Ładuję...

kolumber.pl


Maroko cz.3



Fez

W  Fez byliśmy trzy razy.

       Do Maroko wylatywaliśmy z Bergamo.Nocowalismy w Sirmione i objechaliśmy Jezioro Garda w dniu wylotu. Zostawilismy samochod na płatnym parkingu.Na lotnisku okazalo się,ze nasz samolot do Fez wlasnie odlatuje i odprawa się skończyła. Mareczkowi godzina wylotu pomylila  się z godzina powrotu.Musielismy kupic nowy bilet na nastepny dzien,ale już do Casablanki,bo miejsca do Fez były wolne dopiero za tydzień. Zdziwienie pana z parkingu,który po nas przyjechal,a godzinę wcześniej przywoził, było bezcenne.Wrocilismy do Sirmione i tam nocowaliśmy.Ze względu na wystawe EXPO w Mediolanie nie było wolnego miejsca w hotelach w Bergamo.

   Nastepnego dnia już ze sporym wyprzedzeniem byliśmy na lotnisku. Samolotem afrykańskich linii lotniczych , Air Arabia, wylecieliśmy do Casablanki.Tuż po starcie usłyszeliśmy słowa Allah Akbar i trochę dziwnie się poczuliśmy.  W samolocie zastanawialiśmy się,czyją winą była ta pomylka,bo Marek za nic nie chciał przyjąć tego na klate i uzgodniliśmy,ze to wina Tuska!Pomylka kosztowala nas 260 euro.  

    Bez przeszkód dolatujemy do Casablanki.Jest ciepło i przyjemnie.Tu kupujemy bilety na pociąg,trzeba się jakoś dostać do Fez.Za dwie osoby płacimy 250 Dirhamów,czyli 25 euro za pierwsza klasę.Bardzo tanio.W Casa Voyager przesiadamy się i mkniemy z zawrotną momentami prędkością,170 km na godzinę. Mamy przed sobą ponad 400 km do pokonania.Trzeba przyznać,że pociąg był zaskoczeniem,w miarę czysty,wygodny i szybki.Nie byl to jakiś pendolino,stary skład jak u nas za czasów PRL.Trasa po drodze widowiskowa,ale ilość śmieci obok torów kolejowych,przerażająca.Zwłaszcza wyjeżdżając z Casablanki widok był szokujący.W  Fez mamy zarezerwowany hotel i samochod.

    Poznajemy w przedziale młodego mężczyznę w garniturku,słysząc język polski ,oczywiście zwietrzył okazję.Turyści to przecież złoty interes.Abdul pracował w biurze turystycznym w Fez.Zaczął wymieniać nam wszystkie atrakcje miasta,załatwił przewodnika na następny dzień po medynie i taksówkarza,który miał nas odwieźć ze stacji kolejowej do hotelu.Dał nam też wizytówkę i  namiary na dobrą restaurację.   Byliśmy zachwyceni jego gościnnoscią i uprzejmością.Pomyśleliśmy,że jeżeli wszyscy Marokańczycy są tacy,to spędzimy fajny urlop w fajnym kraju.

  Po pięciu godzinach dojechaliśmy do Fez.Była 21.00 i zapadała noc.Przed dużym budynkiem dworca czekał na nas kierowca wypasionej taksówki.Jakieś dywany w środku,zasłonki i złote klamki.Jazda po zatłoczonych ulicach wśród klaksonów i jazgotu sprowadziła nas na ziemię. Jesteśmy w Maroko.

     Zatrzymujemy się obok sklepu typu Carrefour i  odkrywamy w podziemiach miejsce zwane  Alcool Cave,gdzie można kupić alkohol.   W Maroko jest wiele tego typu sklepów,ale nie we wszystkich dostanie się alkohol,w drugiej wielkiej sieci Marjanne alkoholu nie ma.Kupić alkohol poza większymi miastami jest samemu bardzo trudno.Są to nieraz nieoznakowane baraki,o których wiedzą tylko miejscowi,a i tak nie powiedzą.Łatwiej tu o zioło.

   Tymczasem w Carrefour kupujemy dobre wino  oraz kilka produktów na kolację.Przekonujemy się bardzo szybko,że jest drogo i to nawet bardzo.Mimo namów kierowcy nie mamy ochoty na kolację w restauracji.  Jedziemy do hotelu. Kierowca zatrzymuje się przed bramą starej medyny,ciemnym,wąskimi uliczkami dochodzimy do Riadu Louna.Tu będziemy spali,cena 35 euro.Hotelik klimatyczny,łazienka wspólna na korytarzu,hałasy całą noc.Jestem przeziębiona ,fatalnie się czuję i zaliczam bezsenną noc,odkrywam też ,że w pokoju nie ma okien.Jest za to prawie ciemno,bo żarówka daje bardzo nikłe światło.Tak jest w większości miejsc,gdzie śpimy.Ciemności,które wcale nie są klimatyczne,a wręcz denerwujące. 

    Mimo braku okna, rankiem słyszę śpiew ptaków.Jest 6.00 rano,a ja zmęczona i chora.   Jemy śniadanie i czekamy na przewodnika.O 9.00 rano zjawia się nasz Cicerone i rusza w miasto.Marek biegnie za nim ,aby nie zgubić sie w labiryncie wąskich i kretych uliczek.Ja ruszam za nimi i robię jakieś foty.Facet jest nonszalacki,gburowaty i przy okazji zna każdego w medynie,wylewnie  witając się z każdym napotkanym mężczyzną,jakby wracał z długiej podróży na księżyc.Marek chce robić foty,a facet go pogania,jednocześnie co chwilkę zatrzymuje sie na pogawędki z miejscowymi.

   Mamy oboje dosyć!

   Zamiast zabytków medyny odwiedzamy sklep z dywanami,gdzie sprzedawca usiłuje nam wcisnąć dywan,jak do Wersalu.Na nic nasze protesty,że nie mamy gdzie tego spakować.Nie działa nawet fakt,że do Australii nie da się nic wywieźć ze względu na kwarantannę.Cała obsługa sklepu rozkłada przed nami kilkanaście dywanów,dwoją się i troją.Potem trafiamy do jubilera,następnie przewodnik prowadzi nas do miejsca,gdzie chcą nam wcisnąć haftowane serwetki.Kupuję szal w nadziei,że mi dadzą spokój.Odwiedzamy maleńką wytwórnię olejku arganowego.Tutaj tak ,jak i w poprzednich sklepach, podaja nam siedziska,jakbyśmy mieli tu spędzić kilka godzin i miętową herbatę.Pani rozkłada przed nami stolik z niezliczonymi próbkami olejków arganowych i zaczyna prezentację.Prosi,abym spróbowała kawałeczek maleńkiego orzecha,krztuszę się,  zaczynam płakać i kichać.Marek sprytnie mówi,że mam uczulenie.Jak w każdym sklepie, początkowa życzliwość sprzedawcy zmienia się w złość i rozczarowanie.

    Przewodnik nie daje za wygraną,prowadzi nas do słynnej farbiarni ,ale nie był to widok jak z pocztówek.Farbiarnia miała być własnie remontowana i produkcja skór była bardzo ograniczona.Rozdano nam liście mięty,ze względu na  obrzydliwy zapach,ale miałam taki katar,iż nic nie czułam.No i jakże by inaczej!Wizyta w sklepie z torebkami i butami.Kupuję zieloną,która do niczego nie pasuje,ale drogo kosztuje.    

  Jednocześnie chodząc po medynie doświadczamy czegoś,co miało nam towarzyszyć do końca podróży-nieuprzejmości Marokańczyków.Na widok aparatu fotograficznego ostro prostestują i sa bardzo niemili.Nie działa uśmiech.Nawet zdjęcie kota ,czy osiołka wywołuje protesty.  

  Obowiązuje zasada:no many,no photo!     

    Mamy dosyć przewodnika,płacimy mu uzgodnione 25 euro i dosłownie uciekamy,obiecując sobie,że nigdy więcej przewodników! Znajdujemy aptekę,w której dostajemy bez recepty antybiotyk.Sporo osób zna angielski,a zwłaszcza  namolni sprzedawcy!Wracamy do hotelu.Mam goraczkę i dreszcze,łykam antybiotyk i zaszywam się do łóżka.Marek idzie robić foty.Postanawiamy zostać tu jeszcze drugą noc. Jestem dosłownie padnięta po tym dniu,a przewodnik zostanie mi chyba na zawsze w pamięci.

    Medyna to labirynt pokreconych,wąskich uliczek.Czasami pustych,czasami pełnych ludzi.Jest w miarę czysto,bo medyna  jest na liście UNESCO,ale już po wyjściu za bramę otaczaja nas góry śmieci.

   Fez to jedno z najsłynniejszych marokanskich miast.Przyciaga turystow swoim niepowtarzalnym klimatem.Miasto jest kwintesencja kultury tego kraju,tradycji i cywilizacji związanej z islamem.W plataninie uliczek trafialiśmy na meczety,szkoly koraniczne,palace,bazary,farbiarnie.Medyna ma swój wyjatkowy klimat.  

    Fez był kiedys stolica Maroko.Miasto zostalo zalozone przez Idrisa I  w roku 789.Co można zobaczyc w Fez ,dowiecie się z przewodnikow.Nie będę wymieniala wszystkich atrakcji i przepieknych budowli,bo jest ich mnóstwo.Najlepiej zwiedza się samemu i warto zwyczajnie się w medynie zgubic.Wtedy można poczuc niesamowita atmosfere pelnego gwaru i kolorow,bogatego w wielowiekowa tradycje i kulture miasta.W srodku lata panuja tam nieznośne upaly,bardzo dajace się we znaki.My byliśmy w październiku i było bardzo przyjemnie.Idealny czas na zwiedzanie.Dla wielu miasto magiczne. Jest to tez miasto  meczace,klebiacy sie cala dobe tlum tubylcow i turystow, nie dla kazdego jest do zniesienia.Jednak warto Fez zobaczyc.