Ładuję...

kolumber.pl


Castello Brandolini, w niedzielę latem 1976



AIUTO!!!

Schodzenie nigdy mi nie wychodzi, tylko wchodząc nigdy o tym nie pamiętam… Nie potrafię się odwrócić twarzą do ściany, stąd jestem w trudnej sytuacji – przytulam się do ściany plecami i próbuję powoli, krok po kroku zsuwać się w dół. To trwa jakiś czas, kiedy dochodzę do półki skalnej zawieszonej dość daleko od następnej, niższej. Nie sięgam tam nogą, boję się skoczyć. Trzymam się niewielkiego drzewka i nie wiem co robić. Kilka razy próbuję sięgnąć nogą do niższej skały, potem znów wycofuję się. Sytuacja jest patowa…

Jeżdżąc z rodzicami w Tatry słyszałam wielokrotnie opowiadania o tym, jak ściągano turystów z gór, pamiętam komentarze, wstyd. Potrzebuję pomocy, ale jak ją znaleźć? Trzeba byłoby zacząć wołać, ale wstyd… No dobrze, ale co mam zrobić? Kilka razy przymierzam się do skoku w dół, nie mogę się zdecydować, widzę w dole, daleko skały, wiem, że jeśli skacząc nie trafię na półkę skalną, mogę spaść i … No, dalej wolę nie myśleć.

Po długim czasie postanawiam zacząć wołać. AIUTO!!! Wołanie wychodzi z moich ust cichuteńko, żeby czasem nikt mnie nie usłyszał. Wstydzę się strasznie… Ale to nie ma sensu, jeśli wołać, to tak żeby usłyszeli, zaczynam więc wołać głośniej i głośniej… W pewnym momencie słyszę głosy. No, nareszcie, usłyszeli mnie, zaraz przyjdą… Może mi się uda i nie rozgłoszą tego, nie dotrze ta wiadomość do Castello… Co pewien czas wołam jeszcze, wciąż słyszę głosy gdzieś w dolinie. Mija godzina, druga. Głosy słychać, ale jakoś się nie przybliżają… Znów wołam głośniej…