Ajax Loader Ładuję ...

17 +
2011-03-30

Podróż Madagaskar 2010

Opisywane miejsca: Antsirabe, Fianarantsoa, Vohitsaoka, Toliara, Ranohira, Morondava (736 km)
Typ: Album z opisami

W drodze z Antananarivo do Ambalavao

Z Krakowa przez Paryż na Madagaskar. W Polsce chłodno, w Paryżu nawet zimniej, po drodze na Komorach tropikalnie a w Antananarivo ok 25 st., bo stolica Madagaskaru położona jest ok. 1400 m npm.

Na lotnisku oczekiwał na nas przewodnik o imieniu Rija. Tym, którzy poszukują informacji nt. Madagasakru w necie imię to nie jest obce, człowiek ten bowiem jest organizatorem wielu wypraw cudzoziemców z całego świata po swoim kraju. My oczekiwaliśmy od niego, że zorganizuje nam na 2 tygodnie sprawny pojazd wraz z kierowcą. On natomiast oczekiwał oczywiście czegoś innego chcąc osobiście pokazać nam poszczególne atrakcje wyspy.

Lotnisko skromne, na zewnątrz tłum oferujących swoje usługi. Po drodze z lotniska mijamy twierdzę z potężnymi murami - to ambasada USA. Z dala majaczy się Pałac Królewski. Rija dowozi nas do Hotelu Sakamanga w Antananarivo - bardzo miłe, klimatyczne miejsce, blisko centrum, plus dobra kuchnia.

Jeszcze tego samego dnia przekazujemy Rija nasze oczekiwania, jest nieco rozczarowany, ale decyduje się za 600 euro zapewnić naszej szóstce pojazd z kierowcą na 12 dni, pojazd „pierwsza klasa” - jak to ujął.

Wykonujemy pierwszy spacer po mieście, turystów jak na lekarstwo, wszędzie odbywa się handel, widać wojskowe pojazdy a to w związku z niestabilną sytuacją polityczną na wyspie. Aleją Niepodległości obchodzimy centrum, resztę pozostawiając sobie na ostatnie dni tuż przed wylotem.

Wieczorem przy lokalnym piwie Three Horses Beer i całkiem smacznej pizzy rozmawiamy o planach na następne 2 tygodnie a plan mamy napięty. Chcemy zobaczyć dużo i trochę przyglądnąć się temu jak wygląda ta część świata i jak żyją tu ludzie. Dwa tygodnie to niewiele, ale zawsze więcej niż godzinny film przyrodniczy na Discovery Channel.

Następnego ranka o 9 pod hotel Skamanga podjechał minibus, trochę wiekowy z kierowcą Rolandem, współpracownikiem Rija. Celem dzisiejszej trasy miało być Ambalavalo… Przyzwoitą drogą podążaliśmy na południe, im dalej tym mniej samochodów a przecież to główna droga w kraju. Do tego stopnia ruch był niewielki, że miejscowi suszyli na drodze swoje zbiory. Lokalne bydło w postaci zebu bardzo często wstrzymywało naszą podróż. 

Minęliśmy Antisirabe z krótkim postojem na obiad i dalej na południe. Niestety nie dojeżdżamy do naszego dzisiejszego celu i nocujemy w drugim co do wielkości mieście Madagaskaru Fianarantsoa. Kierowca Rolan nie chciał jechać w nocy z powodu „security reasons”. Jeśli tak, to co mieliśmy zrobić…

By dotrzeć do Abalavalo raczej wcześniej niż później wyruszyliśmy w dalszą drogę przed 6 rano. Naszym zamiarem było zdobycie drugiej co do wielkości górki Madagaskaru Pic Imarivolanitra (2643 m npm) położonej w Parku Narodowym  d’Andringitra. Nasz plan już z samego rana spalił na panewce, bo minibus się zepsuł, a kierowca Roland nie zdołał go naprawić, a jedynie naprawił go w takim  zakresie, że na jednym biegu dosłownie dotoczyliśmy się do Ambalavalo, będąc radośnie wyprzedzanymi przez Taxi Brousse’y.

Mijany przez nas krajobraz przypominał początkowo Azję, tarasowe pola ryżowe, skromne domki z gliny, malownicze rzeki, pagórki i góry. Obrazy za oknem zmieniał się dynamicznie, teren płaski szybko przechodził w lekko pofalowany, by za chwilę zmienić się w imponujące góry i równie szybko ponownie się wypłaszczyć. Im dalej na południe tym jeszcze biedniej, tym coraz mniej śladów cywilizacji na poziomie stolicy kraju. Teren przez nas obserwowany to tzw. trzeci świat” cokolwiek to znaczy, ale takie określenie ciśnie się na usta na widok tego jak żyją tu ludzie. A ludność przez nas obserwowana to ciemnoskóry typ azjatów, choć na wyspie zamieszkuje kilkanaście plemion i  nie wszystkie mają azjatyckie rysy…

  • Antananarivo
  • Antananarivo
  • Antananarivo
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
  • W drodze z Antananarivo do Ambalavao
W drodze z Antananarivo do Ambalavao

Ambalavao - Andringitra National Park i trasa w strone Toliary

Nasz „pierwszej klasy” minibus doczołgał się do Ambalavalo. Kierowca zajął się jego naprawą a my mimo, że godzina już nie była poranna kontynuowaliśmy starania, by zdobyć Pic Imarivolanitra (2643 m npm). Za 500.000 ariarów zmontowaliśmy ekipę przewodników i Land Roverem ruszyliśmy w kierunku Parku d’Andringitra. Odległość 47 km, jaka dzieliła nas od miejsca, z którego mieliśmy wyruszyć w góry pokonaliśmy w 3,5 godziny, co skutecznie uniemożliwiło nam realizację pomysłu wejścia na Pic Imarivolanitra…

Droga do Parku to barwna opowieść, gdzie jak w soczewce skupia się sposób funkcjonowania ludzi w tej części świata. Jeszcze nie opuściliśmy dobrze Ambalavalo mijając ostatnie zabudowania miasta a już nasza wyprawa utknęła na dobre przed rzeką. Otóż nad rzeką przerzucone były dwie żelazne szyny a nawierzchnia tak zbudowanego mostu, na który nakładano deski jedna obok drugiej, była regularnie zmywana przez rzekę. Przed nami zatem była rwąca rzeka i dwie przerzucone przez nią szyny. Wysiłkiem lokalnej społeczności i licznych gapiów po ponad godzinie udało się zorganizować z okolicznych zabudowań deski potrzebne do wytworzenia nawierzchni mostu, po której mógłby przejechać Land Rover. Desek jednak starczyło jednak tylko na tyle, żeby samochód mógł wjechać na most i kolejno należało deski, które były już za nim przenosić do przodu, żeby umożliwić dalszą jazdę. Kilkanaście osób w pocie czoła w samo południe męczyło się, by umożliwić przejazd na druga stronę rzeki a kilkadziesiąt pozostałych, w tym kobiety z dziećmi, obserwowało to wydarzenie, które zapewne stanowiło atrakcję dla tubylców, którzy swoją dzienną energię skupili na zorganizowaniu i ułożeniu desek na szynach. W każdym razie zdarzyło się coś ciekawego z punktu widzenia mieszkańców. Tylko czemu nikt nie pomyślał, żeby te deski przytwierdzić na stałe do szkieletu mostu…, choć, gdyby tak się stało to miejscowi nie mieliby takich atrakcji jak ta dzisiejsza i nie mieliby także okazji do zainkasowania tipa za pomoc w przystosowaniu mostu do przejazdu…

Droga, którą podążaliśmy był czerwona, bita, kręta z licznymi dziurami, wybojami i dramatycznymi zakrętami. Zarówno kierowca, jak i jego  Land Rover świetnie radzili sobie z tymi przeszkodami. Kilka razy musieliśmy opuszczać samochód, żeby bezpiecznie mógł pokonać kolejną przeszkodę w postaci wielkiej dziury w drodze, czy zalanego mostu.

Wynajęci przez nas przewodnicy zaopatrzyli się w wodę, chleb i ananasy w miejscowości po drodze do Parku. Odbywał się w niej chyba dzień targowy. Samochód zatrzymał się na głównej drodze. Gdy przewodnicy poszli na zakupy auto otoczyli autochtoni i z zaciekawieniem nam się przyglądali. Nawet jeden z nich podrapał kolegę sprawdzając czy aby na pewno jego kolor skóry jest prawdziwy. Miejscowi wpatrywali się w nas jak w obrazki, co wywołało u nas zaniepokojenie… Po jakimś czasie przewodnicy wrócili i ruszyliśmy dalej.

Wreszcie dojechaliśmy do siedziby Parku d’Andringitra, która jak na lokalne standardy a nawet nasze europejskie była całkiem okazała. Zapewne została zbudowana ze środków pomocowych pochodzących z Francji albo z jednej z organizacji międzynarodowych. Dowiedzieliśmy się na miejscu, że Park powstał w roku 1998 i jesteśmy pierwszymi Polakami, którzy tutaj dotarli. Szczególnie nas to nie zddziwiło z uwagi na dostępność komunikacyjną tego miejsca. Wszystko można powiedzieć o tym miejscu ale nie to, że szlaki były tu zadeptane przez rzesze turystów.

Nasza sześcioosobowa grupa podzieliła się na dwie podgrupy. Większa zdecydowała się pokonać małą 2 godz. pętlę pod wodospad a dwójka poszła w góry, niestety nie na Pic Imarivolanitrar, bo na to już nie było czasu, ale na 10 godz. trekking. Trasę tę pokonaliśmy w 4,5 godz., co dobrze świadczyło o naszej kondycji, ale tempo naszego marszu warunkowane było głównie stosunkowo późną porą i zbliżającą się burzą. Około godziny wspinaliśmy się w górę, potem przedzieraliśmy się porzez bajeczne formacje skalne, minęliśmy zebu, wypalone lasy, podziwialiśmy piękno okolicy, dostrzegliśmy najmniejszego kameleona na wyspie i tuż przez wielką ulewą dotarliśmy do Land Rovera.

Powrotna droga do Ambalavalo była jeszcze bardziej męcząca niż trasa do Parku. Deszcze, rozjechana gruntowa droga, noc, która dodatkowo utrudniała przejazd i wreszcie kłopot z mostem a właściwie z jego brakiem. W sytuacji takiej, jak my przy przeprawie przez rzekę znalazło się teraz więcej aut. Trwało to długo, jeden samochód prawie wpadł do rzeki a nam po długich przygotowaniach udało się wreszcie przedostać na drugą stronę rzeki, by ok. północy zameldować się w Ambalavalo. To był cięzki dzień. Obliczenia, jak w Polsce przed wyjściem w góry, na nic się tutaj zdają, wszystko niemiłosiernie się tu wydłuża i ciągnie, no ale wszyscy są w końcu uśmiechnięci i zadowoleni, wszak minął kolejny dzień…

Rankiem kierowca informuje, że minibus jest sprawny i możemy wyruszyć w dalszą drogę na południe w kierunku Toliary. Po kilku godzinach jazdy, gdy na horyzoncie majaczył się już Park Narodowy Isalo samochód ponownie zdezerterował powoli zatrzymując się na pustkowiu. Roland biegał, naprawiał, stukał i w końcu oświadczył, że znowu dysponujemy tylko jednym biegiem tj. 3 lub 4 a przed nami góry, także z samochodem w tym stanie nie poszalejemy na górskich drogach… Odwiózł nad do Ihosy, tam zostawił obiecując, że zorganizuje nowe auto. Mijały godziny, zjedliśmy obiad, z nieba lał się żar a auta nie było. W związku z tym uruchomiliśmy nasze komórki i dzwonimy po Madagaskarze do Rija, Rolanda. Pod wieczór pojawił się jeep z zastępczym kierowcą, który miał nas zabrać do Toliary. I pojechaliśmy dalej na południe. Krajobraz znowu się zmieniał. Fantastyczne góry okolic Ihosy wypłaszczyły się dalej na południu tworząc rozległe równiny, na których gdzieniegdzie można było dostrzec pierwsze widziane przez nas na Madagaskarze baobaby. Po drodze przejeżdżamy przez cieszące się złą sławą szafirowe miasta, by późnym wieczorem wylądować na stacji benzynowej w Toliarze. Kierowca opuścił nas a my szwędaliśmy się po tej podejrzanej okolicy. Wreszcie nadjechał kolejny pojazd terenowy tego dnia, którym mieliśmy podróżować i który miał nas przetransportować do Ifaty Mangily. To wprawdzie odległość tylko 27 km, ale do tego jednego z głównych „kurortów” wyspy prowadzi tragiczna droga, której pokonanie zajęło nam blisko 2 godziny. Przed północą zameldowaliśmy się we wcześniej przez nas zarezerwowanym „ośrodku turystycznym” Mora Mora, gdzie oczekiwał już na nas Jean Pierre. Gdy uścisnęliśmy sobie ręce na przywitanie zgasło światło w okolicy, także do naszych pokoi doprowadziły nas szczególnie intensywnie świecące tutaj gwiazdy…

  • Z ambalavao do Ifaty
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Ambavalao
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty
  • Z ambalavao do Ifaty

Toliara - Ifaty

Obudziwszy się rano uświadamiamy sobie, gdzie właściwie wylądowaliśmy: to 3 bungalowy położone na samej plaży z widokiem na Kanał Mozambicki. Z jednej strony to piękne i urzekające miejsce, ale gdy się temu bliżej przyjrzeć to wprawdzie mieliśmy prysznic w bungalowie, ale lała się z niego słona woda, a plaża w tych okolicach to arteria dla miejscowych i zarazem ich toaleta. Poza tym turystów niewielu, palmy dookoła, słońce…

Plan był taki, by będąc już w tych okolicach i zdecydowawszy się na kilkudniowy pobyt w Ifaty Mangily odbyć kurs nurkowania PADI OWD. Z sześciu uczestników wyprawy na ten krok zdecydowało się pięciu. Szkoła Atimoo prowadzona przez Francuzów zastosowała wobec nas swego rodzaju promocję polegającą na tym, że kurs robimy w piątkę a płacimy za czwórkę…, także kurs wyszedł nam taniej niż w Polsce a okoliczności przyrody były nader zachęcające.

O 7.30 dnia następnego po przybyciu do Ifaty Jean Pierre i Stephane, prowadzący szkołę nurkowania Atimoo, prezentują nam program kursu, podpisujemy oświadczenie o stanie zdrowia i na cóż było dłużej czekać, wsiadamy do łajby ze sprzętem do nurkowania i wypływamy w morze. Mieliśmy mieszane odczucia, bo to pierwszy raz i od razu do wody. Łajba zacumowała i każdy z nas trzymając się liny uczepionej do dna przetransportował się z ekwipunkiem na dno ucząc się wyrównywać ciśnienie. I tak znaleźliśmy się na dnie. Szamocąc się wzburzyliśmy piasek ograniczając widoczność do minimum. Każdy z nas przełamał swoje obawy, jeszcze nieporadnie próbowaliśmy naśladować pod wodą naszych instruktorów. Po wyczerpaniu zapasu tlenu w butlach powróciliśmy na ląd.

Po południu odbyła się część teoretyczna kursu w szałasie będącym siedzibą szkoły nurkowania położonym w odległości 20 metrów od naszych bungalowów, tuż przy brzegu morza z tarasem, z którego roztaczał się przepiękny widok na okolicę, morze i liczne pirogi przemieszczające się w różnych kierunkach. Cześć teoretyczna tego dnia obejmowała film instruktażowy oraz test, który wszyscy musieli zaliczyć, co w sumie zajęło nam kilka godzin. Francuzi poważnie potraktowali zadanie przeszkolenia nas i nie zamierzali wydać nam certyfikatów tylko dlatego, że im zapłaciliśmy.

Po południu udaliśmy się na przechadzkę po Ifaty. „Kurort” ten ma swój charakterystyczny ryt. Prawie brak turystów, wprawdzie w okolicy były jakieś hotele, jednak na gruntowych alejkach turystów nie można było dostrzec, za to dzieci dużo, stargany z mięsem oblepionym muchami, posesje ogrodzone płotami z patyków i wysuszone pasące się zebu. A z nieba lał się żar.

Wieczór robi wrażenie, ugwieżdżone niebo w sposób nader intensywny prezentuje obraz gwiazd widzianych w tej części świata, to wszystko odbija się jeszcze w morzu, i wystarczy.

Następnego dnia znowu od 7-11 wykonujemy ćwiczenia w morzu a potem nurkujemy a po południu cześć teoretyczna podobna do tej z dnia poprzedniego. Tego dnia jeden z nas zapadł na niewydolność żołądkowo-jelitową spowodowaną lokalną bakterią, która podobno wcześniej czy później dopada wszystkich przybywających tu cudzoziemców. Żadne polskie środki nie są w stanie ulżyć cierpiącemu, ani węgiel, ani stoperan, ani no spa itd. Dopiero po jakimś czasie ulitował się nad nami Jean Pierre i podarował francuski specyfik o nazwie Motilyo i jak ręką odjął. Dzięki temu lekarstwu mogliśmy w komplecie zakończyć kurs.

Kolejny dzień spowodował, że piszący te słowa zaniemógł rażony lokalną bakterią. Mimo osłabienia zdołał jeszcze wziąć udział w porannym nurkowaniu, które tradycyjnie już rozpoczęło się o godz. 7 a potem prosto z łajby pobiegł do bungalowu po to, żeby spędzić tam dalszą część dnia, będąc wskrzeszonym dopiero po 20 po zażyciu wspomnianego wyżej francuskiego medykamentu. Po południu część teoretyczna, jak wczoraj i przedwczoraj oraz spacery, kontakty z tubylcami, którzy sprzedają wyroby lokalnego rękodzielnictwa za grosze. Dominowały maski tutejszych plemion, wisiorki, skrzynki itp. Natomiast tubylcy zainteresowani byli wszystkim od trochę sfatygowanych naszych T-shirtów, po resztki słodyczy, które mieliśmyze sobą. Jeden sneakers był w stanie zadowolić 5 dzieci. Był to przykry obraz jak wydzierały sobie z rąk słodycze. Co mogliśmy to rozdaliśmy. Niektórzy z nas spotkali się po raz pierwszy z lemurami kata.

Następny dzień to walka między osłabieniem spowodowanym przez bakterię o potrzebą kontynuowania kursu. Program dnia identyczny, jak wczoraj i przedwczoraj.

Wreszcie ostatniego dnia rano nurkujemy i wykonujemy różne podsumowujące kurs ćwiczenia pod wodą i na wodzie, by o 13 przystąpić to sfinalizowania części teoretycznej kursu i zdania egzaminu końcowego. O 18 egzamin mieliśmy za sobą i każdy dzierżył dowód ukończenia kursu nurkowania w Kanale Mozambickim. Jeszcze tego samego dnia powróciliśmy do Toliary kwaterując się w przyzwoitym hotelu.

Niestety nie byliśmy w stanie w pełni wykorzystać pobytu na południu Madagaskaru i zobaczyć więcej np. baobabów, których było tutaj sporo. Bakteria zredukowała nasze siły do minimum i właściwie musimy być wdzięczni Francuzom, że lekarstwo przez nich zaordynowane postawiło nas jako tako na nogi.

  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty
  • Ifaty

Trasa z Toliary do Morondava ... przez Fiaranantsoa ... czyli jeszcze raz to samo ale ciut inaczej ....

Samochód od Rija, który na czas naszego pobytu w Ifaty zdematerializował się, dotarł wreszcie i zabrał nas w drogę powrotną z Toliary na północ. Zatrzymaliśmy się ponownie w Ihosy. Odwiedzamy jedną z dolinek Parku Narodowego Isalo, by spotkać się z lemurami. Wizyta nie trwa długo, bo nasze siły były zdecydowanie nadwerężone przez wydarzenia dni poprzednich. Za to spotkaliśmy liczne stado lemurów kata, król Julian tu, król Julian tam, wszędzie Julian. Po tym spotkaniu cześć uznała, że widząc lemura w jego naturalnym środowisku może teraz wracać do Polski. Szkoda tylko, że oprócz tego gatunku lemura i pląsającego gdzieś w zaroślach lemura o rdzawym zabarwieniu nie było nam dane zobaczyć innych gatunków, których jest przecież kilkadziesiąt. Pod wieczór dotarła do Ihosy burza i tęcza, która dumnie rozpostarła się na horyzoncie.

Kolejny dzień spędzamy w naszym aucie, odwiedzając po drodze farmę lemurów w Anja. Docieramy do znanego nam już Ambalavalo, gdzie niektórzy czynią zakupy pamiątek i zbieramy siły, bo jutro czeka nas długa droga na zachodnie wybrzeże do Morondovy przez Antisirabe.

Najpierw w Antisirabe jemy śniadanie przemierzając miasto pousse-pousse’ami, malgaskimi odpowiednikami azjatyckich tuk-tuków, by potem odbić na zachód i ruszyć w kierunku wybrzeża. Trasa do Morondovy to wielkie wyzwanie. Najpierw malownicze góry, potem najgorętsze okolice na Madagaskarze, przepiękne rozległe widoki, drogi budowane przez Chińczyków i ostatnie 40 km przed Morondovą istnej drogi przez mękę, która kiedyś była asfaltowa, francuska, teraz księżycowa, którą można pokonać jadąc zygzakami tylko po jej obrzeżach. Tyle zostało z przyzwoitej kiedyś trasy. O 20 zameldowaliśmy się w przepięknych bungalowach Bugenville tuż nad samym morzem. Cały dzień wytłukło nas konkretnie na trasie z Antisirabe. Nie udało się nam nigdzie zatrzymać na obiad, bo taka usługa nie była oferowana przez żaden przybytek po drodze. Za to widoki były pierwszej miary, co właściwie widać na zdjęciach.

Wieczorem zażywszy pokrzepiających kąpieli pod prysznicem spotkaliśmy się na kolacji i przy piwie, by podsumować ostatnie pełne wydarzeń dni. Mimo, iż dochodziała 22 było nadal parno i gorąco. Gdyby nie ta temperatura to można by uznać, że to idealne miejsce na wypoczynek w cenie pokoju niższej, niż kiepska kwatera w Zakopanem.

  • z isalo do morondova
  • z Toliary do Isalo
  • z Toliary do Isalo
  • z Toliary do Isalo
  • z Toliary do Isalo
  • z Toliary do Isalo
  • z Toliary do Isalo
  • z Toliary do Isalo
  • z Toliary do Isalo
  • Isalo
  • Isalo
  • Isalo
  • Isalo
  • Isalo
  • Isalo
  • Isalo
  • Isalo
  • Isalo
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova
  • z Isalo do Morondova

Aleja Baobabów

Dopiero rano mogliśmy w pełni docenić urodę miejsca, w którym się znaleźliśmy. Można by nawet powiedzieć, że okolica jest kiczowata, bo palmy, plaża, urodziwe domki i w ogóle wszystko jak z folderów reklamowych. Ale to tylko pozór, jesteśmy na Madagaskarze. Do alei Baobabów, która była właściwym celem naszego przyjazdu do Morondovy jedzie się ok. 20 min. z centrum miasta. To niewiele zważywszy na nasze wczorajsze doświadczenia.

Faktycznie oczom przybyszów ukazują się krajobrazy niezwykłe, najpierw nieliczne masywne drzewa z kępą gałęzi i czegoś zielonego na szczycie, potem już w większych zgrupowaniach i wreszcie w skupisku, które nie pozwala pozostać obojętnym na ich widok, określany umownie jako Aleja Baobabów. Są naprawdę olbrzymie, magazynują wodę w swoim pniu, mają różne kształty, są i takie splecione, połączone ze sobą a i strzeliste, różne, ale każdy jedyny w swoim rodzaju. Dla tych kilkudziesięciu minut warto było tłuc się po koszmarnych drogach przez cały dzień i znowu mieć w zanadrzu taką samą trasę do pokonania w dniu dzisiejszym. Spacer między baobabami to przeżycie, poza tym dopiero, gdy poczuje się tę spiekotę dookoła można sobie uzmysłowić, dlaczego one tak wyglądają.

Droga powrotna przypominała tę wczorajszą, z tym, że tym razem wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Niestety nie udało się nam dojechać do Antananarivo a na kilkadziesiąt kilometrów przed Antisirabe złapaliśmy gumę a było już ciemno. Przez chwilę zrobiło się nieciekawie ale na szczęście po kilkudziesięciu minutach zabiegów naszego kierowcy auto ruszyło dalej, by na nocleg dowieźć nas do Antisirabe.

Następnego dnia z Anisirabe przemieściliśmy się Anatananarivo. Podziękowaliśmy naszemu kierowcy za to, że dzielnie i bezpiecznie obwiózł nas po miejscach, do których chcieliśmy dotrzeć. Rozliczyliśmy się z Riją potrącając z wcześniej umówionej kwoty za transport kwotę, która odpowiadała ilości dni, w których nie mieliśmy pojazdu do dyspozycji. Po czym wybraliśmy się na spacer po mieście.

Ostatni pełny dzień na Madagaskarze każdy spędził tak, jak miał ochotę a wszyscy już po południu spotkaliśmy się w Hotelu Sakamanga z Konsulem Honorowym Polski na Madagaskarze dr. Zbigniewem Kasprzykiem. Jest to bardzo miły, kompetentny i doświadczony człowiek, który chętnie dzieli się doświadczeniami ze swojego już długiego pobyty na wyspie. Było to swego rodzaju podsumowanie naszego czasu spędzonego na wyspie. Pana Konsul podrzucił nas na ulicę Beniowskiego, gdzie staraniem Polaków na murze została ulokowana bardzo efektowna tablica upamiętniająca Maurycego Beniowskiego. Miło było spojrzeć na ten ślad polskości w tak odległym rejonie świata. Następnego dnia wyjeżdżamy. Lotnisko 12 godzin w samolocie, Paryż i … Kraków.

Madagaskar to biedny, a nawet bardzo biedny kraj, gdzieś trochę na uboczu, wewnętrzna scena polityczna nie ułatwia mu życia, a funkcjonuje właściwe jedynie w oparciu o pomoc zagraniczną. Krajobrazy zapierają dech w piersiach, ale jest trochę pusto, bo zwierząt hasających po polach brakuje, oczywiście nie licząc wszędobylskich zebu i Julianów ukrytych w zaroślach…

  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów
  • Aleja Baobabów

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. lmichorowski
    lmichorowski (29.12.2011 9:37) +1 + -
    Ciekawie opisana wyprawa i fajne zdjęcia. Pozdrawiam.
  2. anna.wujec
    anna.wujec (30.04.2011 16:11) +1 + -
    Mały ale jaki piękny ten Magadaskar. Wpadnę jeszcze raz poczytać jak pojawi się tekst.
  3. s.wawelski
    s.wawelski (26.04.2011 18:50) +1 + -
    Przyglądnąłem się jeszcze raz Twoim zdjęciom bo lubię porównywać swoje wrażenia z innymi. Wygląda na to. że nasze trasy się przecięły i powieliły w niektórych miejscach, więc tym chętniej obejrzałem te miejsca Twoimi oczami. Chętnie bym jeszcze poczytał choć w zarysie o Waszych przygodach i wrazeniach. Zapraszam Cie do zapoznania sie z moją opowieścią z podróży po Ósmym Kontynencie :-)
  4. kielec
    kielec (14.04.2011 23:40) +1 + -
    Z tego co pamiętam to Fiedler odradzał to miejsce jako warte skolonizowania ;) Gdyby do tego doszło to już pewenie tych baobabów by nie było...
  5. mapew
    mapew (12.04.2011 21:00) +1 + -
    z wielka przyjemnoscia odswiezylem sobie moje wspomnienia z Madagaskaru, piekne zdjecia. Czekam juz z ciekawoscia na Twoja relacje. Beda jeszcze tez dalsze zdjecia? Jak bedziesz mial czas i ochote, to zapraszam Cie rowniez do "mojego" Madagaskaru :-)
  6. asta_77
    asta_77 (12.04.2011 19:56) +1 + -
    Przyłączam się do poprzedników - w wolnej chwili napisz koniecznie kiedy byłeś i jak pojechałeś - zdjęcia piękne - wrażenia pewnie niezapomniane ;)
  7. iwonka55h
    iwonka55h (12.04.2011 14:43) +1 + -
    Każdemu z nas na początku ciężko idzie, potem będzie coraz łatwiej z obsługą, ale z doświadczenia wiem, że najlepiej dodawać opisy razem ze zdjęciami, bo po obejrzeniu zdjęć ludziska już mogą nie wrócić do Twojej podróży, bo np. zapomną, nie mają czasu, są nowe podróże....
  8. s.wawelski
    s.wawelski (12.04.2011 0:01) +2 + -
    Rozumiemy, rozumiemy... :-) Poczatki sa zawsze cokolwiek trudne, ale radzisz sobie dobrze, a bedzie jeszcze lepiej :-)
  9. atomek74
    atomek74 (11.04.2011 18:57) +3 + -
    Z tą kolonią to tak nie do końca :) .... owszem była polska misja badająca przydatność wyspy na cele osiedlania sie ale ... nie mieliśmy wyspy kupić tylko współpracować z Francuzami przy kolonizacji ... "współpraca" miała mniej wiecej wyglądać tak Francuzi=inzynierowie, Polacy=technicy, Tubylcy = siła robocza ... miejsca opisane przez Fiedlera to jednak inna część wyspy.
  10. milanello80
    milanello80 (11.04.2011 18:20) +3 + -
    Wstyd się przyznać, ale Madagaskar dla mnie to kompletna terra incognita. A chciałoby się tam pojechać, oj chciało. Szkoda, że nie napisałeś o swoich odczuciach odnośnie wyspy. Ciekaw jestem jak przypadła Tobie do gustu.
    P.S. tych kolonii mieliśmy mieć kilka, jeszcze Kamerun, Gwineę, a Tobago nawet chwilowo w okresie naszej niepodległości aspirowało do miana kolonii naszego rozebranego przez sąsiadów kraju.
  11. atomek74
    atomek74 (11.04.2011 16:21) +5 + -
    @ iwonka55h: proszę o cierpliwość i wyrozumiałość :) .... dodam opisy ale dopiero tu zaczynam jak widzicie wiec idzie mi powoli jeszcze :)

    @ s.wawelski: Wrażenia hmmm .... uczące pokory ... kraj jest piękny ale strukturalnie biedny ... a i tak jest to jeden z lepiej funkcjonujących krajów regionu. Wyjazd trwał ponad 2 tygodnie ... niezapomniane 2 tygodnie .... humory różne ... w zależności od temperatury ... ilości dziur w drodze itd itd ... ale to cały urok :)
  12. s.wawelski
    s.wawelski (11.04.2011 16:14) +2 + -
    Pod pałacem prezydenckim w Antananarivo pewnie byłoby popiersie Kaczyńskiego...
  13. przedpole
    przedpole (11.04.2011 15:41) +3 + -
    Piękna galeria. A Madagaskar,to miała być nasza kolonia. Ciekawe ,jak by dziś wyglądał ,gdyby to się ziściło.
  14. iwonka55h
    iwonka55h (11.04.2011 10:16) +2 + -
    tak, zdecydowanie brakuje opisów do zdjęć.
  15. s.wawelski
    s.wawelski (11.04.2011 6:18) +4 + -
    To jakie są Twoje wrażenia z Ósmego Kontynentu? Jak długo trwała cała wyprawa? Sądząc po zdjęciach pogoda raczej dopisała, humory pewnie też :-)
atomek74

atomek74

Piotr Atom Paweł Cyrus
Punkty: 4583