Ładuję...

kolumber.pl


Castello Brandolini, w niedzielę latem 1976



Decydujący skok

Po trzech godzinach wołania podejmuję decyzję – to nie ma sensu. Muszę zdecydować się na skok… Serce kołacze, przerażenie ściska, nagły przypływ odwagi – skok – i jestem nareszcie na wymarzonej półce skalnej, po czym już zdecydowanie skaczę jeszcze niżej, i niżej, i niżej…

Nie minęło wiele, kiedy znalazłam się na brzegu strumienia. – Udało się! Teraz tylko kierować się biegiem strumienia, i zaraz będę w Castello! Najlepiej będzie, jeśli pójdę po prostu  korytem strumienia. Maszeruję tak po wodzie, jeszcze zipiąc po strasznych przeżyciach, kiedy raptem – dochodzę do wodospadu! Woda spada stromo w dół, nie ma mowy żeby tędy zejść.

Wychodzę więc na brzeg, wiem, że powyżej jest ścieżka a na grzbiecie druga, ta, po której szłam rano. Jednak kilka metrów nad brzegiem strumienia zaczynają się jakieś kolczaste zarośla, jeżyny, maliny czy ki czort. Nie da się przez nie przedrzeć, więc znów schodzę niżej. Brzeg strumienia jest bardzo stromy i trudno po nim iść, ale wyżej wciąż ciągną się te kolczaste krzaki, i posuwam się zygzakiem, to w dół to w górę, jak w matni…

Robi się coraz ciemniej, w końcu zapada ciemność. Teraz boję się zrobić krok bo nie wiem, czy mam przed sobą prostą drogę czy przepaść. Nie ma wyjścia, tu muszę przenocować. Wyciągam z plecaka foliowy płaszcz od deszczu, owijam się nim i kładę na murawie. Boję się żmij, przestrzegano nas przed nimi, dlatego próbuję się dobrze zakryć folią, jednak nie ma mowy o spaniu – strach, a także odgłosy robaczków tupiących po folii skutecznie mi to uniemożliwia.

Tak mija kilka długich godzin, podczas których usiłuję myśleć o tym, jak fantastyczne jest życie w Castello… 

Nie bać się, nie bać się, będzie dobrze! Myśl o Castello! ... Tak, żeby wejść do naszego pokoju, zwanego alkową (jest tam duże łoże na podwyższeniu, należące niegdyś do kogoś ważnego, oraz niżej trzy łóżka skromniejsze, prawdopodobnie służby - ja śpię na tym dużym, haha!) - a więc, żeby wejść ze schodów do naszego pokoju trzeba przejść najpierw przez ogromną jadalnię, nie potrafię określić ile to metrów, była ogromniasta, a następnie przez sypialnię, tak samo wielką. W sypialni stoją drewniane prycze zakonników - wiele, wiele pryczy w dwu rzędach. Kiedy wracam, zazwyczaj późną nocą po kolejnym naszym wieczornym posiedzeniu w jakiejś winiarni, trattorii, lokandzie, gdzie trenuję pracowicie język przy szklaneczce (czasem dwu) dobrego wina, zawsze mam problem... Światło zapala się przy wejściu, po stronie schodów. Jak zapalę, nie mam jak zgasić i potem się czepiają. Jak nie zapalę, idę w kompletnej ciemności - wolę jednak tak, po co mają się czepiać... Idę wymacując ręką stół, długi, długaśny, potem z niemałym trudem trafiam na drzwi do sypialni zakonnej, szukam pierwszej pryczy, idę, wymacując prycze. Wreszcie dochodzę do naszego pokoju. Niejeden raz wpadam na kogoś - to któraś z Japonek, zasnęła przy nauce... No tak, ja uczę się przy winie, one kują z podręcznika. Tylko że ja z każdym dniem potrafię więcej zrozumieć i powiedzieć, a Japończycy pięknie piszą, ale mówią... Panuje takie powiedzenie - nudzi ci się? To pogadaj z Japończykiem... Zdecydowanie wolę mój system nauki...

Przywołuję usilnie na myśl wspomnienia, ale rzeczywistość nie pozwala mi nawet na chwilę zapomnieć o sytuacji w jakiej się znalazłam...