Ładuję...

kolumber.pl


HUmmerem po HAmeryce, czyli Southwest 2008



Page

 Page to świetny punkt wypadowy. W okolicy tego miasta jest wiele atrakcji. Dla nas, na trzy dni, miało stać się bazą. Po raz trzeci wybraliśmy hotel Best Western at Lake Powell. Znałem go z wcześniejszych wizyt i uważam, że gwarantuje dobry standard i co rzadkie w Stanach, małe śniadanko.

 Po drodze do miasta znajduje się znany punkt widokowy - HorseShoe Bend. Piękna podkowa, którą tworzy przełom rzeki Kolorado, za każdym razem zdumiewa i zachwyca. Takie rzeczy są na świecie! Postanowiliśmy przed hotelem zajrzeć na zachód Słońca. Było warto.

 Ale nie jest łatwo zrobić dobre zdjęcie kiedy Słońce pełną mocą świeci ci bezpośrednio w obiektyw. Najlepiej kiedy niebo jest pokryte chmurami. Lepiej wtedy można zmierzyć światło i wykonać prawidłową ekspozycję. Filtry połówkowe pomagają w zrównoważeniu jasności kadru. To co bardzo ciemne w kadrze pozostaje ciemne, a zbyt jasne fragmenty (zazwyczaj powyżej linii horyzontu) robią się odrobinę ciemniejsze. Całość nie ma tak dużej rozpiętości ekspozycji i łatwiej może być zarejestrowana przez czujnik aparatu. Dobrą ilustracją tego problemu jest link.

 Pierwsze zdjęcia zakończyły się sukcesem połowicznym. Odnotowaliśmy poważną stratę w wyposażeniu. W przepaść poleciał jeden z cennych filtrów polaryzacyjnych. Zaciął się drań na gwincie obiektywu i gwałtowny ruch przy próbie odkręcenia spowodował upadek. Brak wprawy w obsłudze zemścił się. Na przyszłość trzeba bardziej uważać.

Jedna z dołączonych fotek jest z tego momentu. 

 W hotelu, tym razem na mnie, w recepcji oczekiwała przesyłka z Amazona. Nie od razu dostałem wszystkie moje sprawunki. Według systemu internetowego sprzedawcy ktoś je w hotelu odebrał, ale nikt w recepcji nie wiedział gdzie to jest! Dziwne! Ich kręcenie okazało się uzasadnione. Paczka się znalazła, ale była kompletnie otwarta!!!

Tylko, że sprawa działa się w Stanach, a nie w Polsce - nic nie zginęło! Proszę - można.

 

Wave 

 Następnego dnia zerwaliśmy się wcześnie. Czekała na nas wspaniała fala. Miejsce wymarzone. Szybkie śniadanko. Tościki z dżemikiem, pyszny twarożek z foremki, po jabłku w kieszeń i do samochodu. Sprzęt foto w gotowości. Zdążyłem wieczorem zmienić głowicę w statywie na kulową. Przyszła w paczce ze sklepu internetowego. Trochę wygodniejsza w użyciu niż trójosiowa z trzema pokrętłami.

 Przejechaliśmy tamę na rzece Kolorado, według mapy do miejsca skrętu było jakieś 50 mil. Pilnujemy słupków milowych, mostek, wreszcie zjazd. Jedziemy żwirówką. Kurzy się jak diabli. Mamy jakieś 30 mil/h, a jakiś idiota jeszcze wyprzedza. Niech jedzie.

 Na parkingu małe przebieranko. Zakładam moje nowe skarpety i buciki trekingowe. Czeka nas 6 mil szlaku do Wave i poźniej powrót. Mały plecak z jedzeniem i piciem na plecy, Offtrail z aparatem z przodu, statyw na ramię i idziemy.

 Zarząd dziczy (wilderness) zrobił mapę dla odwiedzających z zaznaczonymi miejscami i zdjęciami formacji skalnych na trasie do wąwozu gdyby ktoś nie miał GPSa. Mapa topograficzna jest lepsza w pewnym sensie od nawigacji elektronicznej - możesz wcześniej zobaczyć ostre zejście i wybrać trochę łagodniejszą trasę.

 Idziemy najpierw szlakiem po znakach. Dochodzimy do metalowej skrzynki, otwieramy i wpisujemy swoje dane do zeszytu. Wszystko na wypadek gdybyśmy, tfuuu! zaginęli.

 Po wyjściu na płaskowyż znaki znikają (żadnych śladów ludzkich) i idziemy według nawigacji i obrazków. Miejscami jest sporo piachu. W ciężkich butach grzęźniemy, ale szkoda czasu.

 Trasa do celu zajęła jakieś 3 godziny. Inni już tam byli. Dziennie tylko 20 osób - 10 z loterii (jak my) i 10 według reguły: kto pierwszy ten lepszy. Pozwolenia (takie winietki) trzeba mieć na widocznym miejscu, żeby ranger mógł przez lornetkę ocenić, czy jesteś tu legalnie. Jeśli nie - kara. W Stanach wiele reguł jest jasnych. Prawo cię dopadnie i wyegzekwuje należność. W ten sposób np. przy pustynnych drogach nie ma śmieci. Nigdy nie wiesz, czy ktoś cię nie obserwuje.

 Gardziel wąwozu powitała nas wspaniałym pasiakiem z piaskowca. Super! Rozstawiłem statyw i pstrykam, Krzysztof poszedł trochę dalej. Mamy czas, cały dzień.

 Wybierając się do Stanów liczyliśmy się z wieloma czynnikami mającymi wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. W REI w Phoenix nawet przez moment chcieliśmy zakupić snake kit - taki zestaw na wypadek pogryzienia przez jadowitego węża. Wiedzieliśmy, że może być zimno, że z pewnością na wiosnę poziom wody w strumieniach jest wyższy (zaopatrzyliśmy się w buty do chodzenia po wodzie - mój patent to kaloszki windsurfingowe) i wiedzieliśmy, że Słońce na pustyni daje się we znaki. Mieliśmy czapki z daszkiem, ale nie chroniły one uszu, a my na dodatek nie wzięliśmy kremu ochronnego. Cały dzień przebywania z odkrytymi partiami ciała: rękami, szyją oraz uszami mieliśmy odczuwać przez następne kilka dni. No tak nas strzaskało - na amen! Ludzie, jak idziecie w taki teren to nakrycie głowy musi chronić całą głowę i kark!

 Wraz z upływającymi godzinami zmienialiśmy miejsca zdjęciowe. Naprawdę powierzchnia jaką zajmuje Wave nie jest wielka. Ale punktów widzenia tych wspaniałych krzywizn skalnych jest tyle ilu obserwatorów i ich chęci. Aparat możesz ustawić wyżej, ponad powierzchnią lub bardzo jej blisko. Wymaga to również przybrania pozycji leżącej, rozkładania nóg statywu szeroko do zdjęć z tzw. "żabiej" perspektywy. Obiektyw śledzi bieg kolorowych pasm wzdłuż, w poprzek. Wybieramy duże wielkości przesłony, żeby uzyskać duża głębię ostrości. Robimy wiele ujęć - dubletów oraz z różną ekspozycją. Lustrzanki umożliwiją robie zdjęć w tzw. bracketingu. Jedna klatka jest rejestrowana tak jak światłomierz aparatu uznał za prawidłowo, dwie następne trochę niedoświetloną i prześwietloną. Jest to asekuracja na wypadek nietrafienia z właściwymi parametrami. Dodatkowo istnieją programy, które potrafią z takiej sekwencji klatek robić zdjęcia HDR - o dużej rozpiętości tonalnej.

 Brak pośpiechu jest wskazany. Można skupić się nad kompozycją kadru, liniami podziału klatki, rejestracją detali i planów ogólnych. Na to wszystko nakłada się wykorzystanie filtrów, o których już wcześniej wspominałem. Balans bieli należy ustawić najlepiej nie na auto - na światło dzienne lub cień lub chmury, albo według ustawienia własnego - zmierzonego na wzorcowej szarości. Elektronika aparatu nie będzie miała dodatkowego utrudnienia. Również z przyczyn praktycznych najlepiej jest zapisywać zdjęcia w formacie RAW. Po powrocie, w domu, w cyfrowej ciemni niektóre zdjęcia będziemy mogli trochę polepszyć. Szczególnie jeśli chodzi o balans bieli, ostrość, kontrast i jasność oraz kolory.

 Po kilku godzinach, po jedzeniu i napawaniu oczu ostatnim widokiem, z pełnymi kartami flash w aparatach postanowiliśmy wyruszyć w drogę powrotną. Po przejściu kilometra zacząłem odczuwać jedno kolano. Miałem już takie przypadki wcześniej.

 Przed wyprawą jednym z elementów przygotowań był trening organizmu. Krzysztofowi jest odrobinę łatwiej. Regularnie biega i jest parę lat młodszy. Ja mam parę zbędnych kilogramów i mniej się ruszam. Postanowiłem wykorzystać efektywniej przyrząd Ketlera, który stoi w naszej sypialni. Ogólnie poprawiłem kondycję, ale w terenie, pod obciążeniem plecaka i po przedpołudniowym marszu ból dał o sobie znać. Na wszelki wypadek miałem ze sobą bandaże elastyczne i opaski na stawy (apteczka z takim wyposażeniem jest potrzebna). Zakręciłem staw kolanowy i usztywniony szedłem dalej. Na parkingu zapakowaliśmy dobytek do samochodu i wróciliśmy do hotelu do Page. Po drodze zatrzymaliśmy się na mały rekonesans na jednym z punktów widokowych ze wspaniałym widokiem na Jezioro Pawella.

 

Antelope Canyon

 Na drugi dzień kolano już nie bolało i praktycznie to był jedyny raz kiedy w czasie całego wyjazdu miałem z nim kłopot. Ten dzień zaplanowaliśmy na zdjęcia w najbardziej znanym kanionie szczelinowym - Kanionie Antylopy.

 Miały być dwie sesje: wcześnie rano w dolnej części kanionu oraz od godziny 11.00 w jego górnej części na specjalnej wycieczce fotograficznej. Upper Antelope Canyon słynie z tego, że przez wiele miesięcy w roku: od kwietnia do października w godzinach bliskich 12.00 w południe do dna szczeliny skalnej docierają promienie słoneczne. Tak jakby ktoś laserem przecinał ciemności.

 A zatem udaliśmy się do miejsca, gdzie po zakupieniu biletów schodzi się w głąb ziemi.  Po piaszczystej wydmie dochodzi się do szczeliny. trzeba się schylić, wcisnąć pomiędzy skały i potem czekają metalowe drabinki. Pojawiły się metalowe po tym jak w 1997 utonęło w wyniku powodzi 12 osób. Kaniony szczelinowe mogą być niebezpieczne. Opady deszczu kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów od takiej szczeliny mogą objawić się w postaci rwącego strumienia płynącego pod powierzchnią ziemi. To co podziwiamy błądząc w załomach korytarza przez tysiące lat wyżłobiła w skale woda. Wąskie przejście i nagłe przybranie o kilka metrów wody staje się pułapką bez wyjścia. Organizatorzy wycieczek przypominają o zachowaniu reguł bezpieczeństwa.

 W dolnym kanionie wcześniej nie byłem. Krzysztof tak. Zeszliśmy pod powierzchnię jak do paszczy olbrzymiego potwora. Podobieństwo jest całkiem dobre - im dalej idziesz tym bardziej masz wrażenie, że poruszasz się wewnątrz przewodu pokarmowego. Korytarz jest jeden, czasem szerszy, czasem zwęża się tak, że trudno postawić nogę, bo but zakleszcza się w skałach. I te pofałdowane i powykręcane skały.

 Nie byliśmy jedynymi fotografującymi. Z przodu i z tyłu dobiegały nas stłumione głosy. Jest takie niepisane prawo, że ludzie nie wchodzą sobie w obiektyw. Trzeba być świadomym tego, że kadr naświetla się zdecydowanie dłużej niż zwykle w pełnym słońcu. Dobrze jest zapytać, czy można przejść. Czas biegł bardzo szybko. Musieliśmy niestety wychodzić. Pozostał pewien niedosyt - na następny raz.

W części górnej mieliśmy zarezerwowaną specjalną wycieczkę dla fotografów. 

Obie części kanionu leżą na ziemi indian Navajo i oni organizują wycieczki. Biur jest kilka:

  1. Navajotours

  2. Antelopecanyon

Już dwa razy uczestniczyłem w photo tour prowadzonym przez to drugie. Zabierają oni uczestników sprzed swoich siedzib w centrum Page. Musieliśmy wrócić do miasta, zostawić samochód przed biurem i zabrać się z resztą grupy.

 Jazda do kanionu nie jest długa. Słońce przypala odkryte części ciała. Podróżuje się na pace samochodu pod brezentowym daszkiem. Są dwie ławki wzdłuż skrzyni z pasami bezpieczeństwa na parę :) Pojazd ma wysokie terenowe koła. Po zjechaniu z asfaltu kurzy się jak diabli. Wszyscy kurczowo trzymają swój sprzęt: aparaty w obawie przed pyłem zakryte i statywy żeby nie spadły pod koła.

 Jednego nie wzięliśmy pod uwagę planując Antelope - dnia tygodnia. Akurat była sobota. Tych photo tourów było chyba cztery. I najazd Hunów. To znaczy narodowości różnej maści. Japończyków ze swoimi malutkimi... i Francuzów i Niemców - no cały świat. Wszyscy tak ogłupieni wkradającym się w zakamarki kanionu światłem, tymi laserowymi promieniami, że zrobienie zdjęcia na statywie to był wyczyn. Doświadczenie z poprzedniego razu nie do końca się przydało. Ruchem trzeba było kierować samemu. Pilnować statywu, ostrzegać: Just one moment please!!! Nasz przewodnik zagubił się w tłumie. Zresztą dziwię się jak mnie zapamiętał i potem odnalazł w mroku. Po upływie czasu naszej wycieczki (jakieś dwie godziny w szczelinie) cała grupa czekała na mnie w upale gotowa do wyjazdu. Zapakowana na samochód, a ja dalej robiłem zdjęcia. Zrobiło się luźniej i korzystałem z okazji kiedy można było. Krzysiek musiał się przyznać, że jesteśmy razem. No cóż, świecił oczami za mnie. Jak już wdrapywałem się po stopniach na ławeczkę wszyscy zmierzyli mnie wściekłym wzrokiem od góry do dołu:

   - You could have watched the time!

   - Well, I'm very sorry, I'm apologize to all of you.

Nic dziwnego, w brzuchach burczało, bo to pora obiadu :)

Byłem dumny ze swojego łupu. W tych warunkach - szczególnie!

 

c.d.n.