Ładuję...

kolumber.pl


Huayna Potosi - nasz pierwszy sześciotysięcznik 2009-02-06


Już w Ekwadorze zaczęło nas korcić, aby wybrać się na jakąś większą górę. Jednak baliśmy się, że nie damy rady - że będzie za wysoko, że nie mamy odpowiedniej aklimatyzacji, że za słabo u nas z kondycją. Później była Cordillera Blanca w Peru i trek Santa Cruz – wysokość nam nie dokuczała, a i na kondycję nie mogliśmy narzekać. Dlatego będąc w La Paz postanowiliśmy wspiąć się na Huayna Potosi (6.088 m n.p.m.) – podobno jeden z łatwiejszych sześciotysięczników w Boliwii.
Zaczynamy od znalezienia odpowiedniej agencji – najlepiej dobrej i niedrogiej. Nie jest to łatwe, bo tak jak zjazd drogą śmierci, tak i wejście na szczyt Huayna Potosi jest w ofercie praktycznie każdej agencji. Po paru godzinach wybieramy Travel Tracks – są stosunkowo tani (biorąc pod uwagę inne agencje), a do tego rekomendowani przez Lonely Planet. Musi zdecydować czy jedziemy na dwa czy na trzy dni – dłuższy wariant zawiera jednodniową praktykę na lodowcu. Decydujemy się na tańszą, dwudniową opcję. Teraz pozostaje wybrać buty – twarde plastikowe skorupy i resztę sprzętu - to, czego nie mamy pożyczą nam w agencji – nieprzemakalne spodnie, czekany, raki, druga czołówka, drugi śpiwór (ja mam za cienki). Następnego dnia wyjeżdżamy o godz. 9 – góra leży w odległości godziny drogi od stolicy. Dojeżdżamy na wysokość 4.700 m n.p.m – rzadko gdzie można podjechać taksówką prawie na wysokość Mont Blanc :-) Rozpoczynamy trzygodzinne podejście (z cały ekwipunkiem) do schroniska, które położone jest na wysokości 5.130 m n.p.m. Plecaki są okropnie ciężkie, a tu nie ma osiołków, które mogłyby pomóc nam je dźwigać. W końcu docieramy do celu; jest ładna pogoda, przed nami rozpościera się przepiękny widok na położoną w dole dolinę, widać też szczyt – robi wrażenie – wydaje się ogromny! Parę osób jest już w schronisku – śpią. Nam nie chce się spać, jest dopiero godz. 14. Zakładamy sprzęt i idziemy z przewodnikiem na lodowiec poćwiczyć – nigdy wcześniej nie chodziliśmy w rakach, nie używaliśmy też czekanów. Aby dojść do lodowca musimy przejść kamienisty fragment szlaku – w twardych butach jest to nie lada gimnastyka. Nasz przewodnik szedł w takich butach przez całą drogę do schroniska! Na całe szczęście chodzenie w rakach po lodowcu okazuje się dość proste. Resztę dnia spędzamy wylegując się na słońcu i podziwiając ośnieżone szczyty gór.
Po kolacji, o godz. 17 idziemy się położyć. Podejście na szczyt zaczniemy o 1 w nocy (o godz. 12 jest pobudka), więc trzeba się trochę przespać. Nie możemy spać, godziny ciągną się w nieskończoność, grobową ciszę przerywają tylko szeleszczenia śpiworów, sen nie nadchodzi, w głowie kotłują się myśli…Prawie ‘całą noc’ spędzamy starając się zasnąć. Około godz. 22 zaczyna się błyskać i grzmieć – burza…i cały entuzjazm opada - przy takiej pogodzie pewnie nie pójdziemy na szczyt. Po dwóch godzinach burza odchodzi, zamiast niej pada śnieg. Nasz przewodnik przychodzi nas obudzić (i tak nie śpimy); jemy niewielkie śniadanie i około godz. 1.00 wychodzimy. Na zewnątrz nic nie widać – jest ciemno, nie ma gwiazd i wciąż sypie. Dochodzimy do lodowca, zakładamy raki i wiążemy się liną – przewodnik idzie pierwszy, potem Magda, a na końcu ja. Zaczynamy podejście, do szczytu mamy jakieś 6 godzin i ponad 950 metrów przewyższenia. W świetle czołówki widać tylko niekończący się szlak, który wije się cały czas stromo pod górę. Na początku jest nam gorąco, potem przestaje padać i robi się coraz zimniej; śnieg, który stopił się na nas pozamarzał. Teraz droga prowadzi granią, snop światła z latarki po obu stronach ścieżki napotyka na bezkresną ciemność. Po paru godzinach drogi daje znać o sobie wysokość, brak snu i zmęczenie – każdy kolejny krok robi się coraz cięższy, w głowie pojawia się myśl: ‘po co się tu pcham?’. Nie mamy wody, zamarzła nam w rurce od camelbaka. W końcu zaczyna świtać – to dodaje nam otuchy, pojawiają się zarysy gór, odsłania się szczyt i widzimy, że już niedaleko. O świcie widoki są niesamowite – nierealne, jednak my jesteśmy zbyt zmęczeni i zmarznięci, żeby sięgnąć po aparat, rejestrujemy je w pamięci. Dotarliśmy! Jesteśmy na szczycie! Udało się pokonać 6.000 m! Niestety znowu się zachmurzyło i kompletnie nic nie widać. Schodzimy trochę niżej, odpoczywamy, chmury się rozchodzą, robimy parę zdjęć i ruszamy z powrotem do schroniska. Teraz dopiero widzimy, iż wąska ścieżka, którą wspinaliśmy się na szczyt prowadziła wśród lodowych szczelin. Nasz przewodnik idzie ostatni, żeby w razie, czego móc nas utrzymać na linie. Do schroniska docieramy kompletnie wyczerpani, ale szczęśliwi – zrobiliśmy to! Za parę godzin będziemy w hotelu, w wygodnym łóżku. Podejście na Huayna Potosi było jedną z najbardziej wyczerpujących rzeczy, jak zdarzyło nam się zrobić, ale było warto!
Zapraszamy na naszą stronę www.jedziemydookola.pl