Ładuję...

kolumber.pl


11 +
2009-02-02

Mój sen o Troi - czyli dziennik z podróży po Turcji

Opisywane miejsca: Łódź, Istanbuł, Assos, Troja, Efez, Dalyan, Oludeniz, Antalya, Göreme (3295 km)
Typ: Blog z podróży

Poniższa relacja jest opisem mojej pierwszej pozaeuropejskiej samodzielnej (nie wliczajac podróży z ojcem do Egiptu z czasów liceum) podróży z czasów wczesno poststudenckich, a zatem mocno budżetowej.

Jest to archiwalna już w zasadzie relacja z ery przedinternetowej (zatem brak linkowania) i przedcyfrowej (zatem na razie przynajmniej niestety nie okraszona fotografiami gdyż w tych czasach  podstawowym materiałem była dla mnie niezapomniana Velvia 50 - ach co to były za czasy i slajdy z tamtych lat mam nadal nie zdigitalizowane).

Podróż ta inspirowana była kilkakrotną lekturą jednej z moich ulubionych książek, a mianowicie "Snem o Troi" - fascynującą biografią Henryka Schliemanna - odkrywcy antycznej Troi http://www.biblionetka.pl/ks.asp?id=31954 ( a jednak udało się coś podlinkowac) - jedną z pierwszych podróżniczych, a na pewno pierwszą która zapadła mi w pamięci, książek , które jeszcze w małych chłopcu wzbudzały marzenia o dalekich lądach i podróżach.

Relacja jest wspólnego autorstwa mojego i żony, która dzierzyłą pióro w trakcie podróży (stąd pisana w rodzaju żeńskim).

10 sierpnia Stambuł

 Jesteśmy na miejscu.

Pierwsze wrażenie gdy wysiedliśmy na lotnisku to gorące i wilgotne powietrze, początkowo myślałam że to z silników , niestety…

Taksówka przywiozła nas do Sultanahmed pod Orient Hostel, na miejscu okazało się, że nie ma dla nas miejsc i po krótkich poszukiwaniach z pomocą miejscowych, znaleźliśmy pokój w pensjonie Alladyn. Jest hałas i strasznie gorąco a w pokoju brak klimatyzacji. Życie na ulicach toczy się w najlepsze, choć dochodzi już 12.

Z nadmiaru wrażeń nie chce nam się spać i idziemy się przejść. 2 minuty drogi dzielą nas od Aya Sophia i Błękitnego Meczetu, który doskonale widać z dachu pensjonu. Mamy też nocną panoramę azjatyckiej części Stambułu.

Na ulicach niesamowity zapach.

Pod prysznicem zimna woda, ale kąpiemy się, za chwilę znów jesteśmy spoceni…

Ta noc prawie nieprzespana, zasypiam chyba nad ranem, a o 5 budzi nas Muezzin.

 

11 sierpnia

 Pomimo niewyspania wstaliśmy rano, wyszliśmy parę minut po 8 chcąc wymienić parę dolarów, niestety o tej porze jeszcze nic prócz paru sklepów i piekarni nie działa. Skończyło się na użyciu bankomatu. Pierwsze śniadanie kupiliśmy w piekarnio-sklepie z możliwością konsumpcji na miejscu, taki mini-bar mleczny. Do tej pory nie wiem jak to się nazywa, wiem tylko, że było pyszne. Przypominało ciasto francuskie (ale nie było suche) w dwóch wersjach na słodko i słono z białym serem. Wyposażeni w przewodnik Lonely Planet ruszyliśmy na podbój miasta.

Śniadanie spożyliśmy stojąc w kolejce po bilety do Topkapi Palace.

Kasy otwierają o 9, ale turyści są dużo wcześniej.
A propos turystów najlepiej słychać Hiszpanów i Niemców.

Załapaliśmy się na pierwszą grupę do Haremu, co jest sporym osiągnięciem zważywszy tłum. Przewodniczki niestety nie było słychać, ale to już wina niesfornych słuchaczy. W pamięci pozostają piękne pomieszczenia i przestrzeń, którą niewolnice miały do dyspozycji. Marzeniem każdej mieszkanki Haremu było (?) zostać faworytą sułtana i urodzić mu syna co dawało jej szansę na zostania legalną żoną. Szanse były chyba niewielkie biorąc pod uwagę fakt, że harem mieścił ponad tysiąc nałożnic... Wydaje się, że kobiety nie były tutaj zbyt szczęśliwe, wyczuwa się atmosferę nasiąkniętą cichym smutkiem.
Zdobienia w pomieszczeniach jak i w na dziedzińcach są przepiękne, pełne mozaik o najróżniejszych wzorach z przewagą 2 kolorów niebieskiego i czerwonego.

Kolejne części pałacu zwiedzaliśmy sami, i muszę przyznać było to mniej męczące, chociaż niektóre miejsca dopiero z przewodnikiem ożywają.

Po chwili odpoczynku w domu postanowiliśmy zwiedzać dalej i udaliśmy się do Błękitnego Meczetu. Po skończeniu modlitwy, która trwa ok godziny weszliśmy do środka.
Widok i pierwsze wrażenie pozostają niezapomniane, meczet jest ogromny, mieni się kolorami z dominującym niebieskim, cały pokryty mozaikami, delikatnie oświetlony. Wszystkiego dopełnia puszysty dywan szczególnie miły w dotyku dla zmęczonych stóp.

Aya Sophia [kościół Mądrości Bożej] raczej zimna, wydaje się surowa w porównaniu z Meczetem. Dzisiaj jest to muzeum, gdzie za wejście trzeba zapłacić. Uchodzi za jedno z największych osiągnięć światowej architektury, stoi już od ponad 1400 lat. Koniecznie trzeba ją zobaczyć!

Wizyta w chłodnym wnętrzu świątyni pozwoliła nam odpocząć i postanowiliśmy obejrzeć jeszcze cysterny zbudowane przez bizantyjskich inżynierów, które miały na celu zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na wodę Wielkiego Pałacu. Odkryte przypadkiem, budzą ogromny podziw. Warto tam wejść i spacerując chwilę, posłuchać delikatnej muzyki wspaniale komponującej się w tak niepowtarzalnych wnętrzach.

Jedyne, co przeszkadza w kontemplacji, to obecność innych turystów, ale tego nie da się chyba uniknąć.

Na koniec przeszliśmy się jeszcze w okolice Sirkeci nad Bosfor. Na egipskim bazarze panuje niesamowity gwar. Tysiące zapachów miesza się, a tureckie słodycze wyglądają tak, że nie można ich nie spróbować.
Są jeszcze lody, zupełnie inne od wszystkich, które miałam okazję spróbować. Są pyszne i nie roztapiają się szybko mimo wysokiej temperatury.

Wędrując ulicami w stronę domu zmęczeni i zgrzani natrafiliśmy na Hamam- turecką łaźnię.

Dałam się namówić i nie żałuję.

Masaż połączony z parówką [mini-sauna], któremu towarzyszy polewanie na przemian ciepłą
i zimną wodą wspaniale rozluźnia. Jeśli chce się zostać wyszczotkowanym, masażystka nakłada szorstką rękawicę i masuje nią całe ciało. Po polewaniu lub/i nacieraniu nadchodzi najprzyjemniejsza część pobytu w łaźni. Osoba masowana przechodzi spod „swojego kranu” na środek, gdzie na podwyższeniu (marmurowym jak cała łaźnia) jest namydlana i masowana.

Trwa to kilkanaście chwil i jest bardzo przyjemne. Na koniec masażystka myje włosy, co zdaje się w moim przypadku było jej dobrą wolą, bo nie było zawarte w cenie. Wspaniała godzina, po której poczułam, że całe zmęczenie minęło.

 12 sierpnia

Nareszcie się wyspaliśmy! Dzisiaj odpoczywamy, prawie żadnego zwiedzania. Wielki bazar niestety nieczynny, ale obejrzeliśmy meczet Sulejmana Wspaniałego i przeszliśmy przez Galata Bridge. Targ wokół Starego Bazaru to głównie ciuchy. Jest też targ antykwaryczny
i owocowy, ale w znacznie mniejszym wydaniu niż wyżej wymieniony Egipski.

W ramach odpoczynku popłynęliśmy na rejs po Bosforze. Wybraliśmy tramwaj wodny z racji ceny i czasu, rejs był tani i długi co pozwoliło nam przyjrzeć się bogatej zabudowie wzdłuż brzegów. Statek zatrzymywał się na kilku przystankach ludzie wsiadali i wysiadali, ale większość płynęła tak jak my, turystycznie. Ostatni przystanek trwał nieco dłużej, dzięki czemu mieliśmy okazję spróbować tutejszej morskiej kuchni, zresztą znakomitej.

W czasie rejsu Adam nieopacznie zamówił herbatę, która mogła stać się najdroższą herbatą świata – kelner wziął od nas 10 mln. i nie raczył wydać reszty. Po 3 krotnym przypominaniu, łaskawie raczył oddać pieniądze. Był to jeden z niewielu wypadków, gdy próbowano nas oszukać..
Plynąc, obejrzeliśmy szereg domów i pałaców wybudowanych wzdłuż brzegu cieśniny, w tym twierdzę Europa.
Wieczorem zrobiliśmy jeszcze małe zakupy w sklepie muzycznym. Za niebagatelną sumę 10 mln zakupiliśmy krążek z muzyką „opisującą” podróże karawan – Caravanserai..

W pensjonie zginęły nam żel do kąpieli i połowa arbuza, którą zostawiliśmy w lodówce po wcześniejszej konsultacji z chłopakiem z recepcji. Arbuz „się znalazł”, co prawda była to połówka innego owocu, ale po żelu ani śladu.
Wieczorem obejrzeliśmy i posłuchaliśmy opowieści o Błękitnym Meczecie, z dodatkiem muzyki
i świateł, niestety całość po niemiecku. Za to wracając mięliśmy okazję popatrzeć na wirujących [komercyjnie] derwiszów. Ubrani w białe sukienki wirowali najpierw pojedynczo, a później razem, nie miało to mistycznego wydźwięku, ale cieszyło oczy turystów.
Przed snem uzupełniliśmy jeszcze płyny odzyskanym arbuzem i zapakowani przed podróżą, zasnęliśmy.

 Wydatki :
20$ pensonat/pokój 2 osobowy, bez łazienki i śniadania, 10 $ taxi z lotniska, 2x10$ wizy, wstępy Topkapi, Aya Sophia, Cysterny: 16$ (z kartami GO <26], Łaźnia 17$,
Rejs ok. 4$/2 osoby, przejazd do Cannacale 17$/2 osoby

 
  •  flag of turkey
Stambuł – Cannakale - Assos13 sierpnia 

Zarezerwowaliśmy sobie miejsce w pensjonie na 26 sierpnia i pojechaliśmy na dworzec.
Dostaliśmy się tam w miarę szybko, nie ma to jak metro. O 9 siedzieliśmy już w autobusie do Cannakale. Podróż długa i nieco przez to męcząca, chociaż poczęstowano nas herbatą
i ciastkiem. Jest oczywiście klimatyzacja, co powoduje, że okładam się swetrem. Towarzyszy nam wspaniały widok na Morze Marmara.
O 14.30 Wsiadamy na prom do Cannacale i o 15.10 Jesteśmy na miejscu. Chcieliśmy od razu pojechać do Troi, niestety nie było dobrego połączenia i wsiedliśmy w pierwszy autobus jadący na południe w kierunku Assos. Wysiedliśmy w Ajvacik, w centralnym punkcie miasteczka, który stanowi dworzec, z prawdziwie swojską atmosferą.  Stamtąd, po długim oczekiwaniu (tutaj nikomu się nie spieszy) małym busem dotarliśmy do Assos. Wynalazkiem, który tu zauważyłam są trzypasmowe drogi, środkowy pas służy do wyprzedzania z jednej lub drugiej strony – genialne, jaka oszczędność.

W Assos byliśmy ok. 18. Razem z nami jechała para Amerykanów, którzy zjechali płn-wsch. część Turcji. Byli w górach, które polecali na treking i w Kapadocji.
Wylądowaliśmy na tym samym kempingu (Cahir), my w bungalowach oni w swoim mikroskopijnym namiocie. Bungalowy super tanie i na dodatek z własną łazienką, co prawda woda leciała powoli, ale za tą cenę w tak pięknej miejscowości była to okazja.
Assos to niesamowite miejsce, mała mieścina oddalona od zgiełku, choć mocno turystyczna, kusi ciszą i morzem. Stoi tu parę pensjonów i hoteli, dla oszczędnych 2 kempingi. Na wzgórzu, które pokonujemy żeby się tu dostać, leży wieś Berhamkale. Wydaje się, że czas się zatrzymał.

Wieczorem kąpię się w nieco chłodnej wodzie, niestety! Morze Egejskie coś zimne w tym roku. Widać stąd wyspę Lesbos, Grecja za rogiem.
Assos – Troja _ Assos14 sierpnia 

Zupełnie nieoczekiwanie musieliśmy dzisiaj pojechać do Cannakale okazało się, że wyczerpała się bateria w aparacie. W sklepie przeżyliśmy dramat - aparat nagle przestał działać. Wizja dalszej podróży bez możliwości jej utrwalenia zbiła nas z nóg. Na szczęście udało się go uruchomić i od tej chwili wszystko chodziło.
Dostać się do Troji nie było wcale łatwo. Aby złapać bus musieliśmy kluczyć uliczkami Cannacale na dworzec, z którego dolmusze jeżdżą do wszystkich okolicznych miejscowości. Kierowca i jego sztywny rozkład jazdy naraziły nas na dłuższe oczekiwanie, zanim opuściliśmy miasto.
Ok 13 byliśmy na miejscu. Kupa kamieni (bez urazy) z historią, tak podsumować można Troję. Obejrzenie pozostałości zajęło nam tylko godzinę.
Prace wykopaliskowe są nadal prowadzone, więc może, za jakiś czas będzie więcej do zwiedzania. Jest oczywiście Koń Trojański, wrażenia jakie na mnie wywarł nie komentuję.
Powrót okazał się znacznie sprawniejszy dzięki życzliwym kierowcom zatrzymanych samochodów. Kawałek podwiozła nas wycieczka niemieckich turystów!
Wieczorem weszliśmy na górę oddzielającą nas od reszty świata, żeby obejrzeć ruiny dawnego Assos. Warto trochę się powspinać, bo ruiny są całkiem dobrze zachowane, a meczet służy wiernym do dzisiaj. Mięliśmy stamtąd piękny widok z jednej strony na morze, z drugiej na okoliczne wzgórza porośnięte drzewami oliwnymi.
Mieszkańcy wioski żyją częściowo z handlu oliwą, częściowo z turystów.
Sprzedają też figi, które można zerwać z rosnących wokół drzew. Czujemy się jakby wszystko było tutaj niezmienne i trwałe od stuleci. Zmieniają się tylko przybywający turyści.

Gdy wróciliśmy zrobiło się już ciemno i poszliśmy spać-następnego dnia czekała nas kolejna podróż, tym razem do Efezu.

Wydatki: Troja 2$/2 osoby, przejazdy 7,5$, nocleg w bungalowach 11.5$/noc

ASSOS - IZMIR – SELCUK - DALYAN15-16 sierpnia

Dzień rozpoczął się wyjątkowo dobrze, poszliśmy popływać, zjedliśmy śniadanie i o 10.30 siedzieliśmy już w autobusie jadącym do Izmiru. Planowo mieliśmy po drodze wysiąść na przedmieściach Bergamy, obejrzeć ruiny i pojechać dalej (tak wykupiliśmy bilety). Ze dziwieniem spostrzegliśmy, że kierowca zmienił trasę i zanim się zorientowaliśmy byliśmy już bliżej Izmiru niż Bergamy. W Izmirze zakręcony steward zorientowawszy się, że porę nie wysiedliśmy chciał nas oszukać twierdząc, że stąd bez problemu dostaniemy się do Bergamy. Nie udało mu się to i dojechaliśmy za połowę ceny do dworca w Izmirze.
Izmir okazało się być ogromnym przemysłowym miastem. Na dworcu po szybkiej przesiadce wyruszyliśmy w stronę Selcuku (Efezu) autobusem o zerowym standardzie - upał zrobił swoje tzn. okropnie nas zmęczył.
W Selcuku znaleźliśmy tani pensjonat i ruszyliśmy w miasto. Na początek, nauczeni doświadczeniem ruszyliśmy na dworzec w celu zakupienia biletów na dalszą podróż. Wymieniliśmy pieniądze, jak się okazało z małym zyskiem, bo ”sprytny sprzedawca” pomylił się, chcąc nas wyrolować z biletami na dalszą drogę, które też od niego kupiliśmy. Nazajutrz okazało się, że naszego autobusu w ogóle nie ma. Mieliśmy mimo wszystko farta, Turek okazał się być w miarę uczciwy i oddał nam pieniądze, dzięki czemu mogliśmy pojechać dalej bez strat.

Selcuk nie jest specjalnie ciekawym miastem, spełnia rolę noclegowni dla turystów zmierzających do Efezu oddalonego o 3 km, gdzie wybraliśmy się następnego dnia rano.
Bergama się nie udała, ale Efez wynagrodził tę stratę. Ruiny fantastyczne, jedynie większego z dwóch amfiteatrów nie udało się podziwiać w pełnej okazałości – akurat budowano scenę na występ Eltona Johna. Mięliśmy też małą przygodę z aparatem, który otworzył się na pełnym słońcu (na szczęście tylko 2 klatki się prześwietliły!). Poza tym i masą turystów, było fantastycznie. W pamięci zostaje biblioteka, wspaniale zachowano, robi niesamowite wrażenie.
Po małych kłopotach ze środkiem transportu wyruszyliśmy w drogę, tym razem do superturystycznego miasteczka Daylan. Po 5 godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Bez problemu znaleźliśmy nocleg, a właściwie sam nas znalazł. Trafiliśmy na niedrogi pensjon z basenem, w którym woda jak z bajki – czysty błękit.

Dalyan to nadrzeczno-nadmorskie miasteczko, nastawione na turystów. Mimo tłoku jest tam wyjątkowo sympatycznie. Nie czuliśmy się źle jako turyści, raczej miło rozpieszczeni, a kto tego nie lubi! Jest tutaj kawałek portu, a głównym zajęciem właścicieli łódek jest organizowanie rejsów po rzece, morzu i słonym jeziorze. Bez zastanowienia kupiliśmy bilety na następny dzień i poszliśmy coś przekąsić. Zaproszeni przez przemiłą kelnerkę, podobną do Salmy Hayek, skusiliśmy się na przepyszne naleśniki z bananem i miodem. Są to swego rodzaju podpłomyki, pieczone na ogromnym żelaznym palenisku w kształcie odwróconej miski. Naleśniki są pyszne, poza tym za drugim razem częstują herbatą. Tutaj też po raz pierwszy od początku pobytu w Turcji poczęstowano mnie herbatą. Tym razem wszyscy zachowywali się wyjątkowo miło, i wciąż nie wiem czy są tacy tylko dla turystów. Tak czy inaczej miło było pogawędzić z nimi chwilę po angielsku, bo moja znajomość tureckiego ogranicza się niestety do kilku słów.

Wydatki: pokój w Selcuk 7$/2 osobowy z łazienką, przejazd do Selcuk 13$/2 osoby, wstęp do Efezu 4,5$ przejazd do Dalyan 13$/2 osoby, nocleg (pensjonat Kristel) 2x13$.

Dalyan - Rejs 17 sierpnia

Wstaliśmy bardzo wcześnie, żeby jeszcze przed śniadaniem trochę popływać. Śniadanie jak zwykle pyszne. Szwedzki stół i herbata w tureckich (czytaj malutkich) szklankach. Niestety zbyt mocna, żeby ją wypić.

Rejs rozpoczął się o 10.30. W programie były ruiny Kaunos-antycznego miasta Carian, wzniesionego częściowo na wzgórzu, z którego przepiękny widok rozciągał się na deltę rzeki. Cały czas prowadzone są tam wykopaliska, podobnie jak w wielu ruinach na terenie Turcji. Po raz pierwszy udało nam się zobaczyć dużą jaszczurkę na wolności. Niestety umknęła nim wyjęliśmy aparat. Wzdłuż koryta rzeki wznoszą się wysokie skały, w których można podziwiać wykute przez mieszkańców miasta grobowce (Lycian tombs).

Na kolejny punkt rejsu zatrzymaliśmy się żeby popływać, przy małej, skalistej wysepce, już na morzu. Woda turkusowa, pod nią niewiele-kamieniste dno i jeżowce. W międzyczasie przygotowano obiad, bardzo smaczny zresztą, choć nie powiem dokładnie co to było (kurczak w potrawce, ale z czego???). Dłuższy postój zaliczyliśmy przy plaży, na której żółwie składają jaja. Wykluwają się w nocy, czego zobaczenie było nieosiągalne, niestety, choć foldery szeroko reklamują możliwość doświadczenia spotkania małych żółwików. Wąska plaża oddziela rzekę i morze, jest pełna turystów z Dalyan, przypływających podobnie jak my w ramach całodziennego rejsu lub „wodnymi tramwajami”.

Chwila odpoczynku i płyniemy z powrotem, tym razem punktem docelowym są kąpiel w błocie (mud bath) i siarkowe gorące źródła. Smarowanie błotkiem wyzwala pozytywne emocje, nadając przy okazji skórze gładkości. Kąpiel w gorącym źródle w tym upale nie jest może szczytem marzeń, ale jest całkiem przyjemnie. Całość godna polecenia. Ostatni przystanek na jeziorze daje jeszcze jedną, możliwość popływania, ale większość z nas jest zbyt zmęczona i zostaje na łodzi. Wracamy ok. 17 wymoczeni jak nigdy. W mieście jest gorąco, o czym zapomnieliśmy chłodzeni powiewem morskiej bryzy. Odpoczywamy, bo jutro czeka nas dalsza droga, a Dalyan czeka. Niezbyt głodni wracamy do Salmy Hayek na naleśniki i zostajemy już jako stali bywalcy poczęstowani herbatą. Niestety jutro opuszczamy miłe Dalyan...

Wydatki: rejs 9,5 $/2 osoby.

FETHYE – OLUDENIZ - OVACIK18 Sierpnia  

Po śniadaniu wspaniale owocowym, ach te arbuzy i melony...udaliśmy się na dworzec, aby jak najszybciej dostać się do Olüdeniz. Po konsultacji z jedną z kobiet (nie wiem kim była) mieszkającą w Pensjonacie postanowiliśmy zostać w Fethye. Jej argumentacja była prosta, Olüdeniz to miejsce pełne bogatych turystów, najprawdopodobniej nie będzie dla nas noclegu poza tym nie warto przepłacać gdy można taniej przespać i bez problemu dojechać z okolicy.
Na miejscu bardzo nam się nie podobało-Fethye to duże portowe miasto do tego hałaśliwe. Jest jednak dobrym punktem do wypadów w okoliczne warte zobaczenia miejsca. Po chwili zastanowienia w strasznym upale postanowiliśmy jednak jechać do Olüdeniz. Tam w mini-biurze kwater dowiedzieliśmy się, że jest hotel za 30 mln. plus dodatkowe 6 mln. za owo wskazanie. Dalsze poszukiwania zaowocowały wizytą w biurze zajmującym się organizowaniem lotów na paralotniach, nurkowaniem i Bóg wie, czym jeszcze. Właściciel miał przyjaciela (wszyscy tam mają przyjaciół, którzy mają przyjaciół, którzy mają coś do zaoferowania zbłąkanym turystom) ten ma dom, kawałek stąd, ale za 20mln (obejrzeliśmy folder ze zdjęciem hotelu). Zaoferowano, że ktoś po nas przyjedzie i jeśli nam się nie spodoba możemy zrezygnować. W ten sposób nocowaliśmy w hotelu, w pokoju z klimatyzacją (18 stopni to szaleństwo w tym upale można się przeziębić!), ale z wielkim basenem. Sama miejscowość o wdzięcznej nazwie Ovacik pozbawiona atrakcji, służy jako nocleg dla turystów przyjeżdżających na lagunę.

Korzystając z faktu, że właściciel jechał w kierunku KayaKöy czyli opuszczonego miasta ruszyliśmy w drogę.

Pozostałości po mieście wspaniałe, niegdyś zamieszkane przez katolickich Greków, obecnie jest domem dla kóz, które bez wątpienia są niekoronowanymi władcami tutejszych ruin. KayaKöy usytuowane jest na wzgórzu, ale część zabudowy zeszła prawie do poziomu drogi. Jest co oglądać i nie ma turystów, więc wchodzimy na szlak wiodący na drugą stronę pasma wzgórz aż do plaży w Olüdeniz. Według postawionego tam drogowskazu mięliśmy przed sobą ok. 8,5 km trasy, jednak jak się później okazało w całkiem niewinny sposób rozpoczęła się długa, niespodziewana przygoda.
Podejście było całkiem ostre, przy czym przez jakiś czas szukaliśmy strzałek znaczących szlak. Po ciężkim wejściu na szczy, spoceni, z radością powitaliśmy wąską ścieżkę wiodącą początkowo po płaskim odcinku. Ścieżka zaczęła się powoli obniżać i przed naszymi oczami odsłonił się częściowo przesłonięty porastającym wzgórze lasem, wspaniały obraz wybrzeża. Dzikie kawałki plaż w małych zatoczkach, tylko my i przyroda. W naszych głowach zrodził się pomysł zejścia ze szlaku i wykąpania się w cudownie chłodnej wodzie. Nasze marzenie potęgowało zmęczenie i zaczynające nas męczyć pragnienie (mięliśmy tylko ok. litra wody). W ten sposób odbiliśmy ze „szlaku” i zaczęliśmy schodzić w kierunku morza. Zejście było tak ostre, że momentami po prostu się ześlizgiwaliśmy, nie było tam zbyt wiele trawy, jedynie drzewa, których się przytrzymywaliśmy. W pewnym momencie przyszło mi do głowy żeby zostawić jakiś znak, aby jak będziemy wracać, łatwiej było nam odnaleźć drogę. Był to dobry pomysł, wkrótce okazało się, bowiem, że nie ma szans na zejście nad sam brzeg. Mieliśmy wrażenie, że schodzimy a morze wcale się nie przybliża. Jak widać ocena odległości w takiej sytuacji bywa myląca.  Zawróciliśmy więc i zaczęła się kolejna komedia, bo wszystko wyglądało tak samo i zupełnie straciliśmy orientację jak iść, wiadomo było jedynie, że pod górę. Szczęśliwie natrafiłam na zostawione wcześniej ułożone patyki i tym sposobem po zmarnowaniu ok. godziny i jak się okazało zgubieniu przez Adama koszulki wróciliśmy prawie do punktu wyjścia. Porządnie wypluci szliśmy dalej zacierającym się szlakiem, początkowo oznakowanym strzałkami namalowanymi na drzewach i kamieniach. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że strzałki gdzieś zniknęły i prawdopodobnie zgubiliśmy szlak. Wróciliśmy do ostatnio miniętego znaku, ale nie było tam żadnej innej drogi (szlak trafił szlag). Widać znakującemu skończyła się farba i pozostało układanie kopczyków z kamyków przy ścieżce (to już moja teoria).
 Od tego momentu szliśmy na wyczucie. Nie widzieliśmy morza, jedynym punktem odniesienia mogłoby być słońce, którego nie było widać, bo skryło się za drzewami, a droga wiodła wąwozem. Upał trochę zelżał, ale marzyliśmy o kąpieli. W oddali zaczęło majaczyć morze. Doszliśmy nad wodę, ale niekoniecznie była to plaża w Olüdeniz. Zmęczona wykąpałam się i ruszyliśmy dalej. Bardzo daleko za kilkoma zatoczkami widać było cel-lagunę w Olüdeniz. Wizja marszu taki kawał trochę nas przeraziła, ale nieopodal miejsca, w którym się znaleźliśmy był camping, z którego busem dotarliśmy na miejsce przeznaczenia.
Plaża cudowna (niestety kamienista), pustawa (dochodziła 18!), więc wykąpaliśmy się w prawdziwie ciepłym morzu i zebraliśmy do domu. Gdy dotarliśmy niebo zachmurzyło się i zaczęło padać, a nawet byliśmy świadkami burzy (wszędzie wokół są góry). Szybko się wypogodziło i pojechaliśmy do centrum naszej miejscowości obejrzeć, jak się okazało głównie sklepy. Po cenach wypisanych m.in. w funtach zorientowaliśmy się, że jest to miejsce odwiedzane szczególnie chętnie przez Anglików. Dalsze obserwacje to potwierdziły. Chodząc po sklepach skusiliśmy się na słodycze, których chcieliśmy kupić tak mało, że po prostu je dostaliśmy.

Pełni wrażeń wróciliśmy do hotelu z myślą o kolejnym dniu.

 Wydatki: nocleg 17$/noc, pokój z klimatyzacją i śniadaniem

19 sierpniaRejs na 12 wysp 

Dzisiejszy dzień, niedziela, upłynął nam na wylegiwaniu się na deskach pokładu w czasie rejsu. Rejsy zaczynają się w Fethye, do którego dotarliśmy ok. 10. Na przystanku, na którym wysiedliśmy zaczepił nas tutejszy „akwizytor” i starał się przekonać, że bilety można okazyjnie, za 6 mnl. od osoby, kupić już u niego. Nie skusiliśmy się (nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę jest na takim świstku), a w bilety, bez problemu zaopatrzyliśmy się już na przystani.

Rejs podobnie jak poprzednio pozwolił nam się poopalać, co jest możliwe w tych okolicznościach, dla ludzi naszego klimatu tylko przy chłodzącym wietrzyku. Męczącą sprawą jest muzyka, która dudni na całego. Szumu wody można posłuchać jedynie przy okazji postoju, których nie brakowało.
Zabawna sprawa z niektórymi turystami z północy. Tacy Anglicy na przykład, nie opalają się tylko siedzą w cieniu przez cały dzień, na dodatek w koszulkach. W ubraniu też się kąpią. Prawdę mówiąc tak bardzo im się nie dziwię, z tak jasną karnacją pod tureckim słońcem można się poparzyć. Zastanawialiśmy się, po co przyjechali, jeśli nie mogą korzystać ze słońca, które tutaj jest wspaniałe i nie zawiodło nas ani razu w czasie pobytu.

W czasie jednego z postojów odkryłam kałużę wygładzającego skórę błota. Nie zastanawiając się długo cała się nim posmarowałam, co idąc za moim (!) zrobiła też większość współpasażerów. Chyba nie znali zasad działania dobroczynnego okładu, bo po kilku minutach, zanim błotko zdążyło zaschnąć zmywali je. Ja wytrzymałam dłużej, co spowodowało, ze miałam trudności z domyciem się w słonej wodzie. Na szczęście na pokładzie był prysznic i jakoś w końcu doprowadziłam się do porządku.

Dzień dzisiejszy zaliczyliśmy do bardzo udanych. Opaliliśmy się, odpoczęliśmy i jesteśmy gotowi na następną podróż.

Wydatki: rejs 9$/2 osoby, przejazdy 2$

Ovacik-Saklikent-Fethye-Antalya 

Rano wstaliśmy z zamiarem szybkiego przemieszczenia się do Fethye, tam po zakupieniu biletów na przejazd do Antalyi, mieliśmy pojechać do wąwozu Saklikent. Wszystko poszło zgodnie z planem, ale z pewnymi opóźnieniami, które rozpoczęły się już od śniadania. Widać naród Turecki są to już ludzie bardziej wschodu niż zachodu, dla których czas płynie inaczej niż dla zagonionych europejczyków.

Po szybkiej konsumpcji śniadania wyszliśmy na drogę zatrzymać jadącego w kierunku Fethye busa, ale jak na złość nic nie jechało. W końcu podwiózł nas właściciel hotelu, w sumie lepiej na tym wyszliśmy, bo nie płaciliśmy i podwieziono nas na sam dworzec. Tam kupiliśmy bilety, niestety dopiero na godzinę 18. Mieliśmy więc cały dzień na zobaczenie wąwozu. Nie było to jednak takie proste z powodu transportu. Początkowo sprzedawca biletów miał nam załatwić jakiś bus jadący w tym kierunku. Minęło 15 minut, pół godziny, a tu nic. Trochę się wkurzyliśmy i postanowiliśmy sami czegoś poszukać (busy mają własny dworzec, tylko w małych miejscowościach jest on wspólny z dużymi autobusami). Zebraliśmy się i wtedy ktoś przyjechał. Podwiózł nas kawałek i wysadził na skrzyżowaniu, więc zupełnie nie wiedzieliśmy co dalej. Ruszyliśmy w kierunku dworca, a jest to spory kawałek do przejścia. Po drodze zatrzymaliśmy jeden z przejeżdżających dolmuszy i byliśmy już coraz bliżej celu.
Dojazd trwał wyjątkowo długo, kierowca z niewiadomych dla nas przyczyn błądził bocznymi drogami, żeby nie powiedzieć ścieżkami.

Wąwóz Saklikent według opisu z Lonely Planet miał być niesamowitą atrakcją, wymagającą gdzieniegdzie zdjęcia butów, z powodu „strumienia”. Okazało się, że strumień jest obecny cały czas, niekiedy przeradza się w kałużę o głębokości ok. 2 metrów, przez którą najlepiej byłoby przechodzić w kostiumie bez bagażu. Nieświadomi czekających nas atrakcji, weszliśmy do uroczego Saklikent. Początkowo po kładce, później brodząc w lodowatym strumieniu-rzece, następnie wdrapując się na głazy zagradzające przejście maszerowaliśmy, podziwiając twór wyrzeźbiony rękami przyrody.

Udało nam się przejść w ten sposób ok. 3 km. Dalej się nie odważyliśmy, ze względu na niebezpieczeństwo zmoczenia sprzętu- aparatu, telefonów i dokumentów. Wystarczyło, że sami byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Tego dnia przyznaję nie było mi gorąco.

Wąwóz jest piękny, bardzo stromy, miejscami bardzo wąski, za chwilę staje się szeroki. Niestety zagradzające drogę głazy utrudniają wędrówkę szczególnie osobom nieprzygotowanym na takie warunki (w przewodniku nie ma słowa o utrudnieniach).

Resztę czasu spędziliśmy wylegując się w kawiarni, nad samą wodą, chłodzeni wiatrem. Wróciliśmy do Fethye i po zrobieniu małych zakupów wróciliśmy na dworzec.
Przed nami ponad 3 godziny jazdy do Antalyi. Jedziemy przez góry i po raz drugi w czasie naszego pobytu jest burza i deszcz. Po raz pierwszy w życiu widzimy naraz 2 tęcze. Po drodze zatrzymujemy się w restauracji, w której kierowca i steward jedzą obiad. W międzyczasie robi się zimno i znów zakładam zapomniany sweter. Zniecierpliwieni czekamy aż skończą jeść, przerwa trwa aż pół godziny.

W Antali jesteśmy o 21.30, zanim dostajemy się do centrum jest 22.30. Nie jest to jednak późna pora na szukanie noclegu, życie wre, wszędzie pełno miejscowych i turystów. Chodzimy po pensjonatach, jakiś kulawy dziadek koniecznie chce nam sprzedać miejsca i powoli zwiedzamy pustawe (!) hoteliki. Na nic się nie decydujemy, ale dziadek nie traci zapału, w końcu przyspieszamy, ucieczka jest jedynym wyjściem w tej sytuacji. Zaczynamy szukać sami. Jak dla nas jest to najlepsza metoda, sprawdza się szczególnie w większym mieście. Znajdujemy bardzo ładny i czysty pensjonat w sercu starego miasta (na szczęście jest tu cicho) i po przystępnej cenie. Jest nawet basen, nie mieliśmy jednak okazji się w nim wykąpać, akurat zmieniano wodę.

Antalia-Perge-Aspendos-Antalya 

Śniadanie niestety nie tak obfite jak to się wcześniej zdarzało, rozpoczęło dwudniowy pobyt w Antali.
W okolicy jest sporo fantastycznych ruin do zwiedzania. Nam udało się dotrzeć tylko do Aspendos
i Perge. Poważnym utrudnieniem jak się okazuje jest dojazd. Na podstawie wcześniejszych doświadczeń wydawało nam się to absurdem, jednak dostanie się, na przykład do Termessos graniczy z cudem. Nie dojeżdża tam żaden środek transportu z wyjątkiem taksówek. Warto w takiej sytuacji wypożyczyć samochód, co kalkuluje się już przy 4 osobach. My podróżujemy jednak w dwójkę z ograniczonym budżetem...Informacje zawarte w przewodniku potwierdzamy w Tourist Info i żegnamy się z wcześniejszymi planami.
Aby znaleźć się w jakichkolwiek ruinach (wszystkie znajdują się w sporawych odległości od miasta), musieliśmy najpierw dojechać do przystanku busów. Bez problemu dostaliśmy się tam miejscowym transportem, i po krótkiej chwili jechaliśmy do Perge. Autobus dojeżdża do Aksu- miejscowości od której Perge oddalone jest o ok. 2km. Dystans ten pokonaliśmy pieszo. Było upalnie, i na dodatek pod górę. Po drodze widzieliśmy fabrykę dywanów, należałoby ją nazwać manufakturą-kobiety tkały je ręcznie.
Ruiny Perge są całkiem rozległe, niestety wejście do amfiteatru nie jest możliwe, przynajmniej w godzinach otwarcia muzeum. Chętnych do zobaczenia teatru nie brakuje-widać pełno dziur w okalającej go siatce. W samym mieście niezbyt wielu turystów, nieliczni chowali się przed porażającym słońcem. Nie wiem dlaczego ciągle brano nas za Rosjan, którzy faktycznie po Turcji podróżują.
Z ciekawszych rzeczy zachowała się brama i łaźnie z basenami. Poza tym dla kogoś, kto nie zachwyca się specjalnie tego typu zabytkami całkiem ciekawie, ale bez rewelacji.
Zaplanowaliśmy jeszcze jedne ruinki, a było jeszcze całkiem wcześnie, więc wróciliśmy tą samą asfaltówką tym razem już z górki, do głównej szosy. Jak na złość nic nie chciało się zatrzymać i zaczęliśmy tracić wiarę, że gdziekolwiek dojedziemy W momencie w którym ktoś chciał nam pomóc jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zatrzymał się dolmusz. Nie dojechaliśmy jednak do Aspendos, ale na dworzec w małej mieścinie Seik. A tam,jak na końcu świata nikt nic nie wiedział. Po pół godzinie ruszyliśmy.
Stąd płynie pewna nauka na temat zachowania ludzi w małych miejscowościach gdzie ruch turystyczny praktycznie nie istnieje. Tam niczego się nie przyspieszy, trzeba się cieszyć życzliwością mieszkańców, którzy w miarę możliwości starają się pomóc, choć bariera językowa stanowi dużą przeszkodę.
Aspendos to olbrzymi, częściowo zrekonstruowany amfiteatr, gdzie odbywają się koncerty. Akurat szykowano scenę na mający się odbyć następnego dnia na występ Tarkana. Miejsce warte zobaczenia, z pewnością wytwarza w czasie koncertów niesamowity klimat, czuje się tutaj wieki.
Z Aspendos wróciliśmy do Antali ekspresowo, dzięki autostopowi. Wspaniały sposób na przemieszczanie się-szybko, bez kosztów i z klimatyzacją.
Po powrocie do Antali postanowiliśmy zakupić owoce. Z początku wydawało się to łatwe, wystarczyło w naszym mniemaniu wyjść poza obręb starego miasta i pójść do pierwszego lepszego sklepu spożywczego. Tych tutaj jednak nie było! Faktycznie jak sięgnęłam pamięcią, w Turcji owoce i warzywa kupuje się na targu, lub „z samochodu”. Zaczęliśmy więc poszukiwania, i coraz bardziej zdesperowani po pół godzinie błądzenia zapytaliśmy o drogę na targ, ale informacje, jak zwykle, były sprzeczne. Po godzinie chodzenia w kółko, w końcu znaleźliśmy wielki plac pełen sprzedawców obładowanych różnorodnym towarem. Można tam było znaleźć wszystko w temacie owoców. Zadowoleni, z siatkami pełnymi owoców, dźwigając arbuza wróciliśmy do domu. Wieczorem wywołaliśmy jeden film, na szczęście wszystkie zdjęcia wyszły. W czasie oczekiwania na zdjęcia pochodziliśmy po starym mieście, które trzeba przyznać jest fantastyczne. Szczególnie urokliwe są patia. Ludzie przesiadują tam wieczorami jedzą, rozmawiają -jest to pora ich głównego posiłku. Restauracje, jedna przy drugiej walczą o klienta, my jednak byliśmy strasznie oporni na zaproszenia do skorzystania z bogatego menu. Chyba jako jedni z pierwszych przebywających w Antali turystów poszliśmy spać.

Wydatki: nocleg (pensjonat Naturel) 11,5$/pokój 2 osobowy z łazienką i śniadaniem, przejazdy 4$, zwiedzanie 9$.

Antaya - Rejs 

Niestety ten rejs nie był tak ciekawy jak poprzednie. Nie mieliśmy jednak innego pomysłu
i chcieliśmy skorzystać z ostatniego dnia nad morzem. Okazji do pływania nie zabrakło, jednak wysokie fale nie pozwoliły na wykonanie całej zaplanowanej trasy. Na koniec tak bujało, że naprawdę szczęśliwa stanęłam na lądzie.

Opalaliśmy się i cieszyliśmy słońcem i wodą.
Przypominając sobie wszystkie odbyte w Turcji rejsy doszłam do wniosku, że jest to bardzo dobry sposób na wypoczynek między podróżą i ostrym zwiedzaniem. Nie jest za gorąco, co pozwala na leżenie i opalanie, można popływać z dala od brzegu, nie tylko przy hałaśliwej plaży, poza tym dają obiad, czyli same plusy.
Rejs po Bosforze był jedyną możliwością zobaczenia tego, czego z lądu nie sposób zaobserwować. Można popatrzeć na mieszkańców Stambułu, którzy przemieszczają się tym najwygodniejszym chyba środkiem transportu. Kolejne dwa rejsy były fantastyczne, szczególnie miło wspominam Dalyan.
 
Woda w morzu Śródziemnym w tych okolicach jest ciepła i wspaniale turkusowa, czasem staje się niebieska, aż granatowa. Nie chce się z niej wychodzić do chwili jej spróbowania, strasznie słona. Niebo podobnie jak morze w dzień błękitne, nocą staje się doskonale granatowe. Gwiazdy najlepiej obserwować ok. 2 w nocy, obraz rozświetlonego nimi nieba na długo zostaje w pamięci.
Cała Turcja, którą do tej pory widzieliśmy była piękna. Składały się na to nie tylko fantastyczne krajobrazy, ruiny, ale także ludzie wykonujący swoje powszednie czynności. Tutaj na południu w pobliżu gór jest bardziej zielono, wcześniej w okolicach Assos przeważały dwa kolory żółty
i brązowy.
A dzisiaj przed nami całonocny przejazd do Kapadocji. Wczoraj zaopatrzyliśmy się w tabletki nasenne, bo ja mam zwykle kłopoty z zaśnięciem w niewygodnej pozycji. 
Przed odjazdem wzięliśmy prysznic co nas kosztowało extra 2 mln. Na dworzec dojechaliśmy po godzinnej podróży przez przedmieścia Antalyi. Kierowca był chyba umówiony z wszystkimi mieszkańcami, raz po raz ktoś wsiadał a ktoś inny wysiadał.
Wsiedliśmy do autobusu i już byliśmy w drodze do najdziwniejszego miejsca na świecie – Kapadocji..

 

 Wydatki: rejs 17$/2 osoby

Kapadocja – Göreme  Dojechaliśmy ok. 6. Było całkiem chłodno, więc szybko się rozbudziliśmy i poszliśmy do czynnego już mini-biura, w którym wskazano nam drogę do pensjonatu. Obejrzeliśmy pokój wykuty w tufie, ale przypominał norę-ciemno, zimno i nie przekonał nas nawet basen. Znaleźliśmy pokój w fantastycznym pensjonacie Kösen prowadzonym przez Australijkę. Było nieco drożej, ale prawdziwie schroniskowa atmosfera i komfort (mięliśmy za sobą nieprzespaną noc a to się liczy!) były tego warte. Odespaliśmy trochę i poszliśmy rozejrzeć się po mieście
i okolicy. Prawdę powiedziawszy przez cały wyjazd czekałam z niepokojem na Kapadocję. Rzeczywistość przerosła wyobrażenia, i nie wiem czy uda mi się znaleźć odpowiednie słowa na opisanie,czym jest ta bajkowa kraina.
Wszystko, co składa się na niepowtarzalność Kapadocji jest dziełem przyrody. Przedziwne formy ze skały tufowej, której początkiem była lawa powstały w wyniku erupcji okolicznych wulkanów. Następnie woda i wiatr wyrzeźbiły wszystkie te niesamowite kształty-góry, wąwozy, „grzybki” złożone z dwóch rodzajów skał. Człowiek wykorzystał tufy na tworzenie mieszkań- pod ziemią budował miasta. Obecnie można oglądać 4 z około 200.
Tufy są przedziwnymi skałami pozwalającymi na wykorzystanie ich jako całorocznego schronienia. Latem trzymają chłód, zimą ciepło, nie potrzeba budować kominów, bo doskonale wchłaniają dym. Kuszą i zapraszają by w nich zamieszkać.Okolica pełna jest zresztą domów, które częściowo budowane są od podstaw, a fragmenty stanowią tufy. Niektórzy wykorzystują je jako garaże.Pierwszego dnia udało nam się zobaczyć szereg takich domów-jaskiń, których Göreme jest pełne. Okolica turystyczna, ale od turystów wolna, pełna za to winogron, których najedliśmy się do syta. Parę godzin na pełnym słońcu dało nam się we znaki i cały wieczór wylegiwaliśmy się w basenie. Planowaliśmy obejrzeć zachód słońca ze specjalnego punktu widokowego, ale niestety nie zdążyliśmy do niego dojść przed zachodem. W momencie, gdy słońce powoli chowało się za górami, wszystko stało się czerwone, a chwilę później nagle zapadła ciemność. Zmęczeni wróciliśmy do domu, spotykając po drodze odpoczywające po całym dniu ciężkiej pracy wielbłądy.  Wydatki: pokój 2x7 $
Pigeon Valey – Ihlara Valey – Kaymakal-podziemne miasto – Caravanserai – Avanos – fabryka porcelany – Zelve – Fairy Chimneys Dzień obfitował w wydarzenia, obejrzeliśmy dużo dzięki zorganizowanej wycieczce, na którą pojechaliśmy, choć jesteśmy przeciwnikami tego typu imprez. W zaistniałej sytuacji – braku czasu i środka lokomocji nie mieliśmy wyjścia. Pierwszym punktem programu była Dolina Gołębi, która zyskała sobie nazwę od ogromnej liczby ptaków żyjących na tym terenie. Nie jest to przypadek, rolnicy, którzy potrzebowali nawozu wykuwali w tufie małe „domki” dla ptaków, wykorzystując naniesione i zgromadzone w jednym miejscu ptasie odchody.
Chwila na zdjęcie, np. z wielbłądem (opłata!) i ruszyliśmy dalej. Żal zwierząt, są tak samo osowiałe jak w zoo.
Kolejnym punktem było podziemne miasto Kaymakli. Chłodno i ciemno - to moje pierwsze wrażenie. Później trochę się rozjaśniło dzięki latarkom (przydała nam się własna), ale strasznie zmarzłam. Wrażenie wywierają ogromne tunele wentylacyjne, tam dopiero ciągnie!Miasto ma kilka pięter, oczywiście pod ziemią, a każde pełniło inne funkcje.
 
Na samej górze znajdowały się toalety (co jest zrozumiałe, te zapachy) do dzisiaj zostały wykute w skale dziury. Jedno z pięter stanowiło spiżarnię, inne kuchnię. Były też pomieszczenia do produkcji wina ! Miasto jest ogromne, mieszkało tutaj ok. 2 tysięcy ludzi. Nam udało się zobaczyć tylko niewielką część całości udostępnioną dla turystów. Pozostało niesamowite wrażenie dla pomysłowości ludzi, którzy stworzyli to i inne tego typu miasta. Mieli szereg sposobów na utrzymanie tajemnicy o istnieniu swojej kryjówki, a dzięki połączeniom między miastami mogli w razie ataku wroga ratować się ucieczką.
Obecność przewodnika w takim miejscu jest nieodzowna. Sprawdziliśmy to gubiąc się na początku i chodząc po podobnych do siebie pomieszczeniach.
Z podziemnego miasta pojechaliśmy do wąwozu Ihlara. Tam zwiedziliśmy wspaniały kościół w tufie, której ściany pokryte były kolorowymi mozaikami. Trochę zniszczone przetrwały jednak próbę czasu. Sam wąwóz, soczyście zielony, stanowi oazę w tej skalistej okolicy. Spacer wzdłuż rzeki był prawdziwą przyjemnością. Po drodze spotkaliśmy stado osiołków, które jadły mi winogrono z rękiJ . Najmniejszy chciał nawet z nami iść, niestety nie mogłam go wziąć . Wędrując doszliśmy do małej wioski, w której zjedliśmy lunch. Jedzenie jak zwykle pyszne, ale za dużo. Przy okazji obiadu poznaliśmy sąsiadów z pensjonatu – Węgrów.Pojechaliśmy później obejrzeć miejsce, w którym podobno kręcono pierwsze sceny do Gwiezdnych Wojen. Trudno powiedzieć czy jest to prawdą, w każdym razie szeroko reklamuje się je jako jedną z atrakcji wycieczki.
Przejazdy do kolejnym miejsc zabierały ok. pół do 1 godziny i w sumie pokonaliśmy kawałek drogi żeby zobaczyć Caravanserai – czyli miejsce w których nocowały wędrujące po kraju karawany. Ta, którą oglądaliśmy zachowała się w całości, warto pokonać nawet spory kawałek drogi, żeby ją zobaczyć.Przedostatnią atrakcją, która początkowo wydawała nam się stratą czasu była fabryka porcelany. Mięliśmy okazję zobaczyć, w jaki sposób robi się naczynia i jaką ciężką pracą jest ozdabianie np. talerzy. Te ostatnie tak nas zachwyciły, że kupiliśmy sobie jeden, po potężnym stargowaniu ceny, jako pamiątkę z Kapadocji.
Ostatnim punktem były Fairy Chimneys czyli ogromne grzybki z bajkolandu. Nie mieliśmy za dużo czasu i sił żeby po nich pochodzić, ale postanowiliśmy tam wrócić następnego dnia. Dzieliło nas od domu ok.15 minut jazdy i można tam było spokojnie dojść.
Wieczorem już tylko siedzieliśmy. Czytaliśmy przewodniki i opisy podróży po Turcji. Te przekonały nas, że jest tu jeszcze wiele do zobaczenia. Nasi sąsiedzi z Węgier mieli w planach wycieczkę na Nemrut Dagi. Nam nie starczyłoby już czasu, dlatego kolejny wyjazd planujemy rozpocząć od Kapadocji a później zobaczyć wschód słońca na Nemrut.

Wycieczka: 2x 22$

Göreme – okoliczne doliny  Plan był krótki, zobaczyć jak najwięcej. Wyruszyliśmy rano w stronę Zelve. Jest tam open air museum, podobnie jak w Göreme, gdzie za opłatą można zobaczyć to samo co za darmo kawałek dalej, bez miłego towarzystwa turystów. Wybraliśmy drugą opcję.
Wędrując w kierunku Zelve doszliśmy do małej wioski Carvasin. Tam zapytaliśmy o drogę, zdobywając przewodnika w osobie małego chłopca, mieszkańca Carvasin. Chwalił się, że pełni funkcje „guide`a” w muzeum Zelve, w co raczej trudno było nam uwierzyć, mając na uwadze jego wiek. Wspinał się w każdym razie wspaniale, niczym kozica. Ledwo za nim nadążaliśmy, bo wejście było bardzo ostre.
Idąc szczytami przeszliśmy na drugą stronę łańcucha oddzielającego obie miejscowości. Doszliśmy do bajkowych grzybków i spragnieni cienia odpoczęliśmy chwilę w Zelve. Stamtąd wróciliśmy autostopem do Carvasin i ruszyliśmy w dalszą drogę tym razem z zamiarem obejrzenia Rose i Red Valley. Nieco spragnieni zobaczyliśmy małą tabliczkę z napisem Fanta, Cola, Tea. Zaintrygowani poszliśmy zgodnie z kierunkowskazem, zaskoczeni obecnością tabliczki na tym odludziu.
U celu, obok wspomnianych napojów odnaleźliśmy mały kościółek (wykuty w tufie,) którego kustoszem samozwańcem był nikt inny jak właściciel kawiarenki (znajdującej się oczywiście w tufie). Zniechęceni wysokością cen od razu poszliśmy obejrzeć kościół. Po krótkiej chwili pan nas wygonił i zamknął za nami drzwi, które jak mniemam sam zamontował. Widać, trzeba było wydać ostatnie pieniądze na herbatę, miała to chyba być chyba ukryta opłata za wstęp, albo za te drzwi{?). Zachowanie pana trochę nas zdziwiło, bo jak dotąd mieszkańcy Turcji zdawali się rozumieć, że nie wszyscy turyści mają kieszenie pełne kasy. Pożegnaliśmy się chłodno
i ruszyliśmy z powrotem. Zmęczeni, wysuszeni, ale szczęśliwi po odnalezieniu tego co mieliśmy nadzieję zobaczyć i doświadczyć dowlekliśmy się do Goreme. Na szczęście czekał na nas basen z niestety nieco zimną wodą. Moczyliśmy się do wieczora. W perspektywie nocy w autobusie, chcieliśmy poleżeć „na zapas” dopóki słońce nie zaczęło chować się za górami.
W autobusie (pełnym atrakcji) obejrzeliśmy jeszcze film (Terminator 2) i obudziliśmy się już w zupełnie innym miejscu.  

Wydatki: bilet do Stambułu 2x15,5$

26 sierpnia Stambuł  

O 9 byliśmy z powrotem w Sultanahmed. Wróciliśmy do naszego pensjonatu Alladyn, z nadzieją, że jako starym znajomym policzą trochę mniej za pokój. Niestety...
Jest podobno chłodniej, faktycznie można przeżyć bez wiatraka. Przespaliśmy się trochę
i poszliśmy nad Bosfor. Wracając wstąpiliśmy do Błękitnego Meczetu. Tam częściowo wewnątrz, częściowo na dziedzińcu spędziliśmy dużo czasu chłonąc atmosferę tego niewątpliwie wspaniałego miejsca. Jak dotychczas mięliśmy okazję posłuchać śpiewu muezzina wzywającego wiernych na modlitwę. Tym razem niejako uczestniczyliśmy w niej siedząc na dziedzińcu wsłuchani w śpiew prowadzącego modlitwę. Wypisaliśmy kilka zaległych pocztówek
i kupiliśmy małą pamiątkę – ceramikę z fantastycznymi wzorami przypominającymi mozaiki z Błękitnego Meczetu.
Widzieliśmy wnętrza innych świątyń, wielu wspaniałych Meczetów Turcji, których w samym Stambule jest niezliczona ilość, żaden jednak nie zachwycił nas tak jak Meczet Błękitny. Wieczorem po raz drugi obejrzeliśmy spektakl poświęcony jego historii, tym razem w języku angielskim, niewątpliwie ciągle łatwiejszym do zrozumienia niż język turecki. To już ostatni nasz wieczór w Turcji. Popatrzyliśmy jeszcze na panoramę miasta z dachu pensjonatu, żegnając się ze Stambułem.

 27 sierpniaStambuł – Warszawa – Łódź

Ostatnie chwile spędziliśmy na zakupach i zwiedzaniu Wielkiego Bazaru. Ze względu na niewielkie możliwości finansowe było to bardziej zwiedzanie. Nie udało nam się też dobrze potargować szczególnie przy zakupie srebra, ale bransoletka była piękna i jak dla nas warta swej ceny. Rozczarowani brakiem straganów ze słodyczami, które bardzo nam zasmakowały, w końcu znaleźliśmy kogoś skłonnego sprzedać coś w temacie Turkish Delights. Słono nas to kosztowało, ale na egipski targ pełen tego towaru, nie mięliśmy już czasu iść. Ostatnie dolary wydaliśmy na mało turecką lampkę, nie jest zbyt użyteczna, ale za to targowanie ceny przyniosło nam wielką satysfakcję. Tak minęły 3 godziny, i nie do końca obładowani wróciliśmy po bagaże. Dojazd do lotniska trwał tylko godzinkę, nie ma to jak godziny szczytu !
Smutno wracać do domu, mamy nadzieję przyjechać w przyszłym roku odwiedzić nowe niesamowite miejsca. Do zobaczenia, Turcjo.

Wydatki: 20$hotel, 5$ bus na dworzec, samolot 235$/osoba tam i z powrotem.

 

Podróż, która rozpoczęła się z taką pewną nieśmiałością spowodowaną brakiem doświadczenia w pozaeuropejskich wojażach która podyktowała Turcje postrzeganą przeze mnie jako taką bliską egzotykę właśnie jako kierunek tej podróży, zaowocowała wspaniałą przygodą, fascynacją Bliskim-wschodem i kulturą islamu. Podróż ta stała się też ostatecznie jedynie pierwszą z dalszych części podróży, które prowadziły nas coraz dalej i głębiej Bliskiego-wschodu, o czym jednak już w innej historii.

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. lmichorowski
    lmichorowski (28.11.2012 8:58) 0 + -
    Tekst fajny, dałem plusa, ale przydałyby się zdjęcia. Pozdrawiam.
  2. radekdudek26
    radekdudek26 (28.08.2009 4:39) 0 + -
    Za dwa miesiące jadę:) Dzięki za świetną faktografię!
  3. powsinoga45
    powsinoga45 (04.07.2009 21:17) 0 + -
    "I tak jak orzeł, ptak górski, najszybszy wśród uskrzydlonych,
    Spada i lekko dopędza z chmur gołębicę spłoszoną -
    Ona wymyka się, pierzcha, lecz orzeł, z wrzaskiem straszliwym,
    Z bliska uderza, w drapieżnej duszy zdobyczy spragniony -
    Tak z zaciętością Achilles pędził, a Hektor uciekał
    Pod trojańskimi murami unosząc kolana.
    W pędzie strażnicę minęli i drzewko figowe, rozchwiane
    Wiatrem, pod murem miastowym, nie schodząc z drogi szerokiej".

    (Homer: "Iliada", Pieśń XXII - tłum. K, Jeżewska)

    Ja też byłam / jestem zafascynowana tym, z jakim uporem Schliemann poszukiwał (swojej) Troi. Wierzył w nią mimo powszechnego sądu, że to wymysł starożytnych. I znalazł!
  4. slawannka
    slawannka (27.06.2009 21:49) 0 + -
    Adam, zrób coś z tymi zdjęciami, oddaj do zeskanowania i wrzuć, byłoby dużo łatwiej sobie wyobrazić twoją podróż!
  5. sunee
    sunee (10.02.2009 3:18) 0 + -
    fajny, bardzo szczegolowy opis - ciekawe czy w dalszym ciagu jest tam tak tanio?
akarolak1975

akarolak1975

adam karolak
Punkty: 5597