Ładuję...

kolumber.pl


 

Śmiem twierdzić, że w każdej, nawet najmniej podatnej na uniesienia i wrażliwe powiewy, duszy, choćby nawet na samym jej dnie, w każdym człowieku, niezależnie od pozycji społecznej i statusu majątkowego, drzemią nieograniczone pokłady romantyzmu. Potrzebują one tylko impulsu, iskierki, by mogły zaświecić swym pełnym blaskiem, by mogły się uzewnętrznić i ujawnić wszem osobom, o taki przymiot ich autora wcześniej nawet nie podejrzewającym. U każdego źródło takich pozytywnych odczuć, sprawiających, że czujemy się lepsi, że czujemy, że ten świat ma jednak jakieś wyższe wartości, że jesteśmy mu potrzebni w ich realizacji, może być inne. Jednakże w następstwie ich wystąpienia, wszyskich nas łączy ten sam skutek. Czujemy się ważnym ogniwem, czujemy w sobie tę piorunującą siłę pozwalającą góry przenosić, czuć się komuś potrzebnym, wierzymy, że zmuszeni jesteśmy nie tylko do egzystencji w tej współczesnej, kołtunerskiej i zapyziałej gmatwaninie ludzkich losów.

 

Dla autora tych nędznych wypocin, zawsze takim źródłem pozwalającym oderwać się od zastanej rzeczywistości, pozwalającym na przyjęcie takiej eskapistycznej postawy wobec problemów dnia codziennego, umożliwiającym wreszcie spokojne i niczym nie zakłócone wschłuchanie się we własne myśli, jest ucieczka w podróże, ucieczka w nieznane, ucieczka w miejsca piórem pisarzy wczesnego dzieciństwa opisane. Nic tak jak owe podróże nie jest w stanie naładować akumulatorów, by znów mechanizm prawidłowo mógł wdrożyć sie w szarugę codziennego życia. Tylko podróże są mi w stanie uświadomić sobie ogrom otaczającego świata, jego majestatyczność, wskazać moje w nim miejsce, dać akceptacji dla myśli w głowie rodzących się.

 

Nie pierwszy raz, miast Świeta Wielkanocne w pieleszach domowego zacisza spędzać, spragniona wyzwań dusza porwała ku przygodzie. Coś się w mej pustej główce od dawna pewien kraj, z którym przymioty takie jak natura, romantyzm, symbolika, zakorzenił i z owej żadne inne kierunki eksploracji, wypędzić go nie mogły. Szkocja, bo o tym kraju mowa, jest niewątpliwie miejscem, gdzie uśpione i zastygłe emocje na nowo mogły odżyć, gdzie znalazły naturalną pożywkę dla rozkwitnięcią pełną mocą. I chyba jak mało który kraj, z romantycznymi przymiotami, nieskazitelnością dzikiej i nieokiełznanej natury, bogactwem symboliki i prastarej tradycji, kojarzyć się musi. Człowiek podsycony widokami, szkockimi motywami, wspomnianą symboliką, wzbogaconymi historią i niekończącymi się treściami mistycznymi, płynącymi z takich arcydzieł o Szkocji traktujących jak “Rob Roy” z niesamowitą muzyką celtycką Cartera Burwella, czy też sławetnym “Braveheartem” z równie piekną muzyką Jamesa Hornera, dalej utworami popularnych twórców muzyki celtyckiej jak – Capercaillie, The Etives, Clannad i wielu innych, wprost rwie ku temu krajowi, by przekonać się, czy jest on miejscem rzeczywiście tak cudownym i magicznie usposobionym, jak to wszelkie żródła, ludzkie opinie i bajkowe zdjęcia traktują.

 

Tej wiosny marzeniom o Szkocji traktującym uczyniłem zadość. Jak mnie nieocenione źródło informacji, jakim jest internet, uświadomiło, gdy pewnego dnia, targan owymi marzeniami, wertowałem strony Szkocji poświęcone, najlepszym okresem na jej eksplorację jest kwiecień. Raz to - i to głowny powód - z uwagi na fakt, iż w tym okresie jest najmniejszy opad roczny w tym kraju, dwa – że jest to okres gdy jeszcze owe uprzykrzające życie i atakujące z furią (znam z opowiadań znajomych) szkockie muszki midges, nie dają o sobie znać, wreszcie że to właśnie czas, gdy budząca się po zimie przyroda wydaje najdynamiczniejsze oddechy, gdy chce zwrócić uwagę na siebie, wzbudzając wrażliwość potencjalnego widza na widok jej nowiuteńkiej, pięknej, wiosennej szaty, na kwitnące kwiaty, na bogactwo barw i życia wokół się toczącego. Wreszcie powód osobisty, nie mogłem sobie wymarzyć lepszego prezentu urodzinowego niż właśnie taki, jaki ten kraj był mi w stanie sprawić. Minusy wyjazdu w tym terminie ? Tylko jeden, buchająca pełnią życia wiosna jakby nie dała przyzwolenia na kwitnięcie wrzosom, a widok na porośnięte nimi, fioletowe, falujące wzgórza, jak wiadomo jest niesamowicie kojący i romantyzm z organizmu uwalniający.  

 

Romantyzm romantyzmem, conajwyżej można posiłkować się romantycznymi impulsami umysł trawiącymi, ale jak zorganizować sobie pobyt w tym niesamowitym kraju mając jedynie osiem dni. Toż to prawdziwa sztuka kompromisu i konieczność wyławiania najszlachetniejszych perełek w morzu ich pełnym. Wszak, moim skromnym zdaniem oczywiście :), kraj o powierzchni czterokrotniej mniejszej niż nasza ojczyzna, ma, nie umniejszając Matce Polce, której dobre imię na każdym kroku staram się głosić, bogactwo miejsc wartych eksploracji, zdecydowanie więcej. Nie jest wstydem ustąpić na tym polu miejsca Szkocji, wszak nie za wiele krajów w mapę współczesnego świata wpisanych, jest w stanie w kwestii atrakcyjności, dzikości natury i innych przymiotów już wcześniej wspomnianych, a Szkocji słusznie przypisywanych, czoła temu krajowi stawić. Jakimi pobudkami się kierować przy wyborze miejsc wartych pozostawienia o nich śladu w głowie, jakie kryteria zastosować, by w jak najpełniejszy sposób zaspokoić żądze ku Szkocji młodzieńczym, niepohamowanym uczuciem rwące.Czy słusznym jest przelać na papier argumentację mną kierującą przy wyborze miejsc eksploracji ? Wszak, czy na wieść o uznaniu, któregoś z odrzuconych miejsc za “mniej atrakcyjne”, natura nie będzie mi przy okazji kolejnej, niewątpliwej eksploracji Szkocji, nieustannie wypominała mi tego faktu, zsyłając pogodę, warunki, plagi (oby nie egipskie) nie sprzyjające przygodzie. Uznałem za warunek sine qua non wizytacji Szkocji, zaszczycenie moją skromną osobą Edynburga. Wiele dobrego o tym mieście słyszałem i czytałem. Zwiedzanie Szkocji bez zajrzenia w miejsce najwyraźniej na jej historię oddziałujące byłoby swoistego rodzaju niegrzecznością, faux pas wobec tego kraju. Ale co po Edynburghu, gdzie wyruszyć, w którą stronę skierować swe kroki. Wiadomo Glasgow odpada, wszak miasto to zbytnio na przymiot ostoi romantyzmu, kolebki historii Szkocji i miejsce obligatoryjnej wizytacji, zwłaszcza na mój pierwszy raz w tym kraju :), nie zasługuje. Gdzie dalej uderzyć, gdzie wystawić swe stopy na narażenie nabawienia się opuchlizn i pęcherzów, wywołanych niepohamowanym pędem ku eksploracji dzikiego, szkockiego łona. Cóż jest kwintesencją Szkocji, gdzież wszystkie przymioty, romantyczne skojarzenia z tym pięknym krajem mogą znaleźć pełne odzwierciedlenie jak nie w Highlands. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że zazwyczaj, gdy myślimy o Szkocji, de facto przywołujemy w myślach właśnie Highlands. To z tym miejscem kojarzymy zamki, góry, jeziora, doliny, wrzosowiska, sławnych bohaterów, stosunki klanowe, język gaelicki, Highland Games, haggis, potwora Nessie i wiele innych walorów tego kraju. Wybór nie odbył się zupełnie bezboleśnie. Dwa punkty, z uznanych wcześniej za obowiązkowe, musiałem, a tutaj już konieczność ich odrzucenia bardzo doskwierała, odrzucić. Argument prosty – nie były mi po drodze ku Highlands. Z bólem serca musiałem zrezygnować więc z odwiedzin Dunnotar Castle – niesamowitego zamku o bardzo interesującej historii, położonego na stromym urwisku i patrzącego melancholijnym wzrokiem ku morzu, a znajdującego się w niedalekiej odległości od Aberdeen. Wszak penetracji wschodniej części Szkocji, mimo wszystko z uwagi na jej nieporównywalnie mniejszą atrakcyjność (choć życzyłbym każdemu miejscu świata takiej mniejszej atrakcyjności jak tam właśnie) w stosunku do zachodniej, przeze mnie mającej być odwiedzoną, nie zakładałem. Drugi punkt odwiedzin z bólem serca skreślony, z powodów zresztą jednakich, to Blantyre (i tamtejsze muzeum) – miejsce narodzin wielkiego szkockiego misjonarza, odkrywcy i miłośnika Afryki, a prywatnie mojego bohatera Davida Liningstone'a.

 

 Skoro nakreśliłem już jakiś plan podróży w swej malutkiej i próżniutkiej główce, a obejmować miał on wizytację, poza Edynburghiem oczywiście, zachodniej i północno zachodniej Szkocji, a więc słynnych Highlands,włącznie z wejściem na Bena Nevisa – najwyższy punkt całej Wielkiej Brytanii, równie słynnym Loch Ness, doliną Glencoe, wybrzeżem wokół Oban, wspaniałymi zamkami jak - Inveraray Castle, Kilchurn Castle oraz Eilean Donan Castle, odwiedzinami na Isle of Skye , a na szeregu innych mniej lub bardziej znanych miejscach kończąc, wypadało zadbać o stronę logistyczną wyprawy, tj. załatwić dach nad głową i transport pozwalający na dotarcie w te wspaniałe miejsca.Poraz kolejny przyszło mi posiłkować się dobrodziejstwem internetu, choć jak się później okazało, nie obyło się bez, przyprawiających o palpitację serca, wywołujących ataki niekontrolowanych duszności, komplikacji. Dla nawet najmniej wytrawnych i zaprawionych w bojach podróżniczych eksloratorów, wyszukanie noclegu nie stanowi nijakiego problemu, wszak oferta jest niesamowicie bogata, a jedynym i wystarczającym sprzymierzeńcem winny być dobre chęci i wystarczający zasób czasu. Gorzej rzecz się miała z kwestią transportu. Nadmienić należy, że wyłącznym, pozwalającym poznać w pełni uroki Szkocji, sposobem na przemieszczanie się, jest posiadanie samochodu. Komunikacja, jakkolwiek niesamowicie sprawna i o nieograniczonych możliwościach zdecydowanie odpada. Wszak w kraju, gdzie jedną atrakcję od kolejnej dzieli częstokroć górka, jezioro, a nawet jeden zakręt, poruszanie się komunikacją publiczną, narażałoby potencjalnego turystę na niemożność dotarcia i zaspokojenia głodnej magicznych widoków duszy, do każdego miejsca wartego odwiedzenia. Jedynym wyjściem okazało się więc wypożyczenie samochodu. W końcu transfer własnego samolotem :) byłby inwestycją chyba zbyt kosztowną. Ale co tu począć, gdy okazuje się, a dzieje się to na tydzień przed planowaną wyprawą, że samochodów żadna z edynburskich wypożyczalni już nie posiada. Wychodzi na to, że Szkocja jest w okresie świątecznym na tyle atrakcyjnym i zapewne ku romantycznym westchnieniom sprzyjającym miejscem, iż cała Europa co najmniej, nieprzerwaną rzeszą tłumów tutaj święta spędzić ciągnie. Dzwonimy do wszystkich wypożyczalni w Szkocji, niezapominając już nawet o Inverness, Glasgow, Aberdeen, Dundee, a w desperacji nawet o oddalonym znacznie, angielskim już Newcastle. Bez efektów. Ostatecznie, raz kolejny utwierdzając się w przekonaniu istnienia siły wyższej, nad pomyślnością mej osoby czuwającej, znajdujemy samochód w światu zapomnianym Stirling. Radości nie ma końca, wszak wreszcie możemy ruszyć ku wymarzonej przygodzie.

 

Perypetie związane z samochodem na tyle przeciągnęły się, że zastaje nas popołudnie. Na zwiedzanie Stirling nie zostaje nam zbyt wiele czasu, zważywszy że w planach mamy dotarcie o sensownej porze w okolice wybrzeża zachodniego. Dodatkowo i aura przychylnym okiem spojrzeć na nas nie chce, nakazując słoneczku, schować się za grubą perzynę, ciężkich, szkockich chmur. Czyżby już limit szczęścia na ten dzień został wyczerpany? Kolejny raz okazuje się, że jego pokłady są nieograniczone. Sprawdza się powiedzenie, że z małej chmury wielki deszcz, a w tym konkretnym przypadku zero deszczu.

Podziwiamy Stirling i jego znamienite atrakcje,głównie średniowieczne. To miasto wielce zasłużone dla historii Szkocji, podobnie zresztą jak niedaleko stąd położone Bannockburn (miejsce glorii z 1314 roku). Na jej kartach zapisało się ono, jako arena zwycięskiej bitwy wojsk szkockich dowodzonych przez Williama Wallace'a (tak tego słynnego Bravehearta) nad wojskami angielskimi w roku pańskim 1297. Dzięki temu, słusznie przez Szkotów, dumnie prężących torsy, wychwalanemu zwycięstwu, Szkocja praktycznie wyparła Anglików ze swoich ziem. Dla upamiętnienia faktu, a zwłaszcza nie pozwolenia na wypłowienie w ludzkich umysłach postaci wielkiego bohatera, zbudowano, na obrzeżach miasta, na wzgórzu Abbey Craig, 67 metrową wieżę. Otwarta w 1867 roku, na cześć wielkiego Szkota, nosi nazwę Wallace Monument. Dotarcie do niej, z racji jej górowania nad okolicą, nie nastręcza problemów. Miejsce praktycznie w całości poświęcone jest pamięci bohatera. Znajdują się tutaj rekwizyty z historią bitwy i postacią samego Wallace'a związane (chociażby jego słynny dwuręczny miecz - claymore). Jedna z sal tematycznie związana jest z postaciami wielkich Szkotów. Aż nie do pomyślenia, że wszyscy Ci, powszechnie znani ludzie – Scott, Bell, Fleming, Napier, Conan Doyle i wielu, wielu innych, to dzieci tejże właśnie hardej i dumnej ziemi. Niesamowitej radości przysparza mi widok na popiersie Davida Livingstone'a – a jednak jakąś cząstkę wielkiego miłośnika Afryki dane mi było uchwycić. Warto nadwyrężać mięśnie w drodze na szczyt wieży, roztacza się stąd cudowny widok na okolicę. Dostrzegam m. in. renesansową budowlę zamku Stirling, miejsca kolejnych odwiedzin. Widok na zamek uświadamia mi jego historyczne znaczenie. Jest to potężna twierdza, osadzona, podobnie zresztą jak i edymburskie zamczysko, na solidnej skale. Stojąc pod nią trzeba wysoko zadzierać głowę, by dostrzec na samym czubku skały twierdzę, chroniącą w przeszłości wejścia wgłąb kraju. Jego strategiczne położenie sprawiało, że potencjalni najeźdzcy już na sam jego widok tracić musieli animusz niezbędny do ataku, a zapewne niejednokrotnie i w głowach ich kłębić się musiały myśli o zaniechaniu zdobywania zamku. Szczególnie doznania takie musiały być nieobce tym, którzy przybywali do Stirling z zachodu. Zamek stojący na szczycie 80-metrowej urwistej skały wydawać się musiał jeszcze bardziej potężny i niemożliwy do zdobycia. Ślady pierwotnych umocnień na wzgórzu pochodzą już z epoki żelaza. Hector Boece, XVI wieczny historyk szkocki, uważany zresztą za niezbyt wiarygodnego, twierdzi w swoim Historia Gentis Scotorum, że wzgórze jako pierwsi ufortyfikowali już rzymianie pod wodzą Agrykoli. Znamienna większość historyków twierdzi, że za początek fortyfikacji wzgórza uważać należy rok 1110, kiedy wzniesiono tu pierwszą katedrę. Obecny ksztalt fortyfikacji to efekt prac budowniczych z XV i XVI wieku. Z tego okresu pochodzi m. in. Great Hall, najbardziej eksponowany budynek wewnątrz murów zamkowych. Swoim żółtawym kolorem ewidentnie odróżnia się od reszty dziedzińcowej zabudowy. To efekt prac restauratorskich, które kosztem ponad 20 milionów funtów, nadały mu charakter i kolorystykę, jaka cechowała go właśnie w XVI wieku. Jest on uznawany za jeden z najwspanialszych przykładów szkockiej architektury świeckiej okresu średniowiecza. Niesamowitych wrażeń wzrokowych dostarczają, a należy wspomnieć polski akcent przy ich powstawaniu, słynne Głowy ze Stirling. Stanowią je 56 rzeżbionych kasetonów, do których wykonania sprowadzono drzewo dębowe właśnie z naszego kraju. Opuszczając zamek spoglądam na pomnik Roberta de Bruce'a, strzegący wejścia do fortecy, próbując chyba po raz ostatni ogarnąć w głowie majestatyczną budowlę i niemniej interesującą jej historię.

Po wizycie na zamku, ruszamy spiesznie w kierunku Highlands, w miejsce obrane jako wiodący i główny cel wyprawy.

 

  • Wallace Monument
  • Wallace Monument
  • miecz Williama Wallace'a

 

Czas nieubłagalnie ucieka, przymuszając mnie, zauważam to nieświadomie, do coraz częstszego spoglądania na owalny przedmiot spoczywający na ręku i jakby coraz głośniej swym miarowym odgłosem przypominający o nadchodzącym wieczorze. Wizyta w Stirling, niesamowicie obfita w nowe doznania wzrokowe, wzbogacająca chłonny wiedzy historycznej umysł o nowe wiadomości, dostarczająca odpowiedzi na wiele zapytań, na tyle przeciągnęła się w czasie, że jestem postawiony przed koniecznością dokonania kolejnego wyboru. Kosztem Alloa Tower, XIV wiecznej, o wyjątkowo bogato wyposażonych wnętrzach, wieży, wybieram odwiedziny Doune Castle. Raz, że leży po drodze ku Highlands, dwa, że mimo wszystko jest znacznie bardziej oddziałującym na wyobraźnię budynkiem, poza tym chyba również i dlatego że termin “castle” ma dla mnie bardziej magiczny, romantyczny wydźwięk. Pomimo posiłkowania się nowoczesnymi technikami nawigacji, tropiąc drogę ku zamkowi, tracimy ślad. Bynajmniej nikt z tego powodu nie rozpacza. Widoki zza samochodowej szyby są niesamowite, wiosna zdaje się wydawać głębokie westchnienia, barwa kolorów widziana przed oczyma nieustannie zmienia się. Poranne zachmurzone niebo jakby poszło w sukurs wiośnie, pozwalając jej eksponować swą piękną, kolorową szatę na tle wolnego od chmur, błękitnego sklepienia nad głowami uniesionego. Po dotarciu do zamku, głos nie potrafi znaleźć miejsca ujścia, emocje grają, wszak widok przed oczami przerósł wszelkie oczekiwania. Nad brzegiem rzeki, w otoczeniu morza żółtych, pełnią życia kwitnących narcyzów stoi, praktycznie w całości zachowany, niesamowicie wzrok przyciągający Doune Castle. Jest on wyjątkowy wśród szkockich zamków, gdyż został zbudowany w jednym okresie i przetrwał kompletny i prawie niezmieniony po dzień dzisiejszy. Strategicznie usytuowany w dorzeczu rzek Ardoch i Teith zbytnio nie przyciągał ewnetualnych najeźdzców wizją łatwych łupów. Jego piękne położenie i stosunkowo dobrze zachowany stan pierwotny nie umknęły uwagi kinematografii. Stał się on miejscem scen dla takich filmów, jak parodia legendy króla Artura pod swojsko brzmiącym tytułem Monty Python i Święty Graal, czy też wcześniejszy Ivanhoe. Miłośnicy tych filmów zwykli urządzać sobie zjazdy w pobliżu tegoż właśnie zamku.

Szukam miejsca wyciszenia, gdzie moglbym pozwolić ochłonąć emocjom. Nie jest mi to dane, słyszę wzmożone głosy euforii wydobywające się z ust współtowarzyszy, rzut okiem w ich powiększone kontemplacją miejsca źrenice, tylko utwierdza mnie w przekonaniu słuszności wyboru dokonanego raptem kilkanaście minut wcześniej. Można by tutaj spędzić znaczniejszy niż tylko chwila szmat czasu, a emocje chyba i tak dalej grały by swoją własną, niezależną od logiki, nakazującej parcie ku miejscu docelowemu, melodię.

 

  • Doune Castle
  • Doune Castle widziany z boku
  • Doune Castle w ujęciu romantycznym :)

 

Pomimo już kilkuminutowej jazdy samochodem, dalej słyszę podniesione głosy. Wypadałoby uciszyć towarzystwo, wszak nie sprzyja to zbytnio koncentracji niezbędnej do prowadzenia samochodu. Zdaję jednak sobie sprawę, że mimo wszystko i ja, może nawet w najbardziej znaczący sposób jestem uczestnikiem tych echów i achów, wydawanych z płuc na wspomnienie uroku widzianego wcześniej miejsca. Wiem, że wkrótce ich żądne takich widoków oczy, znajdą nowe obiekty uwielbienia. Wszak droga prowadzi wprost do Loch Lomond and Trossachs National Park. Tutaj bynajmniej o piękne widoki trudno nie jest. Region ten często nazywany bywa Highlands w miniaturze. W którą stronę by nie spojrzeć, nawet najbardziej obojętny na obrazy przewijające się przed oczyma umysł, znajdzie miejsce, któremu poświęcić należy co najmniej rzucenie okiem. Historia miejsca, którą opowiadam towarzyszom, dodatkowo wzmaga ich podniecenie. Kraina Trossachs to kolejne miejsce związane z ważną postacią. Tu urodził się chyba najsłynniejszy poganiacz bydła Robert MacGregor zwany Rob Royem (data urodzin nieznana, ochrzczony 7 marca 1671 r., zmarł w 1734 r., został pochowany w Balquhidder). Cieszył się sławą "szkockiego Robin Hooda", a był ponoć zwykłym rzezimieszkiem, Walter Scott uczynił go bohaterem swojej powieści. A Michael Caton – Jones, reżyser, który wprowadził szkockiego Janosika, zresztą bardzo umiejętnie, na ekrany kin, proces wybarwiania jego postaci doprowadził do perfekcji. Bohater, jednego z moich ulubionych filmów, jest osobą wybitną, człowiekiem szlachetnym i walczącym o wartości takie jak honor, ojczyzna, równość z niespotykanym uporem i pasją. Mijany po drodze Callander, jest miastem, w którym postać Rob Roy'a jest szczególnie eksponowana i które z tegoż faktu czerpie największe zyski. Tutejsze “Rob Roy Centre” o niedobór turystów, zwłaszcza po sukcesie filmowym dzieła opiewającego postać bohatera, martwić się nie musi.

Przemierzając tereny Loch Lomond and Trossachs National Park docieramy do miejscowości Tyndrum, gdzie znajduje się rozgałęzienie dróg. Pierwsza z nich biegnie wprost ku Highlands, przecinając po drodze malowniecze wrzosowiska Rannoch Moor oraz sławną dolinę Glen Coe. Ta, którą wybieramy, pamiętając że pierwszą bedziemy za kilka dni wracać z wojaży po Highlands, odbija w lewo ku terenom hrabstwa Argyll. Wkrótce mijamy po lewej stronie najdłuższe słodkowodne jezioro Szkocji - 41 kilometrowej długości Loch Awe. Według miejscowej legendy zostało stworzone przez wiedźmę, a nastepnie zasiedlone przez potwora, w dodatku znacznie obrzydliwszego niż ten w Loch Ness. Zaczynam uważnie spoglądać na taflę jeziora. Wkrótce widok zza okna zmusza nas do gwałtownego hamowania. Ten moment wymaga niezwłocznego uwiecznienia, w końcu stan taki nie będzie trwał wiecznie. Rozciągająca się nad Loch Awe tęcza wprawdzie nie przypomina ani wiedźmy, ani tymbardziej potwora, ale doznania jakich dostarcza niewątpliwie wywołałyby w potencjalnym obserwatorze naszych emocji, wrażenie jakoby co najmniej jakiegoś potwora ujrzeć dane nam było. Stanowiłoby zaprzeczenie własnej naturze, opuszczenie tegoż miejsca bez chociażby kilkukrotnego skierowania palca na przycisk aparatu służący utrwaleniu zastanego przed oczyma stanu ducha matki natury. Aż cisną się na usta słowa słynnej grupy rockowej Queen - “a kind of magic”. Wszak inaczej niż przy udziale magii, matka natura nie mogła aż do tego stopnia zawładnąć naszymi duszami i emocjami. W oddali widać ruiny, położonego na małej wysepce, usytuowanej pośrodku Loch Awe, Kilchurn Castle. Pocieszam strapionych współtowarzyszy, że baczniej przyjrzymy się im w trakcie jutrzejszego rekonesansu po tych terenach.

 

  • najdłuższe słodkowodne jezioro Szkocji - Loch Awe
  • wiadukt kolejowy w Loch Lomond and Trossachs National Park
  • tęcza nad Loch Awe
  • widok z oddali na Loch Awe i jego główną atrakcję

 

Wydaje się, że limit doznań estetyczno – duchowych został już wyczerpany. Dzień wydaje ostatnie oddechy przed skierowaniem swych kroków w miejsce spoczynku i nabraniem sił przed kolejnym, jutrzejszym przychylaniem nam swego pogodnego, słonecznego oblicza. I nam ta wieczorna atmosfera zaczyna się udzielać, głowy prawie już przyjmują pozę do zajęcia wygodnej pozycji na pachnącej poduszeczce, wymęczone kończyny już prawie rozluźniają naprężone w nich mięśnie, jakby w świadomości, że chwila ich funkcjonalności dobiega końca. Ale w przyrodzie nie ma miejsca na prawie, matka natura w dalszym ciągu pragnie nas zaskakiwać, nie pozwoli nam wypocząć, nim nie roztoczy nad nami pełnej gamy swych barw i nie zaprezentuje w pełni swego piękna. Widać chce dostarczyć pożywki dla snów, które będą snuć marzenia o miejscach dnia dzisiejszego widzianych. Zmusza nas do kolejnego gwałtownego hamowania (które to już z kolei) i kolejnego przyklaśnięcia jej przedstawieniu. A widziany przed oczami zachód słońca na tle Loch Etive zaskakuje niesamowitym błękitem. Nigdy w życiu nie było mi dane takiego pożegnania słońca z ziemskim padołem spatrzyć. Wszak dotychczasowe skojarzenia z zachodem słońca przybierały kolory różnorakich odmian fioletu, czerwieni, pomarańczu, odmian koloru bordo, czasem towarzyszyła im żółć. Nigdy jednak oczom nie było dane ujrzeć tak niebieskiego, przepięknego zachodu słońca. Nie sposób nie ulec czarowi zastanych pejzaży i tej niesamowitej mieszanki błękitów, z domieszką fioletów oraz dodatkiem znacznej "szczypty" uroku Szkocji nie uchwycić :). Dodatkowego smaczku dodaje im całe morze wprost zółciutkich, wiosennych narcyzów oraz kilka łódeczek spokojnie na wodach Loch Etive kołyszących się.

W średniowieczu za takie praktyki okultystyczne, budzące w widzu ambiwalentne uczucia, a to strachu, a to podniecenia i zachwytu z drugiej strony, ich autor, w tym wypadku - matka natura niewątpliwie zostałby spalony na stosie. Tylko kto wówczas dostarczałby nam takich przeżyć, kto sprawiałby że w pamięci przywoływalibyśmy maksymę – “chwilo trwaj, chwilo jesteś piękna”. A sam nieświadomie na tym właśnie się przyłapałem. Przed opuszczeniem tego miejsca i skierowaniem się na zasłużony spoczynek, podziwiam majestatycznie rozciągający się nad brzegami Loch Etive 150 metrowy Connel Bridge. Jakże błękitna poświata zachodzącego słońca czyni go urokliwym. I on miał swoje wielkie chwile w historii kinematografii. “Występował” w filmie z 1984 roku pod tytułem “Eye of the Needle” (w polskiej wersji zatytułowanym “Igła”), gdzie sam Donald Sutherland po przejechaniu skradzionym motocyklem przez most, wrzuca go następnie w otchłanie Loch Etive, z uwagi na wyczerpanie zasobów paliwa. Po przebyciu tej samej, co sławny aktor, trasy, docieramy wkrótce na zasłużony spoczynek.

Wisieńką na torcie, jakim niewątpliwie były doznania dnia dzisiejszego, bogate w niesamowite widoki, okraszone cząstką historii, szczyptą legend, ale i w znacznym stopniu naznaczone przejawami magii, jest fakt, iż gościć nam dane będzie u starszego, przemiłego Państwa, w ich gustownie i na stary styl urządzonym guesthousie.

Ale prezentów na moje urodziny,  przypadające na czas szkockiej eskapady, dostarczyła mi matka natura. Chyba lepszych nie byłbym w stanie sobie wymarzyć. Po raz kolejny uświadamiam sobie, że doznania duchowe są droższe niźli nawet najzłotsza ze złotych sztab.

 

  • Loch Etive o zachodzie słońca w ujęciu romantycznym
  • niesamowity zachód słońca w Connel
  • widok na Loch Etive w Connel
  • zachód słońca nad Loch Etive
  • widok na Connel Bridge
  • most Connel Bridge nad Loch Etive

 

Po smacznym śniadaniu niezwłocznie ruszamy w drogę. Szkoda tracić czas, gdy wizja niesamowitych doznań szkockiego łona wprost kusi. Znów przejeżdzamy po Connel Bridge. Nie wywołuje już takich emocji jak wczorajszego wieczoru, już nie sprawia wrażenia, jakoby był wytworem kogoś innego niż tylko ludzkich fantazji i rąk.

Ponownie docieramy nad Loch Awe, by tym razem z bliższa przyjrzeć się jego największej atrakcji – ruinom Kilchurn Castle. Zamek, zbudowany w 1540 roku, należał do słynnego rodu Campbellów. Po zniszczeniach dokonanych uderzeniem piorunu w roku 1760 został opuszczony i popadł w ruinę. Widok na zamek jest tak wspaniały, że nie sposób przyglądać mu się wyłącznie z oddali. Jego majestatyczna sylwetka wprost zaprasza do zawarcia bliższej znajomości. Bagnista łąka, stanowiąca przeszkodę ku bliższemu zapoznaniu się, kryje wiele niespodzianek na drodze ku jego ruinom. Ale dla takich widoków warto poświęcić nie tylko buty :). Ruiny zamku otoczone są pięknymi górami, wokół rozpościera się zielone, kwitnące oblicze wiosny, a całości dopełnia niebiesko blyszcząca tafla jeziora Loch Awe. Ciężko wyobrazić sobie bardziej zapierający dech w piersiach widok. Ukradkiem spoglądam na stronę tytułową przewodnika o Szkocji, trzymanego w ręku. Obraz sprzed oczu jest tożsamy. Nie może dziwić fakt, że jest to jeden z najchętniej fotografowanych zamków Szkocji. Wokół wielu wędkarzy próbujących zdobyć rekordowy okaz łososia, z których słynie jezioro. Właśnie tutaj, mając przed oczami widok na te niesamowite ruiny, dokonano w 2002 roku odłowu najwiekszego w historii całej Wielkiej Brytanii łososia (czyż nie ma w tym fakcie szczypty magii ?). A nadmienić należy, że stworzono im tutaj warunki wprost wyśmienite. Nawet tamę, mającą na celu utrzymanie odpowiedniego poziomu wody w Loch Awe wyposażono w urządzenie umożliwiające wędrówkę łososi na tarło. Chwilę odjazdu przeciągamy maksymalnie, wszak widok zachęca do możliwie najdłuższego kontemplowania miejsca.

 

  • Kilchurn Castle widziany z drogi do Inveraray
  • Kilchurn Castle nad Loch Awe
  • ruiny Kilchurn Castle z bliska
  • brzeg jeziora Loch Awe
  • Kilchurn Castle po raz wtóry
  • zdjęcie tafli wody Loch Awe

 

Docieramy do Inveraray, malowniczego miasteczka, położonego nad zachodnim brzegiem Loch Fyne. Słynie ono przede wszystkim z pięknego zamku Inveraray Castle. Jest on zupełnie innym rodzajem zamku, niż do tej pory widzieliśmy. W żaden sposób nie przypomina bastionu obronnego, toteż słusznie wydaje się, że jakichkolwiek funkcji obronnych pełnić nie mógł. Sprawował co najwyżej funkcję reprezentacyjnego pałacu. Wzniesiony stosunkowo późno, ostateczny kształt przybrał w 1789 roku. Stanowiący mieszankę stylów baroku, palladian i gotyckiego, pałac, wzrok podziwiających przyciąga zwłaszcza swoją niespotykaną seledynową barwą. Do dzisiaj jest siedzibą klanu Campbell. Obecnie rezyduje tutaj Duke of Argyll, stąd część zamku wyłączona jest z możliwości odwiedzin. We wnętrzu na uwagę zasługuje zwłaszcza Sala Zbrojowa, gdzie wywieszono arsenał broni pochodzących z XVI i XVII wieku, w tym dirk i sporran należące do słynnego Rob Roy'a MacGregor'a (1671-1734). Sala słynie z tego, że ma najwyższy pułap w Szkocji - prawie 69 stóp, tj. 21 metrów. Widok w górę jest niebywały, nie widać końca, wszędzie wiszą różnorakiego rodzaju bronie.

Opuszczając pałac kierujemy się w stronę górującego nad okolicą wzgórza Dun na Cuaiche. Wszak mały rekonesans w góry, przed jutrzejszym atakiem na Bena Nevisa, jest jak najbardziej wskazany. 4,5 kilometrowa trasa biegnie przez wyjątkowo zielony las, nawet pnie drzew obrośnięte są gęstą zieloną roślinnością. Coś takiego widzę po raz pierwszy w życiu. Na szczycie usytuowana jest wieża, którą w 1754 roku zbudowano dla upamiętnienia masakry dokonanej na 17 Campbellach, właścicielach tych ziem, przez Markiza of Atholl. Mnie najbardziej inspiruje widok na okolicę Inveraray i samego Loch Fyne, a w szczególności miniaturową z tej pozycji bryłę zamku. Jak nieopamiętały pstrykam zdjęcia, zastane widoki wymagają utrwalenia. A że dzieje się to w szaleńczym pędzie, widać taki Szkocji czar, że owładniętego jej urokiem jegomościa, trudno posądzić o jakiekolwiek pokłady racjonalizmu w jego zachowaniu.

 

  • droga wiodąca wprost ku Inveraray Castle
  • przypałacowe ogrody Inveraray Castle
  • Inveraray Castle
  • przepiękne wnętrza zamku Inveraray
  • kuchnia w zamku Inveraray
  • komnata rodu Campbellów na zamku Inveraray
  • sala przyjęć w Inveraray Castle
  • górujący nad zamkiem Inveraray Dùn na Cuaiche
  • widok z Dùn na Cuaiche na okolice Inveraray
  • Inveraray Castle widziany z Dùn na Cuaiche
  • widok ze szczytu na Loch Fyne
  • widok z okna wieży usytuowanej na Dùn na Cuaiche
  • kolejny, a jakże inny widok na okolice Inveraray
  • stromizna Dùn na Cuaiche w ujęciu romantycznym :)
  • wieża na szczycie Dùn na Cuaiche
  • widok ze zbocza Dun na Cuaiche wprost na Loch Etive
  • przystań w miasteczku Inveraray

 

Wybieramy okrężną drogę, by dostać się do miasteczka Oban, chcąc niezwykle krętą i wąską, nadbrzeżną drogą, przemierzyć tereny historycznego królewstwa Dalriady. Mijamy jeden z najważniejszych celtyckich zabytków – dostojne ruiny Dunadd Fort.

Po dotarciu do Oban, o którym nieprzypadkowo zwykło mówić się – brama do Highlands, pierwsze kroki kierujemy do restauracji, głód po wielogodzinnej włóczędze dał znać o sobie. Pracującym tam Polakom podświadomie zazdroszczę możliwości zamieszkiwania tak niesamowicie pięknego miejsca. Ten największy zachodnio-szkocki porcik, swym niezwykłym urokiem już od czasów wiktoriańskich zwykł przyciągać na swe łono całą rzeszę turystów. Sama królowa Wiktoria okresliła tą miejscowość jako “jedną z najpiękniejszych w jakich kiedykolwiek mieliśmy okazję być”. Oban, dzięki niezliczonej ilości połączeń promowych, stwarza możliwość “poskakania” po pobliskich wyspach – Mull, Kerrera, Lismore, Coll i wielu, wielu innych. Największą atrakcją miasteczka jest górująca nad nim, przypominajaca nie tylko w zamierzeniach jej fundatora, Johna Stuarta Mc Caig'a, rzymskie Koloseum, wieża Mc Caig's Tower. Panorama miasta i całej zatoki wprost skłania do rozmarzenia się. Dodatkowym impulsem ku temu są promyki słoneczne, przeciskające się misternie przez łuki konstrukcji i okraszające słoneczną poświatą tutejsze niesamowite okazy flory.

Stąd kierujemy się ku kolejnej pobliskiej atrakcji, ruinom zamku Dunollie Castle. Przechadzając się nadmorskim wybrzeżem dostajemy aż skrętoskłonu od nadmiaru odchylania głowy a to w jedną, a to w drugą stronę. Strategicznie położony na znacznym wzniesieniu Dunollie Castle został zbudowany w początkach XIII wieku przez klan Mac Dougall's. Obecnie w jako takim stanie zachowała się jedynie jedna z wież, której uroku dodaje bujnie obrastająca ją zielona roślinność. Nie trzeba nadmieniać, że widok roztaczający się z zamkowego wzgórza na pobliskie wybrzeże, wraz z grupą najbliższych wysp, jest wielce inspirujący.

Powoli nadchodzący zmrok zmusza nas skierować nasz czterokołowy pojazd w kierunku noclegowni starszego miłego Państwa. Po drodze do zobaczenia mamy jeszcze jeden zamek. Jakże miłą w skutki, jak się wkrótce okazało, jest pomyłka nawigacyjna pilota wyprawy (czytaj mnie :)). Niezamierzenie docieramy, o zachodzie słońca, nad piękną, wtuloną w objęcia urokliwych wydm, piaszczystą plażę Ganavan Sands. Kolejny już dzień jest nam dane być świadkami niezwykłego zachodu słońca. Jako, że jest on zwiastunem nadchodzącej nocy, niestety nie przeciągamy czasu i mkniemy przed siebie.

Już w półmroku docieramy pod kolejny, który to już na naszej drodze, zamek – Dunnstafnage Castle. To tutaj w dawnych czasach przechowywano ponoć słynny “kamień przeznaczenia” nim Edward I zawłaszczył go, umieszczając w Opactwie Westminster. Na bramie widnieje tabliczka informująca, że zamek jest zamknięty. Nie dajemy jednak za wygraną i ścieżką przez las, a następnie wokół nadmorskiego wybrzeża docieramy pod jego majestatyczne mury. O zmroku zamek nie jest w stanie skutecznie roztoczyć swojego uroku, co potwierdzają zresztą późniejsze zdjęcia. Toteż w dosyć przyśpieszonym tempie opuszczamy wokółzamkowe posiadłości. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy okazuje się, że brama wejściowa była otwarta i wystarczyło ją pchnąć.

W końcu o dosyć późnej już porze osiągamy ostatni cel, a zarazem punkt wyjściowy, dzisiejszego dnia, guesthouse naszych przemiłych gospodarzy. Jutro opuścimy ich szykownie urządzony domek, kierując się wprost ku górzystym Highlands. Przed udaniem się do krainy snów, znajdujemy odpowiedź na nurtujące nas pytanie. Zastanawialiśmy się jak to jest, że tutejsza szkocka, jakże przyjemna w dotyku trawa, mimo nie używania kosiarek, jest tak starannie przystrzyżona. Okazuje się, że funkcjonują tutaj naturalne kosiarki, ujawniają się po zmroku, a ich liczba jest wręcz niepoliczalna. Zza okna obserwujemy harce niezliczonej rzeszy malutkich króliczków.

Przed wtuleniem się w poduszkę wspominam widoki mijającego dnia. Ich ogrom zmusza mnie do przemyśleń. Jak pojemne muszą być znajdujące się w naszych głowach szufladki odpowiadające za wspomnienia, by pomieścić ich nieograniczoną liczbę. Niewątpliwie te z dnia dzisiejszego znajdą się w najszlachetniejszej z tych szufladek, wyściełanej zapewnie atlasami i jedwabiami, o ścianach mieniących się brokatem, złotem, perłami i wszelkimi atrybutami ze szlachectwem związanymi. Aż się boję na myśl o kondycję moich szufladek, mając na względzie konieczność znalezienia miejsca na doznania i wspomnienia kolejnych dni.

 

  • nabrzeże miasteczka Oban
  • wejście do Mc Caigs Tower
  • wiosna w pełni wewnątrz Mc Caig's Tower
  • panorama miasta Oban
  • wybrzeże w pobliżu Oban
  • malownicza droga wzdłuż wybrzeża
  • niezapomniany widok wybrzeża Oban
  • widok na wyspę Kerrera
  • wieża Dunollie Castle
  • wieża Dunnolie Castle z drugiej strony
  • cudowny widok z ruin Dunollie Castle
  • niesamowite wybrzeże Ganavan Sands
  • barwy nieba nad Ganavan Sands
  • kojące widoki Ganavan Sands
  • zachód słońca nad Ganavan Sands
  • ruiny Dunstaffnage Castle
  • osadzony na skale zamek Dunstaffnage

 

Rano, po nostalgicznym pożegnaniu z naszymi gospodarzami ruszamy w kierunku Highlands. Dziś czeka na nas prawdziwe wyzwanie. Pogoda, dzień kolejny ukazując swe słoneczne oblicze, wręcz zachęca do stawienia mu czoła. Mijając po drodze Appin uświadam sobie, że to miejsce akcji powieści Roberta Louisa Stevensona, jednego z moich ulubionych pisarzy dzieciństwa, zatytulowanej “Porwany za młodu”. Od razu przypomina mi się fantastyczna muzyka filmowa Vladimira Cosmy z ekranizacji tej książki. Niesamowicie pasuje ona do szkockich pejzaży. Żałuję, że nie mam jej ze sobą, niezwłocznie zaprosiłbym uszy współtowarzyszy na tak przyjemną rozpustę.

Następny, wręcz zza zakrętu, widok skłania umysł ku kolejnym muzycznym skojarzeniom. Tym razem w myślach wysłuchuję ścieżki dźwiękowej z samego “Highlandera”, kolejnego z bliskich mi filmów. Przystajemy bowiem na parkingu, by na sesję fotograficzną zaprosić tym razem Castle Stalker. To właśnie w jego murach kręcono część scen do wspomnianego “ Highlandera” z ponadczasową rolą Christophera Lamberta, ale również i końcowe sceny do nadmienianego już przy okazji odwiedzin Doune Castle, filmu “Monthy Pyton i Święty Graal”. Zamek, zbudowany na otoczonej wodami Loch Linnhe “skale kormoranów, znajduje się obecnie w rękach prywatnych. Jego zwiedzanie możliwe jest wyłącznie w terminach wyznaczonych przez właściciela i to dosłownie kilka dni w roku tylko. Twierdza, wzniesiona około 1320 roku przez klan Mac Dougall, jest jednym z motywów chętnie umieszczanych na widokówkach ze wschodniej Szkocji. Zastany widok skłania mnie tylko ku przyznaniu racji wydawcom tychże widokówek.

 

  • widok na Loch Linnhe i jego główną atrakcję
  • Castle Stalker
  • Castle Stalker w ujęciu romantycznym :)
 

 

Dalsza droga prowadzi przez coraz bardziej górzystą okolicę, to znak że jesteśmy już w Highlands. Wkrótce docieramy pod majestatycznie górującego nad okolicą Bena Nevisa, najwyższy ze wszystkich szkockich “munrosów”, a jednocześnie najwyższy szczyt w całej Wielkiej Brytanii. Munrosami określa się, na cześć Sir Hugh Munro, który skatalogował szkockie szczyty jako pierwszy, te z nich, które przekraczają ponad 3000 stóp (914,4 metra). Według najnowszych obliczeń liczba Munrosów stanęłą obecnie na 284. Prowadzi się nawet nieoficjalne tabele zdobywców wszystkich tych wzniesień. Jak dowodzą najnowsze z nich, zdobywcami wszystkich munrosów jest obecnie ponad 4000 osób. Najciekawszym jest, że sam twórca listy – Hugh Munro, nie zdążył zdobyć ich wszystkich. Do zaliczenia w poczet “Munrosowców” brakło mu tylko dwóch szczytów. Wydaje mi się, że warto tu wspomnieć o paru innych jeszcze ciekawostkach. Otóż człowiekiem, który w najszybszym czasie skomletował wszystkie munrosy, choć mniejsza tu o nazwisko, był Charlie Campbell. Wznioślejszym jest fakt, iż dokonał tego bagatela – w 48 dni i 12 godzin. Z kolei niejaki Steve Fallon skompletował całą listę aż 13 razy.

Mnie było dane stawić czoła pierwszemu z nich, jednocześnie najwyższemu i najpopularniejszemu – Benowi Nevisowi. Wzniesiony na 4410 stóp (1344 m.) szczyt, dla człowieka w cieniu gór zrodzonego i niejako w ich towarzystwie codzienne życie pędzącego, swoimi wymiarami nie mógł powalić na kolana. Wszak tatrzańskie wierzcholki, czy również i hiszpański Bola del Mundo, które to miałem okazję już zdobyć, przewyższają Benia niemal dwukrotnie. Sprawa wydawała się prosta, niczym wycieczka niedzielnych turystów w klapeczkach. Jak się później okazało, szacunku dla gór nigdy za mało. Tymbardziej, gdy nazwa góry w miejscowym języku gaelic tłumaczona jest jako “złośliwa góra”.

Opuszczając parking samochodowy udaliśmy się trasą wprost przed siebie. Mimo największych starań, nie było nam dane spatrzyć celu naszej trekkingowej wyprawy. Wszak nie było nam wiadomym, iż ujrzenie oblicza Benia nie jest możliwe. Zasłaniają go inne szczyty, których dopiero wyminięcie umożliwia bezpośredni atak nań. Wkrótce trasa, dosyć stromo i serpentynowo wijąca się pod gorę, daje odczuć mięśniom wspinaczkę, a lekceważąco traktującą szczyt głowę zmusza do weryfikacji uprzednich poglądów. Wszakże suma przewyższeń koniecznych do zdobycia góry jest powalająca. Szczyt atakuje się praktycznie z poziomu morza (około 20 metrów ponad nim), co sprawia, że pokonać trzeba przewyższenie o wartości ponad 1300 metrów, a to już poważnym wyzwaniem być musi. Nie raz rodzą się w zmęczonym organiźmie myśli, by odpuścić sobie resztę trasy, kosztem chociażby smaczniutkiego obiadku w restauracji na dole. Nie raz człowiek zastanawia się nad racjonalizmem swego zachowania. Miast spędzić w miłym gronie Święta Wielkanocne, pcha się pod “głupią górę”, oblewając organizm litrami potu, narażając mięśnie na nieziemski wysiłek, a umysł zmuszając do coraz częstszego zadawania sobie pytań ile jeszcze. Tyle wysiłku, by zdobyć cholerną górę, musi organizm z siebie wydobyć, wzamian za możliwość krótkiego wypoczynku na jej wierzchołku. I wtedy trudy górskiej mordęgi rekompensują cudowne widoki z górskiego zbocza. A to na pobliskie jeziorko Lochan Meall an t - Siudhe, a to na majestatyczne góry wznoszące się wszędzie wokół, morskie wybrzeże oblewające je z każdej możliwej strony, wreszcie na malutkie miasteczka wtulone w górskie doliny i w ich cieniu swoje własne życie toczące. Widok ów wynagradza wszelkie niedogodności. Człowiek już wie, że wszystko można kupić dzięki właściwej karcie kredytowej, ale takich widoków nigdy. Takie widoki są bezcenne. Natchniony własnymi przemyśleniami znów żwawiej brnę pod górę. Niestraszne mi zimno panujące u szczytu i zmuszające do wyciągnięcia schowanych w plecaku ciepłych ubrań. Tutaj już t – shirt nie wystarczy, kraina wiecznej zmarzliny wita nas śniegiem i mrozem. Amplituda temperatur pomiędzy poszczególnymi etapami wspinaczki sięga ponad 20 stopni Celsjusza. Kolejny raz muszę chylić czoła przed najwyższym z munrosów. Wreszcie, zza sąsiedniego szczytu Carn Mor Dearg, wyłania się sylwetka Bena Nevisa. Dostrzegam w oddali usytuowaną na jego szczycie stację meteorologiczną I już wiem, że go zwyciężyłem, że mimo wielu uprzykrzeń i złośliwości z jego strony nie poddałem się. Pierwszy munros zdobyty! Świadomość ta dodaje mi sił w drodze na dół, która wydaje się jakby łatwiejsza. Zapewne dzięki wzmożonej aktywności endorfiny, hormonu szczęścia, który po zdobyciu szczytu, wydziela się w moim organiźmie w znacznych jak mniemam ilościach, tłumiąc równocześnie uczucie drętwienia i bólu.

W odpowiedniku naszego Zakopanego, wtulonym w góry i równie obleganym przez turystów, Forcie William, zjadamy wieczorny obiad. Smakuje wyśmienicie.

Stąd kierujemy się, z małym postojem wokół ruin (a jakże) zamku Inverlochy Castle, do miejsca naszego spoczynku. Wyczerpany górską mordegą organizm namiętnie wyczekuje miejsca niezbędnego do regeneracji.

 

  • droga wiodąca wprost ku Ben Nevisovi
  • tyle mamy już za sobą
  • widok ku górze:)
  • widok na ścieżkę, którą już pokonaliśmy
  • górskie jeziorko Lochan Meall an t - Suidhe
  • ścieżka na szczyt
  • kamienie usypywały się spod ciężkich już nóg
  • widok na malownicze Grampiany
  • granica wiecznego śniegu :)
  • przepaść rozdzielająca drogi wiodące na szczyt Bena Nevisa, a Carn Dearg
  • 1344 m n.p.m. - Ben Nevis
  • droga wiodąca wprost w dół :)
  • poza krainą wiecznej zmarzliny :)
  • ruiny zamku Inverlochy
 

Dzisiejszy dzień ma być równie płodny w miejsca warte naszych odwiedzin. Toteż po smacznym śniadaniu niezwłocznie ruszamy w drogę. Mijamy Fort Augustus ze znanym Clansmen Centre, muzeum poświęconym budowie Kanalu Kaledońskiego. Zza samochodowej szyby widzimy serię śluz, będących częścią owego kanału.

Po niedługim czasie docieramy do Drumnadrochit. To bardzo popularne miasteczko. Rzeszę turystów przyciągają tu zwłaszcza wszechobecna historia, świat legend, fantastyki i ludzkiej rozbujałej wyobraźni. Na obrzeżach miasta podziwiamy jeden z dwóch magnesów doń turystów wabiących, mianowicie ruiny słynnego zamku Urquhart Castle. Jest on nieodłącznie związany i z drugim. Usytuowany jest bowiem na brzegu słynnego jeziora Loch Ness, a nazwa ta każdemu z czytających zapewne wiele mówi. Legenda mówi, że miejscowy potwór - Nessie bardzo sobie upodobał okołozamkowe okolice. Jakoś nie było nam dane się o tym przekonać. Urquhart Castle zbudowany został w początkach XIII wieku, choć dostarczono dowodów wcześniejszego osadnictwa w tym miejscu przez wojowniczych Piktów. By nie dostał się w ręce Jakobitów, właściciele zniszczyli go w 1692 roku. W taki stanie, dosyć znacznie zrujnowanym, kusi oko turystów i fanatyków obu legend (zamkowej i potwora) do dzisiaj.

Będąc przy nadziei ujrzenia Nessie, uznaliśmy, że być może łatwiejszym będzie jego dostrzeżenie penetrując Loch Ness od strony wody. Stąd też wybraliśmy się na pokładzie “Nessie Hunter” na jego poszukiwania. Loch Ness jest największym objętościowo i jednym z najgłębszych słodkowodnych zbiorników w całej Wielkiej Brytanii. Kapitan naszego statku George Edwards jest podobno odkrywcą największej głębi w jeziorze (około 240 m), a równocześnie człowiekiem niezłomnie wierzącym w istnienie potwora. Niesawowitych wrażeń dostarcza widok ruin zamku od strony tafli jeziora. To jedyne czym możemy się delektować w czasie rejsu. Potwora spatrzyć dane nam nie było i to nawet przy pomocy najnowszych sonarów, GPS – ów i innych “technicznych tropicieli” zjawy. Być może jest to przywilej wyłącznie ludzi stanu duchownego, wszak pierwszym któremu potwór się ukazał był podobno sam Święty Kolumban. Zakonnikowi udało się nawet udobruchać potwora na tyle, iż w dalszym stanie mógł prowadzić ewangelizację na tych ziemiach.

 

  • Urquhart Castle
  • położony nad Loch Ness zamek Urquhart
  • Urquhart Castle widziany z perspektywy łodzi
  • wieża Urquhart Castle

 

Nieco rozczarowani wynikami naszych poszukiwań, ale wielce zadowoleni z faktu przeżywania tej detektywistycznej przygody, jak i widoków, które naszym oczom się ukazały, ruszamy w dalszą drogę. Nasza trasa biegnie ku przyciągającej swym urokiem wyspie Skye. Po drodze zaliczymy kilka przystanków w miejscach, do ich penetracji jak najbardziej zachęcających. Pierwszy z nich, choć niezaplanowany czynimy już wkrótce. Pasące się na zielonej, pięknowiosennej trawce, bydło szkockie, o długim jasnobrązowawym włosiu i słynnych snobistycznych grzywkach a la Elvis Presley, wymaga uchwycenia kadrem aparatu.

Niedługo, po odbiciu przed Fort Augustus w prawo, przecinamy niesamowicie piękną dolinę Shiel ze słynnymi szczytami Five Sistars of Kintail. Etymologia nazwy szczytów jest ściśle powiązana z miejscową legendą. Zgodnie z nią podróżujący tymi ziemiami dwaj irlandzcy królewicze zakochali się, jak to w takich legendach bywa, w córkach miejscowego króla (King of Kintail). Książęta wrócili do Irlandi ze swoimi wybrankami, przysięgając jednocześnie królowi Kintail przysłać swoich pięciu braci, by węzłem małżenskim połączyć ich z pozostałymi pięcioma córkami króla. Księżniczki wyczekiwały ich przyjazdu przez całe swoje życie. Będąc przy nadziei dotrzymania danego słowa poprosiły maga (Grey Magician of Coire Dhunnaid) o dar nieśmiertelności. Ten zamienił je w pięć pięknych gór, których widok na każdym przejeżdzającym tymi stronami ma wywoływać wyłacznie pozytywne odczucia. Nie inaczej, siejąc euforystyczne spustoszenie w naszych głowach, podziałał i na nas.

Wkrótce przed oczami dostrzegamy kolejny, nie pozwalający pozostać nam obojętnymi, cudowny widok. Na małej wysepce, oblewanej błękitnymi, niebywale spokojnymi wodami jeziora Loch Duich, w otoczeniu wysokich, niezwykle dostojnie i dumnie prężących się gór, stoi wspaniały zamek Eilean Donan Castle. Nie może dziwić fakt, że jest on jednym z najbardziej rozpoznawalnych, a równocześnie jednym z najchętniej fotografowanych zamków w całej Szkocji. Jednocześnie twierdzą najczęściej użyczającą swego wdzięku kinematografii. To tutaj kręcono takie filmy jak - “The Private Life of Sherlock Holmes”, “Loch Ness”, “Elizabeth – The Golden Age”, czy też wspominanego już “Highlandera” oraz jedną z części Bonda - “The world is not enough”. Zamek wzniesiony w w początkach XIII wieku, dla ochrony prze Vikingami, należał do klanu Matheson. Po zniszczeniach dokonanych w trakcie walk z Jakobitami, odrestaurowano go na początku XX wieku. Ta unikalna kompozycja zamku, noszącego miano najbardziej romańskiego w całej Szkocji, wraz z pięknym wąskim mosteczkiem, prowadzącym wprost ku jego bramie, w otoczeniu niespotykanej wręcz żółci, jaką ubarwiają okolice gęsto brzeg porastające krzewy żarnowca, wręcz skłania do uzewnętrznienia się najgłębiej w duszy schowanych pokładów romantyzmu. Człowiek mógłby tu zostać wiecznie, a jedyną i wystarczającą pożywką dla organizmu były by okoliczne pejzaże. Poprzestajemy na zachłystywaniu się obrazem zamku z zewnątrz, 20 minut jakie pozostało do zamknięcia jego wnętrza, nie jest zapewne wystarczającym dla zwiedzenia tak pięknej twierdzy.

 

  • Five sisters of Kintail
  • dolina Five sisters of Kintail
  • majestatyczny Eilean Donan Castle
  • Eilean Donan Castle
  • widok na Loch Duich i jego główną atrakcję
  • most prowadzący wprost do Eilean Donan Castle
  • Eilean Donan Castle romantycznie
  • Eilean Donan Castle z oddali

 

Mkniemy ku rysującym się w oddali szczytom wyspy Isle of Skye. Wyspa Mgieł wita nas cudownym zachodem słońca. Obecnie możliwe jest dotarcie wprost na wyspę bez konieczności korzystania z przeprawy portowej. Wszystko to za sprawą Skye Bridge, który od 1995 roku łączy wyspę ze stałym, szkockim lądem. Wygląda on jakby prowadził wprost do nieba (Sky :)). Widoki stąd rozpościerające się zapierają dech w piersiach. Uwagę przyciąga zwłaszcza malutka latarnia morska, strzegąca wejścia do cieśniny.

Każdego dnia mieliśmy przyjemność spędzać zachód słońca w niesamowitej scenerii. Nie inaczej dzieje się i dnia dzisiejszego. Po dotarciu do ślicznej, malutkiej i pierwszej na wyspie miejscowości Kyleakin, kierujemy się bezpośrednio ku strzegącym morskiego brzegu, ruinom Moil Castle. Do dzisiaj jednym z najczęstszych obrazów, przywoływanych w myślach, jest ten roztaczający się z zamkowego wzgórza na malutki porcik, z całą masą niedużych stateczków, a wszystko to w pomarańczowo – czerwonawej oprawie, jakiej dostarcza nam zachodzące słońce. Moil Castle to chyba najstarszy z zamków, jaki na pięknej szkockiej ziemi miałem okazję zobaczyć. Jednocześnie, być może dlatego też, najbardziej zniszczony. Ostały się de facto dwie pionowe ściany. Pomimo tego jakiś wewnętrzny głos nakazuje uznać to miejsce za niezwykle piękne i romantyczne. Wzniesiony w X wieku zamek, strzegł wejścia do cieśniny na Loch Alsh. Norweska księżniczka, zwana Zuchwałą Mary, pobierała tutaj “haracze” od przepływających statków. Należąca do rodu Mac Kinnon twierdza, z niewyjaśnionych do końca powodów została opuszczona przez właścicieli w początkach XVII wieku, przeistaczając się w ruinę.

Zmrok zmusza nas do solidniejszego naciśnięcia pedału gazu, droga do miejsca noclegu bowiem daleka. A wszystko przez to, że mój durny umysł ubzdurał sobie, że najlępszym miejscem na spędzenie ostatniej nocy w szkockich Highlands, jest sławetna dolina Glencoe. Późną nocą docieramy do naszego, internetowo, wyszukanego hostelu. I jest to, z ręką na sercu, najgorszy “powiernik snów” w jakim miałem okazję bywać, a nadmieniam, że trochę ich już było. Nawet największemu wrogowi nie życzyłbym spędzenia nocy w tymże miejscu.

 

  • prowadzący do nieba Skye Bridge
  • most Skye Bridge z perspektywy ziemskiej :)
  • latarnia morska pod mostem Skye
  • przepiękna latarnia nad Loch Alsh
  • widok na zatokę Loch Alsh
  • ruiny Castle Moil
  • malownicze ruiny Castle Moil
  • Loch Alsh oddzielające stały ląd od Isle of Skye
  • szykujący się do snu fragment wybrzeża wyspy mgieł
  • zachód słońca nad Loch Cluanie
 

Rano spiesznie, a to trawieni chęcią jak najpilniejszego opuszczenia tego miejsca, a to kuszeni wizją pięknych widoków tutejszej sławnej Doliny Glencoe, udajemy się w trasę. Dolina Łez, jak zwykło tłumaczyć się z języka gaelic jej nazwę, jest jednym z najbardziej majestatycznych i pobudzających krew do szybszego krążenia miejsc w Szkocji. Dolina, wąsko wciśnięta pomiędzy okoliczne dzikie góry, była świadkiem tzw. masakry z Glencoe, gdy 13 lutego 1692 r. od 38 do ponad 70 (według różnych źródeł) mieszkańców wioski Glencoe, głównie członków klanu MacDonald (w tym kobiet i dzieci), zostało haniebnie zabitych przez żołnierzy króla angielskiego Wilhelma III. Być może i z uwagi na ten fakt nazwę Dolina Łez należy uważać za jak najbardziej słuszną i wskazaną. Mój wzrok w szczególności przykuwa po lewej stronie ciągnące się pasmo Aonach Eagach. Ten niezwykle trudny technicznie szczyt (w zasadzie jest ich kilka), będzie jednym z magnesów, przyciągających mnie kolejny raz do Szkocji, a zarazem następnym na mej jakże ubogiej liście zdobytych Munrosów. Do uszu napływają ogłosy pozostałych szczytów otaczających dolinę, miarowym odgłosem zachęcające do ich zdobywania. Buachaille Etive Mor, czy Bidean nam Bian ślą nie mniej przekonujące zaproszenia.

 

Nim zdołaliśmy ochłonąć z widzianych przed chwilką miejsc, natura funduje nam kolejny pobudzający krew ku szybszemu krążeniu widok. Tym razem przecinamy równie słynne wrzosowiska Rannoch Moor. Jakie harce wyczyniać musi, pobudzony hormonem szczęścia, organizm w tym miejscu jesienią, w okresie kwitnienia wrzosów, kiedy cała olbrzymia jego połać (130 km²) przypominać zaczyna fioletowe bezkresne morze. Wszak i teraz, pomimo uboższego repertuaru chwytów stosowanych przez naturę, by zauroczyć potencjalnych odbiorców jej piękna, widok zdaje się być niesamowity. Oprócz wspomnianych wrzosowisk, dopatrzyć się można tutaj niezliczonej ilości jezior, bagnisk, strumyków, pagórków. Całości dopełnia ogromna liczba przedstawicieli świata flory. Rannoch Moor jest terenem ostatniej działalności lodowcowej w całej Wielkiej Brytanii. Również i na tych terenach toczyła się akcja powieści "Porwany za młodu" Roberta Louisa Stevensona.

 

Po krótkim postoju w Stirling docieramy do stolicy kraju, pięknego Edynburga. Tutaj szkocka przygoda wiekszości ze współtowarzyszy dobiega końca.Mnie się Szkocja tak łatwo nie pozbędzie. Moja przygoda trwać jeszcze będzie, wszak Edynburgh zaprasza złaknionego jego piękna eksploratora, by podziwiać jego szlachetne oblicze. 

 

Z uwagi jednak na obszerność niniejszej relacji, dalej również i jej tematykę – w zasadzie tereny Highlands opisującą, w końcu konieczność stworzenia odrębnej notki Edynburghowi ( zasługuje na to niebywale) poświęconej, pozwolę sobie na zakończenie relacji w tymże miejscu. Klawiatura już milszą w dotyku się staje na samą myśl, że wkrótce o stolicy Szkocji dane pisać jej będzie.

 

 

  • widok na Three Sisters ( dwie z nich)
  • dolina Glencoe tonąca we mgle
  • fantastyczna dolina Glencoe
  • płaskowyż Rannoch Moor
  • Rannoch Moor - 130 km² wrzosowisk
 

Nie ulega wątpliwości, że ten dumny kraj, Szkocją kiedyś tam nazwany, jest miejscem cudownym, miejscem wartym najwynioślejszych wzruszeń, miejscem dostarczającym romantycznych uniesień ludziom gotowym na otwarcie się ku jego urokom, gotowym chłonąć pełnią klatki piersiowej powietrze go wypełniające, gotowym nie przymykać powiek na widoki przed oczami przetaczające się, skłaniającym do wydawania najgłębszych westchnień, wprost z dna własnej duszy wylatujących, na świadomość atutów tego małego kraju o burzliwych losach, niesamowitych mieszkańcach, zewsząd i wartkim strumieniem płynącej historii. Szkocja to urzekający kalejdoskop niesamowitych obrazów przed oczami się malujących. To miejsce stworzone dla romantyków, znajdą tu wszystko, czego im po tej drugiej stronie lustra, w ich szarym codziennym życiu, brakuje. Znajdą tutaj spokój, jakiego we współczesnym zamerykanizowanym, zhamburgeryzowanym świecie znaleźć nie sposób. Spragnionego wypoczynku na łonie czystej, nieskażonej industrializacją i częstokroć niszczącą ludzką ręką, natury, wprost wołają, i ja ten głos słyszałem, kilometrami ciągnące się dzikie pustkowia. Tajemniczą i mistyczną aurę nad takim delikwentem roztaczają niesamowicie łache na pstrykanie fotek zamki, ku zdobyciu swych szczytów wprost kuszą majestatyczne góry, na wpół wymarłego języka gaelickiego żądne wysłuchiwania samoczynnie nachylają się uszy. Ale Szkocja jest czymś więcej li tylko stertą starych kamieni ukształtowanych na formę zamku, więcej niż miejscem kwitnienia wrzosowisk i gór o wierzchołkach conajmniej czyśćca sięgających, Szkocja to swego rodzaju stan umysłu dla otwartych na nią, na emocje przez nią wywoływane. To stan umysłu dla ludzi zdolnych do dzielenia ekspresji z racji swej bytności w tym miejscu. Szkocja jest zjawiskowym duszkiem, zasiedlonym w głowie, od czasu pierwszej tam wizyty, nawołującym do kolejnego odwiedzenia tego kraju. Umysł uwiedzion romantycznym urokiem tego kraju nigdy nie będzie już taki sam, duszek cały czas będzie nad nim roztaczał tęskną, pełną melancholii, graną najczęściej na smutną nutę potrzebę zaspokojenia tegoż stanu umysłu. Już zawsze coś magicznego będzie człowieka Szkocją przepełnionego tam ciągnąć. Ten nowotwór już zawsze będzie o sobie wspominał. I nawet tęskne spojrzenie na wiszący na ścianie kilt, na zdjęcia po stokroć już przeglądane, choroby nie wyplenią...

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (16.05.2010 17:49) +1 + -
    Robercie, z zaciekawieniem przystąpiłem do czytania i oglądania Twojej opowieści. Przepiękne i malownicze miejsca, a zamki budzą u mnie wielką ochotę na eksplorację tych rejonów.
    Co do samej opowieści, która wzbudziła wiele emocji, choć na szczęście stonowanych :), rzeczywiście nie jest prosta w czytaniu. Jednak jestem ostatnim który rzuci kamieniem, także mam tendencje do baaaardzo długiego opisywania tego co widziałem i usłyszałem.
    Nie widzę powodu, abyś zmieniał swój styl.
    Mam pewien niedosyt co do zdjęć. Wiele z nich sprawia wrażenie zamglonych i mało ostrych, a szkoda, bo wiele kadrów jest bardzo ładnie skomponowanych.
    W każdym razie, po przeczytaniu Twojej opowieści mam wielką ochotę aby tam pojechać.
    Pozdrawiam ciepło, bARtek
  2. czarny.pol
    czarny.pol (25.02.2010 9:38) +1 + -
    Bardzo ciekawe zdjęcia :) +
  3. lmichorowski
    lmichorowski (05.02.2010 10:46) +1 + -
    Dzięki, Robercie, za wspaniałą relację i zdjęcia. Jestem naprawdę pod wrażeniem piękna tej surowej krainy. Jak słusznie zauważył w swoim komentarzu Piotr, Szkocja nijak ma się do stereotypu przypisywanego jej mieszkańcom - nader szczodrze szafuje cudownymi widokami, pastelowymi, miękkimi barwami i wspaniałą grą światła, wyzwalając nastrój tajemniczości, zadumy i romantyzmu. Pozdrawiam.
  4. kuniu_ock
    kuniu_ock (17.10.2009 11:18) +1 + -
    Widzę, że jeszcze parę fotek mi umknęło... upolowałem je właśnie :D Ale to i dobrze, lepiej pozostawić niedosyt niż wszystko od razu wyczerpać :))
  5. czarny.pol
    czarny.pol (17.10.2009 10:26) 0 + -
    Bardzo ciekawe
  6. kuniu_ock
    kuniu_ock (17.10.2009 10:16) +1 + -
    Witam :)
    Wpadłem sobie ponownie - pooglądać, powspominać, pomarzyć.. :) oderwać się :) i pocieszyć wspominkiem tekstów z "Poszukiwań.." wracających podczas oglądania tych miejsc :D
    Pozdrawiam :)
  7. milanello80
    milanello80 (24.06.2009 22:35) +1 + -
    Dzięki wszystkim za wyrażenie swojej opinii, byc może poświęcenie swego cennego czasu na powyższe zabawy słowem.
  8. milanello80
    milanello80 (24.06.2009 22:33) +2 + -
    Jakoś zawsze wychodzi, że Krzychu (kuniu) staje się moim poplecznikiem. Będę trzymał swoją i jego stronę :) Nie sposób Szkocji w inny sposób opisać. Wszak suche przytaczanie faktów nie wywoływałoby u czytelnika właściwych reakcji. A autor był w Sz kocji w stanie nieustannej euforii. Romantyka ma to do siebie, że lubi wkładać w usta wielkie słowa, próbująć myśli polotu dodać. Jak już wspomniałem, jestem miłośnikiem starej formy narracji, gdzie nacisk kładziono na umiejętność dobierania słów i malowania nimi rzeczywistości. Moje ubogie naśladownictwo owej Maestrii słowa tylko biernie stara kroczyć śladami tych wielkich. Teksty jednoorzeczeniowe, to moje zdanie, byc może łatwo i przyjemnie czyta się, ale równie szybko i z głowy pozwala im ulotnić.
  9. kuniu_ock
    kuniu_ock (21.06.2009 23:36) +3 + -
    uhh... no to się narobiło ;)
    Ja tam nic do nikogo nie mam i nie zamierzam nikogo krytykować, czy "wazelinić". Jednak mimo wszystko cieszę się, że Robert tak a nie inaczej opisał Szkocję. Przynajmniej widać ów romantyzm, którego "słownictwem technicznym" (pisząc zdecydowanie przesadnie) raczej się nie odda jak należy. Miał być romantyzm - to i jest. Ten sposób opisania bardzo barwnie ukazuje miejsca odwiedzone przez Roberta, działa na wyobraźnię bardziej niż fotki. Owa relacja wyszła nie tylko jak "zwykły" "suchy" opis wyprawy. Ona oddaje specyficzny klimat szkockich terenów. I bardzo mi ta forma odpowiada.
    No ale co.. ja przecież nie czytam ze zrozumieniem, i do tego jestem romantyczny jak hutniczy piec.. ;) :P
    Robercie - za taki właśnie styl opisu - plus ogromny! :) I dzięki Ci za tę opowieść :)
    Popieram słowa Mimbli w długim komentarzu (powtarzał ich nie będę).
  10. duzinek
    duzinek (21.06.2009 22:44) +2 + -
    Guilty as charged - rzeczywiście lekko się zdezaktywizowałam, ale nadrobię :) Na początek, szczęśliwie zdążam dołożyć kamyczek do Twojego sukcesu w kolejnym konkursie :) Bo chociaż przez dłuższy czas nie logowałam się, to grzecznie czytałam nowe relacje :)
    No i jeszcze głos w dyskusji: dam zfieszowi plusa - za to że ma własne zdanie i za to, że potrafi w kulturalny sposób je wypowiedzieć. Przecież nie chodzi tu o to żebyśmy wszyscy sobie nawzajem kadzili i słodzili. Jednocześnie zgadzam się ze zfieszem, ale tylko częściowo. Byłaby masakra gdyby wszystkie relacje były pisane takim językiem, ale jeden rodzynek w osobie Roberta - ja jestem za :)
    Jeszcze słówko do Kunia - byłam w Dunnotar Castle dzieckiem będąc. Jak pojadę w odwiedziny do rodziców, to może skołuję nasze ówczesne fotki :)
  11. codzieninny
    codzieninny (17.06.2009 23:50) +2 + -
    Przebrnąłem. Wiele się dowiedziałem o Szkocji w której przyszło mi od niedawna mieszkać.Fajne zdjęcia.
    Co do stylu ,preferuję prostszy
    Co do kłótni ,były tu i będą jak wszędzie. Sztuką jest je umiejętnie zakończyć :))
  12. carrie.carrie
    carrie.carrie (17.06.2009 21:40) +1 + -
    moi panstwo, nie ozdobnikow sie tu wstydzic tylko tych pouczen! ile mozna maltretowac chlopaka? tym bardziej ze po stylu pisarskim od razu widac, ze mlodzieniec delikatny i wrazliwy. no, juz, panie i panowie, konczyc te ataki!

    p.s. kocham wojtka tochmana...
  13. zfiesz
    zfiesz (17.06.2009 20:19) +1 + -
    od razu mi lżej:-) (czasem niefajnie być wyjątkiem;-)
  14. slawannka
    slawannka (17.06.2009 10:50) +1 + -
    Pozwolę sobie nieśmiało i z obawą o przyszłość :) poprzeć Sfierza... A to dlatego, że już dawno bym tę podróż przeczytała i zaplusiła, ale nie daję rady, a plusić bez przeczytania nie chcę! I nie chodzi o długość (sama jestem super gadułą, więc nie mogę się czepiać) ale właśnie o styl... Owszem, piękny i bogaty ale ja jakoś wolę prostotę i przejrzystość a w takich zwiłościach mój, już niemłody niestety umysł wpada w manowce... Ale już za młodu wolałam jaśniejszy styl...

    Do tego jest tyle na Kolumberze podróży które zasługują na przeczytanie, że ... wybieram te prostsze...

    Dodam - Fiedler był moim idolem, ale głównie ze względu na gawędziarstwo, podróżnictwo, fotografie i niesamowite przygody a nie na język, którego nawet nie pamiętam...

    Milanello, nie bij, masz imię i kapelusz mediterraneo, a mnie wszystko co stamtąd bliskie (prócz ich kwiecistości języka w jakiej się lubują...), więc ...:)))
  15. milanello80
    milanello80 (15.06.2009 23:42) 0 + -
    Zbyt łatwo nie ulegam prowokacjom :)
  16. zfiesz
    zfiesz (15.06.2009 23:16) 0 + -
    czy gdybym nie wiedział, prowokowałbym robercie? :-)
  17. milanello80
    milanello80 (15.06.2009 23:15) 0 + -
    to jest ten moment, gdy dochodzi na tej kanwie do pierwszego nieporozumienia :) Wszak wiesz, że ja uważam zupełnie odwrotnie
  18. zfiesz
    zfiesz (15.06.2009 23:12) 0 + -
    gdyby nie fakt, że dają zły przykład, pewnie bym skorzystał;-)
  19. milanello80
    milanello80 (15.06.2009 23:08) 0 + -
    polecam moich mistrzów :)
  20. zfiesz
    zfiesz (15.06.2009 23:05) 0 + -
    bo ja tylko ze zdaniami wielokrotnie złożonymi mam problemy:-p
  21. milanello80
    milanello80 (15.06.2009 23:00) 0 + -
    Któryż z nich, by osiągnąć ów mistrzowski stan, nie musiał wpierw kilkukrotnie upaść ? Nie podejrzewałem o używanie zapożyczeń z francuskiego :)
  22. zfiesz
    zfiesz (15.06.2009 22:54) 0 + -
    nieporozumienia powiadasz... ja nazwałbym to raczej konstruktywną dyskusją. z kompetentnym interlokutorem, to czysta przyjemność!

    a co do mistrzów... trochę niewierny ze mnie wyznawca. uważam że każdemu z nich przytrafiły się straszne gnioty. paradoksalnie, często są to te same pozycje, które krytycy obwołali arcydziełami:-)
  23. milanello80
    milanello80 (15.06.2009 22:44) +1 + -
    Zapewne w tej kwestii może i w przyszlości do nieporozumień :) Wszak każdy będzie pewnie pazurami trzymal strony swego mistrza :)
  24. zfiesz
    zfiesz (15.06.2009 22:39) 0 + -
    no to się dogadaliśmy! cieszę się niezmiernie:-)
  25. milanello80
    milanello80 (15.06.2009 22:23) 0 + -
    Więc jak widać kwestia dotyczy idoli dzieciństwa. Mnie zawsze bardziej pasjonowali pisarze, którzy wręcz umieli grać piórem, z których relacji czuć bylo poezję. Prezentowali oni swoim pisarstwem swego rodzaju klasę. Wspominani przez Ciebie, nie odmawiając im wielkości, nie bardzo umieli mnie tak wciągnąć w przeżywanie przygód.
    Kroczymy więc drogą innych mistrzów :)
    Jak zaznaczyleś, są gusta i guściki.
    Nie traktuję Twojej opinii jako ataku, wszak każdy ma prawo do sprzedania tu swego zdania. A droższym jest to szczere.
  26. zfiesz
    zfiesz (15.06.2009 22:14) 0 + -
    robercie... nie niepochlebny, ale szczery. i fakt, różnią nas idole. ja chowałem się na kapuścińskim i latynosach (marquez, llosa, fuentes). panowie fidler i budrewicz byli dla mnie zawsze strasznie męczący i zbyt egzaltowani.

    i jeszcze jedno... ja zdania złożone rozumiem, pytanie tylko czy wszyscy zrozumieją. a nie piszesz chyba do szuflady, prawda?

    proszę... nie traktuj szczerej opinii, jako złośliwego ataku. już nie raz przechodziłem przez tłumaczenia, że "nie jestem wielbłądem" i nie chcę, bezsensownie, przechodzić przez to jeszcze raz:-)

    jak zaznaczyłem... są gusta i guściki... nasze się różnią:-) i to chyba dobrze?
  27. milanello80
    milanello80 (15.06.2009 21:52) +1 + -
    Niezbyt pochlebny komentarz :( Bynajmniej nie zamierzam się obrażać i minusować, przeciwnie - doceniam wyrażenie opinii. Nie każdemu może przypaść do gustu ten "staropisarski" styl narracji. Każdemu jakiś idol dzieciństwa nakreślił pewne wzorce. Moim był Arkady Fiedler, którego umiejętność operowania piórem wielce mnie ujęła. Stąd i może próba nieudolnego naśladownictwa. A to, że zdań wielokrotnie złożonych nie rozumiesz ? Wszak mnie się tym martwić nie wypada...
  28. zfiesz
    zfiesz (15.06.2009 18:22) +2 + -
    ufff... przebrnąłem. dosłownie! czuje się, jakbym zdobył ben nevis w listopadzie:-) posypią się minusy, ale chyba lepsza szczerość niż "plusy z powietrza"? styl, jak dla mnie, nieczytelny. zdania (zbyt) wielokrotnie złożone, odwrócony szyk, masa ozdobników, archaizmy... brnąłem dalej tylko z nadzieją, że w końcu ci się znudzi!:-) mnie uczono pisać trochę inaczej - tak, jakbym opowiadał... tylko trochę ładniej;-) a przy takiej opowieści, obawiam się, szybko bym usnął;-)

    i mógłbym napisać, że przerost formy nad treścią, ale byłoby to krzywdzące i niesprawiedliwe. bo, fakt niezaprzeczalny, informacji jest w tekście wiele. historia, legendy, trochę uwag praktycznych... to wszystko sprawia, że ,mimo męki czytania, jednak warto dojść do ostatniej kropki.

    niemniej, plus należy się i za oryginalność (o gustach, jak wiadomo, nie dyskutuje się), i za tę ważniejszą, praktyczną stronę tekstu. no i oczywiście za fotki!
  29. sagnes80
    sagnes80 (15.06.2009 11:01) 0 + -
    Robercie czekałam na twoją relację odkąd wrzuciłeś zdjęcia ze Szkocji :) i warto było czekać :) piękny, świetny tekst :) poczułam Szkocję i aż chcę do niej wrócić :)
  30. kuniu_ock
    kuniu_ock (14.06.2009 23:54) +2 + -
    Robercie, ja zdjęcia oglądałem tylko na miniaturkach - od razu mówię. Akurat nie bardzo miałem czas (i przyznam się - cierpliwość, bo strasznie mi Kolumber zamulał, mam świadka w postaci Edyty, która też się na to skarżyła) by klikać fotki, zostawiłem to na inne posiedzenie (teraz też jestem na chwilkę, bo rano do pracy trzeba wstać).
    Więc od razu mówię - skupiłem się na tekście. A napisałem tylko tyle - bo niewiele czasu miałem, a nie myślałem że tyle mi zejdzie czytanie Twego opisu.
    Masz fajny styl pisania, opisałeś swoją Szkocję akurat tak, jak lubię. Więc żaden "plus z powietrza"! :P
  31. city_hopper
    city_hopper (14.06.2009 23:52) +2 + -
    Świetna relacja. Fotki widziałem juz wcześniej, ale masz specyficzny styl pisania. Znakomicie pasuje do szkockich przestrzeni i miłośnika powieści Waltera Scotta czy Stevensona a pozatym łączy faktografię z własnymi wrażeniami i odczuciami. Czekam na relację z Edynburga :-)
  32. dino
    dino (14.06.2009 23:35) +3 + -
    :))))

    Robercie przy takiej argumentacji nie pozostaje Ci nic jak uszy po sobie...... :)))))))))))))
    Mistrzu słowa pisanego i prawdziwy znawco Szkocji szczerze jeszcze raz dziękuję!


    bo my tu czasami jednak czytamy te ralacje jak dobre powieści :)
  33. mimbla.londyn
    mimbla.londyn (14.06.2009 23:24) +4 + -
    Oj !

    "Wydaje mi się, że plusować takową wypadałoby dopiero po zapoznaniu się z nią. "

    Znaczy przeczytanie relacji jest zapoznaniem sie z nia ,prawda ?

    Dalam plusa na TEKST ,
    na relacje,
    na jezyk jakim jest napisana,
    na wrazliwosc autora,
    na jego wiare w romantyczna sprezyne dziejow ludzkosci ...
    Na miejsca ,jakich relacja dotyczy...


    Dlaczego wiec ,zarzucasz ,ze zaplusowalam bez zapoznania sie z relacja ???

    Bo postawilam plusa na tekst ZANIM dodalam plusy za zdjecia ?

    Hmmm,bo wiesz ...jakie by te zdjecia nie byly ...
    ( a sa swietne !)
    to moim zdaniem TEKST i zaangazowanie autora warte sa +.

    Powiedzialabym nawet : wielkiego plusidla ; )


    Prosze uwierz mi, ze wcale ( w moim wykonaniu,nie wiem jak u innych) :

    "sama relacja, by móc określić, czy jest dobra wymaga poświęcenia czasu"
    wcale nie !

    Jezeli mnie zauroczyla to od pierwszego wejrzenia ! Nie zartujmy, od kilkakrotnego przeczytania wcale bardziej nie polubie jakiejs opowiesci,jezeli...nie zrobila na mnie tego pierwszego wrazenia ...


    Tekst swietny,zdjecia arcyciekawe.


    Panujace tu zasady,hmmm...cytuje:"Daję plusa, bo ktoś wcześniej był dla mnie miły.
    Chyba nie do końca winno tak być."

    Coz o gustach sie nie dyskutuje.. jeden woli tak,drugi inaczej...
    Mysle,ze np ja daje czesto + za wrazliwosc autora,pomysl na zdjecie,klimat,temat,medialnosc zdjecia - czasami wcale te zdjecia nie musza byc idealne ...


    "plus z powietrza " to nie byl,Szanowny Panie .



    Mimbla Pogodna


    .


  34. renataglin
    renataglin (14.06.2009 23:24) +3 + -
    przeczytałam ..... i jestem pod wrażeniem tak Szkocji jak i Twojego stylu pisania - "malujesz słowem " :))))
  35. milanello80
    milanello80 (14.06.2009 23:02) 0 + -
    Nie obraźcie się Broń Boże na to co napiszę, wszak wdzięczny jestem za przychylne głosy. Niemniej nie do końca rozumiem tutejsze zasady, panujące przy plusowaniu. Wiem, że zdjęcie niezwłocznie wywołuje relakcje - albo się podoba, albo nie. Natomiast sama relacja, by móc określić, czy jest dobra wymaga poświęcenia czasu. Wydaje mi się, że plusować takową wypadałoby dopiero po zapoznaniu się z nią. Wszak wówczas możnaby wysnuwać odpowiednie wnioski. I nie piszę tak by wrzucać kamyczki do wsego ogródka. Zastanawiają mnie jedynie panujące tu zasady wzajemności. Daję plusa, bo ktoś wcześniej był dla mnie miły :) Chyba nie do końca winno tak być. Pozdrawiam
  36. mimbla.londyn
    mimbla.londyn (14.06.2009 23:00) +2 + -
    Alez szanowny Panie !
    Mimble plusow bez przeczytania tekstu nie daja !

    Podroz - opowiesc olsniewajaca ( jak napisalam powyzej-dajac plusa PO przeczytaniu) ...
  37. milanello80
    milanello80 (14.06.2009 22:54) 0 + -
    Dzięki mimbla za zaplusowanie. I tutaj mam nadzieję, że znajdziesz czas na choy przyjrzenie się lekturze. Wszak trochę pracy i czasu mnie to kosztowalo, a plus z powietrza mimo wszystko tak samo nie smakuje. Raz jeszcze dzięki :)
  38. dino
    dino (14.06.2009 22:53) +1 + -
    ha - tak się zająłem pisaniem i mnie ubiegli :))
  39. mimbla.londyn
    mimbla.londyn (14.06.2009 22:53) 0 + -


    Imponujaca opowiesc : )

    Wspaniala ,z klimatem, wrazliwosc i podatnosc na piekno swiata i zycia ...

    Gratuluje z calego serca

    Pozdrawiam : )


    .
  40. dino
    dino (14.06.2009 22:52) +1 + -
    to będę pierwszy - wrzosowiska, mgły, szkocka kratka, mroczne, zimne zamczyska - wspaniałe klimaty, ale jednocześnie barwnie, soczyście, kolorowo - z wielką dozą infomacji historycznych - super!

    I ten Twój charakterystyczny tutaj język - Robercie - bardzo dziękuję za podróż do Szkocji.
  41. milanello80
    milanello80 (14.06.2009 22:49) +1 + -
    Dzięki za plusa. Choć chyba nie do końca należał się. Wszak dopiero po przeczytaniu, wiem że to pożre kupę czasu, można wysnuć jako takie wnioski. Więc szykuj kiedyś czas na lekturę kolego :)
  42. kuniu_ock
    kuniu_ock (14.06.2009 22:45) +3 + -
    No tak... Znów romantyzm pełną gębą! ;) Tak.. ów "szkocki stan umysłu" to dobre słowa. Ładnie to opisałeś.
    Ciekaw jestem Twego opisu wizyty w Dunnotar :D
    Co tu dużo mówić - popisałeś się ;)
    Pozdrawiam :D
milanello80

milanello80

Robert Stoszek
Punkty: 50313