocy przerasta mnie i wybucham płaczem. Otaczającemu mnie wianuszkowi mężczyznom robi się głupio, zaczynają zastanawiać się co zrobić. Dwoje z nich bezczelnie robi mi zdjęcia. Zarzucam plecak na plecy i, niczym twarda bohaterka filmu akcji, nakazuję rozstąpić się "fotografom". W tej samej chwili na plac wjeżdża druga, niezapowiedziana poda-poda. Gośka negocjuje dla nas cenę za przejazd i miejsce w szoferce. Połowę trasy przesypiam, a drugą połowę spędzamy jadąc na dachu - na torbach, workach, kanistrach i skrzynkach, razem z kozą i dwójką innych ludzi. Tu jest o wiele chłodniej, nie ma kurzu i półżywych zwierząt.

 

W Makeni meldujemy się do pobliskiego hotelu i idziemy na spacer. Mam przeczucie, ze cola uleczy mój żołądek. Doładowuję także telefon i po raz pierwszy od wyjazdu wykonuję dwa minutowe połączenia do domu. Ponieważ żaden polski operator nie ma podpisanej umowy z Sierra Leone, nikt z domu nie może do nas zadzwonić, ale fantastycznie jest usłyszeć głos bliskich po tak długim czasie i po raz pierwszy w nowym roku! Po drodze wstępujemy przywitać się z Ibrahimem i kupuję mojej siostrze ręcznie malowany t-shirt z napisem "Daddy Cool". Rarytas :-)

 

Korzystając z chwilowo lepszego samopoczucia po coli i frytkach;), wkupuję się w łaski recepcjonistki i załatwiam nam jej asystę w organizowaniu poda-pody do Koidu. Trochę obawiam się tej drogi, bo często słyszymy, że jest fatalna, jedzie się bardzo powoli i niewygodnie. Przewodnik podaje, że może zająć nawet 6 godzin!

Wczesnym rankiem budzimy recepcjonistkę i wyruszamy na dworzec autobusowy. Poda-poda do Koidu jest zdecydowanie nowsza i ma więcej miejsca w szoferce. Za dobry dobry widok i relatywną prywatność płaci się niestety piekielnym gorącem bijącym od umiejscowionego pod siedzeniem przegrzewającego się silnika.

Droga do Koidu jest przyjemnym zaskoczeniem. Wyboista ale na części trasy zachował się asfalt po którym jedzie się dość gładko (jak na Afrykańskie standardy). Po drodze mijamy liczne check-pointy policyjne. Pierwszego dnia nowego roku wszystkim pojazdom wygasają dowody rejestracyjne i miną jeszcze dwa miesiące zanim kierowcy otrzymają nowe. W takich okolicznościach wśród nisko-opłacanych policjantów kwitnie drobna przedsiębiorczość. My robimy dobrą minę, uśmiechamy się i uprzejmie rozmawiamy z policjantami zapewniając kierowcy kolejne przejazdy bez potrzeby opłacenia łapówki. Na czwartym lub piątym check-poincie postanawiam urozmaicić nam szablonową konwersację.

"Good morning" ("Dzień dobry") wyuczonym angielskim rozpoczyna policjant.

"Good morning" ("Dzień dobry") odpowiadamy uśmiechnięte szeroko jak do zdjęcia klasowego.

"So girls, what is your problem here?" ("Więc, dziewczyny, w jakim celu tu przyjechałyście?")

"Tourists, you know" ("Turystki") odpowiadamy chórkiem i kiwamy głowami.

"I see, what is your name?" ("Rozumiem, jak macie na imię?")

"I'm Alice and this is Margaret" ("Ja jestem Alicja, a to jest Małgorzata" - najczęściej używamy angielskich odpowiedników naszych imion) przedstawiam nas i dalej uśmiecham się, kiedy w głowie pojawia mi się szatański pomysł.

"What country?" ("Skąd jesteście?")

"Legoland."

"Lee?"

"Legoland, in Europe. You know?" ("Legoland, w Europie. Znasz?")

"Yes, yes, yes, of course" ("Tak, tak, oczywiście") odpowiada z kamienną twarzą nasz policjant.

"Nice, it's a small country, not many people know it" ("Fajnie, to mały kraj i niewiele ludzi o nim wie")

"I know, I know."

 

Z trudem opanowujemy śmiech, kiedy poda-poda opuszcza check-point. Reszta podróży mija nam szybko. Po raz pierwszy od wyjazdu z domu włączam mojego ipoda i słucham "domowej" muzyki. Poprawia mi to humor, choć z brzuchem nadal nie jest do końca w porządku.

Meldujemy się Uncle Ben's Guesthouse na przedmieściach Koidu - zdecydowanie najprzyjemniejszym hoteliku, w jakich miałyśmy okazję spać. Koidu, jakie jawi się nam tego popołudnia jest kompletnie zniszczone. Wśród zgruzownych domów mieszkają ludzie, którzy wyglądają jakby byli gotowi spakować się i wynieść w ciągu pół godziny. Przydrożne stragany sprzedają to, co zawsze - orzeszki, papierosy, miętówki w złotych papierkach, owoce i mięso z rusztu. U sprzedawcy z taczką kupujemy dwa duże kokosy, pijemy i zjadamy środek. Tu poznajemy Victora - na oko czterdziestoletniego sierraleończyka, który mieszka w Hamburgu i zna Polskę. Wymieniamy dwa zwyczajowe słowa o wojnie, polityce i podróżach. Za jego radą postanawiamy odwiedzić supermarket i aptekę ale niestety te są zamknięte. Jak dowiaduję się u jednego ze sprzedawców z początkiem roku wszystkie sklepy podzieliły los pojazdów, którym wygasły rejestracje. Udajemy się więc do kawiarenki internetowej. Po drodze zatrzymuje nas schludnie ubrany chłopiec, który mówi, że ma dla nas list. Jesteśmy w mieście kilka godzin i już dostajemy listy?

Otwieram zwiniętą karteczkę, w której chłopiec opisuje swoją historię - stracił rodziców, jest sierotą, jeśli ktoś nie opłaci mu czesnego za pierwszy semestr szkoły, wyrzucą go. Pisze też, że ma bardzo dobre wyniki w nauce i nie opuszcza zajęć. Wszystko to brzmi dość mało wiarygodnie, ale co jeśli jest prawdą? Jeśli my mu nie pomożemy, to kto? Nie chcę wręczać chłopcu pieniędzy, więc proszę aby zabrał nas do szkoły. Chwilę później coś mnie uderza - a co jeśli to ściema? Jeśli to świetny sposób jakiegoś oszusta na zaciągnięcie nas w ciemny zaułek? Wolę być ostrożna. Proszę chłopca aby napisał w przewodniku swoje imię, nazwisko, adres szkoły i nazwisko nauczyciela. Obiecuję przekazać mu pieniążki w ten czy inny sposób. Mam już pewien pomysł.

Postanawiam wrócić do Victora. W miejscu, gdzie wcześniej go spotkałam grają w warcaby już tylko jego koledzy, ale obiecują go przyprowadzić. Chwilę później tłumaczę mu historię i proszę aby w moim imieniu przekazał Le60 000 ($15 - roczne czesne). Victor zapisuje sobie imię dziecka, adres i obiecuje następnego dnia przejść się do szkoły. Umawiamy się też, że jeśli Steven Lamin nie istnieje, pieniądze przekaże na rzecz innego ucznia.

W drodze powrotnej rozglądam się, ale - zgodnie z przewidywaniami - nigdzie nie widzę "naszego" chłopca. No cóż, pewnie już nigdy go nie zobaczę.

  • 4 sty 4
  • 4 sty 1
  • 4 sty 2
  • 4 sty 3

Po raz pierwszy od dłuższego czasu jemy prawdziwe śniadanie. Siedząc na patio obserwujemy zbiornik na wodę z napisem "I belong to Jesus" i uzupełniamy pamiętniczki. Nagle zaczynają do nas zagadywać oputu siedzący przy innych stolikach - amerykanin lekarz wraz ze swoim synem opowiadają o swojej przychodni w Buffalo w stanie Nowy Jork, o podróży, o mieszanych uczucia na temat Sierra Leone. Wcale im się nie dziwie - Sierra Leone widziane w pośpiechu z okien sunącej po głównych drogach klimatyzowanej Toyoty Prado faktycznie może wydawać się obce i mało interesujące. Chwile później dosiadają się do nas niemka - antropolożka, badaczka i amerykanka - studentka ostatniego roku medycyny z Nowego Jorku, która przyjechała tu na praktykę. Obydwie są w Sierra Leone od zaledwie kilku dni. Dzielimy się naszymi doświadczeniami, radzimy im, podajemy przykładowe ceny, opowiadamy co naszym zdaniem warto zobaczyć. W zamian za to dostajemy receptę na ciprofloxim - lek, który powinien pomóc mi na ból brzucha. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa - konsultacja lekarska powoduje, że od razu zaczynam czuć się lepiej.

Później - ku przerażeniu naszych śniadaniowych towarzyszy pakujemy się na jeden motor - tradycyjnie bez kasków i ruszamy zwiedzać okoliczne wioski. Pierwszym naszym przystakiem jest Tumbodu, wieś w której wydarzyła się historia z filmu "Krwawy diament". Zagubiona w górach wioska nie jest tak zniszczona, jak się spodziewałam. Później odwiedzamy wioski okalające kopalnie diamentów - Bonjema, Tefeya i Yomadu. Tam po obfotografowaniu każdego krzyczącego "snap me" dziecka mogę porozmawiać ze starszyzną. Dowiaduję się, że złoża diamentów wyczerpały się, a oni na zniszczonych ziemiach próbują uprawiać warzywa i ryż, jednak bez odpowiednich narzędzi (łopata, taczka) jest to bardzo trudne. Kupujemy też sobie i kierowcy po butelce coli i słodkich, smażonych w głębokim tłuszczu ciasteczek przypominających groszek ptysiowy.

W drodze powrotnej mijamy kopalnię diamentów, zarządzaną przez Sierra Leone Diamond Company. Podjeżdżamy do bramy, tłumaczymy strażnikowi, że jesteśmy studentkami, że z Polski, że nigdy nie widziałyśmy i... wjeżdżamy! Manadżer, oputu z RPA, organizuje nam przewodnika, który pokazuje nam wszystkie etapy wydobycia diamentów i możemy nawet zobaczyć stojących w rzecze indywidualnych poszukiwaczy szczęścia. Na powrót otrzymujemy dwie butelki lodowatej wody i dobre słowo.

 

Wieczorem udajemy się do "Mother's help restaurant" na pikatny ryż z liśćmi manioku i butelkę piwa Star. Wysoki jak dąb mężczyzna, który przerwał nam wczorajszy obiad kilkakrotnie wyznając mi miłość i prosząc o rękę, dziś trzyma się na dystans. Siedzi przy stoliku obok i bezczelnie fotografuje komórką. Na szczęście jest zbyt ciemno aby dostrzec zawartość talerza, a co dopiero zrobić zdjęcie. Cóż, co kraj to obyczaj...

  • 5 sty 10
  • 5 sty 1
  • 5 sty 2
  • 5 sty 3
  • 5 sty 4
  • 5 sty 5
  • 5 sty 6
  • 5 sty 7
  • 5 sty 8
  • 5 sty 9

Postanawiamy zostać w Koidu dodatkowy dzień. Jest w tym mieście jakaś pozytywna energia i urok. Zawdzięczać to z pewnością należy ludziom, którzy je tworzą. Mój brzuch ma się już całkiem dobrze a do tego ostatniej nocy udało nam się kupić świeże plastry na oparzenie Gośki, więc nie ma potrzeby śpieszyć się do większego miasta.

Po śniadaniu zostałam chwilę na patio aby dopić kawę i uzupełnić pamiętnik. Nagle znikąd pojawia się znajoma, dziecięca twarz. To Steven Lamin! Ubrany w odświętną koszulkę przyszedł podziękować za opłacenie szkoły i pokazać cenzurkę z całkiem niezłymi ocenami i dobrą obecnością. Obydwie jesteśmy w szoku. Steven tłumaczy, że przeszedł całe miasto pytając o nas. Oczywiście, że musiał przejść - nigdy nie powiedziałyśmy mu, gdzie mieszkamy. Stawiam mu puszkę coli i słucham jego opowieści. Od Victora wiem, że trzeba będzie chłopcu jeszcze dokupić mundurek (Le30000, $7.5) i komplet książek(Le7000, $1.75), więc spodziewam się końca jego historii. Proponuję Stevenowi uczciwy układ. Jeśli dowie się dla nas, o której i skąd odjeżdża poda-poda do Kenemy, ile kosztuje i trwa podróż, zapłacę mu za szkolne zakupy. Jesteśmy umówieni wieczorem w hotelu.

Chłopiec wrócił.

My natomiast zostajemy jeszcze jeden dzień w Koidu. Tym razem spędzimy go z Rachel, studentką medycyny ze Stanów zjednoczonych, która postanowiła zrobić praktykę w Afryce. Dzięki jej uprzejmości odwiedzamy klinikę w obozach dla osób z amputowanymi kończynami (amputee camps). Obozy te to tak na prawdę małe wioski z schludnymi domkami wybudowanymi z zagranicznych funduszy. Na każdą osadę przypada studnia. W każdym domu mieszka przynajmniej jedna osoba pozbawiona kończyny w skutek wojny z przynajmniej sześcio-ośmio osobową rodziną. Domy nie odbiegają standardem od średniej afrykańskiej – brakuje w nich łazienek, a kuchnia jest na podwórku. Na kilka wiosek przypada jedna klinika, w której za niewielką odpłatą mogą się także leczyć osoby pełnosprawne. Prawdę mówiąc, wioski są trochę odizolowane od miasta – budowano je tam, gdzie ziemia była najtańsza, co nie sprzyja integracji mieszkańców “obozów” ze społeczeństwem, ani przeciwdziałaniu stygmatyzacji. 

W klinice odkrywam zupełnie nowy poziom wyzwań komunikacyjnych. Jednym z pierwszych pacjentów jest nastoletni chłopiec, który przypuszczalnie stracił słuch w skutek zapalenia ucha. Niestety, lekarze nie są w stanie tego zweryfikować, gdyż pacjent nie potrafi także czytać. Daremne okazują się próby namówienia kolejnych pacjentów do opisania bóli, jakie doświadczają – pojęcia tępy, kłujący, rwący, rozpierający nie funkcjonują w ich słownikach, co znacząco utrudnia diagnostykę. Pacjenci często nie wspominają też o dolegliwościach. Wśród ludzi mieszkających w interiorze nie ma przestrzeni na wymianę informacji na temat własnego ciała. Nie jest to temat, który porusza się z przyjaciółmi lub siostrami. Tak więc dziecko cierpiące na zapalenie wyrostka robaczkowego, pojawiwszy się w klinice jest tygodniami na biegunkę. Gdy to nie pomaga, dostaje skierowanie na transfuzję. To absurdalne – ktoś mógłby zarzucić. Tylko że przy braku ultrasonografów, sprzętu rentgenowskiego i laboratoriów z prawdziwego zdarzenia, transfuzja to najlepsze, co można pacjentowi zaoferować. Jako ostatni do kliniki wchodzi mężczyzna na rękach niosący żonę. Kobieta wygląda jak ilustracja do raportu o głodzie – chuda tak, że wystają jej kości policzkowe. Mąż sadza ją na krześle, ona dygocze i zamglonym wzrokiem patrzy w okno za Rachel, dla której jasne jest, że ma do czynienia z niemal książkową cukrzycą – rzecz prosta do diagnozy, łatwa do leczenia. Wystarczy podać insulinę. Tylko, że insuliny w klinice nie ma. Ani w zasadzie w całym kraju, bo wymaga ona przetrzymywania w stałej, niskiej temperaturze – rzecz nieosiągalna przy obecnym stanie sieci energetycznej. Pacjentka zostaje odesłana do rządowego szpitala, gdzie – jak później się dowiadujemy – na drugi dzień umiera.

Druzgocąca była moja pierwsza lekcja medycyny polowej. 

Dość już czasu jesteśmy w Koidu. Ponieważ nie chcemy zapuszczać tu korzeni przez weekend, dziś wyruszamy do Kenemy na południowym-wschodzie kraju. Rozważałyśmy kilka możliwości przemierzenia tej 120 kilometrowej trasy: złapanie ’stopa’ 4×4, pieszo lub okadą, ale ostatecznie zdecydowałyśmy się na sprawdzoną poda-podę, która może i nada słowu “wieczność” nowe znaczenie, ale z pewnością w końcu dojedzie do celu.Nienajmłodsza maszyna przykryta jest czarną karoserią z elementami drewniano-tekturowymi. Tym razem musimy dopłacić za vip’owskie miejsce w szoferce. Bilet na tej trasie kosztuje skandaliczne Le30 000 – z bagażami i miejscem z przodu Le40 000 ($10). Bezpośrednio za naszymi plecami jedzie kogut i z pół przedszkola. Mimo to udaje nam się przespać na zmianę, pograć w karty, poczytać przewodnik. Po czterech godzinach docieramy do połowy drogi. Z zaskakującym spokojem przyjmujemy tę wiadomość. Na kolejnym przystanku kupujemy soczyste, lokalne pomidory i maleńkie banany i robimy sobie obiad. Z nudów zaczynam przeglądać nasze paszporty i zauważam, że w na naszych wizach widnieje niedzielna data, opatrzona wpisem “Departure by:” (“Wyjazd przed:”). Próbuję dodzwonić się do biura immigracyjnego we Freetown, ale nikt nie odbiera. Ustalamy, że przez weekend musimy wrócić do stolicy i w poniedziałek stawić się w urzędzie po nową pieczątkę. Musi nam się udzielać afrykańska myśl, bo wyjątkowo spokojnie i z uśmiechem podchodzimy do – jakby nie było niepokojącej – sytuacji wynikającej z naszej nieuwagi. W Do Kenemy docieramy po 9 godzinach podróży, kupujemy po kokosie (kokos, jak wiemy, dobry jest na wszystko) i sprawnie przesiadamy się do taksówki do Bo – miasta w pół drogi do Freetown. Dalej dziś nie zajedziemy, zresztą – większy pośpiech nie ma sensu.W Bo jesteśmy o 18:00, meldujemy się do najtańszego w mieście guesthouse’u. Bo wita nas kolorową, najlepiej zachowaną jak do tej pory architekturą i fantastycznym ciśnieniem wody w prysznicu. Udziela nam się studencka atmosfera i wieczór spędzamy w pobliskim pubie. Gdy my sączymy kolejną kolejkę piwa Star, parkiet powoli zapełnia się tańczącą młodzieżą choć gwarne rozmowy zagłuszają muzykę. Jednen z imprezowiczów opowiada nam, że przyjechał tu na imprezę aż ze stolicy. Podobno na weekendową zabawę przyjeżdżają tu studenci z całego kraju. Tym czasem na schodach gromadzą się mężczyźni palący papierosy. Między nimi krążą prostytutki szukając klientów. Łatwo je tu poznać – w przeciwieństwie do zwykłych imprezowiczek, noszą makijaż. Mężczyźni bez oporów flirtują z nimi. My jednak nie mamy już siły na dalsze imprezowanie i o północy wracamy do hotelu.

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. lmichorowski
    lmichorowski (25.11.2012 22:55) 0 + -
    Ciekawe doświadczenie i piękna relacja. Pozdrawiam.
  2. mj1945
    mj1945 (05.01.2010 18:36) 0 + -
    Powodzenia w realizowaniu wszystkich planów.
  3. sagnes80
    sagnes80 (30.12.2009 22:26) 0 + -
    Piękna podróż :) i świetny pomysł z tymi warsztatami - gratuluję! piękna sprawa, godna podziwu!
    Podobny projekt realizowała brytyjska dziennikarka w Indiach wśród dzieciaków z Kalkuty. Tym którzy nie widzieli gorąco polecam ten film "Przeznaczone do burdelu".
  4. zfiesz
    zfiesz (30.12.2009 2:58) +1 + -
    kurcze... biorąc pod uwagę część tematyki, trochę głupio mi pisać, że relacja jest świetna. na pewno wielki szacunek za pomysł i jego realizację. zupełnie niedawno oglądałem hiszpański dokument owarsztatach filmowych (a dokładniej reportażu telewizyjnego) w darfurze. bardzo podobny, wstrząsający klimat. ale... czy nie o to, między innymi, chodzi? żeby po prostu pokazać i wstrząsnąc? albo chociaż zwrocić uwagę, bo bardziej wstrząsają nami nowe cycki jakiejś gwiazdy niż ludzka tragedia...

    nevermind... kto jest bez winy...

    a jest jakaś szansa, żeby fotki dzieciaków pojawiły się tutaj? nie daj się prosić;-)

    p.s. urodziłaś się z dredami?:-)

    p.s2. haiti... ma być tylko jednym z przystaków. pozostałe są mniej ryzykowne i nieco bliżej niż wyspy cooka:-)
  5. 8warzyw
    8warzyw (28.12.2009 10:03) +1 + -
    zfiesz: mówisz i masz - dodałam brakujące fragmenty o projekcie w domu dziecka w Gloucester w połowie bloga:-) haiti - przemyśl da razy, może lepiej wyspy cooka? pozdro!
  6. zfiesz
    zfiesz (27.12.2009 17:41) 0 + -
    "nor, nor, tuu mos"... tylko że na odwrót:-) mało! poza tym rewelacja!:-) my ostatnio rozpracowujemy haiti, ale coraz więcej wskazuje, że to jednak nie jest wymarzone miejsce na wakacje:-(
  7. rebel.girl
    rebel.girl (25.12.2009 12:53) +1 + -
    nieźle, nieźle... czytam z uwagą (zwłaszcza kawałki o jedzeniu!)! nie dajcie się komarom, wrednym wiedźmom i wątpliwym podrywaczom ;)
  8. slawannka
    slawannka (11.12.2009 9:33) +1 + -
    Ale pisz i tutaj, proszęęęęęę! I trzymaj się ciepło!
  9. dino
    dino (08.12.2009 11:06) +1 + -
    Trzymaj się w drodze!
  10. rebel.girl
    rebel.girl (07.12.2009 17:24) +2 + -
    powodzenia ;)
    no i prowadząc bloga, nie zapominaj też o kolumberku ;)
8warzyw

8warzyw

Alicja Szalas
Punkty: 1977