Ładuję...

kolumber.pl


Nowa Zelandia - nasze tam i z powrotem w 2 tygodnie Cz.2



24.02.2017 – dzień 14 czyli duży odlot

24.02.2017 – dzień 14 czyli duży odlot

Spaliśmy prawie cały lot (10,5 godziny) zmęczeni wcześniejszymi przygodami. Ale dzięki różnicy czasu jest dopiero 7 rano, a następny lot mamy dopiero około 14tej. Trzeba to jakoś wykorzystać!

Trzeba przyznać, że linie Singapore Airlines mają sporo pomysłów, żeby ich pasażer poczuł się dopieszczony. Jednym z nich jest np. wycieczka po mieście dostępna dla wszystkich, których przesiadka jest na tyle długa (minimum 6 godzin), iż pozwala na załatwienie formalności i zostaje jeszcze zapas na ewentualne korki. Znajduję stoisko „Free Singapore Tour” gdzie można się zapisać.

Dostajemy przewodniczkę, która po wojskowemu formuje grupę i informuje, że za narkotyki (przemyt, posiadanie) grozi śmierć.

Jeszcze tylko wypełniamy deklarację wjazdową, patrzymy w obiektyw jakiejś maszyny (skanuje nam siatkówkę czy co?) i autobusem ruszamy w miasto.

Po drodze przewodniczka mniej więcej tyle samo czasu poświęca opowiadaniu ciekawostek o Państwie-Mieście co i różnym zakazom. Dowiadujemy się, że po autobusie chodzić nie wolno, wstawać nie wolno, robić zdjęć mieszkańcom nie wolno (to akurat, w przeciwieństwie do wcześniejszych zakazów rozumiem bardzo dobrze).

A ponieważ atrakcje na trasie są to z lewej, to z prawej, przewodniczka doradza, żeby w miarę możliwości pary siadały po przeciwnych stronach! Ewentualnie ona może na prośbę turysty zrobić zdjęcie, bo pamiętacie? – wstawać nie wolno.

Miasto z okien autobusu wygląda na zadbane i z dobrą komunikacją drogową, ale aut też jest sporo. Pewnie w godzinach szczytu szybciej przemieszczać się metrem…

Pierwszy przystanek – Marina Bay. Przewodniczka wyciąga tekturowy przedszkolny zegarek do nauki godzin i kilkukrotnie ustnie i pokazując na zegarku informuje, że odjazd jest za 20 minut.

Niebo jest całe w chmurach, wilgoć wisi w powietrzu. Jest duszno. Merlion będący symbolem miasta jest zasłonięty rusztowaniami, bo trwa remont, chociaż i tak trudno by nam było do niego zdążyć w wyznaczonym czasie. Próbujemy więc uchwycić chociaż najbliższe otoczenie.

Jesteśmy punktualnie, bo przewodniczka nie wygląda na osobę rzucającą słowa na wiatr. I faktycznie! Równo po 20 minutach każe kierowcy ruszać, mimo, iż brakuje dwóch Hindusów i ona to wie. Robi się nerwowo, bo zaginieni w akcji Hindusi byli/są częścią większej grupy i ich koledzy protestują. Na darmo, bo jednak ruszamy!!

Szczęśliwie, zanim kierowca zdążył włączyć się do ruchu, widzimy jak biegną przerażeni przez trawnik (nie wiemy czy jest za to jakaś kara, ale wybrali mniejsze zło – większe siedzi z nami w busie :-).

Później jest jeszcze tylko jeden przystanek – w teorii na zakupy, tylko tu gdzie stajemy praktycznie nie ma sklepów. Chyba, że ktoś chce dywan…

Resztę wycieczki odbywamy bez wychodzenia z busa, także przepraszam za jakość zdjęć – większość jest robiona przez szybę.

Widać, że to jest ciekawe miasto i w innych okolicznościach pewnie mielibyśmy ochotę na więcej, ale paradoksalnie – mimo, że na koniec dostajemy po torbie „Welcome again” – to nie czujemy się zachęceni do przyjazdu, a wręcz przeciwnie. Zapachniało państwem policyjnym i sądząc po reakcjach pasażerów, nie jest to tylko nasze odczucie.

Nad lotem z Singapuru do Frankfurtu nie będę się rozpisywał – było tak samo jak w tą stronę, tylko jeszcze dłużej. A ponieważ jeszcze przed startem przez miasto przewala się olbrzymia burza, to startujemy z opóźnieniem.

To opóźnienie powoduje, że mamy diabelnie mało czasu na przesiadkę we Frankfurcie - zamiast godzina piętnaście zostaje nam 50 minut. Wygląda, że trzeba będzie biec, żeby zdążyć na lot do Pragi.

I tu czas na słynne niemieckie „ordnung muss sein”. Takich „przesiadkowych” pasażerów jak my jest więcej i specjalnie dla nich przy wyjściu z samolotu czeka pracownik, który uzbrojony jest w dwie tabliczki. Dzięki pierwszej, z napisem PRAHA szybko nas wyławia z tłumu. Druga, dużo mniejsza, jest identyfikatorem kontroli dostępu pozwalającym na poprowadzenie nas jakimiś skrótami typu: „trzeci korytarz w lewo, na piętro, 1200 metrów meleksem przez jakiś parking, siódme drzwi w prawo”.

Zdążyliśmy.

Potem lot do Pragi. Odnajdujemy nasze auto na parkingu i o 23 ruszamy do domu. Martwiłem się o pogodę po przylocie, ale noc w miarę ciepła. Po polskiej stronie aż za bardzo, bo para wodna osadza się na asfalcie z zamarza. Na koniec, po przeleceniu połowy Świata stoimy dwie godziny w korku na obwodnicy Wrocławia.

Około 4 nad ranem jesteśmy wreszcie w DOMU. Ufff…