Ajax Loader Ładuję ...

Majówka - wyprawa do wsi.



Bezdroża... 2008-07-22

Historia w gruncie rzeczy krótka i banalna. Zwykła wyprawa do najbliższej wsi oddalonej niespełna sześć kilometrów od miejsca, z którego wyruszyliśmy. Nie trwało to długo, ledwie kilka godzin. By rzecz właściwie opisać, należy zacząć od początku. Jako członkowie grupy odtworzeniowej, pasjonaci historii i militariów, będąc więzami przyjaźni spowici, spotykamy się kilka razy do roku. Wówczas, korzystając z każdej nadarzającej się okazji, jako zapaleni poszukiwacze przygód ruszamy im na przeciw. W maju tego roku gościliśmy całymi rodzinami u kolegi w okolicach Chełmna. Ponieważ był to kolejny dzień nawały jaką mu zgotowaliśmy, zapasy żywności kurczyły się w oczach. Zgłosiła się większa niż to było potrzebne grupa śmiałków, którzy zgodzili się wyruszyć na nudną z pozoru wyprawę do wsi. Kucharz skreślił listę produktów niezbędnych do uwarzenia grochówki i kapuśniaku po czym wyruszyliśmy do gospodarza. Był to piękny majowy dzień a droga do wsi nazbyt krótka. Od słowa do słowa, uznając, że okolica jest nam już dobrze znana, postanowiliśmy podróż co nieco ubarwić. Zjechaliśmy z drogi w miejscu gdzie ktoś już kiedyś jechał lecz było to dawno i raczej przypadkiem. Nikt nie wiedział gdzie dojedziemy, co przed nami ale im dalej jechaliśmy tym większe emocje nam towarzyszyły. Z każdym pokonanym metrem do naszej świadomości docierało, że jedziemy donikąd a ślad po szlaku niegdyś wytyczonym dawno gdzieś się urwał. I o to w gruncie rzeczy chodziło – przygoda i sprawdzenie kilkudziesięcioletnich pojazdów. Wszystko było dobrze do czasu gdy jedna z maszyn ugrzęzła i trzeba było się zatrzymać. Po chwili kontynuowaliśmy przejażdżkę ale było coraz gorzej. Brnąc w nieznane coraz częściej zmuszani byliśmy do bezpośredniego kontaktu z błotem i wodą zalegającą w kałużach. Wypychając po raz kolejny auta z błota ktoś zauważył, że nasza wyprawa do wsi po zaopatrzenie trwa już nieco zbyt długo a w obozie kuchmistrz z pewnością rozpala pod kuchnią polową. Okazało się, że czas to nie jedyny problem przed którym stajemy. Kolejnym i poważniejszym okazał się brak pomysłu jak wrócić. Nikt nie wiedział gdzie jesteśmy. Za nami szmat ciężkiej drogi i miejsca, których ponownie pokonywać nikt z nas nie chciał. Postanowiliśmy kontynuować jazdę przed siebie. Po godzinie wypatrzyliśmy starą polną drogę biegnącą wzdłuż imponującego wzniesienia. Udało nam się do niej dotrzeć i po krótkim czasie wspięliśmy się na szczyt. Warto było! Widoki przepiękne, przegląd okolicy aż po horyzont. Ustaliliśmy pozycję w oddali znajdując znajome dachy wsi, do której zmierzaliśmy. Byliśmy daleko od celu. Brudni, zmęczeni, głodni ale zadowoleni! Nawet pięcioletnia Majka, która była bohaterką załączonych zdjęć nie ukrywała radości z tak spędzonego dnia. Nie przyszło mi do głowy by udokumentować tę wyprawę większą ilością zdjęć. Rzecz to przecież zwykła brnąć w błocie po bezdrożach... Szczerze powiedziawszy, sądziłem, jak i pozostali, że w pół godziny uporamy się z drogą i po godzinie wrócimy do obozu z wozami wypełnionymi zapasami. Droga powrotna zajęła nam półtorej godziny. Polnymi drogami, po których znów przyszło nam błądzić dotarliśmy do wsi budząc zainteresowanie Burków i Azorów oraz mieszkańców, których nasz widok zdawać by się mogło dziwić już nie powinien. Obiad był na kolację a kolejna tego dnia wyprawa nad Wisłę, znanymi nam już dobrze drogami zakończyła się podziwianiem zachodu słońca.Więcej zdjęć z samej majówki wykonał reporter Gazety Pomorskiej i załączył w artykule zatytułowanym: Majówka ze zwolnioną z aresztu siedmiotonową "jaszczurką" - www.pomorska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080505/REGION/50106265  oraz http://www.pomorska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080510/REPORTAZ/802937517&SearchID=73324633714401