Ładuję...

kolumber.pl


Nowa Zelandia - nasze tam i z powrotem w 2 tygodnie Cz.2



09.02.2017 – wylot

Jest po drugiej w nocy, żona (ksywa na takich wyjazdach: pilot-nawigator) śpi w najlepsze, a ja klnę w duchu na czym świat stoi.

Z różnych względów kierowcy na polskich „blachach” nie wzbudzają przyjaznych uczuć w czeskich policjantach (i podobno w drugą stronę też to słabo działa…). Z tego też powodu przed wyjazdem sprawdziłem, jakie jest obowiązkowe wyposażenie auta w Czecha – mam zapasowe żarówki, kamizelkę w schowku itp.

Nie mam winiety, bo zakładałem, że przed Libercem, gdzie zaczyna się droga płatna, gdzieś ją kupię.

Ale niestety – wszystkie mijane od samej granicy stacje benzynowe są zamknięte na głucho. No nic – jadę dalej, wjeżdżam na trasę szybkiego ruchu i dopiero tu jest otwarta stacja.

Szybka kawa, baton, winieta na szybę i jazda. W Pradze jesteśmy o 4 rano. Nawigujemy spokojnie na lotnisko nie przekraczając 50km/h – mimo, że kraj jest mniejszy od nas jakieś 3 razy, to radarów mają sporo więcej.

PRAGA

Odprawiamy się szybko. Przy okazji Pani, która nas odprawia potwierdza, że bagaż tu nadany będę odbierał dopiero na lotnisku docelowym, a nie na pośrednich. Wcześniej nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na to pytanie :-)

FRANKFURT

Jemy jakieś szybkie śniadanie. Przylecieliśmy na Terminal 1 i wylot też mamy z Terminalu 1, więc powinna być bułka z masłem. Ale nie jest… Albo plan, który mam przed oczyma kłamie, albo kiepsko ze mną, bo nijak nie mogę się zorientować dokąd teraz…

Z pomocą obsługi łapię ogólny kierunek i maszerujemy – tak koło 30 minut. I mimo, że jest jeszcze prawie godzina do odlotu, to już nas obsługa z Singapore Airlines wywoływała!

Tu mała dygresja – wywoływał nas pan po niemiecku i angielsku, a nazwisko mamy takie, że nie mieliśmy szans się zorientować – dopiero jak usłyszałem imiona dziewczyn, to złapałem, że to chyba o nas.

Po jednej stronie szyby mam stanowisko do obsługi A-380 (właśnie go ładują – bardzo sprawnie to idzie), a 90 stopni w lewo zwykłe czyli dla A-320. Nie ma tego jak pokazać na zdjęciu, ale różnica wymiarów jest ogromna -  ten drugi wygląda jak zabawka.

Zajmujemy miejsca. Przed nami 12 godzin lotu. Obsługa w strojach „na galowo” – Panowie w garniturach, a Panie w stylowych spódnicach do kostek i dobranych do tego kurtkach z rękawem ¾, rozdaje poduszki, koce, skarpetki bezuciskowe (bardzo fajny patent) i menu. Przed posiłkiem dostaniemy jeszcze gorące ręczniczki dla odświeżenia.

Dziewczyny oglądają filmy, a ja większość lotu przesypiam zapełniając przy okazji chusteczki. Jest mi ciężko i bolą uszy bo przez katar mam kłopot z wyrównaniem ciśnienia, ale przynajmniej nie zjadają mnie nerwy czy wszystko się uda.

Dostajemy „obiad” i „kolację” – bardzo smaczne! Lot mija szybko i około 6 rano samolot zaczyna podejście do lądowania.

Jest jeszcze ciemno, ale wyglądam przez szybę i widzę iskry! Chwilę trwa zanim się orientuję, że z samolotem wszystko OK., a „iskrami” są STATKI!! Widzę statki w Cieśninie Singapurskiej, ale w zasięgu wzroku mam nie dziesiątki, ale dosłownie setki statków. Widok piękny, niespodziewany i przez to tym bardziej niesamowity.