Ładuję...

kolumber.pl


Na Kubę zawsze miałem zamiar się wybrać i to, jak swego czasu reklamowały agencje turystyczne, "przed odejściem Fidela". Kiedy więc świat obiegły alarmujące wieści, że brodaty compañero ma się gorzej niż zwykle, nie pozostało nic jak tylko poszukać, znaleźć, zapłacić, spakować się i lecieć... Dlatego nie będzie tu żadnego rozwlekłego wstępu o państwach na taką czy inną literę [vide: relacja z Maroka]. Ale jak większość moich "podróży" i ta hawańska była inspirowana. W tym przypadku jechałem z głową pełną obrazów zaczerpniętych z lektury kubańskich pisarzy. Część z nich jest wpleciona w treść tych wspomnień... Może na kogoś podziałają równie inspirująco?

Ruszyliśmy w niedzielę, 5. listopada. W czteroosobowej ekipie. Najpierw z Victorem do Londynu, później z Iberią do Madrytu i po trzy-i-półgodzinnym opóźnieniu z Madrytu do Hawany. Latanie... cóż... standardowo... kiepskie żarcie, ciasno, pasażerowie przede mną i wszelkie te kwestie, o których zawsze się wspomina, gdy mówi się o tym jaka to lipa lecieć 10 godzin nad Atlantykiem. Tym razem doszła jeszcze jakaś burza, która wyrwała mnie ze snu na pięć godzin przed dotarciem do celu. Trzęsło jak cholera...

Na miejsce dotarliśmy z odpowiednim opóźnieniem, ale temperatura już na dzień dobry/dobry wieczór poprawiła nam nastroje. Rozpoczął się długi i trudny proces przekraczania kubańskiej granicy. Samolot o tej porze był tylko jeden (1), czyli około 250-300 pasażerów. Niewielu, porównując na przykład z takim Heathrow, z którego startowaliśmy, skąd na minutę startuje pewnie z sześć i ląduje nie mniej.

Aha... mała dygresja... po tych nieszczęsnych, niedoszłych zamachach na londyńskie lotniska, wprowadzono nowe zasady bezpieczeństwa, które zabraniają wnoszenia na pokład samolotów startujących i lądujących w UK praktycznie większości rzeczy. Nie wolno zabierać żadnych kosmetyków ani przyrządów kosmetycznych, płynów, kremów, zapalniczek.... jednym słowem można zabrać niewiele, co jest raczej upierdliwe, gdy ma się w perspektywie kilkanaście godzin podróży. Szczególnie bolesne było dla mnie pożegnanie z zapalniczką, bo myśl o niemożności zapalenia papierosa w Madrycie i szukanie ognia po dotarciu do celu w środku nocy, po prostu mnie przerażała. No ale kazali to dałem... Trudno... Coś się zrobi.

Maleńka inter-dygresja... Na lotnisku w Madrycie jest sklep muzyczny... Boże!!! Chciałbym większość płyt jakie mieli na półkach! Poza tym, nie można tam kupić tabletek przeciwbólowych, a mnie okrutnie łupała głowa. Zdesperowany zapytałem jakąś pannę, czy przypadkiem nie ma tabletki na zbyciu... Miała! Byłem uratowany. Kobiety zawsze mają tabletki przeciwbólowe...

I druga dygresja... Obywatele polscy wjeżdżający na Kubę zobowiązani są posiadać wizę lub tzw. kartę turystyczną (tarjeta de turista), której my oczywiście nie mieliśmy, ale w przewodniku, na stronach... kogoś-tam... i w agencji gdzie kupowaliśmy bilety, powiedziano nam, że taką kartę można kupić na lotnisku u przedstawicieli linii lotniczych latających na Wyspę. Dlatego też pierwsze kroki skierowałem właśnie tam. Jak się obawiałem, sympatyczny pan w garniturze poinformował mnie, że to totalna bzdura i oni niczego nie sprzedają, ale... Ale tuż za rogiem jest firma, która, między innymi, zajmuje się takimi sprawami. Jest tylko jeden problem - gościu nie był pewny, czy firma sprzedaje wizy podróżnym nieposiadającym brytyjskiego paszportu. Ups...

Diamond-coś-tam - owa firma, okazała się maleńkim biureczkiem wciśniętym pomiędzy przedstawiciela Croatia Airlines i kantor, w którym babka walczyła z niemówiącą ni w ząb po angielsku Rosjanką. Czując wsparcie słowiańskich fluidów ruszyłem do ataku, niefortunnie przerywając ślicznej Murzyneczce proces czyszczenia nadzwyczaj długich paznokci.

Karty owszem, znalazły się... dwie, czyli o dwie za mało, a w dodatku Murzyneczka bardzo nieufnie oglądała nasze paszporty, kilka razy upewniając się, czy Polska na pewno jest członkiem UE. Kiedy w końcu utwierdziłem ją w tym oczywistym fakcie, dziewczę zdecydowało, że musi skonsultować się z centralą i zaczęła nadzwyczaj długimi paznokciami wybierać kolejne numery z mikroskopijnej komórki. Kilka nieudanych prób zdecydowanie ostudziło mój entuzjazm, ale... "ducha nie gaście"... "wróć za pół godziny" usłyszałem. Jakie to szczęście, że czasem miewam głupie pomysły, takie jak, na przykład, wyjazd 6 godzin przed czasem.

Po pół godzinie wróciliśmy z Popsterkiem, jak zwykle wracają koszmary, tyle że tym razem staraliśmy się być słodsi niż miód i syrop klonowy. Taktyka okazała się jak najbardziej skuteczna, bo dwie pierwsze karty dostaliśmy bez problemów. Pozostało więc tylko podlizywać się tak bardzo, by nasza chwilowa wybawicielka wpadła na pomysł, żeby załatwić z centrali jeszcze dwie. Udało się i koniec końców wszyscy mieliśmy małe zielone papierki, które oficjalnie kosztują 25 dolarów, a za które nas skasowano po 30 funtów od sztuki...

  • Hawana
  • Hawana
  • Hawana
  • Hawana
  • Hawana
  • Hawana
  • Hawana

I teraz, stojąc w kolejce do odprawy na hawańskim lotnisku ściskaliśmy je nerwowo w dłoniach. Z tego co dało się wypatrzeć z daleka, celnicy bardzo dokładnie analizowali zawartość wiz/kart, więc myśli o jakichkolwiek błędach nie pozwalały ustać spokojnie. Nie pozostało więc nic innego jak tylko... zapalić. Ale skąd ogień? Oczywiście od pracownika ochrony! A że na ścianach ogromne znaki zakazu palenia? Co tam. Nie chcesz - nie pal.

Szczerze powiedziawszy nigdy nie widziałem aż tak skrupulatnych celników - każdy paszport oglądali tak dokładnie, jak to tylko możliwe. Porównywali osobę ze zdjęcia ze mną. Prześwietlali, sprawdzali dane... ale mimo obaw wpuścili. Jeszcze tylko ponad godzinne oczekiwanie na bagaże, które dziwnym trafem nie wylądowały na taśmie, tylko ktoś je przywiózł na wózku, kiedy pewni byliśmy, że jak nic, zostały w Madrycie (Iberia jest znana, między innymi, z talentu do gubienia bagaży).

[Zapomniałem dodać, że w tym oczekiwaniu towarzyszyło nam dwóch Anglików, którzy lecieli z nami z Londynu. Do Hawany dolecieli tak nawaleni, że równie dobrze mogliby być w Santiago de Chile... i tak by nie zauważyli.]

Nie wiem dlaczego, ale te lotniskowe przygody zawsze działają mi na nerwy. Nic nie mogę na nie poradzić. Trzeba to przejść i zawsze jest upierdliwe, a jednak strasznie mnie to wkurza. Ale nic to... W końcu, bez większych problemów, się udało. Wymieniliśmy jeszcze kasę na te dziwne pesos convertibles [dla nieświadomych dodam, że na Kubie obowiązują dwie waluty: peso cubano dla Kubańczyków i peso convertible dla turystów - to tak w skrócie i uproszczeniu] i przywitaliśmy Kubę... a w zasadzie to Kuba przywitała nas w osobie Sergio, czyli właściciela domu, w którym mieliśmy się zatrzymać.

[Znów mała dygresja dla niewiedzących. Na Wyspie oprócz hoteli, hosteli i wszelkich typowych form zakwaterowania dla turystów istnieją jeszcze casas particurales, czyli normalne, prywatne domy (chociaż co do ich formalnej prywatności, nie mam pewności), których właściciele wynajmują pokoje turystom, na dość korzystnych warunkach - około 25 CUC (peso convertible) za noc za pokój.]

Z Sergio umawiałem się przed wyjazdem, żeby nie wychodził po nas na lotnisko, bo nie ma takiej potrzeby i jakoś sobie poradzimy, dlatego trochę się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem na kartce swojego maila... Uśmiechnięty, wąsaty Mulat zdziwił się natomiast trochę kiedy zobaczył naszą szóstkę (my + Anglicy), ale szybko rozwialiśmy jego lęki, wyjaśniając, że to tylko znajomi z samolotu, którzy dziwnym trafem mają zarezerwowaną chatę na tej samej ulicy i chcieliśmy wziąć dwie taryfy, żeby dojechać na miejsce.

Żebyśmy się nie zgubili, ani nie dali oszukać taksiarzowi, Sergio przydzielił nam do towarzystwa swojego syna, więc Krzyśka wysłaliśmy taksówką z Anglikami, bo prywatnym samochodem Kubańczycy nie mogą wozić obcokrajowców. (Tak wiem... trochę to poplątane... Sam zaczynam się gubić.)

OK... Kiedy Krzysiek odjechał, Sergio poinformował nas, że... plan się trochę zmienił. Nie możemy jechać do niego, bo przyjechała jego siostra i ma wolny tylko jeden pokój, ale... ma dla nas najlepsze (!!!) ze swoich mieszkań (tak powiedział). Trudno... co robić... Przecież się nie obrazimy. Jedziemy... 10... 15... 20... 30... 40... minut, a tu strasznie i dziwnie. Jak nic wiozą nas do lasu, zabiorą kasę i zakopią... Zawsze mam takie stresy w pierwszej taksówce, szczególnie kiedy plany nagle się zmieniają.

Oczywiście ani lasu, ani brutalnej zbrodni nie było. Dojechaliśmy na miejsce, zapłaciliśmy 25 CUC za taksówkę i czekaliśmy na naszego eks-gospodarza, coby rozjaśnił trochę sytuację. ...no i oczywiście na Krzyśka, który też musiał czuć się lekko zagubiony.

W oczekiwaniu trochę się rozgościliśmy, obejrzeliśmy bardzo przyzwoite pokoje, poznaliśmy nowego gospodarza - Nelsona i dowiedzieliśmy się, że... nie jesteśmy jedynymi Polakami w tym domu. Jakoś nie zrobiło to na nas wielkiego wrażenia, bo odkąd w Anglii w każdej knajpie i każdym sklepie jest polska obsługa, spotkania Polaków za granicą, już nie dziwią...

Po mniej więcej 20. minutach Sergio przywiózł Krzyśka i cały wzburzony rozwodził się nad jego inteligencja i głupotą Anglików (co też jakoś szczególnie mnie nie dziwi...) Okazało się, że chłopaki mieli jedynie... zdjęcie domu, w którym mieli się zatrzymać. Żadnego adresu (poza ulicą), telefonu... Nic! Biorąc pod uwagę, że wszystkie budynki w Starej Hawanie wyglądają nocą mniej więcej tak samo, zadanie odnalezienia właściwego domu na jednej z dłuższych ulic starówki, nie było zadaniem łatwym. Taksówkarz nie był w stanie, albo nie chciał pomóc, więc Krzychu zabrał Angoli do domu Sergia, którego adres mieliśmy i tam na migi wytłumaczył Miriam - żonie naszego niedoszłego-byłego gospodarza kto on taki i dlaczego tu jest. Ta jakoś ściągnęła małżonka, który zdziwił się widząc Krzyśka w niewłaściwym domu, ale po krótkich wyjaśnieniach odnalazł się w sytuacji, namierzył chatkę pijanych i zagubionych synów Albionu i odstawił ich pod drzwi Casa Juanita, a nam zwrócił Czwartego, tak żeby już wszystkie rachunki się zgadzały.

Gdy emocje już opadły... jak po wielkiej bitwie kurz... a my rozgościliśmy się w pokojach, z nocnych wojaży wrócili nasi polscy współlokatorzy - Ula i Łukasz - parka mniej więcej w naszym wieku, która, niestety, wywarła na nas niezbyt ciekawe pierwsze (!!!) wrażenie. Choć nie ukrywam, że hiszpański Urszuli wzbudzał mój zachwyt (jak zresztą hiszpański wszystkich, którzy w przeciwieństwie do mnie, potrafią mówić a nie dukać w języku Cervantesa).

Po krótkiej wymianie uprzejmości i informacji, po 30. godzinach w drodze, poszliśmy spać, okryci jedynie prześcieradłem, które i tak lekko ciążyło w upale tropikalnej nocy w Casa de Nelson, przy Calle Merced 14 w Starej Hawanie na Kubie... Sueños dulces... Słodkich snów...

Nie wiem, może jestem jakiś dziwny, ale nigdy nie cierpię na tzw. jet lag, czyli różne niedogodności związane z przemieszczaniem się w inne strefy czasowe, długim lotem, itp.  Wieczorem się kładę... z emocji nie mogę zasnąć, a rano... pierwszy... budzę się i jestem gotów łazić cały dzień i pół nocy, żeby tylko wchłonąć jak najwięcej.

Jet lag czy nie, lekko tylko niedospani, ale zadowoleni, o 10. zasiedliśmy do śniadania przygotowanego przez naszego gospodarza Nelsona. Śniadanko, które miało wyglądać tak samo każdego dnia, składało się z bułek (trochę dziwnie słonych, ale smacznych), do których do wyboru był ser i jakiś dżem; talerza owoców (banany, papaja, guava - różowa, mniej smaczna od żółtej i pomarańcze) i świeżo smażonej kubańskiej tortilli (zawsze mnie zastanawia, że w każdym latynoskim kraju tortilla oznacza coś innego - kubańska, to po prostu jajecznica w jednym, okrągłym kawałku), do tego świeżo wyciśnięty sok - pomarańczowy lub z guavy i kawa. Ja oczywiście zażyczyłem sobie herbatę, którą, tak na marginesie, sam sobie przywiozłem, bo Nelson miał tylko jakiś wyrób rosyjski (mam nadzieje, że nie jeszcze radziecki). Jeśli chodzi o herbatę jestem strasznie wybredny i ścierwa nie pijam.

Po śniadaniu zintegrowaliśmy się trochę z naszymi polskimi współlokatorami, którzy tym razem okazali się już dużo sympatyczniejsi. Może wczoraj udzieliła im się gorąca atmosfera hawańskich knajp, a może po prostu nie chcieli przez jakiś czas oglądać rodaków... podobnie jak my. "Wybaczamy i prosimy o wybaczenie...". Urszula i Łukasz okazali się być całkiem normalna parą, z jakichś niezrozumiałych przyczyn mieszkającą w Warszawie, która czasem lubi dalsze wypady wakacyjne. Za sobą maja już Meksyk i Wenezuelę (to wiem). Poza tym Ulka spędziła pół roku w Meksyku w ramach jakiejś wymiany studenckiej, czego jej szczerze zazdroszczę (jak najbardziej pozytywnie). Zawsze kiedy przypomnę sobie, że miałem szansę na roczną wymianę, robi mi się źle...

Wymieniliśmy trochę informacji: co, gdzie, jak i za ile?, i tu okazało się, że nasi podróżujący rodacy, co istotne związani w jakiś sposób z finansami, nie byli świadomi istnienia dwóch, równoległych systemów walutowych na Kubie (wspomnianych już peso cubano i peso convertible). Ceny, o jakich wspominali, a my, nieświadomi, w napięciu słuchaliśmy, były kosmiczne... dopóki nie zapytałem w jakiej walucie... tu nastąpiły krótkie wyjaśnienia i zapanowała ogólna radość związana z faktem, że za kanapkę z szynka na ulicy nie trzeba płacić 15 CUC, czyli około 18 dolarów, ale najwyżej kilka centów.

Po śniadaniu ruszyliśmy na pierwszy spacer po Starej Hawanie. Trochę nieśmiało i z wahaniem zapuszczaliśmy się w kolejne obskurne uliczki, żywcem wyrwane z "Brudnej trylogii o Hawanie" Gutierreza.

Pierwsze wrażenie jakie robi Habana Vieja, jest potworne. Wszędzie słyszy się i czyta o tym, że jest zaniedbana, że się sypie, że potrzebuje ogromnych nakładów na renowacje... Ale to tylko słowa. Rzeczywistość jak zwykle słowa przerasta. RUINA - to słowo, które najbardziej pasuje do opisu hawańskiej starówki. Naprawdę gorzej mogłaby wyglądać jedynie, gdyby całkiem legła w gruzach... Co powoli, ale niestety systematycznie, zaczyna się z nią dziać.

Pamiętające nierzadko podbój Ameryki kamienice, wystawione na ciągłe działanie słońca, wiatru niosącego morską sól, a od czasu do czasu na huragany; znacjonalizowane i przepełnione, proszą się od 50. lat o remonty. Straszą odpadającymi tynkami, zardzewiałymi i powyginanymi kratami w oknach, bezzębnymi, spróchniałymi paszczami drzwi i bram zionących wilgotnym i stęchłym oddechem. Tylko gdzieniegdzie widać, że cała starówka to zabytek wpisany na listę dziedzictwa kulturowego ludzkości UNESCO. Domy, które się wyróżniają to najczęściej casas particulares, odnawiane za pieniądze turystów, czasem "dolarowe" sklepy lub przychodnie. Nawet siedziby dzielnicowych komisariatów, oddziałów partii, czy komitetów obrony rewolucji (czyli jednej z najlepiej na świecie zorganizowanej siatki donosicieli) niezbyt się wyróżniają... Nowe kraty, wystająca klimatyzacja, mały szyld...

W zasadzie widok taki powinien dołować, przygnębiać, a nawet wkurzać za nieudolność władz, mieszkańców i kogokolwiek, kto dopuścił do takiego stanu... ale jest inaczej.

Ruina ruiną, ale póki stoi, na progach siedzą załatwiający szemrane interesy kolesie, kobiety z wałkami we włosach obserwujące: co, gdzie, kto i z kim?, czasem w drzwiach, na swojego latin lovera czeka jakaś hebanowa piękność, a wszędzie wokół pełno jest dzieci. Jedne w mundurkach wracają ze szkoły (całkiem serio zastanawiało mnie kto ustalił długość spódniczek szkolnych... zresztą jak wszystkich mundurków i mundurów na Wyspie... zdecydowanie był to ktoś kto doceniał i podziwiał urodę nóg Kubanek...), inne kopiące piłkę, a jeszcze inne próbujące wcisnąć turystom trzypesową monetę z Che Guevarą za 10... no niech będzie 5 CUC. Do tego dodałbym jeszcze magików... Prawie... Myślę o mechanikach, którzy na wąskich uliczkach próbują zmusić do dalszej jazdy słynne amerykańskie krążowniki szos, radzieckie łady i moskwicze, polskie "maluchy", których jest tu po prostu masa, a czasem zwykle bicitaxi, czyli tutejsze riksze.

Cały ten ruch, hałas, pośpiech, interesy, flirty, zaczepki, tropikalne lenistwo... nadają tej z pozoru dogorywającej, pięćsetletniej staruszce życia.

--
Fiesta! Jedno z bardzo nielicznych hiszpańskich słów, które zna każdy Amerykanin. Pospołu z jego narkoleptycznym kuzynem - siestą. Przyjęcia i drzemki, jedyne dwie rzeczy, w których Latynosi są dobrzy.

[Carlos Eire, Czekając na śnieg w Hawanie, Wydawnictwo Zysk i s-ka, Poznań 2005]
--

Wąskimi uliczkami starówki doszliśmy w końcu pod Kapitol - imponujący, wielki i lśniąco biały gmach, stylizowany na waszyngtoński odpowiednik. Stąd, zdecydowanie ruchliwszą Prado, ruszyliśmy na Malecón - słynny, jedenastokilometrowy, nadmorski bulwar.

Środkiem Prado biegnie fantastyczny, szeroki i ocieniony deptak, na którym pod czujnym okiem policji, mieszają się tłumy turystów, habaneros i oczywiście dzieciaków, które (tak mi się wydaje) przychodzą tu na lekcje WueFu. Podobnie jak przed rewolucją, Paseo del Prado nadal jest jedną z najbardziej reprezentacyjnych ulic miasta. Jest tu kilka drogich hoteli, kilka knajpek, które na najtańsze też nie wyglądają, a nawet centrum handlowe. No... może raczej "centrum"...

Malecón, to... po prostu Malecón... Nie zwiedza się go, nie ogląda, nie podziwia... po prostu się idzie lub siada i patrzy... na Ludzi, na Miasto, na Morze. Oddycha się Hawaną. Z jednej strony port, z drugiej Centro Habana, Vedado z luksusowymi hotelami, gdzieś w oddali willowy Miramar, a przed nami Ocean. OK, tylko zatoka, ale duża i końca nie widać...

Jeśli ma się szczęście, fale rozbijające się o próg Maleconu mogą człowieka zalać i pozostawić... niezapomniane wspomnienie. My szczęścia nie mieliśmy. Nas zalewało promieniami słońce, więc uznaliśmy, że należy się schłodzić. Jeśli nie morską falą, to chociaż jakimś lokalnym trunkiem.

--
[...] gdyby Hawana leżała na terenie Stanów Zjednoczonych, drogę zamknięto by dla ruchu [...]

[Carlos Eire (o Maleconie), Czekając na śnieg w Hawanie, Wydawnictwo Zysk i s-ka, Poznań 2005]
--

Zasiedliśmy w pierwszym napotkanym ogródku i od razu posypały się propozycje (jak później zauważyliśmy, wszędzie takie same): cuba libre (od objęcia całkowitej władzy na wyspie przez Fidela nazywana pieszczotliwie mentirita, czyli kłamstewko), mojito, daiquiri, itp. Na walkę z upałem najlepszy jest jednak zimny browarek i na próbę wzięliśmy Bucanero. Próba wypadła pomyślnie, więc już do końca pobytu innych wyrobów kubańskiego przemysłu piwnego nie kosztowaliśmy. Zresztą poza Bucanero, na Wyspie są chyba jeszcze tylko dwa lokalne preparaty, w tym jeden zdecydowanie za słaby...

Przy okazji ochładzającej nasiadówki, sprawdziliśmy działanie telefonów. Wszyscy mamy telefony o2 [brytyjskie] i roaming wprawdzie funkcjonował, tzn. była możliwość, by go włączyć, ale z jego uruchamianiem trzeba było strasznie się bawić, więc darowaliśmy sobie. SMS'y za to można było słać bez większych problemów. Należało tylko wybrać odpowiednią sieć, nie pamiętam już dokładnie którą, ale chyba CUBATEL.

Dużo większym problemem na Kubie są natomiast... zapalniczki. Już na mieście kilka razy ktoś prosił mnie o ogień, widząc, że akurat odpalam papierosa. W piwnym ogródku przy Malecón nie było inaczej. Dwa razy, całkiem urodziwa Latina podchodziła do naszego stolika ściskając w palcach nieodpalonego papierosa i błagalnym spojrzeniem obrzucała leżące na stole zapalniczki. Nie wiem dlaczego, ale sam później przekonałem się, że na Wyspie po prostu nie można ich kupić. Dziwne, ale prawdziwe. Może jest to jakiś szczególnie deficytowy towar, a może stanowi zagrożenie dla systemu? Kto wie? W każdym razie jeśli jakiś palacz czytający to, zamierza odwiedzić karaibski skansen komunizmu, niech pamięta o zapasie zapalniczek...

Po krótkim chłodzeniu wesoła kompania nie nabrała ochoty do dalszego spaceru, więc musiałem mocno argumentować. Trochę okrężną drogą, przez Centro Habana, ruszyliśmy w stronę Prado, gdzie we wcześniej odkrytym "centrum handlowym", wymieniliśmy trochę kasy.

Z kantorem sąsiadował sklep z cygarami, gdzie mieliśmy okazje zapoznać się z cenami oryginalnych, fabrycznych, hawańskich cygar. Ceny zdecydowanie zachęcają do rzucenia palenia.

Kiedy z Kobietą wyszliśmy na ulicę i stanęliśmy na chwilę czekając na chłopaków, przemaszerowały przed nami dwie urodziwe, jak to Kubanki, Murzyneczki. Nie byłoby w tym nic dziwnego i niezwykłego, gdyby jedna z nich, z dzieckiem na rękach (!!!), nie posłała mi najpierw ognistego spojrzenia, a zaraz po nim... całusa. Owszem, naczytałem się w życiu o temperamentach Latynosek, o seksualnej swobodzie panującej na Kubie i innych historiach, ale żeby tak wprost... otwarcie... zapraszać? Szczególnie, że do Brada Pitta i innych męskich symboli sexu trochę mi brakuje! Bezradny i trochę zdezorientowany spojrzałem na Kobietę, która tylko uśmiechała się, jakby mówiąc "radź sobie sam przystojniaku, to ciebie rwą...". Cóż mogę dodać? Ja, niewiele... Może tyle, że człowiek szybko się do rożnych sytuacji przyzwyczaja. A im milsze tym szybciej i bezboleśniej...

--
Miała piętnaście lat, czyli jak mawiają Hawańczycy, była śliczna i soczysta, zatrzymywała swoimi zderzakami wszystkie samochody na ulicach i alejach całej Hawany. [...] kręciła biodrami tak, że twardniał nawet największy mięczak.

[Zoé Valdés, Oddałam Ci całe życie, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 1999]
--

Za to chłopaki... hmmmm... Uległość rzecz ludzka, a "para cycków ciągnie mocniej niż para wołów", jak mówi kubańskie porzekadło, ale o tym w innym czasie i innym miejscu...

  • Hawana... "Porki"
  • Hawana... Kapitol
  • Hawana... z widokiem na Kapitol
  • Hawana...
  • Hawana...
  • Hawana...
  • Hawana...
  • Hawana... la Habanera con su nino
  • Hawana... Camelo
  • Hawana... Prado
  • Hawana... Malecón
  • Hawana... Habaneros na Prado
  • Hawana...
  • Hawana... Galeria przy Prado

Za rogiem "centrum" znaleźliśmy Muzeum Rewolucji. Dla mnie zawsze i wszędzie pierwsze miejsce do odwiedzenia. Niestety, hawańskie muzeum to całkowita porażka. W szarym pałacu (dawniej prezydenckim), na kolejnych piętrach, na eksponaty składają się głównie gazetki ścienne... mocno pożółkłe gazetki ścienne. Cytaty z Fidela i innych działaczy, trochę niewyraźnych fotek, fragmenty gazet, dokumentów... Z rzeczy bardziej namacalnych: jakieś szmaty, które kiedyś były czyimś mundurem, kilka sztuk broni, stare radio... Szkoda.

Dzisiejszą Kubę można oceniać źle i nie będzie w tym nic dziwnego, bo sytuacja na Wyspie do najciekawszych nie należy. Jednak rewolucja kubańska była zrywem Kubańczyków i nadzieją całej Ameryki Łacińskiej. Dlatego zasługuje na trochę ciekawsze i staranniejsze przedstawienie. Śpiące strażniczki/opiekunki na krzywych krzesłach, opartych o odrapane ściany, w otoczeniu mocno już podniszczonych gablot to doskonały przykład tego, w co rewolucja kubańska się przeistoczyła, a nie tego czym była.

Odrobinę... ale tylko odrobinę... ciekawiej prezentuje się ekspozycja na zewnątrz, wokół tzw. Memorial "Granma". Stoją tu samoloty, wojskowe pojazdy, a nawet rakieta, używane przez armię kubańską do obrony "suwerenności" Kuby przed "zapędami północnoamerykańskiego imperializmu". Ten ostatni zaś, reprezentują szczątki samolotu zestrzelonego nad Wyspą podczas jednej z misji szpiegowskich.

Główną atrakcją tej części muzeum jest jacht Granma, na którym w 1956 roku Fidel wraz z bratem Raulem, Ernestem "Che" Guevara i 80. innymi śmiałkami przypłynął z Meksyku do wybrzeży Kuby, by rozpalić ogień rewolucji. Nieraz czytałem o tym jakim wyczynem była ta morska wycieczka i patrząc na niewielkich rozmiarów stateczek muszę się z tym zgodzić.

--
Tak minęło już czterdzieści jeden lat, a licznik nadal bije, kiedy piszę te słowa. Jejku, Bóg musiał być nieźle wkurzony. Bardzo rzadko przekracza liczbę czterdzieści, kiedy wyładowuje złość, albo chce dać ludzkości nauczkę.

[Carlos Eire (o rządach Fidela), Czekając na śnieg w Hawanie, Wydawnictwo Zysk i s-ka, Poznań 2005]
--

Generalnie, umiarkowanym sympatykom rewolucyjnych wyczynów muzeum odradzam... zdecydowanie.

Trzy kroki od muzeum urządziliśmy sobie sesje zdjęciowa przy, najbardziej chyba znanym hawańskim muralu "Viva Cuba Libre" (jakiś czas temu pojawił się nawet w klipie "Checkeando" nagranym wspólnie przez naszego rodzimego rapera Sokoła z Kubańczykami z Los Sicarios). W sesji przeszkadzał nam upierdliwy jinetero z niedalekiej knajpy, który koniecznie chciał nas widzieć na drinku, a przy okazji wcisnąć nam cygara. Olaliśmy go i powoli ruszyliśmy do domu, kierując się w stronę ulicy Obispo - głównego pasażu handlowego Hawany.

[mała uwaga: jinetero/jinetera - z hiszpańskiego jeździec/amazonka; w slangu kubańskim oznacza kobietę lub mężczyznę trudniących się naciąganiem zagranicznych turystów; najczęściej są to drobne kurewki, puszczające się za parę groszy, prezenty, lub po prostu kilka dni na utrzymaniu turysty, albo "elementy aspołeczne", wciskające naiwnym co się tylko da, za zdecydowanie nieokazyjne ceny]

[mała uwaga 2: wszystko co na Kubie związane jest z handlem - przynajmniej tym oficjalnym - należy podzielić co najmniej przez trzy; a więc centrum handlowe, pasaż, galeria, są raczej porównywalne do małomiasteczkowych sklepów, niż do wielkomiejskich jaskiń rozpasanej konsumpcji]

Powyższa uwaga odnosi się w pełni do Calle Obispo. Zaczyna się przyjemnie na małym skwerze, przy którym króluje La Floridita - knajpa, w której kilkadziesiąt lat temu swoją kryjówkę miał Ernest Hemingway. Knajpa pełna jest turystów, którym nie straszne płacić za drinka tyle, ile lat minęło od ostatniej wizyty najsłynniejszego miłośnika corridy i morskiego wędkowania. Ja jakoś miłośnikiem Hemingwaya nigdy nie byłem, dlatego słono przepłacony toast za jego pamięć sobie odpuściłem.

Przy wąskiej ulicy ciągnącej się od skweru przy Floridicie do Plaza de Armas, można kupić prawie wszystko, czego na co dzień Kubańczykom brakuje: markowe ciuchy i buty, sprzęt RTV i AGD, kosmetyki, a nawet "luksusowe" towary spożywcze, takie jak... coca-cola. Jest tu też kilka sklepów ze sztuką i rękodziełem, ale nic co mogłoby robić szczególne wrażenie na przyjezdnych. Z wyjątkiem może takich jak my - Środkowych Europejczyków, którym czasem w pamięci powracały obrazki z PRL.

  • Hawana... wejście do portu
  • Hawana... Muzeum Rewolucji
  • Hawana... Muzeum Rewolucji
  • Zielona Hawana
  • Hawana z dachu Muzeum rewolucji
  • Hawana...
  • Hawana... Małe kłamstwo

Na Obispo ciągnęło mnie z jednego, zawsze podstawowego, powodu. W "Pascalu" wyczytałem, że jest tu najlepszy sklep muzyczny w Hawanie, z dużym wyborem płyt z muzyką kubańską.

Niestety, jak cały handel na Kubie, sklep okazał się nieporozumieniem. Nic, absolutnie nic mnie nie zaskoczyło, a "duży wybór płyt" to trzy czy cztery półki, w połowie puste, na których stało kilka płytek z muzyką tradycyjną i jakieś, z daleka zajeżdżające tandetą, składaki. Żadnych nowości, debiutów i młodzieży... Ja rozumiem, że Buena Vista Social Club i jego członkowie to wielkie i uzdolnione gwiazdy, ale to, że kilka lat temu podbili świat nie znaczy, że na Kubie nie powstaje nic innego. Srogo się zawiodłem... Nie po raz ostatni.

Kiedy klucząc obsranymi przez parchate psy, toczonymi przez gigantyczną próchnicę i zalanymi wodą ulicami starówki zbliżaliśmy się do domu Nelsona, po raz setny usłyszeliśmy propozycję okazyjnego zakupu cygar. Tym razem daliśmy się skusić. Być w Hawanie i nie zapalić hawańskiego cygara? To po prostu nietakt...

- Ile i jakie?
- 40 za 25 Cohibas... originales!!!
- Może być.
- Ale musimy iść do domu mojego przyjaciela, który pracuje w fabryce cygar.

...no i poszliśmy. Jedna, druga, trzecia, czwarta przecznica, a tu jakoś ani domu, ani przyjaciela nie widać...

- Basta! Dalej nie idziemy. Jeśli chcesz, poczekamy tu na ciebie, jeśli nie - adíos.
- Ale to już blisko... - prosił, niezbyt chyba doświadczony, jinetero.
- Nigdzie nie idziemy! Aha, i damy najwyżej 30.
Koleś znikał i pojawiał się ze trzy razy...
- Cinco minutos por favor... pięć minut, kolega już idzie, ale się boi, bo tu masa policji.

Dopiero wtedy zauważyłem, że rzeczywiście stoimy na przeciwko jakiegoś państwowego urzędu, przed którym roiło się od policji.

Kiedy gotowi byliśmy już darować sobie cygara, bo czekanie i targowanie przestało być zabawne, nasz wystraszony jinetero przyprowadził swojego Amigo i... wróciliśmy w dokładnie to samo miejsce, z którego ruszyliśmy. Gdy dochodziliśmy, Amigo odbił trochę do przodu, rozejrzał się czujnie i zaprosił nas do swojego domu. Muszę przyznać, nie wchodząc w szczegóły, że ta chata zdecydowanie różniła się od domu Nelsona. Była, mówiąc delikatnie, po prostu obskurna.

--
Wszedłem do holu naszego staroświeckiego budynku. Kiedyś był to luksusowy i drogi apartamentowiec. Powstał w 1927 roku, ma schody z białego marmuru, przestronne i komfortowe mieszkania, windę z kratami z polerowanego brązu, fasadę w bostońskim stylu oraz drzwi i okna z mahoniu. Teraz to wszystko jest w kompletnej ruinie. Winda i schody śmierdzą moczem i gównem. Na chodniku przed brama jest wyrwa, z której na ulice płyną ekskrementy. Dookoła wszyscy palą marihuanę, a na ciemnych schodach trwają nieustanne seksualne orgie. Wiele mieszkań zostało podzielonych na mniejsze i tam, gdzie dawniej mieszkały trzy osoby, teraz gnieździ się ich dziesięć albo piętnaście. Cysterna na wodę jest ciągle pusta. Woda nie dochodzi, nikt nie wie dlaczego, i wciąż musimy ją nosić we wiadrach z hydrantu przed domem. Normalka. Tak samo jest w całej dzielnicy. Bród, smród i ogólne zaniedbanie.

[Pedro Juan Gutierrez, Tropikalne zwierze, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2000]
--

Amigo, uznawszy że jestem szefem bandy, a Krzysiek moim zastępcą, posadził nas na kanapie wymontowanej chyba z jakiegoś amerykańskiego auta, na przeciwko swojej młodziutkiej, ciężarnej kobiety i chłopaczka udającego psa. Laska od razu orzekła, że musimy być z Krzyśkiem braćmi, bo jesteśmy wysocy i mamy długie włosy, na co ja odpowiedziałem, iż to całkowicie niemożliwe, bo on, w przeciwieństwie do mnie, es feo...

Już w drodze stwierdziliśmy, że skoro 30 było OK, to 25 też powinno, ale wyskoczyłem z 20. Amigo, patrząc mi głęboko w oczy, wskazując na oczekującą rozwiązania żonę, uznał tę kwotę za nie do przyjęcia i coś tam chyba warknął na kolesia, który mu nas przyprowadził. Wróciłem więc do 25, ale i ta cena nie zadowalała Amigo. My jednak nie mieliśmy zamiaru płacić więcej, więc koniec negocjacji... prawie... Dwa pudełka za 50? Especialmente para mis amigos de Polonia! Dobiliśmy pierwszego targu na kubańskim czarnym rynku cygar. Amigo sprawdził jeszcze teren na obecność ciał obcych żywiołowi handlowemu i prywatnej inicjatywie i mogliśmy wracać do domu.

  • Hawana w rozsypce
  • Hawana w rozsypce
  • Hawana w rozsypce
  • Hawana w rozsypce
  • Hawana w rozsypce
  • Hawana w rozsypce
  • Hawana w rozsypce

Na miejscu czekał już na nas obiad: kurczak, smażone banany i ziemniaki, ryż, frijole (mój meksykański prześladowca), sałatki, desery... Słowem, obiad nie wyszukany, ale słuszne porcje. Czekali na nas również Ulka i Lukasz, bo umówiliśmy się na wieczorny wypad. Dziwnym zbiegiem okoliczności, podobnie jak Kobieta, Łukasz obchodził tego dnia urodziny, więc okazja była oczywista i zobowiązująca.

Umówiliśmy się na dziewiątą, bo Urszula przygotowała dla swojego faceta niespodziankę, którą była kolacja w restauracji La Guardia - jednej z najdroższych i najsłynniejszych restauracji w mieście, głównie za sprawą filmu "Fresa y chocolate", pokazującego sytuacje gejów na wyspie.

W nocne miasto ruszyliśmy około 22., po wysłuchaniu ostrzeżeń Nelsona gdzie się nie zapuszczać i czego nie zabierać.

Poszukiwania knajpy okazały się zadaniem niełatwym. Chcieliśmy czegoś kubańskiego i z muzyką na żywo, a tu wszędzie selekcja i zakaz wjazdu dla miejscowych. Ostatecznie, po naprawdę długich spacerach, siedliśmy w ogródku Hotelu Inglaterra - najstarszego hotelu w Hawanie. Była kapela... Było cuba libre... Było hawańskie powietrze... Wszystko czego potrzebowaliśmy do szczęścia.

Czasem, kiedy przy alkoholu spotykają się zupełnie obcy ludzie, bywa fajnie, a czasem drętwo. Tym razem było fajnie, śmiesznie, a nawet trochę refleksyjnie, bo i urodzinowa impreza, i nasze emigranckie marudzenie. Urszula, która niewątpliwie jest fanką latynoskich rytmów, co chwilę wyrywała Łukasza do tańca, a my opijaliśmy naszą pierwszą noc w Hawanie i kolejną rocznicę osiemnastych urodzin Kobiety.

Jedyną niedogodnością balowania w tym, zdecydowanie ekskluzywnym, ogródku byli żebracy, którzy nie byli w stanie zrozumieć, że po pierwsze nasza sytuacja finansowa nie pozwala nam na gesty charytatywne, i po drugie, że ich wykonania słynnej pieśni "Hasta siempre" wcale się nam nie podobają. A już na pewno nie na tyle, żeby za nie płacić. Kapela to co innego. Spisywali się świetnie, ale ci uliczni... Nie... Przecież od dawna wiadomo, że na ulicy to tylko hip-hop...

Gdy mimo ignorowania i odganiania (jedno i drugie jest trochę przykre... wiem, ale co nam pozostawało?), zza niewielkiego płotu nadal sączyły się rzewne melodie, postanowiliśmy, jak to się mówi, wziąć sprawy we własne ręce... przejąć inicjatywę... i zaintonowaliśmy "Sto lat" na sześć gardeł wypłukanych rumem, co dawało całkiem niezły efekt akustyczny. Przy okazji stało się zadość urodzinowej tradycji. "Stu lat" było jednak mało, więc przyszła kolej na klimaty stepowe (w tropikach jak znalazł), czyli "Hej sokoły" w wersji strasznej, acz skutecznej. Kolejny nocny trubadur machnął na nas ręka, na co, zgodnie ja i Lukasz, wystawiliśmy nasze po zapłatę. Dostaliśmy tylko szczery, choć niepełny uśmiech i dziadek się zawinął. Nasz talent docenił natomiast koleś siedzący obok, który po zażartej walce ze swoją partnerką, rzucił nam jedno peso. A może chciał zatkać nam usta?

Peso zostało na stole jako mizerny napiwek, dla mizernego kelnera, a my, bardzo okrężną drogą, przez Prado, Avenida del Puerto i San Pedro, będące przedłużeniem Maleconu, powlekliśmy się do naszej casa particular, gdzie dopiliśmy resztkę rumu, który zaczęliśmy przed wyjściem i pożegnaliśmy się z naszymi chwilowymi wspólnikami w podroży. Następnego dnia rano (w zasadzie, to już za kilka godzin), Urszula i Lukasz mieli zostawić Hawanę, perłę Karaibów, dla plaż na wschodzie Wyspy...

Wtorek zaczął się na lekkim kacu. Jeszcze nie przyzwyczailiśmy się do rumu, cygar i TuKoli - lokalnego substytutu deficytowej i oczywiście imperialistycznej coca-coli. Urszula i Łukasz nie zmienili zdania i zwinęli się z rana, zostawiając dobre wrażenie i książkę Janusza Głowackiego "Z głowy" z dedykacją na pamiątkę hawańskiego spotkania. Wczorajszego wieczoru wymieniliśmy się trochę literackimi upodobaniami i najwyraźniej losy Głowackiego skojarzyli z naszymi. Wielkie dzięki Kochani. Mocno się ubawiłem czytając o emigranckich przejściach Głowy, a przy okazji miałem lekturę na lot powrotny.

[kiedyś, szperając w sieci natknąłem się na relację Łukasza z ich wyprawy na Wyspę. Można ją znaleźć na torre.pl]

Po tropikalnym śniadanku i cygarze, (nie)zupełnie nowym zwyczajem zasiadłem sobie na schodkach domu Nelsona, by zapalić fajeczkę i popatrzeć trochę na życie ulicy Merced. To takie moje małe zboczenie... Lubię usiąść przed domem, na ławce, na schodach, na krawężniku... i trochę popodglądać. Widoki zawsze są ciekawe. Ludzie spieszący dokądś, lub snujący się zupełnie bez celu, dostawcy wszystkiego-co-potrzebne, nieśmiało przyglądający się i kłaniający sąsiedzi, a przez uchylone drzwi można nawet zajrzeć tam, gdzie niekoniecznie wolno. Takie nieszkodliwe podglądactwo.

Przy okazji, czasem, pouczające. Można się na przykład dowiedzieć, jak wygląda odrobaczanie hawańskich mieszkań. U nas woła się specjalistów, którzy przyjeżdżają dużym samochodem, w białych kombinezonach, maskach i z różnymi preparatami o niebezpiecznie brzmiących nazwach. A w Hawanie... przyjeżdża koleś na rowerku, odpala urządzenie wyglądające jak ogrodniczy odkurzacz do liści, tyle że działające w drugą stronę i wydmuchujące niesamowite ilości dymu, z jakiejś kosmicznej mieszanki paliwowej. Zasnute dymem mieszkanie zostawia się na jakiś czas, po czym wietrzy i wymiata zagazowane insekty. Nie wiem jaka jest skuteczność tej metody, ale domyślam się, że jej szkodliwość przekracza normy unijne...

--
Spaliny wydobywające się z rur wydechowych autobusów, które kopcą dymem, unoszącym się wprost na przechodniów. Smród smażonego tłuszczu dobiegający ze straganu, na którym skwierczą dwie patelnie, gdzie sprzedają jedzenie i napoje, no i ten zapach - ciężki, nieokreślony tropikalny fetor żywicy, gnijących zarośli, spoconych ciał, powietrza nasyconego zwierzęcymi, roślinnymi i ludzkimi zapachami, które konserwowane przez słońce wolniej się rozkładają i ulatniają.

[Mario Vargas Llosa, Święto kozła, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2003]
--

Przy okazji takiego rekonesansu można też kogoś przez przypadek poznać. Na przykład Ricarda...

Kiedy tak sobie siedziałem i perwersyjnie podglądałem przechodniów i sąsiadów, na schodkach sąsiedniego domu, jakiś koleś w otoczeniu zasłuchanej gawiedzi, brzdąkał coś na gitarze. Takie ładne, spokojne kubańskie sones. Dziwne, bo uliczny muzyk wydał mi się znajomy, a i on co chwilę mnie mierzył. Cholera... nie przypominam sobie żebym wcześniej był w Hawanie i raczej mało prawdopodobne żebyśmy spotkali się gdzieś indziej. (???) Już wiem! Wczorajszy wieczór w Hotelu Inglaterra...

- To ty tam grałeś??
- Sí amigo!

I tak właśnie, mało emocjonująco, poznałem Ricarda. Zamieniliśmy kilka zdań, bo jego angielski był zdecydowanie gorszy od mojego hiszpańskiego (oba właściwie nie istnieją), i wstępnie umówiliśmy się na wieczór.

Tymczasem reszta maruderów, po śniadaniu, prysznicu i zrobieniu się na bóstwa, była gotowa do wymarszu w miasto. Po leniwym poniedziałku, na dziś zaplanowałem dość intensywną marszrutę. W końcu nie często zdarza się bywać w Hawanie. Na pierwszy ogień poszło muzeum/fabryka rumu Havana Club. Ulka z Łukaszem gorąco zachwalali ten przybytek, a poza tym uznaliśmy, że czym się zatrułeś, tym się lecz i myśl o darmowej degustacji dodawała nam energii. Na marginesie dodam, że spacerek w pełnym słońcu, ogromnej wilgotności, dobiegających co chwila wyziewach portowych i na kacu, jest przedsięwzięciem bolesnym.

Museo de Ron przy San Pedro rzeczywiście robi wrażenie i warto tu zajrzeć. Już sam budynek fabryki może się podobać. Odremontowany, wśród zrujnowanych kamienic, zdecydowanie się wyróżnia. Choć jak na fabrykę, wydaje się dość mały. Czekając na przewodnika zasiedliśmy na cudownie ocienionym, kamiennym patio, z którego można przejść również do sąsiadującego z fabryką baru. Taka produkcja z konsumpcją w jednym. W barze przygrywała tradycyjna kubańska, trzyosobowa kapela. Przyglądałem się im przez chwilę i zastanawiałem się jak to się dzieje, że słyszę głos a żaden z muzyków nie śpiewa? Wtedy ją ujrzałem... Tuż za drzwiami, przy stoliku, cała w bieli, siedziała ogromna, wiekowa Murzynka, która męskim, leniwym głosem wtórowała grającym dziadkom.

Lubię zwiedzać muzea. Szczególnie niecodzienne. Jednak po wizycie w muzeum rewolucji jakoś straciłem zaufanie do kubańskich muzealników. Na szczęście na krótko.

Drogie i nastawione na dolarowych turystów Museo de Ron jest od początku do końca świetne. Ekspozycja... kto nie chciałby wiedzieć jak wygląda prawdziwa, porządna destylarnia? Cała linia produkcyjna, historia, ploteczki i ciekawostki. Rewelacyjni przewodnicy... no... przynajmniej Pierrot, czyli nasz przewodnik. Miała nas oprowadzać sympatyczna laseczka, ale w ostatniej chwili okazało się że, wpadła jakaś francuskojęzyczna grupa i podstawili nam Pierrota. We czwórkę plus cichy Holender zaczęliśmy obchód. Albo koleś jest wyszkolony, albo przypadliśmy mu do gustu. O początku się dogadaliśmy. Krótka informacja i jaja na temat Kuby... "bo przecież wy Polacy wiecie co i jak". Holender trzymał się z boku i zaraz po obchodzie się zawinął. My zostaliśmy z Pierrotem na degustacji i pogaduchach. Od słowa do słowa stwierdził, że jesteśmy w porządku i zaprosił nas na sobotę na imprezę.

- Jeszcze nie wiem gdzie, ale macie tu numer telefonu i zadzwońcie w piątek lub w sobotę koło południa.
- To twoja komórka?
- Nie, DJ'a, który będzie grał. DJ Ruso... Prawdziwy Rusek, ale jest niezły. Swoją musiałem sprzedać, bo nie mieściła się w kosztach.
- Za dużo rumu i palenia? Przecież dla Kubańczyków jest rum za kilka pesos.
- O nie przyjacielu... Kiedyś takiego spróbowałem. Kilka dni bylem chory. Nie polecam.

... i takie tam bla-bla-bla. Szkoda, że trzeba było ruszać dalej. A á propos Rusos. Wyczytałem gdzieś, że Kubańczycy nie polubili Rosjan, nie ze względu na komunę i reżim, ale podobno dlatego, że byli chamscy i aroganccy, nie umieli się bawić i... nie używali dezodorantów.

  • Hawana... Museo de Ron
  • Hawana... Museo de Ron
  • Hawana... Museo de Ron
  • Hawana... Museo de Ron
  • Hawana... Museo de Ron
  • Hawana... Museo de Ron
  • Hawana... Museo de Ron

O ile fabryka płynnego złota, choć sama odremontowana, leży jeszcze w zniszczonej, zaniedbanej części Starej Hawany, o tyle kilka kroków stąd zaczyna się... zbyt słodka, jak na mój gust... typowo turystyczna starówka. Chociaż są to raczej kolorowe i czyste wysepki, niż jednolita całość.

Większość turystów dojeżdża tu autobusami zatrzymującymi się przy Plaza San Francisco zawdzięczającemu nazwę kościołowi wznoszącemu się w sąsiedztwie. My mogliśmy dojść do placu albo w miarę czystą, szeroką, biegnącą wzdłuż zatoki ulicą San Pedro, albo przedzierać się brudnymi uliczkami starówki. Oczywiście wybraliśmy drugą opcję.

Nie wiem... Coś magicznego... zdecydowanie magicznego... jest w tych ulicach. Może ten niewyobrażalny syf i zaniedbanie połączone z całym bogactwem codziennego ulicznego życia? Naprawdę można tu zwolnic. Poczuć się w innym świecie. Zapomnieć o wszystkim i cieszyć się z tych kilku dni w roku, kiedy człowiek może wyrwać się z pracy, domu, wszystkiego... i po prostu chłonąć wszystkimi zmysłami otaczający świat.

Tak mi się nostalgicznie napisało, ale kiedy próbuje wymyślić słowa i zdania, żeby opisać zatęchłe uliczki Starej Hawany, nic nie przychodzi mi do głowy. Jestem tam, widzę, czuję, dotykam... ale nie da się tego przelać na papier, czy wklepać w kompa, bo to świat, który nie istnieje nigdzie indziej!

Ot choćby taka scenka: smutne ulice, smutne domy i radosna salsa. Coraz głośniej i głośniej, aż w końcu dochodzimy. Na werandzie bez okien, przy ogłuszających dźwiękach kubańskiej salsy (trochę wolniejszej i bardziej namiętnej niż na przykład kolumbijska, czy meksykańska - tak zawsze twierdził Fernando - mój nauczyciel hiszpańskiego), jakaś parka całkowicie oddaje się rytmowi... własnych ciał. Półnagi koleś i dziewczyna w sukience, z rozwianymi włosami, za nic mają sąsiadów i przechodniów (szczególnie takich jak my) i żyją tylko tą chwilą. Kurcze... to naprawdę było piękne. Zdecydowanie lepsze niż "Dirty Dancing: Havana Nights".

--
Gloria mieszka pode mną, na siódmym. Razem ze swoją matką i synem oraz radiem i magnetofonem, które nigdy nie milkną. Do tego jeszcze przez jej mieszkanie przewalają się tabuny krewnych. Przyjeżdżają i wyjeżdżają. Kuzyni, siostrzeńcy, chrześniacy, wujowie, ciotki, szwagrowie, szwagierki, bracia, zięciowie, teściowie, sąsiedzi wujków, pasierbowie sióstr, narzeczone kuzynów, dzieci siostrzeńców oraz ich małżonkowie i potomstwo. Istna menażeria. Zjeżdżają się z całej Kuby: do lekarza, w interesach albo pokurwić się trochę. Zarobią parę dolarów, natychmiast je wydadzą, pomieszkają kilka dni i znikają. Pojawiają się następni. Mieszkanie Glorii to kompletny chaos. Kupa ludzi i wciąż ta muzyka. Na ful. Bolera, salsa, meksykańskie rancheras. "Kochałem cię, a ty mnie zostawiłaś. Odtąd wciąż ciebie szukam, choć ty nie chcesz mnie znać. Dlaczego każesz mi tak barrrrdzo cierpieć? Dlaczego, poooowiedz mi?" Muzyka musi być. Feliciano, Gloria Estefan, Luis Miguel, Mark Anthony, Ricky Martin, Ana Gabriel, La India, Rocío Dúrcal, Juan Luis Guerra. I rum. Dużo rumu. Za to pieniędzy nigdy nie ma. A raczej pojawiają się i natychmiast znikają. Potem znów są i znów ich nie ma. No i jeszcze papierosy. Kłęby dymu, salsa i rum. Tłumy ludzi. Wchodzą, wychodzą, jedzą, srają, zatykają klozet i w pół godziny zużywają te odrobinę wody, która rano pojawia się w zbiorniku. Później już cały dzień nie ma wody. To wszystko jest rodzina. Ogromna rodzina: biali, czarni, żółci, Mulaci, Indianie i wszystkie możliwe kombinacje.

Pedro Juan Gutiérrez, Tropikalne zwierze, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2005]
--

Kilka metrów dalej TA Hawana się skończyła. Weszliśmy na Plaza San Francisco, gdzie wszystko jest ładne. Obok wiekowego kościoła stoją eleganckie i drogie hotele, sklepy najdroższych światowych marek i błąkają się różowi turyści w koszulach w kwiaty, palmy i papugi... To Hawana z pocztówek i folderów reklamowych z odrestaurowanymi za ONZ'etowskie pieniądze kamienicami i pałacami. Nie wiem czy to przez kontrast z tą "normalną" częścią miasta, czy przez aż nadto staranną renowację, ale te kilka kwartałów kompletnie nie pasuje mi do reszty. Ja bym dla równowagi trochę to podniszczył. Na plus działają za to dziesiątki miejsc, które można tu odwiedzić. My z długiej listy wybraliśmy tylko dwa. Znaczy... ja wybrałem.

Casa de México lub Casa Benito Juarez - wyraz meksykańsko-kubańskiej, latynoskiej solidarności. Jak każdy przejaw propagandy - porażka. W zasadzie z tej wizyty, nie ukrywam, że oczekiwanej, nie pamiętam nic. No może oprócz arbol de la vida (drzewa życia) z Toluki, ale tylko dlatego, że objaśniałem Kobiecie co to takiego. A... no i oprócz dwóch (raczej na pewno), zdecydowanie urodziwych kurewek, czających się przy bramie, które przykuły uwagę chłopaków zdecydowanie bardziej niż podarki narodu meksykańskiego.

Z kolei następna casa - Casa de Africa - to miejsce, obok Museo de Ron, które odwiedzić trzeba. A przynajmniej wypada. W Casa de Africa zgromadzono przedmioty, które Fidel przywiózł ze swoich licznych podroży do Afryki, oraz te, podarowane mu przez delegacje i ambasady państw afrykańskich na Kubie.

Miłośnicy sztuki etnicznej powinni rozumieć jak może działać taki widok. To tak, jakby nagle znaleźć się na targowisku w Dakarze, Nairobi, czy innej Luandzie.  Tyle że w wersji de luxe, bo wszystkie zgromadzone tu przedmioty, to najwyższa jakość i rewelacyjne wykonanie - od batików i innych zaczarowanych tkanin, przez większe i mniejsze rzeźby z najróżniejszych surowców, po całkiem użytkowe komplety mebli z hebanu. Ja mógłbym tu zamieszkać. Skazą (jak dla mnie) na tym cudownym afro-karaibskim krajobrazie, był stos słoniowych kłów, sprezentowany przez jakiegoś afrykańskiego satrapę-rzeźnika. Minusem tego miejsca jest też zakaz fotografowania. Jednak przy odrobinie uporu i pięknym uśmiechu i to jest do obejścia.

Natomiast zdecydowanie największą atrakcją Casa de Africa, okazała się doskonałych kształtów, hebanowa i lśniąca Mercedes - opiekunka wystawy na parterze... Najwyraźniej znudzona zorganizowanymi wycieczkami, lub brakiem jakichkolwiek wycieczek, na nasz widok od razu zajaśniała pięknym białym uśmiechem. OK, to taka mała ściema. Nie na nasz widok, ale na widok Popstera...

Kubanki rzeczywiście nie kryją się z uczuciami. Wystraszony Popsterek omal nie został schrupany żywcem przez Panią Muzealniczkę. W trybie natychmiastowym obwołała go swoim marido, czyli mężem i zaprosiła nas na dyskotekę w piątek. "Zajdźcie w piątek przed zamknięciem, to się dokładnie zgadamy. No i będziecie mogli też wszystko sfotografować, bo wtedy nie ma dyrekcji".

Na kolejnych piętrach nie było już tak zabawnie, choć Mercedes co chwilę przybiegała upewnić się co do wierności świeżo upieczonego "małżonka". Za to im wyżej, tym większe zdumienie wywoływało nasze pochodzenie. Na ostatnim pietrze, babka wprost nie mogla uwierzyć, że jesteśmy Polakami. Ostatnich spotkała jakoś pod koniec komuny i od tamtej pory, nie licząc kilku Węgrów i Czechów, nie było tu nikogo z Europy Wschodniej. Fajnie że są jeszcze miejsca gdzie jesteśmy, lub na powrót stajemy się egzotyczni.

  • Hawana cukierkowa... Kościół i Plaza San Francisco
  • Hawana... Kościół San Francisco
  • Hawana cukierkowa
  • Hawana cukierkowa
  • Hawana cukierkowa
  • Hawana cukierkowa
  • Hawana cukierkowa... i cukierek nadgniły

Spod Casa de Africa, włócząc się wąskimi uliczkami, trafiliśmy na Plaza de Armas, otoczony jednymi ze starszych budynków w mieście. W jednym z nich znalazłem dużą księgarnię, w której oprócz książek, było też kilka stojaków z płytami. Znalazłem jedną ze znaczkiem ostrzegającym przed ostrymi tekstami, który w czasach mojej młodości był dla mnie wyznacznikiem dobrego grania, a dziś, nadużywany, trochę śmieszy. Chociaż po bliższym przyjrzeniu... Przepraszam, nie ostre teksty... Ostrzeżenie przed "kubańską zawartością". No ale skoro płyta Telmary jako jedyna jest w ten sposób oznaczona, to musi na niej być coś szczególnego.

...i owszem. Teksty wprawdzie nie do końca łapię, ale muzyczka, która jest mixem wszystkiego ze wszystkim, a generalnie wpisuje się w stylistykę ambitniejszego jazz/hip-hop'u, jest ciekawa... Może nie powala, ale zdecydowanie warto posłuchać. Moje ulubione numery z tej płyty to "Ves" i "Sueño brujo" z gościnnym udziałem Ojos de Brujo.

W końcu, po prawie dwóch dniach (!!!) przełamałem niemoc w zdobywaniu tubylczych nagrań. Moje serce zalała fala radości i zgodziłem się wrócić w okolice Plaza San Francisco, gdzie wypatrzyliśmy taką, nie do końca turystyczną ale i nie zupełnie lokalną, knajpkę.

La Marina, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy, miała stać się naszą przystanią na kilka najbliższych dni. Wymieniona w przewodnikach, ale z niezbyt pochlebną opinią, la Marina to w zasadzie ogródek, od świata odcięty metalowymi kratami i ścianą roślinności zarastającej też niemal całe sklepienie, co daje cudowny efekt chłodzący. Poza tym, mają tu lodowato zimne piwo i sympatyczne kelnerki, więc ogólnie duży pozytyw.

Kiedy zasiedliśmy do browarka i zaczęły się jęki jak to gorąco i parno, że najlepiej się wcale nie ruszać... Ja przypomniałem sobie drogę do dwóch sklepów muzycznych, które namierzyłem wczoraj, gdy wieczorem poszukiwaliśmy knajpy. Jeden z nich był w miarę blisko, tzn. musiałem "tylko" przejść cała Starą Hawanę - od Zatoki nad którą właściwie się znajdowaliśmy, do Kapitolu plus kilka kroków. Z drugim był problem, bo był aż w Centro Habana. Próbowałem namówić ekipę do spacerku, ale nic z tego. Uparli się i już. Ruszyłem więc sam.

Pierwszy sklep okazał się kompletną klapą. Raz, że musiałem stać w kolejce, żeby do niego wejść - wewnątrz nie mogło przebywać jednocześnie zbyt wiele osób; dwa, w środku było tak cholernie zimno, że po chwili, cały spocony, zacząłem się dosłownie trząść; i trzy, mimo jako-takiego wyboru płyt, zainteresowanie i pomoc ze strony ekspedientek była żadna. Olać socjalistyczny handel!

Drugi namierzony przybytek był niestety zamknięty. Chwilowo... Kiedy wyczerpany marszobiegiem stanąłem, żeby spokojnie zapalić fajkę, drzwi jakby nigdy nic się otworzyły. Nie chce snuć niepopartych niczym domysłów, ale wydaje mi się, że jedyna (o dziwo) sprzedawczyni urządziła sobie małą (miłą?) przerwę z kolegą, który jeszcze chwilę jej towarzyszył, by po kilku minutach i szeptanym, czułym pożegnaniu zniknąć.

Oficjalny sklep EGREM-u, państwowego koncernu płytowego na Kubie, może nie zachwyca wystrojem i ilością płyt, ale wyróżnia się odrobinę od reszty. Jedna jedyna ekspedientka zauważała klientów, a nawet bardzo delikatnie (może nie chciała się narzucać?) próbowała mi pomóc i doradzić. Kiedy powiedziałem, że nie interesuje mnie muzyka tradycyjna, a raczej jakieś nowe granie, obcięta na ufarbowanego na blond jeżyka mulatka w mundurku, jakby lekko się ożywiła i zaczęła prezentacje...

Na początek Eddy K i "Aqui estan los cuatro", czyli "Oto czwórka" (w dosłownym tłumaczeniu, bo mi bardziej pasowałoby "Nadchodzi wielka czwórka":-) Numer siódmy i jednocześnie tytułowy na ostatniej i (chyba debiutanckiej) płytce kwartetu. Podobno jeśli chodzi o reggaeton, nie mają sobie na Wyspie równych pod względem ilości fanów. Zresztą pomocna ekspedientka nie bez przyczyny zaczęła właśnie od tej płyty. Zdecydowanie uznała ją za swoją ulubioną. Jeśli chodzi o moje upodobania, kawałek czwarty, "Ellos no saben na'", jest zdecydowanie najlepszy...

Tak jak Eddy K jest liderem na rynku reggaeton'owym, tak Papo Record rządzi na scenie hip-hop. Choć tak szczerze mówiąc, różnica między jednym i drugim jest dość umowna i płynna. Nieważne... Najważniejsze, że to co robi, robi dobrze. Papo Record "Cabiosile"...

Pierwszy album Andrésa Daniela Rivalta ukrywającego się pod pseudonimem Papo Record, zatytułowany "Cabiosile", zawojował listy przebojów na Kubie, a kilka numerów pojawiło się na międzynarodowych składakach, prezentujących najświeższe i najlepsze produkcje latynoskie. Bardzo się temu nie dziwię, choć boleję nad wyborem singli. Ja szaleję za "Debate", ale nie ja decyduję. "No confundas" nie powala, jest po prostu w porządku.

Trzecia płytka, na która się skusiłem - Homerun "Con Bases Llenas" (EGREM 2005), to totalna zagadka. Na stronce EGREM'u jest tylko info, że taka płytka została nagrana i wydana. Jeśli ktoś kiedyś przypadkiem na nią trafi, polecam!

Spośród wielu płyt, które przeglądałem, jeszcze X-Alfonso miał przebłyski geniuszu... Niestety tylko przebłyski.

Wziąłem tylko trzy krążki. To niewiele, ale znów jeśli patrzeć na to przez pryzmat kubańskiego rynku muzycznego, nie jest tak źle. W dodatku wszystkie trzy są naprawdę niezłe. Na wypadek gdyby ktoś planował fonograficzne zakupy w Hawanie, gorąco zachęcam do odwiedzenia sklepu EGREM'u przy Avenida de Italia (Galiano).

W drodze powrotnej, już zdecydowanie spokojniejszy, mogłem kontemplować otaczającą mnie rzeczywistość, a dokładniej nierzeczywistą ulicę San Rafael - kolejne po Obispo skupisko sklepów, przy czym tutaj dodatkowo obstawione przez sprzedawców lewych cygar, wszelkich możliwych dragów i... kobiecych wdzięków. San Rafael (między Prado i Galiano) uchodzi za największe w Hawanie skupisko jineteros. Ten pomost łączący zniszczoną, ale mimo wszystko turystyczną Starą Hawaną, z typowo mieszkalną Centro Habana, to jednocześnie pomost między światem tych co mają (turyści) ze światem tych, którzy robią wszystko by mieć... Choć odrobinę. To smutny, ale doskonały przykład na nieudolność systemu na czele którego jeszcze stoi Fidel Castro.

Z drugiej jednak strony, nigdy w życiu nie dostałem tak wielu, tak jednoznacznych propozycji, od tak pięknych kobiet. W połączeniu z resztą atrakcji oferowanych na San Rafael mogłoby to dać najlepszą imprezę w życiu...

W la Marina moi compañeros zaczęli się już lekko niecierpliwić moją przedłużającą się nieobecnością. To co mi wydawało się chwilą, trwało w rzeczywistości ponad dwie godziny i wielkimi krokami zbliżała się pora obiadu. Tzn... tak mi się wydawało. Jakimś dziwnym trafem pomyliłem "seis" ze "siete" i zamiast na szóstą, zamówiłem obiad na siódmą... no ale to tylko wzmogło apetyty.

W oczekiwaniu na obiad, przysiedliśmy sobie z Kobietą na schodkach naszej casa particular, by wdychać spaliny i hawański wieczór. Nagle (dosłownie), pod dom zajechała jakaś lepsza bryka i koleś poprosił, żebym zawołał gospodarza. Czekając na Nelsona oczywiście obgadywaliśmy tajemniczych przybyszów prosto w oczy, stwierdzając, że jak nic to jakaś ubecja albo mafia... w każdym razie zorganizowana grupa przestępcza.

Gdy goście zniknęli w domu, a my zajęliśmy się obrabianiem tyłków przypadkowych przechodniów (znów) nagle pojawił się jeden z "ubeków" i zapytał czy nie mam przypadkiem na zbyciu fajeczki, "bo mi się, kurwa, skończyły". Dosłownie! Zapytał po polsku...

- yyyy...Polak?
- No.
- Na wakacjach?
- No.
- A skąd dokładnie, jeśli można wiedzieć?
- Z Kenii.
- A co robi Polak w Kenii?
- Mieszka... Od dziewięciu lat.

Wtedy dołączył drugi z gości i przywitał się z nami prawie idealną polszczyzną.

- Kubańczyk?
- Owszem, ale tylko na wakacjach... z Warszawy...

No i co w tym dziwnego? Od dawna wiadomo, że świat jest mały...

Po pożywnym obiedzie z deserem i wszelkimi szykanami i odświeżającej toalecie, ruszyliśmy się na nocny patrol. Zgodnie uznaliśmy, że za każdym razem warto iść inną drogą, bo zgubić się raczej nie można (siatka ulic Starej Hawany jest idealnie kwadratowa), a zawsze można coś nowego zobaczyć. Mimo późnej pory, nie obawialiśmy się też już o bezpieczeństwo. Po ilości policjantów i wczorajszym wieczorze uznaliśmy, że raczej mało prawdopodobne jest by zagrażało nam cokolwiek ze strony Kubańczyków. A jeśli nawet, to trudno, raz się żyje...

W rzeczywistości, największym zagrożeniem podczas nocnych spacerów są psie gówna i cuchnące kałuże, które w ciemnych uliczkach (nie wszystkie są oświetlone, to raz, a dwa - czasem brakuje prądu), trudno nieraz wypatrzyć. Ja miałem szczęście i dziwnym trafem nie zaliczyłem butami nic obrzydliwego. Tylko ja! I tylko ja, nie nosiłem sandałów...

Trochę się powłóczyliśmy licząc, że wpadniemy na jakiś fajny lokal. Te, które selekcjonowały gości olewaliśmy. Ostatecznie nogi poniosły nas do Inglaterry.

Ricardo (ten poznany rano) i jego agrupación dawali właśnie swój cowieczorny show. Wychodziło im to naprawdę dobrze! Jestem umiarkowanym fanem tradycyjnej muzyki kubańskiej, ale na żywo soneros spisywali się doskonale. Nie wspominam nawet o tym jak radośnie biło moje serce, kiedy zagrali swoją cumbię - moją ukochaną muzykę do jazdy na ośle jak, ze względu na charakterystyczny rytm, roboczo ją nazywam.

W przerwach między setami, nieśmiało zbliżał się do nas Ricardo. Nie do końca pozwalała mu na to etykieta (muzycy nie mogą rozmawiać z gośćmi) i bariera językowa, która zmniejszała się z każdym wypitym przeze mnie drinkiem. Na dobre zasiadł z nami po północy, kiedy występ oficjalnie się skończył i przestał być hotelowym muzykiem. Spiliśmy jeszcze kilka cuba libre i próbując rozmawiać w jakimś nieokreślonym języku, pomaszerowaliśmy do domu. Jak zwykle (czyli po raz drugi:-) na około - przez Prado, Malecón i nadzatokowy deptak.

Szczerze powiedziawszy, nie za bardzo pamiętam o czym rozmawialiśmy. To zapewne skutek rumu i stresów językowych, ale wiem, że każde zrozumienie wywoływało w nas ogromną radość. Zdecydowanie większą niż złamany pedał w rowerze Ricarda, którym rozbijał się Popster.

W domu byliśmy późno, pewnie koło 3., ale doszliśmy do wniosku, że nową znajomość wypadałoby jeszcze trochę opić. Wyciągnęliśmy więc dużą flaszkę pięcioletniego rumu i skromny zapas TuKoli jaki mieliśmy w lodówce, zasiedliśmy na schodach i kontynuowaliśmy nasze ciężkie dyskusje. Pamiętam, że z przekonaniem i obrzydzeniem Ricardo twierdził, że uspokajający nas co chwile Nelson, to wieśniak z Oriente, który kreuje się na Hawańczyka, ale najgorsze, że to maricón, czyli gej. Dla "prawdziwego" Kubańczyka, to najgorsze co może być.

Tak na marginesie, to dość zastanawiające, bo wydaje się, że odsetek gejów na Wyspie musi być spory. Przewijają się przez większość książek kubańskich autorów, jakie zdarzyło mi się czytać, z "Zanim zapadnie noc" Reinaldo Arenasa - wręcz gejowskim manifestem - na czele. Homofobiczne czystki w szeregach partii robili komuniści - oberwało się wtedy wielu znanym osobistościom, głównie ze świata artystycznego. W końcu najbardziej znanym dziełem współczesnej kinematografii kubańskiej jest, wspomniany już, film "Fresa y chocolate"  Tomasa Gutierreza Alea i Juana Carlosa Tabío z 1994 roku. Swoją drogą, "Zanim zapadnie noc" też doczekał się ekranizacji w 2000 roku.

Dla równowagi pogadaliśmy też o dziewczynach, tzn. my wyrażaliśmy zachwyt nad urodą Kubanek, a Ricardo go nie podzielał, rozpływając się z kolei w pochwałach nad pięknem Europejek, czyli standard. Całkowicie niepojęte było dla niego, jak mogą się nam podobać Murzynki i Mulatki, które on uważał za szpetne, głupie i niewierne... O gustach się nie dyskutuje.

Wraz z opróżnieniem flaszki trudności w porozumiewaniu przekroczyły nawet barierę językową, więc niemal na czworaka poczłapaliśmy do łózek. Noc była straszna. Nie wiem czy chce o tym opowiadać. Jako przestrogę powiem tylko, że zbyt dużo TuKoli działa mocno wymiotnie...

Środowy poranek był równie okrutny, co poprzednia noc. Nie tylko dla mnie. Bez zbędnych dyskusji porzuciliśmy plan wyjazdu na plażę.

Po wmuszonym śniadaniu, zimnym prysznicu... i jeszcze jednym... i jeszcze... i zaopatrzeniu się w spory zapas wody pitnej, postanowiliśmy jednak spróbować wyjść. Chociaż do miasta.

Jak na złość, skwar tego dnia był niemiłosierny. Bez grama wiatru, czy choćby lekkiej bryzy od Morza.

Asekuracyjnie zaczęliśmy blisko. Tuż za rogiem stoi piękny kościół - Iglesia de San Francisco de Paula, którego śnieżnobiałe ściany, w tak słoneczny dzień, dosłownie raziły. Jak większość kościołów i ten był zamknięty i pilnowany przez policjanta. Obeszliśmy go dookoła pod czujnym okiem stróża prawa i świeckiego ustroju Wyspy, po czym nieśmiało oddaliliśmy się od domu portowymi uliczkami.

Przy jednej z nich zaskoczyła nas ogłuszająca muzyka dobiegająca z ogromnego magazynu. Taki dobry latin house, na mocnym beat'cie. Przez chwilę mieliśmy nadzieję, że znaleźliśmy jakąś lokalną, dzielnicową dyskotekę zupełnie niedaleko domu. Niestety, okazało się, że to tylko hala do aerobiku, gdzie kilkadziesiąt apetycznie wyglądających Kubanek wyginało ciała.

Ochotę na zwiedzanie mieliśmy raczej umiarkowaną do zanikającej. Ja jeszcze trochę się miotałem, ale Kobieta i Popster (Krzysiek, mocno kontuzjowany po wczorajszym wieczorze, został w domu), skutecznie ukrócali moje zapędy. Udało mi się wywalczyć szybką i samotną wizytę w Casa Natal de José Martí - domu, w którym urodził się mega-bohater narodowy Kuby. Rzecz jasna - porażka. Chyba, że kogoś szczególnie interesuje łoże, w którym Señor Bohater przyszedł na świat. Ewentualnie, przeniesiony w całości, nowojorski gabinet bojownika-poety, w którym powstawały m.in. prace, skądinąd słuszne, na temat kulturowej i mentalnej różnicy między Latynosami a Jankesami. Na wszelki wypadek podaje, że Martí opuścił ziemski padół na początku XX wieku (nota bene, w pierwszej i jedynej bitwie w jakiej wziął udział), więc z castryzmem jego spostrzeżenia nie mają nic wspólnego. Mało tego, uważa się je za kulturowe dziedzictwo kontynentu.

Dalszy spacer stanął pod znakiem zapytania, kiedy moje wnętrzności boleśnie przypomniały mi o nocnych ekscesach, a resztę ciała zalała fala zimnego potu. "Trzeba być twardym a nie mjentkim" powiedziałem sobie i mimo bólu, cierpienia, palącego słońca, nudności... (ja to potrafię dramatyzować;-) nie poddałem się i mogliśmy kontynuować.

W zasadzie interesowało nas jeszcze jedno miejsce - Museo de los Orishas (Muzeum Oriszów), bóstw santerii, afrokubańskiej religii wyznawanej (podobno) przez niemal siedemdziesiąt procent społeczeństwa. Są tacy, którzy twierdza, że sam Fidel radzi się "wiedzących". Ogólnie i oficjalnie mówi się, że to wiara Czarnych, biednych i prostych, co raczej nie jest prawdą. No bo choćby założyciel i dyrektor muzeum - Antonio Castaneda - jednocześnie naukowiec i babalao, czyli najwyższy kapłan santerii.

O samym muzeum pisać mi się nie chce. Jeśli ktoś jest spragniony konkretnej wiedzy, odsyłam choćby do "Pascala", gdzie i o muzeum i o santerii można znaleźć interesujące fragmenty. Mogę jedynie dodać, że pobiło cała resztę na głowę. Choć nie multimedialne, w bardzo ciekawy i przystępny sposób przedstawia głównych orishów i daje podstawowy obraz santerii jako religii.

I jeszcze jedno - trudno je znaleźć, bo choć stoi w doskonale dostępnym miejscu, przy jednej z głównych ulic, zasłaniają je ogromne drzewa. My przechodziliśmy obok... myślę że z dziesięć razy, ale w końcu się udało.

Zamiast opisywania muzeum, proponuje fragment (jeden z setek) z literatury kubańskiej, w której santería funkcjonuje w zupełnie naturalny sposób. Pedro Juan Gutiérrez, z którego powieści zapożyczyłem ten cytat, to mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o piszących Kubańczyków...

- Chodź, zobaczysz coś. Nikomu tego nie pokazuje.

Zobaczyłem kociołek, żelaza i miseczki świętych. Evelio trzymał to wszystko w małej szafce z drzwiczkami, która stała w salonie. Potem wróciliśmy do sieni i znów zajęliśmy się wódką. Evelio rozparł się w fotelu i w zamyśleniu patrzył w sufit. W ręce trzymał niebieski naszyjnik Yemayá i przesuwał palcami po jego paciorkach. Po dłuższej chwili powiedział:

- Niedawno podjąłeś dobrą decyzję. Wyda owoc. Nie było ci łatwo, długo się zastanawiałeś, w pewnym momencie bałeś się nawet, że pójdziesz do więzienia. Masz jednak dobrego przewodnika. Nie bój się i rób swoje. Ta twoja decyzja miała coś wspólnego z papierem i tego typu rzeczami. Ale to już przeszłość. Tak jak ci mówiłem, postawiłeś na dobrego konia. A teraz... Powiem ci coś jeszcze... Są przy tobie Murzyn i Indianin. Cholernie mocni. Na krok cię nie odstępują.
- Zawsze mi to mówią, kiedy przychodzę się poradzić.
- Muszą ci to mówić, bo tak jest. Obaj są przy tobie. Ty się jednak nimi nie zajmujesz. No dobrze... O Indianinie pamiętasz. Czasem go o coś prosisz, dajesz mu kwiaty, ale Murzyn dla ciebie nie istnieje. Zupełnie o nim zapomniałeś.
- Tak, to prawda.
- No widzisz? Musisz się zajmować obydwoma. Mądry jesteś dzięki Indianinowi, ale siłę masz od Murzyna. To on cię nauczył walczyć. Obaj są dla ciebie ważni, bo się uzupełniają. Jeden wspiera drugiego. Rozumiesz?
- Tak, pewnie.
- Ten Murzyn to twardziel. Dzięki niemu nikt ci nie podskoczy. Nikt cię nawet nie tknie. To taki duży i potężny Murzyn, prawie całkiem goły, ma tylko przepaskę na biodrach. Z jutowego worka. Aha, i jeszcze czerwoną chustkę na głowie. Musisz mu dawać rum albo wódkę w skorupie od kokosa i jakieś dobre cygaro. To nie musi być zawsze. Czasem, jak sobie przypomnisz. Właśnie to najbardziej lubi ten Murzyn: rum, cygara i kobiety. Pogadaj z nim. Musisz z nim rozmawiać i od czasu do czasu o coś go poprosić. Albo dać mu czerwoną różę. To czarny książę od czerwonych kwiatów. W ogóle od wszystkiego, co czerwone. On nie jest takim wesołym Murzynem od rumby i zabawy. Mieszka w górach. Kryje się w krzakach. Nikomu nie pokazuje swej twarzy. Ale dużo wie. Jest mocny, sprytny i odważny. To taki Murzyn z jajami.

I wtedy przyszła Julia. Evelio trzymał w ręce niebieski naszyjnik Yemayá i bawił się nim, opowiadając mi te wszystkie rzeczy. Poczuł się jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku. Próbował ukryć naszyjniki w dłoni, ale Julia zdążyła go już zauważyć.

- Ej, Pedro Juan, co za niespodzianka! Dawno cię nie było! A ten dureń siedzi z tym swoim naszyjnikiem, pieprzy ci o świętych i udaje wróżkę.
- Julita, Julita! Nie mów tak.
- Czemu? Evelio lubi ludziom radzić i opowiadać im jakieś dyrdymały. To wszystko gówno warte.
- Julita, ale...
- Tak, tak Pedro Juan! Wierzysz w te banialuki? Przecież to kompletna bzdura. Bujdy na resorach. Ja wierze w to, czego mogę dotknąć. A te wszystkie rzeczy, których nie widać, które są gdzieś w powietrzu...
- Kurwa, a jak w nocy czułaś, że coś cię ciągnie za nogi? Budziłaś się z płaczem i niemal srałaś ze strachu. Wtedy od razu do mnie, żebym to odczynił.
- Nie, to był tylko taki sen. Po prostu trochę się zdenerwowałam.
- Sen? Zbudziłaś się i dalej ktoś cię ciągnął za nogi.
- W samych stopach czułam tylko takie mrowienie.
- Wszystko jedno.
- Nie, nie wszystko jedno. Zaniepokoiłam się, bo czułam to każdej nocy. Słuchaj, Pedro Juan, ten facet jest inżynierem. Skończył studia. Pracował na uniwersytecie. Powiedz mi, ale szczerze: czy taki człowiek powinien wierzyć w brednie, jakie przywieźli tu z sobą z Afryki ci wszyscy durni Murzyni? Gdybym to jeszcze była ja, to co innego. Nie studiowałam, ledwie przepchnęłam się przez gimnazjum. Jestem głupia, nie czytam książek, ale on...
- Julita, sto razy ci mówiłem, że studia nie maja nic wspólnego z religią. Pedro Juan, posłuchaj, co ci powiem. Ja też byłem taki jak Julia. Uczyłem na uniwersytecie, działałem w związkach, brałem udział w akcjach społecznych i tak dalej. No dobra. W sumie w nic nie wierzyłem. W nic, rozumiesz?. To tylko mój ojciec miał swoich świętych i te wszystkie rzeczy. Od dziecka. Ale się z tym ukrywał. Nie chodziło mu o siebie, tylko o nas: o dzieci i rodzinę. Wszystko miał w pokoju, który zawsze zamykał na klucz. Tylko myśmy wiedzieli o tym jego bziku. Ojciec nikomu nie mówił o tych sprawach. Więcej nawet: stary długo był bardzo ważną persona, jeździł do Bułgarii i Związku Radzieckiego. Cały czas na świeczniku. Mijały lata i w końcu ojciec poszedł na emeryturę. Od razu się załamał. Kompletnie skapcaniał i zaczął tracić rozum. Nagle. Nigdy przedtem nie chorował. Miał siedemdziesiąt dwa lata, ale był zdrów jak ryba. Teraz już nie panował nad sobą. Bredził, opowiadał jakieś głupoty, ręce cały czas mu drżały, zapominał o wszystkim, nawet o obiedzie. Czasem szedł do lasu i potem trzeba było go szukać, bo gubił się i nie wiedział, jak wrócić. Wtedy też zaczęły się problemy ze mną: nocami czułem, jak mnie coś ciągnie za nogi, traciłem świadomość, a gdy wracałem do siebie, mówili mi, że przez godzinę bełkotałem coś w jakimś murzyńskim narzeczu. Czasem coś mnie napadało i kazało biec do lasu aż do takiej jednej ceiby o dziesięć kilometrów od domu. Cały czas biegłem i nie miałem nawet śladu zadyszki. Szukałem jakichś ziół, siadałem pod ceibą i mieszałem je w tajemniczych proporcjach. Nieraz potrafiłem tak spędzić kilka godzin. Potem wracałem do domu.
- Nie miałeś kontroli nad sobą?
- Nie. Zupełnie, jakbym zwariował. Z moim ojcem było tak samo. Nam obu coś się poprzestawiało. Poszedłem do takiego wiedzącego, który kiedyś wprowadzał mego ojca. I ten mi powiedział: "Twój ojciec niebawem umrze, ale najpierw musi ci przekazać to wszystko, co wie. Inaczej nie będzie mógł odejść".
- Daj spokój, Evelio! Siedemset razy słyszałam od ciebie tę historie, Jak tylko trochę wypijesz, wszystkim ją w kółko powtarzasz.
- Ale tak było, Julita. Ja nie kłamie.
- No i jak to się skończyło?
- Tak jak powiedział tamten stary. W poniedziałek ojciec wszystko mi przekazał, a w środę umarł. W nocy, spokojnie, we własnym łóżku. I odtąd zaczęło się nam dobrze wieść, no bo jak widzisz, w tym domu nie brakuje niczego.
- Nie pierdol, Evelio. Święci świętymi, ale ja wiem swoje. Żaden święty nie zejdzie z ołtarza, żeby mi dać do reki choćby pięćdziesiąt dolarów. Świętym może wystarczą kociołki, żelaza i miseczki z papryką, ale ja chce stąd wyjechać, żeby móc wreszcie jeść szynkę.

[Pedro Juan Gutiérrez, Tropikalne zwierze, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2005]

Wraz z opuszczeniem Museo de los Orishas, najwyraźniej opuściły mnie też dobre duchy, bo kac przypomniał o sobie ze zdwojoną siłą.

Chwilowe ukojenie znaleźliśmy (bo nie tylko ja cierpiałem) w małym, zatłoczonym, ale rozkosznie zacienionym Parque Central, tuż obok Kapitolu. Przynajmniej godzinę syciliśmy się chłodem, podpatrując i obgadując Habaneros. Najdziwniejsza była grupka nieustannie kłócących się facetów. Stali za daleko by wyłapać coś konkretnego, ale emocje wyraźnie sięgały zenitu.

W parku dołączył do nas Krzysiek, który odespał swoje, uzupełnił płyny i teraz prezentował się najlepiej z całej czwórki. Zgodnie uznaliśmy, że czas na obiad. Wybraliśmy restaurację Hanoi, bo była najbliżej i gdzieś, ktoś ją zachwalał.

Na pierwszy rzut oka knajpa wyglądała w porządku. Gorzej było przy każdym kolejnym. Ogólne zaniedbanie, bród, no i obsługa, która zapomniała do czego jest powołana. Naszą kelnerkę zdecydowanie bardziej absorbował flircik z jakimś wąsatym frajerem przy barze, niż czwórka wygłodniałych turystów. Rzucaliśmy spojrzenia pełne rozpaczy, wołaliśmy ją wprost, testowaliśmy nawet tajemnicze kubańskie "psykanie", które zazwyczaj przynosiło efekt (takie "psssst" przez zęby, zamiast np. typowego latynoskiego gwizdania), ale wszystko na nic. Dopiero kiedy camarera sama uznała, że chyba czas najwyższy nas obsłużyć, podeszła do stolika i od niechcenia rzuciła menu, po czym wróciła do amorów. Kolejne pól godziny siedzieliśmy czekając na powrót kelnerki, która łaskawie przyjęła zamówienie.

Nadmiar czasu pozwolił na dokładniejsze przyjrzenie się knajpie. ...i cóż, Hanoi jak to Hanoi - normalnie Wietnam! Półmrok restauracji, w który wkracza się ze słonecznej ulicy skutecznie maskuje brudne i obskurne ściany, wykoślawione i połamane krzesła, czy wiszące na ścianach obrazki, na których dolne warstwy kurzu pamiętają chyba jeszcze rewolucyjny entuzjazm na ulicach Hawany.

Opisu kibla, do którego z racji postkacowych dolegliwości musiałem zaglądać, oszczędzę. Choć tak między nami mówiąc, wszystkie publiczne toalety w Hawanie - barowe, restauracyjne, muzealne - są nieopisanie obrzydliwe. Nawet tradycyjne marokańskie dziury w podłodze nie były tak odpychające. Jedyny, mały plus dla hanoi'skiego kibla należy się babci klozetowej, która nie obciążyła mnie za papier, którego nie zużyłem. Reszta, łącznie z parchatym mydłem, była za free. Całe szczęście, że zarezerwowałem sobie miejsce przy oknie, bo z tej dramatycznej wizyty wróciłem lekko podduszony.

Zresztą okno okazało się też przydatne pod innym względem. Dało mi okazję do pierwszego w życiu kontaktu z przedstawicielami handlarzy żywym towarem. W zasadzie to z przedstawicielką - starą, siwą, bezzębną, murzyńską staruchą - która za niedosłyszaną kwotę, oferowała mi wdzięki stojącej kilka metrów dalej, niemalże nagiej, uśmiechającej się, młodej czekoladki. Do targów jednak nie doszło, bo do stolika akurat wróciła Kobieta i przerażająca handlara szybko zwinęła swój "kramik".

Wracając do kulinariów. Nie powalały, ale na moją/naszą subiektywną ocenę nie bez wpływu pozostała zapewne obsługa i knajpiane warunki. Bardziej obiektywnie dodam, że kuchnia kubańska generalnie nie należy do specjalnie wykwintnych i ma za zadanie przede wszystkim nakarmić. Przy czym ten ostatni punkt obiad w Hanoi spełnił też tylko częściowo, bo niedosyt jaki czuliśmy, wzbudził w nas nieodpartą chęć powrotu do domu, gdzie Nelson zapewne kręcił się już przy garnkach i patelniach.

Chwilę jaka pozostała nam do drugiego obiadu postanowiliśmy spędzić w la Marina, która okazała się doskonałym punktem przystankowym. Chłopaki wzięli browarki, Kobieta lody, a ja niestety nadal mogłem przyjmować tylko bezbarwne i bezzapachowe płyny.

Kolejny atak dolegliwości żołądkowych dał mi niepowtarzalną okazję zapoznania się z miejscowym servicio. ... i muszę przyznać jedno: tak, jak zdaniem Mojej Babci, olej rycynowy jest najlepszym lekarstwem na kaszel, tak moim, kubańskie kible są najlepszym lekarstwem na sraczkę...

W przypływie desperacji zdecydowałem się na szybki spacer do domu, który na szczęście od Mariny dzieliło może 10 minut. W moim stanie maksymalnie 6.

Mimo marszobiegu i spojrzenia wariata, nie udało mi się jednak uniknąć zaczepek spragnionych czułości (i peso convertible) Kubanek. O tych ładniejszych nie ma co wspominać, za to jedna, przypominająca trochę stręczycielkę spod Hanoi, pobiła wszystkie na głowę. Siedząc na schodach sypiącej się kamienicy, w za dużych szortach i rozciągniętym podkoszulku, bezzębnymi ustami ściskającymi cygaro, rzuciła mi najbardziej perwersyjną propozycję jaką w życiu dostałem: "piętnaście pesos i możesz popatrzeć" - wycedziła udając namiętność i zerkając przy tym na swój obwisły biust...

Po szybkiej wizycie w domu, już nieco spokojniejszy, wróciłem do "Przystani" (po drodze puszczając oko mojej najnowszej zdobyczy, nadal czyhającej na spragnionych silnych wrażeń przechodniów, na rogu Merced i San Ignacio) z mocnym postanowieniem wypicia pierwszego dziś, orzeźwiającego Bucanero.

Przez te krótka chwile, kiedy zimny, bursztynowy płyn przelewał się przez moje cierpiące wnętrzności, udało mi się zapomnieć o udrękach całego dnia. Nie przeszkadzali mi nawet natrętni dziadkowie próbujący, Bóg jeden wie dlaczego, wcisnąć wszystkim turystom "Granmę" (organ kubańskich komunistów), albo "Juventud Rebelde" ("Pismo Kubańskiej Młodzieży"), za jakieś niebotyczne kwoty, opierając się przy tym, że to doskonała pamiątka z Wyspy. Podobnych pamiątek, tyle że zatytułowanych "Trybuna Ludu" i "Sztandar Młodych", mam kilka ton u dziadka na strychu. Wystarczy.

Po rozluźniającym browarku, leniwie pospacerowaliśmy na obiad. Kurczak albo wieprzowina, fasola, ryż, warzywa, smażone banany, deser, a później sjesta i prysznic... Cudowne jest życie turysty!!!

W tym czasie nawet niebo zapłakało nad moją niedolą i po raz pierwszy ostro lało. Przez chwilę. Kiedy wieczorem wyszliśmy, jedyną pamiątką po ulewie były śmierdzące ropą i gównem kałuże i oblepiająca wilgoć.

--
Wiało i lało coraz mocniej. Poszedłem do siebie na górę i położyłem się spać. W nocy, tuż nad ranem, po czternastogodzinnym cyklonie, obsunęła się cała ściana naszego budynku i runęła na ulicę. Huk słychać było w promieniu kilku sąsiednich kwartałów. Dom wydawał się solidny, ale ta ściana była kompletnie spękana i gdy namokła od deszczu, po prostu poleciała. Budynek miał teraz dość niesamowity wygląd. Był jak domek dla lalek: z jednej strony otwarty, ze wszystkimi meblami i wnętrzami mieszkań na widoku. Zrobił się straszny rwetes. Przyjechali strażacy i wyciągnęli z gruzów dwa trupy. Sprawdzili konstrukcję i powiedzieli, że reszta jest w porządku, że nie ma zagrożenia i że możemy dalej mieszkać.

[Pedro Juan Gutiérrez, Brudna trylogia o Hawanie, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2004]
--

  • Hawana... Malecón
  • Hawana... Malecón
  • Hawana... Malecón
  • Hawana... Malecón
  • Hawana... Malecón
  • Hawana... Malecón
  • Hawana... Malecón

W środy Ricardo i jego koledzy mają wolne, czyli Inglaterra odpadła. Na ten wieczór zaplanowaliśmy rajd po knajpach "cukierkowej" Hawany. W ramach eksperymentu. Wydeptaną ścieżką ruszyliśmy w kierunku Plaza Vieja, gdzie wcześniej namierzyliśmy kilka przybytków serwujących alkohol.

Jako że pora była wczesnowieczorna, na ulice wyległy tłumy spragnione chłodu. Skupiały się, oczywiście, głównie wokół schodów (na których można usiąść) i okien (przez które, wisząc na kracie, można [p]o[d]glądać telenowele, ze łzami w oczach śledzone przez całe rodziny).

Na początek trafiliśmy do Taberna de la Muralla - odpada. Jakoś sztywno, piwo dziwnie mętne (dopiero później okazało się, że to... minifabryka piwa), a muzykę serwował człowiek orkiestra z syntezatorem i kilkoma przeszkadzajkami. Dalej... Santo Ángel. W podcieniach jakiegoś dawnego pałacu, zasłonięci przez doniczkowe palmy, wysłuchaliśmy koncertu kwartetu instrumentów dętych, grającego swoje aranżacje kubańskich, i nie tylko, hitów. Piwko zimne, kelnerzy szybcy, dziewczęta dmuchające w instrumenty urodziwe i uśmiechnięte... Ogólnie na plus.

Byłoby nawet bardzo miło, gdyby moje wnętrzności po raz kolejny (nie wiem który to już raz), nie przypomniały o swoim istnieniu i nie zmusiły mnie do kolejnego, szybkiego spaceru do domu (wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale był to ostatni raz!) Szybka akcja i już byłem z powrotem sącząc kolejne zimne Bucanero, jednocześnie walcząc o swoje dobre imię, bo zupełnie niesłusznie (!!!) przezwano mnie "Panem Kleksem"... Koniec wątku gastrycznego!!!

Kolejnym miejscem, do którego powiódł nas pijacko-turystyczny instynkt była Café Taberna, w której czasem przygrywają muzycy związani ze słynnym Buena Vista Social Club. Przysiedliśmy na moment na ciężkich metalowych krzesłach na ulicy i przez chwilę obserwowaliśmy snobistyczne, emeryckie towarzystwo bawiące się w klimatyzowanym wnętrzu [sic!]. Pomijając nawet fakt, że przez dziesięć minut kelner nie raczył nawet do nas podejść, to nie miejsce dla nas! Chociaż "orkiestra marsza grała pięknie...".

Następna (bodajże winiarnia) knajpka była po brzegi wypełniona turystami, którzy wyglądali na raczej zwartą ekipę z jednej z wycieczek, więc też sobie darowaliśmy. Koniec końców wylądowaliśmy na Plaza de Armas w takiej w 100% turystycznej mecie, gdzie piwo kosztuje 3 CUC (około 3,5 dolara), a obsługa jest szybka i miła. Zrezygnowani bezskutecznymi poszukiwaniami siedzieliśmy prawie nie odzywając się, obserwując klientów (moją uwagę przyciągnęła wielka i głośna meksykańska familia, zajmująca kilka stolików... tęsknota!), przysłuchując się dużej kapeli grającej w drugiej części knajpy dla wycieczki, na którą czekały dwa autokary. Chyba jednak nie po to tu przyjechałem...

W dodatku do sąsiedniego stolika przysiadło się kilku wypitych, podstarzałych, łysiejących Francuzów, każdy z obowiązkowym cygarem w zębach i zaczęli żenujący podryw babeczki sprzedającej kwiaty, która najwyraźniej nie miała ochoty być poderwana.

Decyzja była szybka i demokratyczna: bierzemy browary "na wynos", spadamy stąd i idziemy na nasz murek nad zatoką koło domu. Cztery głosy na TAK.

Na miejscu nastroje poprawiły się. Odpaliliśmy nasze cygara. Tu nikt, kto nie znał nas już z ulicy nie mógł powiedzieć "snoby z Europy świrują cygarami". "Obcy" nie zapuszczają się w te rejony. Zresztą było już koło północy, więc w ogóle na ulicach panował spokój. Kawałek od nas jakieś pijaczki urządziły sobie mały koncert. Co jakiś czas mijała nas zakochana, bezdomna parka... a że świat jest naprawdę mały, brzydszą połowę jednej z par stanowił Ever Luis - syn Sergia, u którego pierwotnie mieliśmy nocować, i który towarzyszył nam w taksówce z lotniska do domu Nelsona. Mówiąc krótko, gość którego raczej nie znaliśmy... Ale on od razu poznał nas. Przysiadł się, pogadał (powiedzmy), przedstawił laskę, poprosił żeby nic nie mówić ojcu... i odszedł w hawańską noc. Pojawił się za to Ricardo, wracający z randki na Maleconie. Przyprowadził swoją jedyną (tak twierdził) kubańską miłość - Milagros, czyli naprawiony już rower...

Nie bez powodu podkreśliłem kubańskie pochodzenie TEJ miłości, bo z tego co z niego wyciągnęliśmy, ma jeszcze miłość niemiecką (wielką... i dość szpetną), austriacką ("przyjeżdża w przyszłym tygodniu") i japońską (ta też miała się zjawić w niedługim czasie). Żar uczuć w owych związkach podsyca Ricardo mailami słanymi z kafejki internetowej w hotelu Inglaterra i niezbyt częstymi wizytami jego dziewcząt na Wyspie. Na pytanie o prawdziwą miłość, z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że kocha wszystkie... czasem tylko przez chwilę... i tu zaprezentował układ choreograficzny, z którego łatwo było wywnioskować o JAKIE chwile chodzi... ale kocha. Którą najbardziej? Pewnie tę, która użyczy mu obywatelstwa. Jak dotąd największe szanse ma Niemka. Podobno.

Te, jakby nie było, wywrotowe i anty-systemowe dyskusje musiały przyciągnąć uwagę policjanta, który kilka razy nas mijał. W końcu, tym razem już z kolegą, postanowił działać w obronie rewolucyjnych wartości. Wystarczyło im kilka sekund by zorientować się, że w tym towarzystwie tylko Ricardo jest Kubańczykiem. Dla rewolucyjnych policjantów staliśmy się powietrzem, choć przez chwilę starałem się coś tam podgadywać.

To trochę może dziwne, boję się (w granicach rozsądku) nocnych band nastolatków, nocnych pijaczków i wszelkich nieznanych nocnych stworzeń, ale jeśli chodzi o policję, mój stosunek jest dość skomplikowany. Z jednej strony, dzięki znajomościom, jakie zawarłem jeszcze pracując w radiu, patrzę na policjantów z sympatią, a nawet pewnym współczuciem, bo robota to niezbyt wdzięczna. Z drugiej strony, mój obywatelski i anarchistyczny duch zawsze namawia mnie do pogardy do "psów strzegących systemu", do lekceważenia ludzi, których władza pochodzi z nadania i opiera się na broni noszonej przy pasku. To taka nieistotna dygresja...

W każdym razie, to drugie podejście wzięło tego wieczoru górę. Sami gliniarze jeszcze je podsycali, traktując Ricarda jak przestępcę. Sto pytań, z których zrozumiałem tylko trochę, kilka dokumentów dokładnie oglądanych przez "władzę" (w tym legitymacja... kombatancka, czy coś w tym rodzaju, bo Ricardo służył w wojsku w... Angoli, w ramach kubańskiej pomocy militarnej dla tamtejszej rewolucji). W sumie sytuacja poniżająca i na pewno nieporównywalna z Polską.

Oczywiście występek Ricarda polegał na tym, że siedział z nami, obcokrajowcami, i w dodatku dobrze się bawił. Szkoda (a może i dobrze?), że mój hiszpański nie pozwala na swobodne wyrażanie poglądów, bo chyba bym nie wytrzymał. Choć i tak ekipa uspokajała mnie. Nawet Krzysiek, który ma zwyczaj kozaczyć w niepewnych sytuacjach.

Jak można było przewidzieć, wszystko rozeszło się po kościach. Okazało się, że policja "jest zaniepokojona wzrostem przestępczości" na San Pedro. W ciągu ostatnich miesięcy zdarzyły się tu "aż" trzy drobne napady na turystów. Ech... Nie nowa to prawda, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.

Na Ricardzie policja nie zrobiła natomiast żadnego wrażenia. Przez przeszło trzydzieści lat życia na Wyspie, nie miał okazji spotkać się z innym traktowaniem, więc uważa je za normalne. Taka postawa skłoniła nas do poważniejszej, przez to jeszcze trudniejszej, dyskusji na temat wolności i innych abstrakcyjnych problemów. Powaga szybko się jednak skończyła, bo Rysio nie mógł pojąć, że np. w Polsce, nie miałby możliwości siedzieć o drugiej w nocy na ulicy, pić piwa, krzyczeć, śpiewać, grać na gitarze, czasem nawet kochać się z dziewczyną i bawiąc się ze znajomymi, bo spotkałoby się to ze zdecydowanie ostrzejszą reakcją "stróżów prawa", niż ta, której byliśmy świadkami.

Są na tym świecie rzeczy, których nie da się wytłumaczyć i pojąć na kamiennej ławeczce, przy piwie i cygarze. Tak już jest. Może to i dobrze? Czas spać...

Widmo krąży nad moją głową... Widmo całodziennego wypadu na plażę. Niestety, prędzej czy później to musiało nastąpić. Tak było zapowiedziane przed wyjazdem i tak też się stało.

Plaża... BLE!!!... Nie lubię i nigdy nie lubiłem. Dyktat większości pokonał jednak indywidualny protest i z ponurą miną siedziałem w taksówce wiozącej nas na Playa Santa María del Mar, jedną z trzech Playas del Este - plaż na wschód od Hawany.

Podróż autostradą Vía Blanca, rozpoczynającą się w kilometrowym tunelu pod zatoką, trwa około 40. minut. W zasadzie cała trasa prowadzi przez przyjemne dla oka krajobrazy - z jednej strony Ocean, z drugiej zieleń, czasem tylko upstrzona jakimś osiedlem lub wielkim propagandowym billboardem.

Sama plaża ani nie zachwyca, ani nie rozczarowuje. Ot, ciepły, biały piasek, błękitne niebo, turkusowa woda, palmy... czyli wszystko to, za czym człowiek tęskni kiedy jest daleko. Ja kocham "ciepłe kraje", ale plaże mogę z powodzeniem oglądać tylko w albumach...

Ale skoro już tu jesteśmy, trzeba się jakoś urządzić... Za dwa pesos wynajęliśmy leżaki. Mój od razu wylądował w cieniu jednej z palmowych chatek. No i to w zasadzie byłoby na tyle jeśli chodzi o urządzanie się na plaży. Później już tylko woda... plaża... woda... plaża... woda... plaża...

Woda słona i dość burzliwa, ale przyjemna. Na plaży natomiast przyjemne widoki. Chociaż też nie do końca, bo w bardzo nieprzyjemnym towarzystwie. W Hawanie spotyka się podstarzałych turystów z supersexownymi Kubankami, jednak jakoś gubią się w tłumie. Na plaży taki widok wręcz razi. Aż szkoda tych dziewcząt...

Spokojny żywot i polowanie zakłócała dziewczynom jedynie policja, co i rusz legitymując samotne, lub poruszające się w grupach tylko żeńskich. Zastanawiało mnie, dlaczego te, które już upolowały facetów miały spokój? Czy policjanci nie chcieli robić obciachu turystom, czy może dostawali swoją działkę? Nie wiem. Kolejna kubańska zagadka.

Dla kontrastu, pełnym relaksem cieszył się gość, który ubzdurał sobie, że będę chciał kupić od niego kokę. "Prosto od kolumbijskiego przyjaciela" jak zapewniał. Nie wiem po ilu "NIE!" zrezygnował, ale był cierpliwy. Zbyt cierpliwy. Zdecydowanie bardziej niż ja.

Trochę mniej upierdliwy okazał się sprzedawca pamiątek, któremu niby spodobał się mój tatuaż. Zaczął od tego, że na Kubie to się nie da zrobić dobrego tatoo, bo tusze do dupy, itp... i od słowa do słowa, przeszedł do prezentacji towaru. Szczególnie zachwalał wisiorki, rzekomo przez niego własnoręcznie robione (jak wyszło później na jaw, musiałby ich robić niezliczone ilości, bo dziwnym trafem wszędzie napotykaliśmy takie same).

Do pochwał i zachwytów nad "plażową biżuterią" dołączyła się też towarzysząca sprzedawcy babka - taka stara sympatyczna Murzynka z kolorowym turbanem na głowie. Ona, bardziej niż w estetyczny, uderzyła w ton mistyczny...

Zapewniała, że oglądany przeze mnie wisiorek przedstawia Eleguá - najważniejszego z oriszów w panteonie santerii, że przyniesie mi szczęście, powodzenie, będzie mnie chronił przed złem... bla bla bla. Przy tym gestykulowała i artykułowała każde słowo tak, że można by ją wziąć za wiedzącą/kapłankę. Dla zabawy skrzywiłem się i stwierdziłem, że mimo szacunku dla Eleguá, nie mogę nosić jego naszyjnika, bo jestem synem Changó i Yemayá. W tym momencie oboje zademonstrowali klasyczny "syndrom karpia". Koleś przestał się odzywać, a babka zaczęła zadawać tysiąc pytań, z których większości nie zrozumiałem, by w końcu stwierdzić, że nawet jeśli nie jestem Kubańczykiem, musiałem nim być, albo jestem "w środku". Wyglądała na rzeczywiście zdziwioną i poważną. No ale na plażę przywiodły ich interesy, a nie poszukiwania zagubionych dusz i po chwili powrócili do reklamowania swoich souvenirów. Moje nowo-odkryte pochodzenie przydało się na tyle, że za, i tak niewielkie, zakupy zapłaciłem dziesięć a nie czternaście pesos. W końcu nie będą zdzierać z ziomka...

Odzyskawszy korzenie, poczułem się jak u siebie. Połaziłem trochę po plaży, porobiłem parę fotek, pogapiłem się na Kubanki, popływałem na falach... a do końca dnia wciąż było daleko. Wróciłem pod naszą strzechę. Od razu pojawił się Victor - nasz plażowy kelner - z pełną ofertą napoi i alkoholi. Asekuracyjnie wziąłem bezalkoholową pinacoladę.

Koło czwartej zaczęliśmy się zwijać. Umówiliśmy się z taksówkarzem na 17:30, ale słońce powoli zbliżało się do horyzontu, malując ocean i palmy niezwykłymi barwami. Zanim na dobre się zebraliśmy, urządziliśmy sobie jeszcze spacer po plaży, z którego wróciliśmy ciężsi o jakieś 20 kilo muszli i korali (które później taszczyłem w, zdecydowanie "nadbagażowym", plecaku).

Goniąc zachodzące słońce, wracaliśmy do Hawany. Po drodze wyciągnęliśmy z taksiarza kilka faktów na temat warunków ekonomicznych panujących na Kubie. Okazało się, że rynkowe ceny i płace, czyli te obowiązujące wszystkich, którzy chcą prowadzić jakikolwiek biznes i żyć na normalnym, nie-głodowym poziomie, są praktycznie identyczne z tymi w Europie. W niektórych przypadkach przewyższają nawet ceny "zachodnie". Pytanie o system oficjalny wywołało tylko uśmiech kierowcy.

- Ile miesięcznie zarabiasz? - spytałem.
- W peso convertible?
- Tak.
- 8.
- 8?!?!? I na co ci to wystarcza?
- Na nic... Na kilka litrów paliwa, albo papierosy.

... za kurs zapłaciliśmy 25 CUC, a więc przeszło trzy pensje naszego taksiarza. Ile z tego wpadnie do jego kieszeni? Nie chciał się przyznać. Biorąc jednak pod uwagę, że tuż po wyruszeniu z plaży wyłączył licznik, można się domyślać, że większość.

Wygłodniali, dojechaliśmy do domu w samą porę. Nelson kończył właśnie nakrywać stół do obiadu. Nie czekaliśmy. Rzuciliśmy się na to co już stało i pochłanialiśmy kolejne dania. Tak zadowolonego Nelsona jeszcze nie widzieliśmy! Aż zaklaskał z radości kiedy zobaczył wyczyszczone do cna talerze. "Agua tiene hambre!" - tak zdaje się brzmiał hiszpański odpowiednik powiedzenia, że woda wysysa człowieka (ale nie dam za to głowy).

  • Hawana... Playa Santa María del Mar
  • Hawana... Playa Santa María del Mar
  • Hawana... Playa Santa María del Mar
  • Hawana... Playa Santa María del Mar
  • Hawana... Playa Santa María del Mar
  • Hawana... Playa Santa María del Mar
  • Hawana... Playa Santa María del Mar

Do Inglaterry dotarliśmy dość późno, jednak nasz stolik, tuż przy orkiestrze, na nas czekał. Wszyscy koledzy z zespołu Ricarda przywitali się z nami, co nie ukrywam, było bardzo miłe, biorąc pod uwagę, że nasze datki były raczej skromne. Uznali nas najwyraźniej za wiernych fanów i to zapewniło nam ich sympatię.

Tego wieczoru nie byliśmy jednak jedynymi fanami Agrupación la Verdad del Son. Przy sąsiednim stoliku siedziały cztery dziewczyny w towarzystwie jednego tylko faceta. Od razu rozpoznałem w nich Kolumbijczyków (może gadać nie potrafię, ale akcenty wyłapuję w mig!). Na przeciwko zaś, rozsiadło się dwóch wąsatych Meksykanów, najwyraźniej z północy, jako żywo przypominających chłopaków z Los Tigres del Norte (dla mniej zorientowanych - to nie jest komplement...)

Po trzech czy czterech drinkach skończyło się granie i Ricardo, po cywilnemu, dołączył do nas. Plan na resztę nocy był tyleż prosty, co genialny: jeszcze po dwa mojito, robimy zapasy i idziemy na Malecón. Niestety, gdzieś przy końcu pierwszego planowego drinka, Kobieta zaczęła przysypiać i nie było mocnych, żeby ją wybudzić. Cały dzień na słońcu zrobił swoje. Nie pozostało mi nic innego, jak odwieźć ją do domu i wyprosić dyspensę na powrót do Inglaterry. Obyło się bez większych sprzeciwów.

Taksówką, droga do domu i z powrotem zajęła nie więcej niż piętnaście minut (i 6 CUC), w towarzystwie miłego, Czarnego taksiarza, który mało że doskonale znał angielski, znał również wszystkie kraje Europy Wschodniej oprócz Rosji i (byłej) Jugosławii, bo jako dziecko włóczył się za ojcem pracującym w dyplomacji. Jeśli chodzi o Polskę, skupił się głównie na motoryzacji. Gość jest szczęśliwym posiadaczem polskiego fiata 125p, który, z racji zaprzestania produkcji wiele lat temu, a w związku z tym deficytem części zamiennych, jest jego codziennym utrapieniem. Nie miał też zbyt wielu ciepłych słów dla "malucha" zwanego tu "porki". Ale dowiedziałem się, że Kubańczycy wstawiają do tego niby-auta, kompletnie nieprzygotowanego do tropikalnych warunków, chłodnice. W szczegóły nie wnikałem, bo moja znajomość mechaniki samochodowej i ogólnie motoryzacji jest zbliżona do, powiedzmy, znajomości fizyki kwantowej, czyli, mówiąc jaśniej - znikoma.

Kiedy po kwadransie wróciłem do Inglaterry, panowie byli już lekko zniecierpliwieni. Okazało się, że kolumbijska ekipa udaje się na Malecón z nami (albo my z nimi), bo jedna z lasek jest sparowana z gitarzystą kapeli (tym drugim, grającym na tresie; nie z Ricardem).

Zanim ruszyliśmy, w całodobowym sklepie sąsiadującym z hotelem, kupiliśmy ogromne bagietki, bo głód zaczynał nam doskwierać i wodę, żeby było czym popić rum, który targali Kolumbijczycy. Po drodze zapoznaliśmy się wszyscy, ale było nas trochę za dużo i zapamiętałem tylko Colombiano - se llama Alejandro - i jego dwie koleżanki: Julianę i Claudię, z którą to nadzieje na paszport wiązał kolega Ricarda. Dwie pozostałe, w tym przesympatyczna i niezmordowana w łamaniu bariery językowej i niedopuszczaniu do ciszy żona Alejandra, miały podwójne imiona, których niestety nie pamiętam i jest mi z tego powodu wstyd. Po trosze to też moja wina, bo w mojej niepohamowanej miłości do długich hiszpańskich nazwisk chciałem, żeby przedstawiły się pełną wiązanką. No a tego było już ciut przy dużo. Dodam jeszcze, że obie zapomniane (tylko z imienia) Colombiany miały... chińskich przodków. To jedna z rzeczy, które zawsze fascynowały mnie w Karaibach - totalny metysaż wszystkich ras i nacji.

Na Maleconie znaleźliśmy miejsce na przeciwko jedynej w okolicy knajpy i od razu zaopatrzyliśmy się w karton Bucanero. Tzn. ja chwilowo do tego "my" się nie zaliczałem, bo po środowych ekscesach, wciąż tkwił we mnie lęk przed NADużywaniem alkoholu. Chwilowo zdecydowałem się na czystą... mineralną i niegazowaną. Z czasem jednak uległem namowom Alejandro i jego małżonki i podłączyłem się do litrowej butelki Bacardi.

Zanim to jednak nastąpiło, z moich wykrętów wynikła pierwsza tego wieczoru pouczająca dyskusja. Mimo że cała piątka Colombianos w miarę dobrze mówiła po angielsku, ja upierałem się przy moim nędznym hiszpańskim i za pomocą meksykanizmu "cruda", czyli "kac", próbowałem im wytłumaczyć dlaczego nie mam ochoty na rum popijany mineralną. Ani Kolumbijczycy, ani Kubańczycy ni cholery nie mogli skumać "o czym do nich rozmawiam", aż w końcu, pokonany, zdałem się na angielskiego hangover'a. To zrozumieli, od razu zaczęli mnie uświadamiać, że najbardziej uniwersalnym hiszpańskim "kacem" jest "resaca".

Później przypomniałem sobie, że nie ja jeden miałem z tym problem. Sam mistrz Garcia Marquez się z nim zmagał...

--
Ze słowem cruda zetknąłem się rzeczywiście w Meksyku. W Kolumbii mówi się guayabo, ale wolałem to meksykańskie, ponieważ nasz odpowiednik kryje w sobie pewien nostalgiczny wymiar, co przeszkadzało mi w tekście. Świadomie, z uwagi właśnie na ten wydźwięk użyłem go przed laty w innej mojej powieści, gdzie którąś z moich bohaterek "pogrążał w goryczy ten wonny i zatruty ogród miłości [właściwie <<miłosny kac>> - guayabal], który wlokła za sobą ku śmierci". W "Kronice zapowiedzianej śmierci" słówko guayabo także pada, ale w innym miejscu i w sensie cruda właśnie, i to nie z ust narratora, tylko bohatera, który na pytanie, czemu taki blady, odpowiada: "Niech się ciocia Sara nie dziwi, mam takiego kaca". Nawiasem mówiąc, przy przeglądaniu angielskiego przekładu zauważyłem, że o ile cruda zostało przetłumaczone właściwie jako hangover, co oznacza ni mniej, ni więcej tylko to, że ktoś w dalszym ciągu tkwi w hulankach ubiegłej nocy, o tyle guayabo zostało przetłumaczone błędnie jako hullaballo, co nie ma nic wspólnego z czymkolwiek, może dlatego, że tłumacz wpadł nieświadomie w jedną z tych niebezpiecznych, a częstych pułapek zdrowego rozsądku. W każdym razie, jeżeli zdecydowałem się użyć cruda, to wyłącznie z powodów osobistych, jako że na żaden inny stan ciała i umysłu nie ma w języku kastylijskim tak wielu określeń: w Hiszpanii (podobnie jak w Brazylii) mówi się resaca, w Wenezueli - ratón, na Kubie - perseguidora, w Ekwadorze - chuchaque. I to jest najprawdziwszy ból głowy, nie tylko dla tych, których dręczy kac po hucznej imprezie, ale również dla lingwistycznych mądrali pijących wyłącznie wodę mineralną.

[Gabriel García Márquez, Te koszmarne słowa, [w:] Morze utraconych opowiadań i inne felietony, wyd. Muza, Warszawa 2002]
--

Żeby było zabawniej, większość tłumaczeń Claudia, bo teraz ona, podrobiona i ośmielona rumem przejęła inicjatywę, rozpoczynała od "mira", czyli "patrz" - kolejnego zwrotu, który zawsze mnie w hiszpańskim zastanawiał. No bo przecież u nas mówi się "słuchaj", po czym następuje wywód. Owszem, zdarza się, że ktoś mówi "spójrz", ale to tylko przeintelektualizowane snoby, a już "patrz" chyba nikt nie używa?

Podobnie zadziwiał mnie zwrot "dime", czyli dosłownie "mów do mnie", przy odbieraniu telefonu.

Pouczające dyskusje na temat języka hiszpańskiego, a szczególnie różnic pomiędzy jego lokalnymi odmianami wybuchały co chwilę, prowokowane czasem zupełnie niechcący, przez np. wulgaryzmy, bo o ile taki "pinga" (kutas), jest raczej uniwersalny dla Latynoamerykanów, to kubańska "bollo" (cipa) wzbudzała śmiech Kolumbijczyków. Dlaczego? Krótkie info...

--
Wszystkie torty miały temat. Amerykański. Kowboje i Indianie. Popeye. Hopalong Cassidy. Jeśli coś należało do amerykańskiego imperium rozrywkowego, to pojawiało się na naszym torcie. Z angielska zwanym kejk. A bardziej prawidłowo, w tej używanej na Kubie leniwej afrykańskiej odmianie hiszpańskiego kej. Tak je nazywaliśmy, w liczbie mnogiej kejks, a raczej kejs. Nie tortas albo pasteles, jak by należało po hiszpańsku. Nigdy, ale to nigdy nie nazywaliśmy tortu bollo, jak robią to w innych hiszpańskojęzycznych krajach. Na Kubie bollo jakimś dziwnym sposobem zamieniło się w brzydkie słowo oznaczające żeński narząd płciowy. Może właśnie z tego powodu angielskie cake wyparło wszystkie hiszpańskie słowa? A może bollo wyrodziło się w brzydkie słowo z zemsty za kejk?

[Carlos Eire, Czekając na śnieg w Hawanie, Wydawnictwo Zysk i s-ka, Poznań 2005]
--

Zresztą, muszę powiedzieć, że zasób kubańskich wulgaryzmów jest dość ubogi, w porównaniu do np. niemal niewyczerpanego słownika wulgaryzmów meksykańskich. Nieraz pytałem Ricarda o ostre formy, na co on zazwyczaj odpowiadał, że... nie ma takich. No chyba, że Ricardo, to bardzo porządny Kubańczyk i po prostu nie zna malas palabras.

Nie wiem, czy jest sens dalej ciągnąc te lingwistyczne rozważania. Szczególnie, że nie sadzę by interesowały one kogokolwiek oprócz mnie. Ogólnie, rozmawialiśmy o wszystkim i rozmawiało się nam całkiem przyjemnie, mimo nieznośnej bariery językowej, która ma obrzydliwy zwyczaj wyrastać szczególnie wtedy, kiedy dyskusja nabiera rumieńców. Te zaś pojawiały się zadziwiająco często.

Jak łatwo się domyślić, pierwsza taka "cieplejsza" rozmowa zatytułowana była "ty wstrętny europejski burżuju". Zadziwiający jest fakt, że Latynosi uważają każdego przybysza ze Starego Świata za bogacza. Długo musiałem tłumaczyć, że w Polsce wcale nie jest kolorowo, a różnica między krajem nad Wisłą i Kolumbią jest niewielka. Dopiero po wyjaśnieniach na temat dobrowolnej emigracji zarobkowej, pracy w fabryce i innych niemiłych epizodach, odstąpili od rewolucyjnej retoryki. O sponsorowaniu swoich wakacji na Wyspie, Kolumbijczycy woleli milczeć. Tylko Claudia przyznała się, że ma bogatą matkę.

Nie obyło się również bez, kurtuazyjnych wprawdzie, zaproszeń do Kolumbii. Dokładnie do Cartagena de Indias, Barranquilla - dwóch "marquezowskich" miast na karaibskim wybrzeżu Kolumbii - oraz do Medellin, skąd większość Colombianos pochodziła - miasta, które dzięki swej nie najlepszej sławie jednego z centrów narkobiznesu, od dawna jest na mojej liście miejsc do zobaczenia... i to koniecznie!

--
Medellín z dwóch stron otoczone jest górami. Taki topograficzny uścisk, zamykający nas wszystkich w tej samej przestrzeni. Człowiek zawsze marzy o tym, co kryje się za górami, choć ciężko nam wyrwać się z tego miejsca; to takie przemieszanie miłości i nienawiści, uczucia stosowniejsze względem kobiety niż miasta. Medellín jest jak te dawne matrony, ma pełno dzieci, jest pobożna, litościwa i władcza, ale jest też uwodzicielską matką, obwieszoną błyskotkami kurwą o obfitych kształtach. Ten, kto odejdzie, wróci, kto się jej wyprze, pokaja się, kto ja obraża, przeprosi, kto jej ubliży, pożałuje. Coś bardzo dziwnego dzieje się z tym miastem, bo choć wzbudza w nas strach, chęć do ucieczki - wszyscy to kiedyś odczuwamy - choć tyle razy je zabijaliśmy, Medellín jest zawsze górą.

[Jorge Franco, Rosario Tijeras, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2005]
--

My tu gadu gadu, a tymczasem, nagle i niepostrzeżenie, na kolanach chłopaków siedzących dosłownie pól metra od nas i próbujących prowadzić rozmowę z Ricardem, zasiadły dwie urodziwe Kubanki. Dziewczęta szybko przedstawiły swoją ofertę, która wyraźnie trafiła na podatny grunt.

- Weź zapytaj ile kosztują? - zaproponował Krzysiek.
- Nie... No chyba nie będziesz aż tak chamski? - zaoponowałem.
- Oj tam, nie marudź tylko pytaj.

No i spytałem...

Dlaczego posłaniec/tłumacz zbiera burzę sianą przez zleceniodawcę? Nigdy tego nie pojmę, ale i w tym przypadku tak właśnie było. Ze słowotoku, który nastąpił w odpowiedzi nie zrozumiałem nic. Może poza głębokim zawodem i urazem ślicznych Kubanek. W kolejnym, nieco mniej emocjonalnym tłumaczeniu, wyjaśniły mi, że nie są żadnymi kurwami (putas), ale dziewczynami (chicas) bez kasy, które lubią sex. A kasa? Cóż... czasy są ciężkie. Z czegoś trzeba żyć. Poza tym, gdyby chłopcy nie byli przystojni, to nie zawracały by sobie głowy dla kilku pesos... Jak bumerang powróciło więc pytanie o cenę. "30 pesos i trzeba znaleźć jakiś lokal" usłyszałem w odpowiedzi. Moi zdecydowanie podchmieleni towarzysze uparli się jechać do naszego domu.

...zastanowiłem się chwilkę i doszedłem do wniosku, że nie będę o tym pisał. Chłopaki mieliby mi to za złe. Tzn. może opisze to, co widziałem, a kwestie zasłyszane pominę? Chyba uczciwie?

--
Dziewczyny przychodzą tu, żeby złapać jakiegoś faceta i naciągnąć go na parę peso. Albo żeby przynajmniej postawił im piwo, kupił coś do żarcia, dał paczkę papierosów. To takie kurwy, które właściwie nie są kurwami.

[Pedro Juan Gutiérrez, Tropikalne zwierze, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2005]
--

Jak już wspomniałem, zostałem w trybie natychmiastowym i bezdyskusyjnym obwołany tłumaczem, co w tej sytuacji zalatywało również stręczycielstwem. Moi nawaleni koledzy nie mieli tego wieczoru romantycznych nastrojów, co naprawdę powinno dziwić biorąc pod uwagę urodę i bardzo przyjazne zachowanie dziewcząt. Dlatego musiałem sporo nadrabiać cytatami ze wszelkich znanych mi romantycznych piosenek en español, żeby lekko dowartościować laski. W sumie chyba skutecznie, bo kiedy spytałem jedną z nich, który z chłopaków - Krzysiek czy Popster - bardziej jej pasuje, bez wahania odpowiedziała: "Zdecydowanie ty!" Hmm... Nie do końca wierzę w jej szczerość, ale to i tak miło z jej strony...

Wdzięki chicas były jednak tej nocy zarezerwowane dla dwóch pijanych młodzieńców. Mi pozostawało jedynie zaspokojenie werbalne (nie mylić z oralnym!).

Po krótkich "czarach" dziewczyny uznały, że nie ma się co dłużej zastanawiać i jeśli ma być "fogi fogi" [zapis fonetyczny], to panowie powinni zatroszczyć się o lokum. Złapałem im taksówkę, ale kierowca albo nie zrozumiał, albo nie chciał zrozumieć gdzie ma zawieźć dwie rozgrzewające się parki. W końcu, po interwencji Ricarda, ruszyli. I tyle ich widziałem... przynajmniej na jakiś czas.

Wróciliśmy do dyskusji z Kolumbijczykami. Mnie, po rozgrzewce z tropikalnymi kurewkami, naszła ochota na rum i tak sobie gawędziliśmy... o muzyce... o kinie... o literaturze. Bardzo nieskromnie przyznam, że moja wiedza na temat kultury latynoskiej, zrobiła wrażenie na, jakby nie było, rdzennych mieszkańcach regionu. Claudia stwierdziła nawet, że chyba coś ściemniam z tym polskim pochodzeniem, bo na jej oko, to ja jestem jednym z nich... znaczy Latynosów, mieszańców, mestizos... tyle, że z kiepskim akcentem. Żarty żartami, ale nie ukrywam, że miło mnie to połechtało. A zapomniałem chyba dodać, że cała piątka przymierzała się właśnie do kończenia studiów dziennikarskich, więc nie byli to jacyś "working class turyści" jak ja.

Było już bliżej poranka niż wieczoru, kiedy Ricardo zakomunikował mi, że idzie odprowadzić do domu koleżankę - bardzo cichą, młodziutką Kubankę ze złotymi zębami, o której zapomniałem wspomnieć przez... "niezauważenie".

Co prawda pozostała, lekko już pomniejszona ekipa z Kolumbii, ale poczułem się trochę samotny. Mówiąc poważnie, zacząłem się trochę bać - o chłopaków, którzy zniknęli już ze dwie godziny temu i o swój samotny powrót do domu ciemnymi ulicami Starej Hawany. Ekipą, jakby nie było, raźniej.

Dodatkowo wkurzył mnie koleś z zespołu Ricarda, który w pewnym momencie zaczął ostentacyjnie sprawdzać butelki po browarze, twierdząc przy okazji, że "szuka dwudziestu dolarów". Niewiele myśląc, przeskoczyłem ulice i wróciłem z kilkoma Bucanero. Dając jedno "poszukującemu" powiedziałem tylko, że "dwudziestu baksów nie znalazłem, ale znalazłem TO". Może zrobiło mu się głupio? Nieważne. Nie lubię chamskich i perfidnych sępów.

Żeby mnie dobić, jakieś dziadki zainteresowały się naszymi butelkami, których cała bateria stała na murku Maleconu, co chwila podchodząc i sprawdzając, które są już puste. Do tego jakiś młody i nadzwyczaj gruby psychol zaczął tańczyć, śpiewać i pieprzyć jakieś niezrozumiałe dla nikogo głupoty. Jeszcze chwila i rzuciłbym się w otchłań Oceanu. Na szczęście ze spaceru wrócił Ricardo.

Krótką radość szybko zakłócił jednak niepokój o los chłopaków. Pomijając oczywiste obawy o stan ich zdrowia i życia, najzwyczajniej w świecie nie miałem klucza od domu, a budzenie Nelsona o czwartej nad ranem wydało mi się odrobinę nietaktowne.

Kiedy tak stałem, targany wątpliwościami i niepokojem, wpatrzony w gęstą, granatową ciemność, za plecami usłyszałem "kurwa, Zwierzak, ja pierdolę, ale akcja..." itp. Zguby się odnalazły... w domu dokładnie na przeciwko miejsca gdzie siedzieliśmy.

Jak zapowiedziałem, nie będę wnikał w szczegóły spraw, których nie bylem sprawcą, ani naocznym świadkiem. Dlatego przemilczę wszystko co usłyszałem od tyleż podekscytowanych, co zawiedzionych... hmm... czy raczej niezaspokojonych erotyczną ofertą Kubanek durnych europejskich turystów. Krzywd żadnych, w każdym razie, nie doznali. Choć na ich męskich ego mała rysa musiała powstać. I to wszystko!

Aha, dodam jeszcze, że najbardziej spragnione szczegółów owych dwóch niezwykłych godzin były Kolumbijki, które piszcząc jak nastolatki wyciągały z chłopaków najpikantniejsze fragmenty nocnego tête-à-tête. Kiedy bariera językowa uniemożliwiała porozumienie, pomagały najlepiej jak umiały, lub wręcz same dopowiadały "zakończenia". To się nazywa gorący latynoski temperament!

Potem już tylko powrót do domu. Bluzgi Krzyska i "nie uwierzysz Marcin" Popstera, moje bluzgi na obydwu i jedna wielka beka Ricarda. W domu, mimo piątej rano, czekał na nas Nelson, który zdecydowanym "no chicas!", kilka godzin wcześniej pogonił, rozpalone namiętnością jednej nocy, towarzystwo. Poskarżył się trochę na głupotę chłopaków, ale nie miałem już siły go słuchać...

To zadziwiające, ale przy śniadaniu spotkaliśmy się w komplecie. Panowie, choć mocno zmarnowani, zasiedli do stołu i od nowa snuli historie minionej nocy, czym doprowadzili Kobietę do łez. Scenariusz był oczywiście ten sam: Krzysiek kozaczył, a Popster nie mógł do końca uwierzyć w to, co się stało.

W miasto ruszyliśmy jednak bez chłopaków. W zasadzie chcieliśmy sobie tylko pochodzić bez szczególnego celu, ale wyszło trochę inaczej...

Zaczęliśmy na Plaza Vieja, który zazwyczaj tylko przebiegaliśmy. Przy placu mieści się m.in. Fototeca Nacional i Camara Oscura, uznaliśmy jednak, że dziś muzea i podobne miejsca odpuszczamy. Połaziliśmy, zrobiliśmy kilka fotek...

Wszystkie budynki przy Plaza Vieja są odrestaurowane i mieszczą najróżniejsze przybytki: od knajpek, przez galerie i muzea, po hotele. Wszystkie z wyjątkiem jednego, zostawionego chyba na pamiątkę. Faktycznie, porównanie daje pewne wyobrażenie o nakładzie pracy jaką trzeba było włożyć w remont starówki. Choć nadal uważam, że jest przesłodzona.

Kolejny przystanek, to kolejny plac, a w zasadzie targ książek przy Plaza de Armas - jedno z miejsc z widokówek i albumów. I rzeczywiście, miejsce wygląda dość malowniczo: wokół małego parku rozłożyły się stoiska z książkami, na których z okładek pożółkłych tomiszczy spoglądają na przechodniów surowe twarze klasyków myśli marksistowskiej, leninowskiej, maoistowskiej... itp, itd. Od Wietnamu po Peru, od Angoli po Jugosławię. W kartonach zaś tłoczą się najróżniejsze magazyny, z retro-edycjami "National Geographic" na czele. Miejsce to trochę magiczne. Ogromny antykwariat pod gołym niebem. Kokaina, heroina i inne ekscytujące używki dla bibliofili... Hiszpańskojęzycznych bibliofili. Przeleciała mi przez głowę myśl, czy nie skusić się na jakieś "Dzieła Zebrane" Che Guevary, ale szybko porzuciłem ten absurdalny zamysł. Wystarczy, że mam "Don Quijote de la Mancha" w oryginale i jak dotąd przejrzałem kilka stron. Oglądaliśmy też kilka albumów o Hawanie, ale w wersjach sprzed kilkudziesięciu lat nie imponowały.

Kilka kroków dalej, na Tacón, rozłożył się targ sztuki i rękodzieła, a na nim wspaniała "galeria" malarstwa. Bajecznie kolorowe kilkadziesiąt metrów, obstawione przez malarzy próbujących sprzedać swoje swoje prace turystom. Czasem za bezcen. Można tu znaleźć dzieła zachwycające - techniką, pomysłami, barwą, wykonaniem - i najbardziej tandetne akty i landszafty, jakie można sobie wyobrazić. Pobieżne zapoznanie się z ofertą zajęło nam jakieś dwie godziny.

Już na pierwszym czy drugim stoisku (wiem, że brzmi to zupełnie nieartystycznie, ale tak zorganizowana jest ta niecodzienna "galeria") wypatrzyliśmy genialny kolaż za 40 CUC. Cena przystępna, a w dodatku podlegająca targom. Postanowiliśmy jednak sprawdzić ofertę pozostałych artystów i rzemieślników.

W jeszcze co najmniej kilku miejscach robiliśmy głośne !WOW! i zaczęliśmy się zastanawiać, czy aby starczy nam ścian, by to wszystko powiesić. Z odsieczą na szczęście przyszedł zdrowy rozsądek i niemiłe rozczarowanie, Artystka numer jeden (lub dwa) podczas naszego obchodu sprzedała NASZ kolaż... no i trzeba było zaczynać wszystko od nowa. Tyle że tym razem szybciej i bardziej zdecydowanie.

Jako słoneczno-artystyczne wspomnienie z Wyspy wybraliśmy dwa niemal identyczne płótna pędzla Carlosa Clarka - ogromnego, muskularnego Murzyna z rozbrajającym uśmiechem. Żeby zrekompensować sobie stratę "tego jedynego", dobraliśmy jeszcze parkę akwareli na papierze czerpanym, przedstawiających dość bajkowo, avocado i papaję, po których skaczą małe ludziki w barokowych strojach.

Druga cześć targowiska przy Tacón, to typowy jarmark z tysiącem i jednym drobiazgów, służącym za pamiątki z wakacji na Kubie. W porównaniu z "galerią" zdecydowanie trudniej znaleźć tu coś wartościowego, czy choćby estetycznego, toteż szybko daliśmy sobie spokój z szukaniem.

Zaopatrzyliśmy się w drobiazgi dla znajomych i kilka gadżetów na parapet i przeciskając się przez tłum przekupek, przekupniów, turystów i wycieczek szkolnych wydostaliśmy się na nadzatokowy bulwar. Przysiedliśmy na ławce zastanawiając się co dalej? Myśleliśmy nawet o wycieczce po starówce jedną z coco taxi, ale zdecydowaliśmy, że lepiej odwiedzić Plaza de la Revolución i zobaczyć najsłynniejszy wizerunek Che Guevary.

  • Hawana... targ ksiazek przy Plaza de Armas
  • Hawana... kolaż, którego nie zdążyłem kupić
  • Hawana... okolice Plaza de Armas
  • Hawana
  • Hawana... Iglesia de San Francisco de Paula
  • Hawana... Iglesia de San Francisco de Paula
  • Hawana

Na miejscu byliśmy w dwadzieścia minut.

Tak... Plac Rewolucji. Typowe socjalistyczne miejsce spotkań. Ogromny, pokryty spękanym i wyblakłym od słońca asfaltem, nad którym gorące powietrze tworzy fatamorgany. Strzeżony przez dwóch kubańskich półbogów. Z jednej strony, ze swojego mauzoleum, ojcowskie spojrzenie rzuca José Martí. Na przeciwko, na wieczność przytwierdzony do gmachu jakiegoś ministerstwa, gniewnie spogląda na plac Che.

Ten adoptowany Kubańczyk, który całe życie walczył o wyzwolenie uciskanych spod jarzma dyktatur i niesprawiedliwości, stał się symbolem jednego z najbardziej perfidnych i skostniałych reżimów na świecie. Jego sukcesy mają dawać legitymację Fidelowi i jego janczarom. Przykry koniec tak barwnego żywota...

Krajobraz wokół placu dopełniają plakaty i billboardy propagandowe. Co dziwne, zarówno sam plac, jak i otaczające go kilkupasmowe arterie świecą pustkami. Czasem, na chwilę, zatrzyma się autobus z turystami. Szybka sesja: "Che", "ja na tle tego <<znanego Kubańczyka>>" i szybko do klimatyzowanej bestii. Biedny Ernesto musi się przewracać w swoim nowym kubańskim grobie. Już lepiej było go zostawić w boliwijskiej selwie, nie musiałby na to wszystko patrzeć.

--
Plac [Rewolucji] zbudował Batista, ale Fidel zrobił z niego pępek wszechświata i z tego miejsca bombardował Kubę pustymi słowami, które zdecydowanie przewyższają liczebnie czarne dziury w całym wszechświecie.

[Carlos Eire, Czekając na śnieg w Hawanie, Wydawnictwo Zysk i s-ka, Poznań 2005]
--

W tej części Hawany właściwie nic innego do oglądania nie ma. Złapaliśmy taxi, co chwile trwało, bo naprawdę miasto wygląda tu na wymarłe. Gdy w końcu nam się udało, podłączyli się do nas dwaj Włosi, którzy najwyraźniej stracili już cierpliwość. Oni chcieli na starówkę, a my do Centro Habana, dokładnie do Callejon de Hamel. Kierowca uznał, że to po drodze i zabrał cała czwórkę.

W taksówce ze zdziwieniem odkryłem, że Włosi mogą rozmawiać z Kubańczykami bez absolutnie najmniejszych problemów. Ani jedni, ani drudzy nie muszą nawet zwalniać w tych swoich ponaddźwiękowych tyradach. OK, wiem że pochodzenie, bliskość, bla bla... ale nigdy nie widziałem tego na żywo. Skubany kubański taksiarz nie wysilał się nawet na kończenie wyrazów, czy wymawianie "s" i nawijał tą swoją minimalistyczną odmianą kastylijskiego. Fajnie. Szczerze im zazdroszczę. My możemy najwyżej pogadać ze Słowakami... Do piczi!

Callejon de Hamel to podobno najważniejsze w Hawanie miejsce związane z kultem santerii. Przynajmniej spośród tych znanych, oficjalnych.

Callejon, czyli zaułek, pierwotnie wykorzystywano dla potrzeb religijnych obrzędów. Z czasem jednak przeobraził się w coś z pogranicza skansenu i świątyni jednocześnie. Znajdują się tu ołtarze (??), a w każdym razie symboliczne i metaforyczne wizerunki/rzeźby kubańskich orishów. Wśród nich m.in. ogromny topór Changó i zawieszona nad ulicą błękitna wanna Yemayá (wiem że uczepiłem się tej dwójki, ale w końcu jestem ich synem:-). Żeby konfuzja niezorientowanego była większa, nad wszystkim czuwa skupiony José Martí (nuestro padre) i łopocze kubańska flaga (nuestra patria)... Całość zaś jest bajecznie kolorowa. Każdy centymetr ścian domów wokół zaułka, każdy słup... wszystko pokryte jest jakimiś mniej lub bardziej abstrakcyjnymi muralami i poetyckimi inwokacjami.

Gdyby nie wyjątkowo natrętny sprzedawca płyt z afro-kubańską rumbą, który przy okazji opowiadał jakieś niestworzone historie o orishach, chyba spędzilibyśmy tu resztę dnia.

  • Hawana... Plaza de la Revolución
  • Hawana... Plaza de la Revolución
  • Hawana... Callejon de Hamel
  • Hawana... Callejon de Hamel
  • Hawana... Callejon de Hamel
  • Hawana... Callejon de Hamel
  • Hawana... Callejon de Hamel

Korzystając z okazji, pospacerowaliśmy trochę po Centro Habana.

Rożnica miedzy starówką a centrum jest widoczna. Zaniedbania są wprost katastrofalne. Domy i ulice strasznie brudne. Wszystko jest tu jednak większe i szersze - niektóre budynki mogłyby ubiegać się o status wieżowców, a ulice można by nazwać arteriami. Da się też zauważyć, że to dzielnica mieszkaniowa. Więcej tu ludzi na ulicach, niektórzy nawet gdzieś się spieszą. Trzeba też przyznać, że ogólny syf kontrastuje z czystością mieszkańców. Mundurki, koszule, marynarki... aż lśnią w tropikalnym słońcu. I to mocno rzuca się w oczy! Choć może to tylko złudzenie wywołane właśnie przez ten ogromny kontrast?

--
Centro Habana? (...) tabuny drących się czarnuchów, awantury, policja, jakieś stare wariatki, kupa świntuszących dziadków, karaluchy, szczury i przelewające się szamba!

[Pedro Juan Gutiérrez, Tropikalne zwierze, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2005]
--

Klucząc, trochę błądząc po Hawanie Centrum, doszliśmy w końcu tam gdzie dojść chcieliśmy - do hawańskiego Barrio Chino - Chińskiej Dzielnicy.

Choć może się to wydawać niezwykłe, na Karaibach mieszka wcale niemała społeczność chińska. Spośród kubańskich Chińczyków, duży odsetek zamieszkiwał kiedyś w stolicy, jednak po objęciu władzy przez brodatych rewolucjonistów, większość z nich wyjechała. Trudno się dziwić, skoro z własnego kraju, wypędzili ich inni, miejscowi rewolucjoniści.

Rozległe niegdyś i odróżniające się od reszty miasta Barrio Chino, dziś ogranicza się do zaledwie kilku kwartałów zupełnie pozbawionych charakteru. Gdyby nie jedna jedyna ulica, obstawiona chińskimi lub raczej "chińskimi" restauracjami, można by przejść tędy zupełnie nieświadomie.

Z braku Chińczyków, zastąpiono ich Latynosami z podmalowanymi oczami i w jedwabnych szlafrokach z wyszywanymi, złotymi smokami... Widok zabawny, w porywach do żałosnego. Żeby tego było mało, owi komedianci w niezwykle nachalny sposób namawiają do spróbowania miejscowych "delikatesów".

Z racji pory i intensywnej marszruty ulegliśmy jednemu z przebierańców. To był błąd! Smażony kurczak, po chińsku rzecz jasna, okazał się zeskwarzonym, bezsmakowym udkiem raniącym dziąsła, z kilkoma zwiędłymi dodatkami w menu figurującymi pod dumną nazwą "sałatki". Największa porażka kulinarna w Hawanie!

Nie kończąc "orientalnych" specjałów, czym prędzej oddaliliśmy się z restauracji, której nawet nie chcę pamiętać, i od samego Barrio Chino.

W połowie drogi między Chińską Dzielnicą a Kapitolem znajduje się najsłynniejsza hawańska fabryka cygar - Fábrica de Tobaco Portagas. Długo wahaliśmy się czy jej nie odwiedzić, ale w końcu cena za wstęp (ponad dziesięć dolarów od głowy, plus oplata za przewodnika), absolutny zakaz fotografowania, późna godzina i brak szczególnych chęci na kolejne muzeum (tyle że nazwane fabryką) przeważyły szalę na "nie". Poza tym Kobieta uznała, że czas najwyższy na jakieś zakupy. Uległem tylko dlatego, że miałem już mgliste (ale zawsze to coś) pojęcie o kubańskim handlu. Wiedziałem, że szaleństwo zakupów na Wyspie musi mieć bardzo ograniczoną skalę. Po drodze musiałem jeszcze tylko kupić fajki i nie byłoby w tym absolutnie nic dziwnego i interesującego gdyby...

W Hawanie nie ma kiosków z gazetami i papierosami, więc zaszedłem do pierwszego napotkanego baru. Uśmiechnąłem się słodko do znudzonej barmanki, poprosiłem o czerwone marlboro i dałem kaskę, czyli tak jak powinno być. Ale... babeczka wklepała coś na kasę, otworzyła się szufladka, włożyła pieniądze i wyjęła kluczyk... od kłódki zamykającej pancerną (chyba; przynajmniej tak wyglądała) gablotkę z papierosami. Wyjęła jedną paczkę, zamknęła gablotę na kłódkę, znów wbiła coś na kasę, schowała klucz i dała mi paczkę wraz z resztą... Po czym oddała się rozmowie ze swoją równie znudzoną koleżanką. OK. Co w tym niby niezwykłego? Nie wiem, po prostu cały ten rytuał i mechaniczność barmanki wprawiły mnie w osłupienie.

Na zakupy wybraliśmy się do ogromnej hali Fin de Siglo (Koniec Wieku), którą namierzyłem przy okazji poszukiwania sklepów muzycznych.

Nazwa tego wielkiego targowiska jest jak najbardziej adekwatna w odniesieniu do oferowanych tam produktów. Z założenia jest to chyba miejsce dla turystów, bo kupić można tu najróżniejsze pamiątki, mniej lub bardziej związane z Wyspa. Począwszy od od drobiazgów: jakieś śmieszne bransoletki, drobne gliniane cacuszka, drewniane nożyki do papieru; przez instrumenty i rzeźby, po obrazy, wyroby skórzane (z których ponoć Kuba jest znana), książki, czy (raz jeszcze) rzeźby gigantycznych rozmiarów. W sumie to jakby targ książek z Plaza de Armas, "galeria" i stragany z pamiątkami z Tacón, z drobnymi elementami lumpeksu, tyle że pod dachem, w jednym miejscu i chyba na nieco większą skalę.

Oszałamiających zakupów nie zrobiliśmy. Dokupiliśmy tylko kilka drobiazgów do tych z porannego obchodu Tacón. W zasadzie samo badziewie, choć z małymi wyjątkami. Po pierwsze, świetna parka płaskorzeźb - kobieta i mężczyzna - z hebanu, a przynajmniej czegoś heban udającego. Taki surowy afrykański tribal art. Po drugie, plecak z grubej, jasnej skóry, za który Kobieta dała jakieś śmieszne (wierzę na słowo), w porównaniu do np. UK, pieniądze. Po trzecie, małpy. Znany motyw: Bóg w trzech osobach - ślepy, głuchy i niemy, tyle że tu (i ponoć tylko na Kubie), jest jeszcze czwarta małpa, trzymająca się za krocze. Ta podobno... nie gra w piłkę... No i w końcu najważniejszy zakup - kilogramowa torba kubańskiej kawy...

  • Hawana... historia motoryzacji
  • Hawana... historia motoryzacji
  • Hawana... historia motoryzacji
  • Hawana... historia motoryzacji
  • Hawana... historia motoryzacji
  • Hawana... historia motoryzacji
  • Hawana... historia motoryzacji

Koleś zaczepił nas zachęcając do kupna którejś z jego absolutnie tandetnych rzeźb, przedstawiających Indian, orły i inne przyrodnicze ciekawostki, ale widząc nikłe zainteresowanie, szybko ściszył głos i zmienił ofertę: cygara? kawa? a może zioło? Za cygara i zioło podziękowaliśmy, ale kawa pobudziła zmysły Kobiety.

- W sklepie za taka paczkę zapłacicie 20 CUC, ja sprzedam wam za 15. Świetna okazja.
- Może być za 10?
- Słuchaj, hermano, z czegoś muszę żyć. To nie UNESCO, tylko biznes...
- Trudno. Pij sam.
- OK. Ale do dupy z takim targowaniem. Dorzuć chociaż papierosa.

Tak sobie staliśmy i rozmawialiśmy o pierdołach i od słowa do słowa, zupełnie niechcący, jak to zwykle bywa, zaczęły się pytania "skąd?", "dlaczego?", itp. Kiedy Roberto Nunez Junior, bo oczywiście w pełni się przedstawił, usłyszał, że jesteśmy z Polski, tylko pokiwał głową. Bynajmniej, nie współczuł nam historycznego dziedzictwa komunizmu, ale zimy. Okazało się, że Roberto ma żonę Norweżkę (wyjątkowo urodziwą... nie tylko jak na Skandynawkę i koło ratunkowe Kubańczyka) i śliczną, wiecznie opaloną córeczkę, mieszkające w Oslo. Nie, nie.. Żadne dramaty i rozstania, detektyw Rutkowski i porywane ojcom dzieci. Po prostu gość nie był w stanie znieść półrocznej skandynawskiej zimy.

Przez jakiś czas próbował, ale z roku na rok było coraz gorzej. Postanowił więc na zimę wyjeżdżać do Madrytu, ale tam znów dopadł go hiszpański rasizm, który (tak na marginesie), jak słyszałem już z kilku źródeł, jest okrutniejszy wobec hiszpańskojęzycznych, jakby nie było, i w większości białych Latynosów, niż wobec "właściwych kolorowych".

--
Zmiłuj się nade mną Panie, jestem Kubańczykiem!

[Carlos Eire, Czekając na śnieg w Hawanie, Wydawnictwo Zysk i s-ka, Poznań 2005]
--

Ostatecznie Roberto spędza zimę na Kubie, a latem jedzie do rodziny. Smutne i raczej kosztowne.

Na pocieszenie zabawny fragment książki kubańskiej, emigracyjnej pisarki Zoé Valdés "Cud w Miami", który jakoś tak mi się z nim skojarzył...

--
Dziennik Chryzantema Dupino w Pensylwanii

Dwunasty sierpnia
Dziś przeniosłem się do mojego nowego domu w Pensylwanii. To skromy, ale wygodny dom, z kominkiem w każdym pokoju. Kominki są bardzo romantyczne! Marzyłem o takim romantycznym i spokojnym miejscu. Jakiż tu spokój! Wszystko tu jest higieniczne, ładne i przytulne... Góry są takie majestatyczne! Aż trudno mi usiedzieć w miejscu, mam ochotę bez przerwy podziwiać górskie szczyty, całe w śniegu. Jak dobrze, że uwolniłem się w końcu od upału, wilgoci, ruchu ulicznego, huraganów i tego ciągłego kubańskiego podrygiwania. Miami?!?! To jest życie. Życie w świętym spokoju z dala od błędów.

Czternasty października
Pensylwania jest najpiękniejszym miejscem, jakie widziałem w życiu. Liście drzew miały już wszystkie odcienie czerwieni, były pomarańczowe, złote i srebrzyste, a jak pachną! Cudownie jest oglądać cztery pory roku. Wyszedłem na spacer do lasu i po raz pierwszy w życiu widziałem jelenia. One są takie zwinne, takie eleganckie... to jest jedno z najwspanialszych zwierząt, jakie Bóg stworzył. To jeden z Jego najlepszych pomysłów. Nie wątpię, że to ma coś wspólnego z rajem. Mam nadzieję, że wkrótce spadnie śnieg. To jest życie. Słodkie i przyjemne.

Jedenasty listopada
Niedługo rozpocznie się sezon polowań na jelenie. Nie mogę sobie wyobrazić jak człowiek może chcieć zabić to naprawdę boskie stworzenie. Nadeszła zima. Przypomina delikatną melodie delikatnego cudzołóstwa. Mam nadzieje, że wkrótce spadnie śnieg. To jest życie. Życie w miłości bliźniego. Bez zazdrości i politykierstwa.

Drugi grudnia
W nocy spadł śnieg. Obudziłem się i zobaczyłem krajobraz przykryty białą kołderką. Jak na pocztówce... albo w filmie. Wyszedłem żeby odśnieżyć schodki i ścieżkę przed domem. Tarzałem się szczęśliwy w śniegu, potem urządziliśmy sobie z sąsiadami bitwę na śnieżki. Wygrałem. Kiedy przejechał pług musiałem znowu  odśnieżyć. Co za piękne zjawisko - śnieg! Jak kulki bawełny fruwające wolno w powietrzu. Jakie to wspaniałe miejsce. W Pensylwanii to jest życie. Takie, o jakie chodziło starożytnym Grekom. Sztuka i zabawa.

Dwunasty grudnia
Znowu w nocy padał śnieg. Jestem zachwycony. Pług znów zapaskudził mi ścieżkę. No, trudno, co mogę poradzić, i tak miałem uprzątnąć kupy tych nielicznych ptaków, które nie odleciały, bo im się nie chciało. To jest życie.

Dziewiętnasty grudnia
W nocy znów padał śnieg. Nie mogłem do końca odśnieżyć ścieżki, bo znowu przejechał pług, i teraz nie mogę wyjść do pracy - drzwi się nie otwierają pod naporem zlodowaciałego śniegu. Trochę jestem zmęczony odgarnianiem śniegu, który chyba nigdy nie przestanie padać. Co za życie!

Dwudziesty drugi grudnia
W nocy dla odmiany spadł śnieg, albo raczej to białe gówno. Ręce mam poharatane, całe w pęcherzach od łopaty. Wydaje mi się, że ten pług obserwuje mnie zza rogu i czeka, aż odśnieżę, żeby ruszyć w trasę. Kurwa jego mac! Życie tutaj w zimie jest gówno warte.

Dwudziesty piąty grudnia
Wesołych świąt, całych w bieli! I to, kurwa, naprawdę całych w bieli, bo pełno tu tego białego gówna, żeby to szlag trafił! Jak dorwę tego skurwysyna, kierowcę pługu, to przysięgam - własnymi rękami zaduszę. Nie rozumiem dlaczego nie posypują ulic solą, żeby się szybciej roztapiał ten jebany lód.

Dwudziesty siódmy grudnia
W nocy znów srało na biało. Już trzy dni jestem uwięziony w domu. Wychodzę tylko po to żeby odśnieżyć, po tym, jak przejedzie pług. Nigdzie nie mogę wyjść przez te zasrane śnieżyce. Samochód stoi zakopany pod kupa błotnistego śniegu. W wiadomościach powiedzieli, że wieczorem ma spaść jeszcze dziesięć cali. Nie do wiary!

Dwudziesty ósmy grudnia
Ten obłąkany spiker z wiadomości się pomylił! Nie spadło dziesięć cali śniegu. Spadły trzydzieści cztery cale! Pierdolona biała sraka. Jak tak dalej pójdzie, to to wszystko nie zdąży się do lata roztopić. Okazało się, że pług się popsuł gdzieś niedaleko, i ten pojebany kierowca przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę. Bezczelny! Powiedziałem mu, że połamałem już sześć przy próbach odgarnięcia lodu, który zostaje po jego pługu. Walnąłem go łopatą przez łeb. Zasłużył sobie, gównojad jeden.

Czwarty stycznia
Wreszcie dzisiaj udało mi się wyjść z domu. Pojechałem kupić coś do jedzenia i jakiś pierdolony jeleń stanął mi na drodze i go zabiłem. Kurwa mać! Naprawa samochodu będzie mnie kosztowała trzy tysiące dolarów! Nie rozumiem, dlaczego myśliwi nie wytłukli ich wszystkich w zeszłym roku. Ja bym sobie z nimi poradził. Sezon polowań powinien trwać cały rok. Pierdolona kraksa.

Piętnasty marca
Poślizgnąłem się dzisiaj na lodzie, który ciągle jeszcze leży na ulicach tego pierdolonego miasta, i złamałem nogę. Jakbym miał bazookę, strzeliłbym sobie w łeb. Koszmarni Eskimosi. W nocy śniło mi się, że sadzę palmy.

Drugi maja
Jak tylko lekarz zdjął mi gips, zaprowadziłem samochód do warsztatu. Mechanik powiedział, że wszystko jest przerdzewiałe od spodu z powodu kurwajegomać soli, którą obsypali tu ulice. Kto, do kurwy nędzy, wpada na takie pomysły?!?! Nie znają bardziej cywilizowanych sposobów roztapiania lodu?

Dziesiąty maja
Przeprowadzam się z powrotem do Miami. Tam to dopiero się żyje! Cudownie! Ciepło, wilgoć, ruch uliczny, huragany i Kuba. Jak słowo daje, każdy, komu strzeli do łba pomysł, żeby zamieszkać w jakiejś jebanej Pensylwanii, odciętej od świata, odgrodzonej lodem, musi być porządnie rąbnięty, prawdziwy szaleniec ze śniegiem zamiast mózgu. W Miami to dopiero jest życie!

[Zoé Valdés, Cud w Miami, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2004]
--

...czyż nie rewelacyjne? Prawdziwy cud w Miami!

Oprócz handlu wszelkim dobrem, Roberto, jak przystało na porządnego Kubańczyka, zabawia się również w muzyka. Co prawda nie do końca mu wierzę, ale twierdził, że jest członkiem legendarnej (i to naprawdę przez duże "L"), grupy Reyes de la Calle... Królowie Ulicy - jednej z pierwszych i najważniejszych kapel kubańskiego, hip-hop'owego undergroundu...

Oczywiście nowy kolega zaprosił nas na wieczór do knajpy, gdzie miał odbywać się jakiś koncert, ale jako że było to gdzieś w Vedado, czy na Miramarze, w każdym razie daleko, darowaliśmy sobie. Choć Roberto mocno nalegał, zapewniał świetną zabawę i opiekę.

W drodze powrotnej poszperaliśmy jeszcze trochę po sklepach na Obispo. Jednak tu nie towary, a obsługa jest największą atrakcją. W Longina - podobno jednym z najlepszych sklepów muzycznych na Kubie, który już podczas poprzednich zakupów okazał się być wyjątkowo nędzny, chcieliśmy sobie kupić koszulki. Przejrzeliśmy skromna ofertę i, najpierw cierpliwie czekając, później dając wyraźne znaki, a w końcu "psssykajac" dopominaliśmy się asysty którejś/któregoś z ekspedientek/ekspedientów, zajętych piciem browarów i flirtowaniem przy kasie.

Gdy w końcu jeden z kolesi z ogromnej ekipy łaskawie podszedł do nas, zapytaliśmy o większe rozmiary kilku modeli występujących tylko pod literka "s". W odpowiedzi usłyszeliśmy tylko (!!!) "no"... i koleś wrócił do imprezy.

Po chwilowym szoku, daliśmy sobie spokój z zakupami i wróciliśmy do domu na, jak zwykle, pyszny obiad.

Na wieczór, już bez większych dyskusji, zaplanowaliśmy Inglaterrę. Były głosy, że może warto poszukać jakiejś dyskoteki, czy dużego klubu, ale ostatecznie, obawiając się powtórki poprzednich niepowodzeń poszukiwawczych, uznaliśmy, że na starych śmieciach będzie nam najlepiej. Stare i śmieci, ale przynajmniej znajome.

Zresztą zastanawiający jest fakt, że ilekroć pytaliśmy kogoś ze "znajomych" o jakiś większy przybytek, zawsze wymieniał te w najbliższym otoczeniu. Tak jakby sami Habaneros nie wypuszczali się dalej niż kilka ulic od domu. Na taksówkarzy nie było zaś sensu liczyć, bo ci zawieźli by nas nie do najlepszej, czy pasującej nam knajpy, ale do tej, w której dostają prowizje od przywiezionych turystów. Opcja "Inglaterra" była więc jedyną słuszną opcją.

Wejście mieliśmy niezłe. Gdy tylko zbliżyliśmy się do hotelu na tyle blisko, by zauważyli nas muzycy, wszyscy razem odwrócili się od klientów, zbliżyli do barierki oddzielającej "ogródek" od ulicy i grali tylko dla nas! Później też grali dla nas. W końcu udało mi się wyprosić "Hasta siempre", bez wysłuchania której pobyt na Kubie uznałbym za niepełny (wykonania a'capella z pierwszego wieczoru się nie liczą!), a swoją "Cumbię" zagrali dwa albo trzy razy. I to jak zagrali!

Tego wieczoru Ricardo i jego koledzy wyraźnie przestali się też przejmować turystycznym apartheidem panującym w hotelu i na całej Wyspie, a kiedy dowiedzieli się, że to nasza ostatnia noc, śpiewali nie tylko DLA nas, ale i O nas!

W zasadzie nie popisywał się tylko stary kelner, który od początku nie darzył nas sympatią. Po kilku nieudanych próbach złożenia zamówienia, olaliśmy go i zdecydowaliśmy się na samoobsługę. W nasze ślady poszła większa cześć młodszych gości, których facet, z niezrozumiałych przyczyn, ignorował. Co prawda później przyszedł nas przepraszać, ale hańby nie udało mu się zmazać!

Małą skazą na tym niemal rajskim krajobrazie naszej ostatniej hawańskiej nocy, były też dwie typowe, wyjątkowo szpetne Angielki. Zastanawiało nas tylko ile (a musiała to być kwota niemała!), te dwie córy Albionu zapłaciły skaczącym wokół nich, wypacykowanym Czarnym chłopakom, za towarzystwo. Ale to pozostanie ich słodką tajemnicą...

Po koncercie, zgodnie z tradycją, poszliśmy na Malecón, gdzie czekały na nas dziewczyny i piwo, czyli wszystko to, co jest potrzebne, by impreza była udana. Ale tak zupełnie poważnie, kiedy tylko doszliśmy do knajpy na Maleconie, jak spod ziemi wyrosły dwie wczorajsze miłostki chłopaków - Osmar i ta druga... ładniejsza.

Szczerze mówiąc, po opowieściach, jakie nieustannie powtarzali Krzysiek i Popster, nie spodziewaliśmy się ich dziś spotkać. I to w tak doskonałych i przyjaznych nastrojach.

Oczywiście laski obcałowały nas, co wprawiło Kobietę w niemałą konsternację i zajęły zarezerwowane wczoraj miejsca... na kolanach chłopaków. Na nic zdały się ich wykręty i udawana obojętność. Raz upolowanej zwierzyny, dziewczyny nie zamierzały wypuścić. Mało tego, kiedy Popster, w desperacji, odwołał się do ostatecznego argumentu - braku kasy, Osmar rzuciła się na niego ze łzami w oczach upierając się, że nie o pieniądze jej chodzi... Ja oczywiście musiałem to wszystko tłumaczyć, co też było dość zabawne. Laski, zamiast pytać się od razu mnie, najpierw prosiły Kobietę o pozwolenie na "wypożyczenie" mnie. Za każdym razem.

Krzysiu natomiast, ostentacyjnie olewał "swoją" piękność w ramach rewanżu za minioną noc, co wyraźnie wprawiało ją we wściekłość. Miarka się przebrała, kiedy wziął numer telefonu od koleżanki Osmar. Piękna Murzyneczka eksplodowała. Zaczęły się wyrzuty i pretensje, że "może i owszem ma męża i może puszcza się za pieniądze, ale to jeszcze nie powód, żeby traktować ją w taki sposób..." itp, itd. Normalnie telenowela! Czekałem tylko, kiedy Krzychu wyhaczy liścia. Jakoś mu się upiekło, ale dziewczę, kręcąc zgrabnym tyłeczkiem w najbardziej prowokujący sposób, oddaliło się do małżonka siedzącego kilka metrów dalej. Więcej się nie pojawiła.

Znienacka pojawiło się za to trzech kumpli Ricarda z jego rodzinnego Oriente. Trzech kumpli z gitarami. I dali świetny koncert. Za free. Choć przez chwilę wydawało mi się, że jednak oczekiwali jakiejś kaski, ale Rychu coś im wytłumaczył, bo dalej grali wyraźnie mniej popisowo, a bardziej z serca. Kiedy odeszli w noc, Ricardo wyznał nostalgicznie, że, jego zdaniem, szef tej grupy, a jego bardzo bliski przyjaciel, to najlepszy gitarzysta jakiego zna.

--
Noc jest żywiołem Hawańczyka. Jest ołtarzem, na którym sam siebie składa w ofierze, jak dziwka - nagi i otwarty.

[Zoé Valdés, Oddałam Ci całe życie, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 1999]
--

Nie było to ostatnie spotkanie z muzyką tego wieczoru. Zaraz po egzotycznym tercecie, zaatakował nas duet raperów, którzy twierdzili, że Orishas [moim zdaniem najlepsza kubańska grupa; kilka klipów poniżej] to przy nich pionki... komercyjne pionki, a oni grają prawdziwy old school. Mało tego, gdy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski, gorąco zapraszali nas na swój koncert do... Sopotu.

W pierwszej chwili pomyślałem, że goście ściemniają, ale w sumie... Nadbałtycki zdrój jest może znany, ale czy aż tak, by jego sława dotarła do kubańskich ulicznych old schoolowców? Nie sądzę.

--
No canto por cantar, canto por no llorar...
(Nie śpiewam, żeby śpiewać, śpiewam, żeby nie płakać...)

[Orishas, ¿Qué pasa?, Emigrante, EMI 2002]
--

Kiedy zaczęliśmy się zbierać, dopadła nas jakaś głupawka - zaczepianie przechodniów, popisy rowerowe, itp. Urządziliśmy sobie też nocną sesję zdjęciową na Starówce i na murku zatoki.

Ricardo uznał, że skoro jutro wyjeżdżam, nie ma sensu ze mną gadać i zajął się nauką hiszpańskiego chłopaków. Ze skutkiem raczej umiarkowanym.

Na chwilę, we wspomnieniach, wróciła do nas Mercedes, kiedy na drugim brzegu zatoki wypatrzyliśmy i usłyszeliśmy dyskotekę el Morro - największą hawańską dyskotekę pod gołym niebem. Podobno najlepsze miejsce na rwanie chicas. Tak przynajmniej twierdził nasz przewodnik po nocnym życiu miasta.

Ostatni przystanek na trasie powrotnej stanowiła, jak zwykle, ławeczka nad zatoką, tuż pod domem. Na dopicie zaopatrzyliśmy się w Bucanero Fuerte (mocne) z maszyny do napojów stojącej przy sklepie z częściami samochodowymi vis-a-vis "naszej" ławki. Było to przedsięwzięcie o tyle niełatwe, że kubańskie maszyny rządzą się sobie tylko (i Kubańczykom) znanymi zasadami. Wyjęcie kilku browarów zajęło nam co najmniej pół godziny. Bez Ricarda w ogóle chyba byśmy sobie nie poradzili. Coś szeptał, głaskał, delikatnie przyciskał i celebrował wrzucanie każdej monety i banknotu.

Na murku odwiedził nas znajomy policjant, który tym razem był przemiły. Nie chciał piwa ani cygara, bo "był na służbie", ale pogadał po przyjacielsku z Ricardem, niczego się nie czepiał, nie legitymował. Zapytał nas jak nam się podoba i nawet posmutniał na wieść o naszym wyjeździe.

W trakcie późniejszej rozmowy, Ricardo powiedział nam, że pierwszego wieczoru policjanci uczynili go odpowiedzialnym za nasze bezpieczeństwo i jeśli cokolwiek by nam się stało (nie ważne czy bylibyśmy z nim, czy nie), on pierwszy by za to oberwał. Jak widać kubańskie władze troszczą się o bezpieczeństwo turystów wszelkimi dostępnymi środkami. Szkoda tylko, że cudzym kosztem...

W podziękowaniu za ofiarną służbę na rzecz pokoju między narodami i naszego świętego spokoju, Krzysiek podarował Ricardo swoja koszulkę "Polska", którą nakładał (znane z autopsji) tylko na najważniejsze mecze siatkarskie! W zamian Popster zażyczył sobie Milagros (rower, dla przypomnienia), z której, z racji problemów logistycznych, zrezygnował na rzecz wyjściowych mokasynów Ricarda. Te jednak okazały się za małe...

W sumie moglibyśmy się tak wygłupiać jeszcze długo, ale poranek zbliżał się nieubłaganie, a alkohol zaczynał z nas parować. To przykre, ale ostatnia noc w Hawanie dobiegła końca...

Sobota... Co tu dużo gadać? Była najmniej przyjemnym dniem pobytu - ostatnim. Niby mieliśmy całą masę czasu, ale świadomość, że to koniec, zawsze wpływa na człowieka dołująco.

Po śniadaniu i pakowaniu, wybraliśmy się na ostatni, długi obchód miasta. Nie ma sensu o tym pisać, bo wszystko już "widzieliście".

--
Hawana ma to do siebie, że im lepiej ją znasz, tym bardziej ją kochasz. Nigdy się nie nudzisz, zawsze wydaje się piękniejsza, za każdym razem czeka na ciebie nowa pokusa, rozpływająca się w twoim sercu jak miód. Choćby Hawana rozpadła się na kawałki, choćby umierała z rozpaczy, zawsze pozostanie Hawaną. Jeśli zaś przemierzasz czarodziejską Hawanę zaklętą w książkach, które dla niej napisano i, zamiast po niej spacerować [...], pieścisz ja w swoich myślach jak cierpiącą lunatyczkę, jeśli w niepewności i poczuciu winy towarzyszącym wygnaniu dręczysz się niemożliwością [...], wtedy rozumiesz, że Hawana, mimo całego cierpienia, wciąż może być miastem miłości.

[Zoé Valdés, Oddałam Ci całe życie, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 1999]
--

Wpadliśmy do Inglaterry na piwko i do Fin de Siglo odwiedzić Roberto "Krętacza", tylko po to, by mu wypomnieć, że kawa w sklepie kosztuje nie 20, ale 15 CUC...

- Co z tego? I tak jesteś piątkę do przodu... i daj zapalić, a najlepiej daj mi tę zaczętą paczkę. I tak dzisiaj lecisz, więc kupisz sobie na lotnisku. Ja mam już dość tego tutejszego siana. Żałujcie, że nie byliście wczoraj na imprezie, było świetnie...

Słowotok w najczystszej postaci. Zagadać przeciwnika na śmierć. Wyraźnie przećwiczona i dopracowana taktyka. Niech mu tam... Przynajmniej się pośmialiśmy.

Po powrocie z kilkugodzinnego spaceru, w domu czekał na nas Nelson z zamówionymi wcześniej cygarami. Oczywiście Cohiba i oczywiście originales. Tym razem wzięliśmy grube, wielkie faje w ładnych drewnianych pudełkach. Rzecz jasna na pokaz, a nie do palenia, bo moja słabość do tytoniu nie obejmuje cygar. A co?!? Czasem można przyszpanować:-)

W drodze na wieczorny występ, pożegnał się z nami Ricardo. Na szczęście było to krótkie i zdecydowane pożegnanie. Cholera... Mimo granic, barier językowych, różnic kulturowych... człowiek jednak szuka i, co najdziwniejsze, znajduje wszędzie bratnie dusze. I mimo że nigdy się nie spotkamy (choć żywimy nadzieję), raczej nie napiszemy (no bo o czym?) i wkrótce (prawie) zapomnimy, to na każde wspomnienie Hawany, przed oczami stawał mi będziesz Ty Ricardo - Amigo mío...

Koło dziewiątej przyjechała nasza taksówka i po czterdziestu minutach byliśmy znów na lotnisku José Martiego. Wyjątkowo szybki check-in, choć niestety objęty specjalną, ukrytą opłatą celną w wysokości 25 CUC. Za co? Nie mam zielonego pojęcia. Za to, że zostawiamy kubański "raj"? Być może.

Babeczka, która nas odprawiała, była bardzo zdziwiona, że nie potrzebujemy wiz ani na międzylądowanie w Madrycie, ani na lądowanie w Londynie. Nie chciała też chyba zrozumieć, że Varsovię chwilowo odpuszczamy i w Londynie wysiadamy na dobre. W tym momencie, po raz kolejny pomyślałem sobie, że świat bez granic to jednak rewelacyjna sprawa. Poza tym, dostaliśmy najlepsze możliwe miejsca na długi, nocny lot - zupełnie na końcu, w rzędzie przy oknie.

Odprawa paszportowa poszła też zadziwiająco szybko. Obyło się bez dokładnego oglądania i prześwietlania paszportu. Tym razem celniczkę zadowoliła odpowiedź na pytanie "jak udały się   wakacje na Kubie?". Owszem, udały się. Tylko trochę krótkie. Ale nic to... Zdążyliśmy przed Fidelem, a taki był plan...

KONIEC

--
[...] tęsknić [...] nade wszystko do zapachu Hawany - nieopisanego, nieznośnego, wiecznego. Jest to aromat tak zmienny, a zarazem tak kuszący, że mógłbym porównać do niego tylko zapach ciała Cuquity Martinez i woń policzków swojej córki Marii Regli.

[Zoé Valdés, Oddałam Ci całe życie, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 1999]
--

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. zfiesz (11.03.2010 21:52) +1 + -
    to ty niedługo będziesz mogła mnie w jakiś skoroszyt włożyć i podpisać "zwierz: dzieła zebrane":-) bo coś tam juz kiedyś też zdaje się w wersji papierowej przerabialaś:-)

    co do naciągactwa... nie wiem... nas nikt nie naciągał w jakiś jawny i chamski sposób, więc nie potwierdzam (ale i zaprzeczać nie będę). może to dlatego, że bujał się z nami ricardo, a czasem jeszcze większa ekipa? przy czym muszę zaznaczyć, że nikt (no może poza drobnym incydentem z tym drugim kolesiem z kapeli ricarda) z ekipy na nas nie żerował! (no... putitas owszem, ale... no chyba na tym polega ich fach?;-)

    a czy kuba "po fidelu" się zmieni? moim zdaniem tak. jesli transformacja będzie nagła i ograniczy się do zmiany ekipy rządzącej, na miejsce której wskoczy desant z miami, kuba zamieni się w kolejny bezduszny kurort na karaibach. a dodaj do tego masę problemów wynikających z transformacji ekonomicznej i mamy bezdszny kurort z masą kombinatorów i mniej lub bardziej zorganizowaną przestępczość (od narkotyków i prostytucji po poważne przekręty prywatyzacyjne, reprywatyzacyjne, koncesje, itp). szkoda, bo to naprawde piekna wyspa...
  2. fiera_loca (07.03.2010 23:54) +2 + -
    A ja sobie wydrukowalam :) czasem ciezko znosze dlugie wbijanie wzroku w ekran komputera.No, jak zwykle ciekawie opowiedziane,co tam Ci bede slodzic, juz przy paru okazjach nam sie to udalo:)))
    zatem na krotkim, choc wyswiechtanym "super" postane.
    Tez chce na Kube, moze tez przed Fidelem sie mi uda,a jesli nie przed, czy ja wiem czy po nim jakos sie tam mocno zmieni?
    W innych,hiszpanskojezycznych relacjach ludzie zalili sie,ze tam straszne az do bolu naciagactwo,na kazdym kroku...nie wiem,nie wiem,nie bylam...ale sklonnam uwierzyc.
  3. zfiesz (20.02.2010 8:04) +1 + -
    poczekam:-)
  4. kubdu (20.02.2010 0:08) +2 + -
    Załatwione. Do Druku przygotowane - 37 stron ! Jak się odkurzę, wydukuję i paluchami pokarzę gdzie, co, i dlaczego. Chociaż Ty to wiesz.
  5. zfiesz (16.02.2010 0:16) +3 + -
    @michał: nie no... bez czapki to ty lepiej po hawanie nie chodź, bo jakiegoś porażenia dostaniesz:-)

    @kubdu: tak mi mów! tak mi dobrze! a jak już skończysz czytać po raz kolejny, napisz co ci się tak spodobało:-)
  6. gość (16.02.2010 0:04) +3 + -
    Masz talent Zfeszu i to duży. Dołączam się do innych nie będąc oryginalny mówiąc --suuupppeeerrr, powalającą realizmem relacja. Czytając ja, widziałem się na miejscu, kolo ciebie. Mistrzostwo świata stary. Czapki z głów
  7. kubdu (15.02.2010 23:50) +2 + -
    Skończyłam. I zaczynam od początku. Wydrukuję, jak Boga kocham, wydrukuję.
  8. zfiesz (15.02.2010 23:16) +1 + -
    o! szczęściara! dopaść gutierreza to niezła sztuka! już nawet na allegro bywa z tym problem. moich, mocno sfatygowanych, wydań bronię jak niepodległości!:-) a obraz kuby... cóż... odrobinkę może odbiegać od powszechnych wyobrażeń. powiedzmy, ze to trochę inne spojrzenie;-) ale polecam gorąco! dla mnie, to jeden z najwybitniejszych twórców współczesnej literatury latynoamerykańskiej.

    za to eire jest trochę infantylny, co utrudnia przebrniecie przez tych kilkaset stron. ale o gustach, jak wiadomo, sie nie dyskutuje:-)

    poza tym, strasznie się cieszę, że udało mi się "zarazić" już kolejną osobę!

    p.s. podzielisz się opinią jak skończysz lekturę?:-)
  9. renataglin (15.02.2010 22:55) +2 + -
    sugerując się Twoimi inspiracjami literackimi,weszłam w posiadanie: tropikalnego zwierza, brudnej trylogii i czekając na śnieg w Hawanie. Po przekartkowaniu Gutierreza, coś mi się wydaje, że opis tego kraju i jego społeczeństwa znacznie będzie się różnił od tego najczęściej przedstawianego w kolorowych pismach turystyczno - podróżniczych.
  10. zfiesz (13.02.2010 21:28) +1 + -
    czasem tak mam kuniu, że skończyć (pisać!!!:-) nie mogę i później wychodzą takie potworki:-) petycję poprę, jak mi etat na akie relację załatwią;-)

    jesli chodzi o miejsca, które chciałbym odwiedzić... cóż typowość, nietypowość, komercyjność, oryginalność... topojęcia względne. dla jednego chorwacja, grecja, czy turcja w pakiecie all inclusive jest oryginalna, inny potrzebuje malediwów, a jeszcze innemu wystarczy białowieża. ja nie oceniam (wbrew temu co myślą niektórzy)

    a moje marzenia? takie wielkie! przeogromne! hmmm... senegal i mali, to raz; północna kolumbia ("marquezowska"), to dwa; gruzja, armenia i azerbejdżan - trzy; jemen z sokotrą; no i oczywiscie meksyk na wszystkie możliwe sposoby!:-)
  11. kuniu_ock (13.02.2010 7:15) +2 + -
    huh.. naprodukowałeś się, Zfieszu.. a jakby tak napisać petycję do Kolumbera, żeby - dla leniwych - wprowadzić opisy głosowe? :P
    mam pytanie do Cię.. Są na świecie miejsca "znane" i "powszechne", coby nie powiedzieć, że "komercyjne". W jakie "nietypowe" miejsce na świecie chciałbyś pojechać?
    Pozdrówki :)
  12. zfiesz (03.02.2010 13:35) +1 + -
    i jeden wystarczy leszku. najważniejsze, że się podobało. to więcej warte niż plusy:-)
  13. lmichorowski (01.02.2010 23:44) +2 + -
    Szkoda, że można dać tylko jednego plusa, bo chętnie dałbym drugiego za świetną relację tekstową. Brawo!
  14. zfiesz (28.01.2010 7:52) +1 + -
    za waszą koncepcją ("książkową") przemawiałby oczywisty fakt, że przebrnąć przez te wypociny w wersji elektronicznej jest nawet trudniej, niż przeżyć kaca p tukoli. przeciw staje jednak zdrowy rozsądek i śladowe ilości samokrytyki;-)

    a co z inspiracjami literackimi? tak bardzo się starałem!:-)
  15. tusiaiwojtek (28.01.2010 0:11) +2 + -
    Brawo! Dziękujemy za inspiracje krajoznawcze, kulturoznawcze i muzyczne. Ale Zfieszu, tę relację powinieneś wydać w formie książkowej. No, przynajmniej małego zbiorku opowiadań.
  16. zfiesz (26.01.2010 9:17) +1 + -
    w ramach postanowień noworocznych obiecałem sobie, że skoro pisanie nowych relacji jakoś mi ostatnio nie idzie, a na kolejne wyjazdy muszę poczekać, to przynajmniej "oszlifuję" relacje już istniejące. diamenty pewnie z tego nie wyjdą, ale z polskimi znakami, (raczej) bez błędów i w miarę możliwości bez niezrozumiałych zdań, przynajmniej da się to-to jakoś przeczytać.

    na pierwszy ogień idzie hawana... z bujającą ścieżką dźwiękową:-)
  17. zfiesz (30.08.2009 20:30) +1 + -
    pięknie?!?!? a miało być brzydko, brudno, śmierdząco, obrazoburczo... no ale... lepszy rydz niż nic;-)
  18. aerodynamiks (30.08.2009 19:27) +1 + -
    Pieknie, pieknie panie zfieszu :)
  19. zfiesz (31.07.2009 8:14) +1 + -
    a dziękuję, dziękuję... i polecam inne relacje:-)
  20. anka.g1 (27.07.2009 14:46) +1 + -
    Rewelacyjna opowieść!!! Dla takich historii warto było odkryć Kolumbera:)
  21. zfiesz (23.05.2009 21:23) +1 + -
    znaczy co? że za długie?;-)
  22. kuniu_ock (23.05.2009 18:24) +1 + -
    koniu... :P
    Zfiesz.. to się czyta, i czyta, i czyta.... :P
  23. zfiesz (11.04.2009 4:21) +1 + -
    renataglin... i tobie mil gracias za plusa:-)
  24. zfiesz (06.04.2009 2:26) +1 + -
    koniu... ty wiesz co!;-)
  25. zfiesz (26.02.2009 8:08) +1 + -
    jak zapewne wyczytałaś, ja pochodziłem tylko trochę po hawanie. krajobrazy mnie nie interesują... generalnie, nie tylko kubańskie:-) a najmilszym wspomnieniem z wyspy (poza kilkoma płytami... niekoniecznie z salsą:-) są rozmowy ze spotkanymi ludźmi. reszta, to fajna otoczka.

    z drinków polecam tani rum z TuKolą:-)
  26. marylkamr (25.02.2009 22:11) +1 + -
    Gratuluję tekstu i wielu trafnych spostrzeżeń przywiezionych z tej pięknej wyspy. Właśnie wróciłam z podróży po Kubie. Mam jeszcze trochę wolnego, więc siedzę w domu, segreguję zdjęcia, słucham muzyki przywiezionej z Cinefuegos, Trynidadu, Santiago i Hawany. Bo właśnie wszechobecna na Kubie muzyka i salsa urzekły mnie tam najbardziej. Zaraz po tym przepiękne krajobrazy okolic Pinar del Rio i Baracoa i niemal wszechobecna, kolonialna architektura ( najciekawsza chyba w Hawanie i Cinefuegos ), z wyjątkowymi w swej urodzie balkonami i pałacami baronów cukrowych.
    Ja również spotkałam się z określeniem polaquito, ale miało ono dotyczyć fiata 125p, którego zresztą spotkaliśmy na ulicach Hawany. Z drinków najbardziej smakowała pina colada, przygotowywana z ananasów, mleka kokosowego, rumu i lodu. W niektórych miejscach dolewano na koniec trochę likieru, w innych ananasy zastępowano sokiem z ananasów - niemal wszystkie smakowały doskonale.
  27. zfiesz (24.02.2009 8:09) +1 + -
    dzięki kaśka... mam nadzieję, że plus po przeczytaniu, a nie z rozdzielnika:-)
  28. zfiesz (05.02.2009 23:58) +1 + -
    dino, jeśli ta relacja rzeczywiście choc odrobinę cię zainspirowała, to lepsze to niż pięć... co ja gadam... dziesięć plusów:-) czekam na twoje fotki z hawany:-)
  29. zfiesz (02.02.2009 16:38) +1 + -
    polaquito, to, owszem, zdrobnienie od polaco i oznacza "małego polaka":-) ale ja nie spotkałem się z tym określeniem. no ale nie byłem też w holguin i nie twierdzę, ża tam tak tego cudu techniki nie nazywają:-) w hawanie, mówili na to porki.... cokolwiek to znaczy:-)

    a od robienia ładnych zdjęć mamy tu dino. ja tam nie umiem:-) dino się zainspirował, pojedzie i zrobi fajne fotki. proste, prawda?:-)
  30. dino (01.02.2009 19:55) +1 + -
    zfiesz - dla mnie to inspiracja do wyjazdu, nie będę się powtarzał

    wielkie dzięki!
  31. sunee (01.02.2009 19:51) +1 + -
    bardzo fajnie sie czyta...:), kiedy bylem w Holguin [na wschodzie Kuby] tamtejsi ludzie twierdzili ze "maluch" nazywa sie polakito [cos w rodzaju malego Polaka] - z porki, spotykam sie po raz pierwszy; kanapki z szynka na havanskich ulicach kosztuja obecnie 5 CUC - niezle przegiecie...; zdjecia moglyby byc odrobine lepsze, ale przeciez nie mozna miec wszystkiego:)
  32. zfiesz (10.01.2009 21:36) +1 + -
    danke szyn:-)
  33. ines_sol (10.01.2009 21:23) +3 + -
    Niesamowicie cudowna opowieść. Pochłonęłam ją jednym tchem. Dziękuję. Czytając tekst powróciłam myślami do tego pięknego miejsca na ziemi, które sprawiło, że złapałam dystans do świata, do ludzi, do życia, do siebie...
    "Nie wiem... Cos magicznego... zdecydowanie magicznego... jest w tych ulicach. Moze ten niewyobrazalny syf i zaniedbanie polaczone z calym bogactwem codziennego ulicznego zycia? Naprawde mozna tu zwolnic. Poczuc sie w innym swiecie. Zapomniec o wszystkim i cieszyc sie z tych kilku dni w roku, kiedy czlowiek moze wyrwac sie z pracy, domu, wszystkiego... i po prostu chlonac wszystkimi zmyslami otaczajacy swiat." - sama bym lepiej nie opisała tego, co czuję się snując się waskimi uliczkami Hawany :))
  34. chaobella (13.11.2008 11:55) +1 + -
    Swietny tekst - brawo za inspiracje praktyczne (juz nabywam zapas zapalniczek) i literackie (tutaj trwa polowanie w sieci).

zfiesz

Zwierz Meksykański
Punkty: 144024